NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Ukazały się

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"


 antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Linki

Flint, Eric - "1632"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Ring of Fire
Tytuł oryginału: 1632
Tłumaczenie: Barbara Giecold i Michał Bochenek
Data wydania: Kwiecień 2006
ISBN: 83-7418-097-8
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 480
Cena: 34,90 zł



Flint, Eric - "1632"

Prolog

Tej tajemnicy nigdy nie udało się wyjaśnić. Podobnie jak meteor tunguski czy krater Walhalla na Callisto, dołączy ona do katalogu zjawisk niewytłumaczalnych. Gdy po paru miesiącach stało się już jasne, że nie uda się znaleźć żadnej szybkiej odpowiedzi, oczy całego świata zaczęły stopniowo kierować się w inną stronę. Przez kilka lat ludzie opłakujący swych bliskich naciskali na władze, aby kontynuowały śledztwo, ale niestety, do tego potrzebni byli prawnicy, a tych właśnie zabrakło. Sąd prędko ustalił, że katastrofa w Grantville była wolą bożą, więc z tego tytułu nie należy się żadne odszkodowanie. W ciągu dziesięciu lat katastrofa, wzorem zabójstwa Kennedy’ego, stała się pożywką dla fanatyków i zapaleńców, dzięki czemu nie było jej dane odejść w zapomnienie. Prawdopodobnie jednak żaden szanujący się naukowiec nie żywił nadziei, że zagadkę uda się ostatecznie rozwikłać.
Teorii, rzecz jasna, nie brakowało, choć z przyrządów pomiarowych nie dało się niczego konkretnego odczytać. Niewielka czarna dziura przeszła przez atmosferę Ziemi – to była jedna z teorii. Inna (popularna do czasu, gdy w świetle późniejszych odkryć odrzucono obliczenia, na których się opierała) głosiła, że to oderwana superstruna wymierzyła planecie lekko chybiony cios.
Jedyną osobą, która była bliska zrozumienia, że oto powstał nowy świat, był pewien biolog, Hank Tapper – student trzeciego roku biologii – dołączony praktycznie w ostatniej chwili do jednej z ekip geologów, wysłanych w celu zgłębienia przyczyn katastrofy. Spędzili oni kilka miesięcy na badaniu obszaru, który zastąpił część Wirginii Zachodniej. Jedynym wnioskiem, do jakiego doszli, było to, że ów nowy obszar nie był naturalną częścią rejonu. Był on jednak bez wątpienia pochodzenia ziemskiego, co całkowicie ostudziło zapał UFO-maniaków.
Obcy teren został zmierzony, i to dość dokładnie. Tworzył idealną półkulę o promieniu pięciu kilometrów. Kiedy ekipa geologów odjechała, Tapper pozostał tam jeszcze przez kilka miesięcy. W końcu doszedł do wniosku, że identyczna flora i fauna występuje w pewnych częściach Europy Środkowej. Ogarnęło go podniecenie. Jego odkrycie pokrywało się z raportem archeologicznym, który – bardzo, ale to bardzo nieśmiało – sugerował, że zrujnowane domostwa odnalezione na nowym obszarze przywodzą na myśl przełom późnego średniowiecza i wczesnego okresu nowożytnego na ziemiach niemieckich. Podobnie było z siedmioma ciałami - dwóch mężczyzn, dwóch kobiet oraz trojga dzieci - znalezionymi w jednym z domów. Ogień w znacznym stopniu uszkodził zwłoki, jednak ślady na kościach wskazywały, że przynajmniej dwie spośród siedmiu osób zamordowano przy użyciu broni siecznej dużych rozmiarów.
Badania zębów wskazywały na to, że ci ludzie albo nie należeli do epoki współczesnej, albo też – z niejasnych względów – ich uzębienie nigdy nie było leczone. Z drugiej jednak strony ekspertyza jednoznacznie stwierdzała, że morderstwa popełniono niedawno. Ponadto w momencie odnalezienia domostw z ich zgliszczy wciąż jeszcze unosił się dym.
Przez kolejne miesiące Tapper sprawdzał, czy gdzieś w Europie Środkowej nie zniknął jakiś fragment terenu, ale niestety niczego nie znalazł.
Jedynym możliwym wyjaśnieniem było przeniesienie zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Tapper miał przed sobą dobrze zapowiadającą się karierę, która ległaby w gruzach, gdyby ujawnił swe przypuszczenia bez okazania jakichkolwiek dowodów. A jeśli miał rację, to nie mogło być mowy o dowodach. Jeżeli cokolwiek pozostało z zaginionego terenu, przepadło gdzieś w otchłani czasu.
Tak więc Tapper musiał się pogodzić z tym, że jego całoroczny wysiłek poszedł na marne. Opublikował, rzecz jasna, wyniki swoich badań, lecz jedynie w postaci suchych i rzeczowych sprawozdań, i to w mało znaczących periodykach. Niczego nie sugerował, nie starał się nawet wyciągać wniosków – zależało mu na braku jakiegokolwiek zainteresowania ze strony opinii publicznej.
I dobrze się stało. Zrujnowałby sobie bowiem karierę, i to na próżno – nikt by mu nie uwierzył. A gdyby nawet ktoś taki się znalazł, to najbardziej skrupulatne przetrząśnięcie Europy Środkowej nie wykazałoby istnienia tam pasującej półkuli. Ona oczywiście tam była – w rejonie Niemiec zwanym Turyngią - ale prawie czterysta lat wcześniej i jedynie przez ułamek sekundy. Gdy tylko dokonało się przemieszczenie obydwu półkul, nowy świat oddzielił się od starego.
Poza tym prawda była dużo dziwniejsza niż to, co przychodziło Tapperowi do głowy, choć nawet on przypuszczał, że przyczyną mógł być jakiś galaktyczny kataklizm.
* * *
W rzeczywistości katastrofa w Grantville była skutkiem tego, co ówcześni ludzie zwykli nazywać “przestępczą nieumyślnością”. Spowodował ją odłamek kosmicznego śmiecia, oderwany fragment czegoś, co (z braku lepszego określenia) mogłoby zostać nazwane dziełem sztuki. Można by rzec: odłamek rzeźby. Assiti dawali upust swym solipsystycznym zapędom przy użyciu materii czasoprzestrzennej, nie zdając sobie sprawy z wpływu, jaki ich “sztuka” wywiera na resztę wszechświata.
Osiemdziesiąt pięć milionów lat później Assiti zostali unicestwieni przez Fta Tei. Jak na ironię, Fta Tei byli bocznym odgałęzieniem jednego z wielu gatunków wywodzących się z rasy ludzkiej. Nie powodowała nimi jednak chęć zemsty. Fta Tei nie mieli pojęcia o swych korzeniach sięgających odległej planety zwanej Ziemią, a tym bardziej nie wiedzieli o katastrofie, która miała tam miejsce. Przyczyną eksterminacji było to, że – pomimo wielu wyraźnych ostrzeżeń – Assiti nie przestali oddawać się swej szkodliwej i nieodpowiedzialnej sztuce.

Część pierwsza
Tygrysie, błysku w gąszczach mroku


Rozdział 1

– Przepraszam za moich rodziców, Mike. – Tom spojrzał na wspomnianą parę wzrokiem pełnym żalu. – Miałem nadzieję, że... – Urwał, lekko wzdychając. – Naprawdę mi przykro. Władowałeś w to kupę kasy.
Mike Stearns skierował wzrok tam, gdzie jego kolega. Matka i ojciec Toma Simpsona stali pod ścianą stołówki, jakieś piętnaście metrów dalej, sztywno i ze skwaszonymi minami. Swoje bardzo kosztowne ubrania nosili tak, jak gdyby przywdziali pełną zbroję płytową. Filiżanki z ponczem trzymali kciukiem i palcem wskazującym, jakby chcieli w ten sposób odciąć się od odbywającej się uroczystości.
Mike powstrzymał się od uśmiechu. “No tak. Wysłannicy cywilizacji przestrzegający savoir-vivre’u w krainie ludożerców”.
– Nie przejmuj się tym, stary – powiedział łagodnie. Przestał obserwować nadętą dwójkę spod ściany i zajął się lustrowaniem tłumu. Oczy błyszczały mu z zadowolenia.
Stołówka była bardzo dużym pomieszczeniem. Ściany w praktycznym kremowo-szarym kolorze pokryto nieprzebraną ilością dekoracji, które brak dobrego smaku nadrabiały pogodą ducha i radosną żywiołowością. Puste krzesła przesunięto pod ściany, długie stoły ustawione nieopodal kuchni zastawiono jedzeniem i piciem.
Nie było kawioru ani szampana. Wiele zgromadzonych w sali osób nie ucieszyłoby się na widok pierwszego dania (“rybie jaja, co za paskudztwo!”), drugie zaś było zabronione przez regulamin liceum. Ale Mike się nie przejmował. Znał tych ludzi i wiedział, że docenią skromny poczęstunek i podziękują, nawet jeśli dla bogatych i wyrafinowanych miastowych jest on poniżej wszelkiej krytyki. Dotyczyło to głównie dorosłych, w znacznie mniejszym zaś stopniu tabunu dzieci biegających po całym pomieszczeniu.
Mike poklepał młodszego kolegę po ramieniu. Przypominało to nieco poklepywanie zwalistego wołu. Tom był najlepszym blokującym wśród futbolistów reprezentujących barwy Uniwersytetu Wirginii Zachodniej i z całą pewnością wyglądał na kogoś takiego.
– Moja siostra poślubiła ciebie, a nie twoich rodziców.
Tom skrzywił się.
– Co z tego? Mogliby chociaż... Jeśli mieli zamiar tak się zachowywać, to po cholerę w ogóle przyszli?
Mike zerknął na niego. Pomimo ogromnych gabarytów kolegi nie musiał zadzierać głowy. Choć wagowo nie mógł się z nim równać - Tom był cięższy o dobre 45 kilogramów - obydwaj byli mniej więcej tego samego wzrostu; mieli nieco powyżej metra osiemdziesięciu.
Tom powrócił do niechętnego wpatrywania się w rodziców. Podobnie jak w ich przypadku, także jego twarz przybrała postać kamiennej maski. Mike niepostrzeżenie mierzył wzrokiem swego świeżo upieczonego szwagra.
I to bardzo świeżo. Ślub odbył się niespełna dwie godziny wcześniej w małym kościele, odległym od budynku liceum o nieco ponad półtora kilometra. Rodzice Toma już podczas ceremonii kościelnej byli wyniośli i aroganccy. Ich syn powinien był wziąć kameralny ślub w porządnej episkopalnej katedrze, a nie... nie...
Nie dość, że duchowny to wieśniak, to jeszcze ta wsiowa szopa!
Mike wraz z siostrą całe lata temu porzucili rygorystyczną wiarę swych przodków na korzyść spokojnego agnostycyzmu, jednak żadne z dwójki rodzeństwa nawet nie pomyślało o tym, że ślub Rity miałby się odbyć w jakimś innym miejscu. Pastor był przyjacielem rodziny, podobnie jak jego ojciec i ojciec jego ojca. I choć ceremonia utrzymana była w duchu kalwinistycznego fundamentalizmu, w niczym im to nie przeszkadzało. Mike stłumił śmiech. Choćby dla samego widoku rodziców Toma, gotujących się z wściekłości na wzmiankę o siarce i ogniu piekielnym, warto było przyjść na mszę.
Dobry humor szybko go jednak opuścił. Dostrzegł czający się w oczach Toma ból. Zadawniony ból, jak przypuszczał. Tępy, stały ból mężczyzny nie akceptowanego przez własnego ojca już od chłopięcych lat.
Tom urodził się w jednej z najbogatszych rodzin w Pittsburghu. Jego matka wywodziła się z zamożnej rodziny ze wschodu Stanów. Jego ojciec – John Chandler Simpson – był dyrektorem naczelnym sporej korporacji naftowej. Lubił chełpić się opowieściami o tym, jak piął się po szczeblach kariery. Owszem, rzeczywiście spędził pół roku na hali produkcyjnej jako brygadzista, tuż po tym, jak opuścił szeregi korpusu oficerskiego marynarki wojennej, jednak na późniejszy rozwój jego kariery największy wpływ miał fakt, iż jego ojciec był właścicielem korporacji. John Chandler Simpson nie dopuszczał do siebie myśli, że jego własny potomek nie będzie chciał podążać tym dobrze przetartym szlakiem.
Jednak Tom nie spełniał pokładanych w nim nadziei – ani jako dziecko, ani po osiągnięciu pełnoletności. Mike słyszał, że John Chandler wpadł w szał, gdy dowiedział się, że zamiast Uniwersytetu Carnegie-Mellon jego syn wybrał Uniwersytet Wirginii Zachodniej. Gdy poznał przyczynę tej decyzji, jeszcze bardziej go to rozjuszyło. “Futbol? Przecież ty nawet nie jesteś rozgrywającym!”. Gdy zaś rodzice ujrzeli wybrankę serca ich syna, obydwoje byli bliscy ataku apopleksji.
Mike przebiegał wzrokiem pomieszczenie, aż w końcu jego spojrzenie padło na dziewczynę w sukni ślubnej, śmiejącą się z czegoś, co właśnie powiedziała młoda kobieta stojąca u jej boku. To jego siostra Rita, dowcipkująca sobie wraz z jedną z druhen.
Różnica pomiędzy tymi dwiema dziewczynami była uderzająca. Druhna, Sharon, była dosyć pulchna, co absolutnie nie przeszkadzało jej być atrakcyjną, i miała niezwykle ciemną cerę, nawet jak na Murzynkę. Siostra Toma również była ładna, lecz tak szczupła, że sprawiała wrażenie wychudzonej. Jej wygląd zdradzał pochodzenie – niezwykle blada skóra, piegi, błękitne oczy i włosy niemal tak czarne jak u brata. Typowy appalachijski mieszaniec. Córka górnika i siostra górnika.
“Biała biedota. No cóż, tym właśnie jesteśmy”.
Myśląc tak, Mike nie czuł złości. Odczuwał raczej litość dla Toma i pogardę dla jego rodziców. Ojciec Mike’a, Jack Stearns, skończył liceum i pracował w kopalni, odkąd ukończył 18 lat. Nigdy nie było go stać na nic więcej niż skromny dom. Liczył na to, że pomoże swym dzieciom, gdy te pójdą do college’u. Nie przewidział jednak, że w kopalni zawali się strop i zniweczy wszelkie jego plany. Jack został kaleką i wkrótce potem umarł.
W dniu jego śmierci Mike był jak otępiały. Lata mijały, a w tym miejscu w jego sercu, które niegdyś zajmował ojciec, była teraz bolesna pustka.
– Olej to, stary – powiedział cicho do Toma. – Po prostu to olej. Jeśli to ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, pragnę ci powiedzieć, że twój szwagier cię ceni.
Tom wciągnął głęboko powietrze, po czym powoli je wypuścił.
– Jasne, że ma, i to spore.
Nagle potrząsnął głową, jakby chciał oczyścić umysł i zająć go czymś zupełnie innym. Spojrzał Mike’owi prosto w twarz.
– Potrzebuję twojej szczerej opinii. Za kilka miesięcy skończę szkołę i będę musiał podjąć decyzję, co dalej. Czy myślisz, że jestem wystarczająco dobry, żeby przejść na zawodowstwo?
Odpowiedź była natychmiastowa.
– Nie. – Mike pokręcił ze smutkiem głową. – Dobrze ci życzę, stary. Znalazłbyś się dokładnie w tym samym miejscu, w którym ja niegdyś byłem: najgorszym z możliwych. Niemal wystarczająco dobry. Wystarczająco dobry, by się łudzić, ale...
Tom zmarszczył brwi; wciąż miał nadzieję.
– Tobie się na swój sposób udało. Cholera, wycofałeś się niepokonany.
Mike zaśmiał się pod nosem.
– Właśnie. Po ośmiu zawodowych walkach w wadze średniej. – Podniósł dłoń i potarł niewielką bliznę na lewej brwi. – Na zakończenie kariery miałem nawet drugą walkę wieczoru w Grand Olympic Auditorium. To było niesamowite.
Ponownie się zaśmiał, tym razem już otwarcie.
– Zbyt niesamowite! Wygrałem – ledwie – na punkty. Dzieciak zażądał rewanżu. I właśnie wtedy wykazałem na tyle zdrowego rozsądku, żeby się wycofać. Trzeba znać własne możliwości.
Tom w dalszym ciągu był zachmurzony; wciąż się łudził. Mike położył dłoń na jego masywnym ramieniu.
– Tom, spójrz prawdzie w oczy. Nie zajdziesz dalej ode mnie. Zdałem sobie sprawę z tego, że załatwiłem dzieciaka, bo miałem nieco więcej doświadczenia, nieco więcej pomyślunku, nieco więcej szczęścia niż on. – Skrzywił się na wspomnienie młodego meksykańskiego boksera, którego szybkość i siła ciosu były naprawdę przerażające. – Ale wiedziałem, że dzieciak zrobi postępy, i to wkrótce. I wiedziałem też, że nigdy w życiu nie będę tak dobry, jak on już wtedy był. Dlatego się wycofałem, zanim rozwalił mi łeb. Radzę ci zrobić to samo, póki jeszcze masz zdrowe kolana.
Tom znowu wciągnął głęboko powietrze i powoli je wypuścił. Wydawało się, że chce coś powiedzieć, ale jego uwagę przykuła świeżo poślubiona małżonka, która zbliżała się, ciągnąc za sobą jakichś ludzi.
Tom w mgnieniu oka rozpromienił się niczym mały chłopiec. Widząc ten uśmiech, Mike poczuł, że coś go chwyta za serce.
“Taki fajny dzieciak, a tacy koszmarni starzy”.
Rita pojawiła się z właściwą sobie energią, która byłaby w stanie zasilić reaktor termojądrowy. Rozpoczęła od objęcia swego męża w sposób, który w takim miejscu jak szkolna stołówka był wielce nieodpowiedni – wskoczyła na niego, obejmując go nogami (“a co tam suknia”). Dodatkiem do tego niemal lubieżnego uścisku był dziki i bez wątpienia mało skromny pocałunek. Gdy już zeskoczyła z Toma, podeszła, aby przytulić się do brata; w ten uścisk (choć oczywiście pozbawiony podtekstów seksualnych) włożyła tyle samo energii, co w poprzedni.
Gdy wstępna faza powitań dobiegła już końca, Rita odwróciła się i zaprosiła gestem dwie wlokące się za nią osoby. Pomijając szeroki uśmiech, wyglądało to tak, jakby cesarzowa przywoływała swe sługi.
Sharon również była uśmiechnięta od ucha do ucha. Stojąca obok niej postać miała na twarzy nieco bardziej stonowany uśmiech. Był to czarnoskóry mężczyzna około pięćdziesiątki, ubrany w bardzo kosztowny garnitur. Tradycyjne, szyte na miarę ubranie leżało na nim jak ulał, lecz jakoś dziwnie nie współgrało z uśmiechem mężczyzny. Mike dostrzegał w nim coś zawadiackiego. A z postawy wnosił, że ciało ukryte pod garniturem jest znacznie bardziej atletycznie zbudowane niż wskazywałby na to oszczędny krój.
– Mike, chciałabym ci przedstawić ojca Sharon. – Rita odwróciła się i właściwie wypchnęła wspomnianego rodzica przed siebie, a potem zaczęła energicznie wymachiwać ręką. – Mój brat, Mike Stearns. Doktor James Nichols. Zachowuj się kulturalnie, braciszku. To jest chirurg i pewnie gdzieś tu chowa jakiś zestaw skalpeli.
Chwilę później już jej nie było; popędziła w kierunku grupki ludzi rozmawiających w dalekim rogu stołówki, ciągnąc za sobą Toma i Sharon. Mike i doktor Nichols zostali sami.
Mike spojrzał na nieznajomego, nie bardzo wiedząc, jak nawiązać rozmowę. Zdecydował się więc na mało wyszukany żart.
– O ile znam swoją siostrę – rzekł sucho – to mój nowy szwagier ma przed sobą długą noc.
Doktor uśmiechnął się nieco szerzej, potęgując tym samym wrażenie zawadiactwa.
– Na to wygląda – powiedział przeciągle. – Zawsze ma tyle energii?
– Odkąd nauczyła się chodzić.
Po przełamaniu lodów Mike spróbował nieco uważniej przyjrzeć się swemu rozmówcy. Po kilku sekundach doszedł do wniosku, że początkowe wrażenie było słuszne. Ojciec Sharon był typowym przykładem sprzeczności. Skórę miał czarną jak smoła, włosy siwe, mocno kręcone, bardzo krótko przycięte. Rysy toporne, jakby grubo ciosane – takiej twarzy można się spodziewać raczej po robotniku portowym niż po lekarzu. A jednak nosił się z klasą, którą dopełniały dwa proste, lecz gustowne pierścienie. Pierwszy z nich był najzwyklejszą w świecie obrączką ślubną, drugi zaś – dyskretnym sygnetem. Wypowiadał się jak człowiek wykształcony, jednak w jego akcencie dźwięczały nutki języka ulicy.
James Nichols nie był człowiekiem pokaźnych rozmiarów – miał nie więcej niż 175 centymetrów wzrostu i nie był specjalnie masywny - a mimo to zdawał się emanować siłą. Rzut oka na olbrzymie dłonie doktora pozwolił Mike’owi potwierdzić swe przypuszczenia. Te drobne blizny z całą pewnością nie powstały podczas pracy w szpitalu.
Nichols zrewanżował się Mike’owi podobną inspekcją. Wydawać by się mogło, że w jego oku zamigotała jakaś iskierka. Mike doszedł do wniosku, że mógłby polubić tego faceta, i zdecydował się podjąć taką próbę.
– Tak więc, panie doktorze, czy panu sędzia dał wybór? Znaczy się między lądówką a piechotą morską.
Nichols parsknął. W jego oku rzeczywiście coś zaiskrzyło.
– Bynajmniej! “Idziecie do piechoty, Nichols”.
Mike pokręcił głową.
– No to miał pan pecha. Mnie dał wybór. Na szczęście mi nie odbiło i wybrałem lądówkę. Jakoś nie miałem ochoty na Parris Island.
Nichols wyszczerzył zęby.
– Cóż, pewnie wylądował pan tam tylko za napaść i pobicie. O jedną bójkę za dużo, co? – Przyjął uśmiech Mike’a za odpowiedź. – Nie mieli żadnych dowodów, bo zachowałem się jak ostatni frajer. No, ale władze miały swoje mroczne przypuszczenia, tak więc sędzia był nieubłagany. “Powiedziałem: piechota, Nichols. Mam was już dosyć. Albo to, albo sześć lat na prowincji”.
Doktor wzruszył ramionami.
– Muszę jednak przyznać, że pewnie ocalił mi życie. – Na jego twarzy pojawiło się udawane oburzenie. Teraz dało się mocniej odczuć jego akcent. – Ale wciąż uważam, że gdy głupi dzieciak upuszcza spluwę po drodze do monopolowego, po czym daje się złapać pięć przecznic dalej, to nie jest to napad z bronią w ręku. A może, do cholery, właśnie szukał prawowitego właściciela? Biedny aniołek pewnie nie zdawał sobie sprawy, że broń jest kradziona.
Mike wybuchnął śmiechem. Gdy spojrzenia rozmówców się spotkały, obaj poczuli wzajemną sympatię i aprobatę. Był to przykład na to, że czasem dwoje ludzi jest w stanie niemal natychmiast się polubić.
Mike znowu zerknął na świeżo upieczonych członków swojej rodziny. Nie był specjalnie zdziwiony faktem, że jego wybuch radości przyciągnął ich karcące spojrzenia. Na ich surowy wzrok odpowiedział kulturalnym, ledwie skrywającym szyderstwo uśmiechem.
“Właśnie, bogate, stare pierdziele, patrzycie na dwóch bandziorów. Najprawdziwsi byli skazańcy, bardziej prawdziwi już nie mogą być!”.
Głos Nicholsa przerwał Mike’owi tę psychologiczną wojnę z państwem Simpson.
– A więc to pan jest tym słynnym bratem – mruknął doktor.
Mike przestał gapić się na Simpsonów.
– Nie wiedziałem, że jestem taki sławny – odrzekł zaskoczony.
Nichols z uśmiechem wzruszył ramionami.
– Chyba wszystko zależy od kręgów, w których się człowiek obraca. Z tego, co usłyszałem w ciągu ostatnich kilku dni, wiem, że lecą na pana wszystkie szkolne koleżanki pańskiej siostry. Prawdziwy z pana romantyk, wie pan?
Zdumienie nie opuszczało Mike’a, i najwyraźniej było to widać.
– No, panie Michaelu, niech pan da spokój! – parsknął Nichols. – Jest pan ledwie po trzydziestce, a wygląda pan znacznie młodziej. Wysoki, przystojny... No, może dosyć przystojny. No i przede wszystkim ta pańska olśniewająca przeszłość.
– Olśniewająca? – wykrztusił Mike. – Zwariował pan?
Nichols uśmiechał się szeroko.
– Oj, mnie pan chce oszukać? – Wykonał dłońmi zamaszysty gest, wskazując na samego siebie. – Proszę mi powiedzieć, co pan widzi. Bardzo zamożnego, czarnoskórego mężczyznę po pięćdziesiątce. Mam rację? – Oczy doktora zdradzały zarówno duże pokłady humoru, jak i bogate doświadczenie życiowe. – I co jeszcze pan widzi?
Mike zmierzył go wzrokiem.
– Pewną, nazwijmy to, przeszłość. Nie zawsze był pan porządnym lekarzem.
– Z całą pewnością nie! I niech pan sobie nie myśli, że w pańskim wieku nie korzystałem z darów losu. – Uśmiech Nicholsa stał się bardzo łagodny. – Jest pan klasycznym przypadkiem, panie Michaelu. Stara jak świat historia, która zawsze chwyta za serce. Lekkomyślny i pełen fantazji młodzieniec, będący czarną owcą w rodzinie, opuszcza miasto, zanim dopadnie go wymiar sprawiedliwości. Żądny przygód młodzieniaszek. Żołnierz, doker, kierowca ciężarówki, zawodowy bokser. Robol o złej reputacji, niezależnie od tego, że jakoś ukończył trzy lata college’u. Następnie...
Uśmiech całkowicie zniknął z twarzy doktora.
– Następnie po tragicznym wypadku ojca powraca, aby zaopiekować się rodziną. I wychodzi mu to równie dobrze, jak wcześniej wychodziło mu przyprawianie ich o zawał. Teraz jest poważany. Kilka lat temu został nawet wybrany przewodniczącym związku zawodowego miejscowych górników.
– Widzę, że Rita trochę panu naopowiadała – prychnął Mike. Wściekły na siostrę, zaczął rozglądać się za nią po sali i jego wzrok padł na Simpsonów. Ci wciąż się na niego gapili ze zmarszczonymi brwiami. Mike wbił w nich mordercze spojrzenie.
– Widzi pan? – zapytał gorzko. – Moja nowa rodzina nie sprawia wrażenia zachwyconej “krewnym romantykiem”. Ja poważany? Dobre sobie!
Nichols podążył za wzrokiem Mike’a.
– No cóż... Poważany na swój appalachijski sposób. Chyba nie sądzi pan, że ten “błękitnokrwisty” znajduje ukojenie w fakcie, że brat jego synowej jest nie tylko niezłomnym związkowcem, ale i cholernym prostakiem.
Simpsonowie nie spuszczali wzroku. Mike również nie odpuszczał i dodał jeszcze szeroki uśmiech, uśmiech dzikiego zwierzęcia. Bezczelny, nieugięty, wyzywający.
* * *
Przez następne lata Nichols często wspominał ten uśmiech. Wspominał i czuł za niego wdzięczność. Potem nadszedł Ognisty Krąg i znaleźli się w nowym, zdziczałym świecie.

Rozdział 2

Błysk był oślepiający. Przez krótką chwilę wydawało się, że pomieszczenie zalała fala słonecznego światła. Towarzyszący rozbłyskowi huk wstrząsnął całym budynkiem.
Mike przykucnął. Reakcja Jamesa Nicholsa była o wiele bardziej dramatyczna.
– Kryć się! – krzyknął i rzucił się na ziemię, zakrywając rękami głowę. Sprawiał wrażenie człowieka zupełnie nie myślącego o tym, że jego kosztowny garnitur może ulec zniszczeniu.
Na wpół oszołomiony Mike usiłował coś zobaczyć przez okno, ale wciąż miał przed oczami plamy – zupełnie jakby najpotężniejsza błyskawica świata uderzyła tuż obok liceum. Nie był w stanie dostrzec żadnych szkód, na szybach nie widać było nawet pęknięcia. Nie wyglądało też na to, żeby którykolwiek z zaparkowanych pojazdów został uszkodzony. Ludzie na parkingu przypominali bandę gdaczących kur, lecz także nie sprawiali wrażenia rannych.
Byli to w większości miejscowi górnicy, którzy przybyli z całej okolicy na wesele jego siostry. Amerykańskie Stowarzyszenie Górników nigdy nie przegapiało okazji zamanifestowania swej solidarności (“ASG trzyma się razem”). Mike’owi wydawało się, że niemal każdy miejscowy górnik pojawił się na weselu, przyprowadzając swoją rodzinę.
Teraz ci zdezorientowani ludzie przedstawiali tak komiczny widok, że Mike niechybnie by się roześmiał, gdyby nie szok po tym niesamowitym... piorunie? Co to, do cholery, było? Mężczyźni tłoczyli się na przyczepach kilku pikapów, gdzie trzymali przywieziony alkohol, nie dbając nawet o jego ukrycie. W myśl regulaminu szkoły, stanowiącego, że żadne napoje alkoholowe nie mają prawa znaleźć się na jej terenie, było to rażące pogwałcenie przepisów.
Kątem oka Mike dostrzegł jakieś poruszenie.
Ed Piazza pędził ku niemu na swych krótkich nóżkach, marszcząc brwi niczym Zeus gromowładny. Przez moment Mike’owi wydawało się, że dyrektor liceum zaraz udzieli mu reprymendy za niedopuszczalne zachowanie górników na parkingu.
“E tam, on po prostu też nie wie, co się stało”. Czekając, aż Ed do niego dotrze, Mike poczuł nagły przypływ sympatii dla tego człowieka. “Szkoda, że za moich czasów nie był dyrektorem. Może nie wpakowałbym się w tyle kłopotów. Fajny koleś z tego Eda”.
– Banda górników na przyjęciu weselnym? Wiem, że będą pili na parkingu, Mike – oznajmił mu Piazza wczorajszego dnia. – Tylko błagam, niech nie wymachują mi butelkami przed nosem. Całe moje 165 centymetrów czułoby się doprawdy idiotycznie, gdybym musiał komuś przylać po łapach linijką.
Ed był już obok.
– Co się stało? – Spojrzał na sufit. – Światła też zgasły.
Dopóki Ed o tym nie wspomniał, Mike nawet nie zwrócił na ten fakt uwagi. Był środek dnia, a okna rozmieszczone na całej długości ściany wpuszczały tyle światła, że elektryczne oświetlenie było praktycznie zbędne.
– Nie mam pojęcia, Ed. – Mike odstawił filiżankę z ponczem (niepostrzeżenie, żeby nie afiszować się łamaniem regulaminu) na najbliższy stół. Doktor Nichols zaczął się powoli podnosić, więc pomógł mu wstać.
– Chryste, czuję się jak bałwan – mruknął lekarz, otrzepując garnitur. Szczęśliwie dla jego kreacji podłoga stołówki została uprzednio wypucowana na glanc. – Przez moment miałem wrażenie, że znów jestem w Khe Sanh. – On również zadał nieuniknione pytanie. – Co to, do diabła, było?
Duże, wypełnione ludźmi pomieszczenie rozbrzmiewało teraz stłumionymi głosami – każdy pytał o to samo. Nikt jednak nie wpadał w panikę. Cokolwiek się stało parę chwil wcześniej, nie widać było żadnych tragicznych konsekwencji.
– Chodźmy na zewnątrz – powiedział Mike, kierując się w stronę wyjścia ze stołówki. – Może przyjdzie nam coś do głowy. – Rozejrzał się po sali, wypatrując siostry. Zauważył ją, jak ściska Toma za rękę. Sprawiała wrażenie zaniepokojonej, ale bez wątpienia była cała i zdrowa.
Do zmierzającego ku drzwiom Mike’a dołączył Frank Jackson, któremu udało się przepchać przez hałaśliwy tłum. Na widok tego masywnego, siwowłosego skarbnika związku, za którym podążało pięciu innych górników, Mike poczuł, jak jego serce wzbiera dumą. “ASG. Jedność na wieki”.
Widząc pytające spojrzenie Franka, Mike wzruszył ramionami i pokręcił głową.
– Ja też nie wiem, co się stało. Wyjdźmy się rozejrzeć.
Kilka chwil później niewielka grupa mężczyzn opuściła budynek liceum, kierując się na parking. Na widok Mike’a dziesiątki związkowców ruszyły w jego stronę. Większość z nich zachowała na tyle rozsądku, żeby zostawić trunki w samochodach.
Mike rozpoczął wstępne oględziny od szkoły. Na żadnej z biało-beżowych ścian budynków nie doszukał się śladów zniszczeń.
– Wszystko wydaje się w porządku – mruknął Ed z wyraźną ulgą. Liceum liczące sobie zaledwie dwadzieścia kilka lat zostało wzniesione przy dużym udziale ochotników i było prawdziwą chlubą tej okolicy. A szczególną chlubę przyniosło swemu dyrektorowi.
Mike spojrzał na zachód, w kierunku Grantville. Oddalone o jakieś trzy kilometry miasteczko schowane było za wzgórzami, charakterystycznym elementem krajobrazu Wirginii Zachodniej. Ale tam również nie dostrzegł niczego niepokojącego.
Skierował wzrok na południe. Liceum wzniesiono na łagodnym wzniesieniu na północ od Buffalo Creek, małej rzeczki płynącej równolegle do drogi numer 250. Wzgórza rozciągające się po drugiej stronie dolinki były strome i zalesione. Mieszkała tam tylko garstka ludzi w przyczepach kempingowych.
Wciąż nic. Jego wzrok przesuwał się wzdłuż autostrady w stronę Fairmont, dużego miasta oddalonego o jakieś 25 kilometrów na wschód.
“Zaraz, zaraz... Tam chyba widać dym”.
Wskazał na wzgórza położone na południowy wschód od szkoły.
– Coś się pali. Tam.
Wszyscy spojrzeli w kierunku, który wskazywał palec Mike’a.
– Można się było tego spodziewać – burknął Frank. – Jazda, Ed, dzwonimy po strażaków. – Skarbnik związku i dyrektor liceum ruszyli w kierunku dwuskrzydłowych drzwi do szkoły. Nagle przystanęli, ujrzawszy mężczyznę, który właśnie stamtąd wychodził.
– Ej, Dan! – Frank wskazał unoszące się w oddali smużki dymu. – Spróbuj się połączyć z ochotniczą strażą. Mamy tu problem!
* * *
Komendant policji Grantville nie tracił czasu i żwawo ruszył w kierunku swojego wozu.
Niestety, z jakiejś przyczyny radio nie działało. Nie słychać było niczego poza trzaskami i szumami. Klnąc pod nosem, Dan podniósł wzrok na Piazzę.
– Musisz skorzystać z telefonu, Ed! – krzyknął. – Radio nie działa.
– Telefony też nie działają! – odpowiedział Piazza. – Wyślę tam kogoś samochodem!
Popędził z powrotem w kierunku szkoły.
– I przy okazji skontaktuj się z doktorem Adamsem! – zawołał komendant do oddalającego się dyrektora. – Możemy potrzebować pomocy medycznej!
W tym czasie Mike, Frank i inni górnicy już zaczęli uruchamiać swoje półciężarówki. Dan Frost nie był w najmniejszym stopniu zdziwiony faktem, że nie zapytali, czy mogą jechać razem z nim. W gruncie rzeczy nie spodziewał się niczego innego.
Dan dostał kiedyś propozycję pracy w policji w dużym mieście, oczywiście za odpowiednio wyższą pensję. Zanim ją odrzucił, namyślał się jedynie przez jakieś trzy sekundy. Dan Frost widział, jak pracuje policja w dużych miastach (“dziękuję, postoję”), dlatego wolał pozostać w swojej małej mieścinie, gdzie przynajmniej mógł być gliną, a nie okupantem.
Wdrapał się do swojego cherokee i uruchomił silnik. Przejrzał wnętrze pojazdu – strzelba była w futerale na tylnym siedzeniu, a w schowku na rękawiczki znajdowała się dodatkowa amunicja do pistoletu - i usatysfakcjonowany, wychylił głowę przez okno. Zobaczył Mike’a Stearnsa podjeżdżającego do niego swoją ciężarówką. Ze zdziwieniem stwierdził, że na fotelu pasażera siedzi jakiś czarnoskóry mężczyzna.
– Doktor Nichols jest chirurgiem i chce nam towarzyszyć – wyjaśnił Mike. Wskazał kciukiem ponad ramieniem. – Jego córka Sharon pojedzie razem z Frankiem. Okazuje się, że jest wykwalifikowaną sanitariuszką.
Chwilę później cherokee Dana zjeżdżał w dół asfaltową szosą prowadzącą do drogi numer 250. Za nim jechały trzy pikapy i van, a w nich ośmiu górników w towarzystwie Jamesa i Sharon Nicholsów. Patrząc w boczne lusterko, Dan dostrzegł tłum wylewający się z budynku liceum. Było w tym coś zabawnego; wyglądali jak stadko gdaczących kur, które przybyły na wesele w swoich najbardziej odświętnych ubraniach.
Skręcił w lewo i wjechał na drogę numer 250. Była to porządna dwupasmówka; chociaż wiła się między wzgórzami, na wielu odcinkach z powodzeniem można było jechać nawet osiemdziesiątką. Dan prowadził jednak znacznie spokojniej niż zazwyczaj. Wciąż nie bardzo wiedział, co się dzieje. Tamten błysk nie wyglądał normalnie. Przez ułamek sekundy myślał nawet, że to początek wojny nuklearnej.
Jednak jak daleko sięgał wzrokiem, wszystko było w porządku. Mijał właśnie Buffalo Creek. Po drugiej stronie rzeki, u podnóża wzgórz, gdzie tory kolejowe przebiegały równolegle do drogi, mignęły mu między drzewami dwie przyczepy kempingowe. Były rozklekotane i podniszczone, ale poza tym wyglądały zwyczajnie.
Dan wyjechał zza zakrętu i natychmiast wcisnął hamulec. Droga ni stąd, ni zowąd kończyła się wysoką na jakieś dwa metry błyszczącą ścianą. Obok stało małe auto, które wpadło w poślizg i uderzyło w nią bokiem. Maska samochodu pokryta była oderwanymi fragmentami ściany (Dan zdał sobie sprawę, że to ziemia). Przez okno kierowcy widać było wpatrującą się w policjanta przerażoną kobietę.
– Jenny Lynch – mruknął Dan i spojrzał na stojącą w poprzek drogi ścianę. – Co tu się dzieje, do jasnej cholery?!
Wysiadł z auta. Słyszał, że tamci też już dojechali i wysiadają. Podszedł do rozbitego samochodu i zastukał w szybę. Jenny powolutku ją opuściła.
– Wszystko w porządku? – Młoda, pulchna kobieta pokiwała niepewnie głową.
– No... chyba tak, Dan. – Przejechała drżącą dłonią po twarzy. – Czy ja kogoś zabiłam? Nie mam pojęcia, co się stało – mówiła bardzo szybko. – Był jakiś błysk... Chyba coś wybuchło, sama nie wiem... No i potem ta ściana. Skąd ona się w ogóle wzięła? Musiałam hamować, zarzuciło mnie... Ja... nie mam pojęcia, co tu się stało... Po prostu nie mam pojęcia.
Dan poklepał ją po ramieniu.
– Uspokój się, Jenny. Nikogo nie skrzywdziłaś, jesteś po prostu w lekkim szoku. – Przypomniał sobie o Nicholsie. – Jest tu z nami lekarz. Poczekaj chwi...
Właśnie miał się odwrócić, gdy zobaczył, że Nichols już stoi obok. Lekarz delikatnie odsunął Dana i szybko zbadał kobietę.
– Chyba nic poważnego – powiedział. – Wyciągnijmy ją z samochodu. – Otworzył drzwi i wraz z Danem pomogli Jenny wyjść. Poza bladością i ogólnym roztrzęsieniem kobieta nie sprawiała wrażenia rannej.
– Pozwól tu na chwilę, Dan – powiedział Mike. Przewodniczący związku zawodowego górników kucał przy tajemniczej ścianie i dłubał w niej scyzorykiem. Komendant zbliżył się.
– To jest po prostu ziemia – stwierdził Mike. – Najzwyczajniejsza w świecie ziemia. – Odłupał ze ściany kolejny fragment. W momencie gdy spójność ściany została zaburzona, świecąca substancja zmieniła się w garść proszku. – To się świeci tylko dlatego, że... – Mike szukał właściwych słów. – No to jest tak, jakby ktoś tę ziemię przeciął idealnie ostrą brzytwą. – Ponownie zaczął dźgać ścianę. – Widzisz? Jak tylko przebijesz wierzchnią warstwę, zostaje zwykła ziemia. Ale kto to, do cholery, zbudował? I skąd to się mogło wziąć?
Rozejrzał się uważnie. “Ściana” przecinała drogę i ciągnęła się po obydwu jej stronach. Wyglądało to zupełnie tak, jakby ktoś sczepił ze sobą dwa diametralnie odmienne krajobrazy. Po południowej stronie widać było część typowego dla Wirginii Zachodniej wzgórza, tylko że teraz przypominało ono pionowe urwisko. Błyszczało tak samo, jak ściana przecinająca drogę, z wyjątkiem miejsc, z których osypała się ziemia.
Dan wzruszył ramionami. Już chciał coś powiedzieć, kiedy nagle usłyszał potworny wrzask. Zaskoczony, poderwał się i spojrzał w górę. Jakieś ciało przeleciało nad ścianą i zwaliło się z łoskotem prosto na niego.
Siła uderzenia sprowadziła go do parteru. Jak przez mgłę zobaczył obszarpaną nastolatkę. Dziewczyna zerwała się i nie przestając wrzeszczeć, rzuciła się rozpaczliwie w dół zbocza.
Oszołomiony Dan zaczął się podnosić. To wszystko działo się za szybko. Ledwie dziewczyna zniknęła, ujrzał dwie nowe postacie wychylające się zza muru.
“Mężczyźni. Uzbrojeni”.
Mike był odwrócony do nich plecami i częściowo zasłaniał mu widok. Dan odepchnął go i sięgnął po pistolet. Jeden z mężczyzn zaczął podnosić karabin. Drugi zaraz poszedł w jego ślady. “Karabin? Co to za dziwaczna broń?”.
Dan wyszarpnął pistolet z kabury.
– Nie ruszać się! – krzyknął. – Rzućcie broń!
Pierwszy karabin wypalił, wydając z siebie dziwny huk. Dan usłyszał, jak pocisk rykoszetuje od nawierzchni jezdni, i zobaczył, że Mike rzuca się na ziemię. Chwycił oburącz broń, wycelował...
Kula z drugiego karabinu rozorała mu lewe ramię. Dan upadł na bok.
Nie bardzo rozumiał, co się dzieje. Tak naprawdę nigdy do nikogo nie strzelał. Był jednak policyjnym instruktorem technik bojowych i godzinami przesiadywał na strzelnicy oraz przy symulatorach, więc chwycił pistolet w prawą dłoń i ponownie wycelował.
Dopiero teraz zauważył, że osobnik ma na sobie jakąś zbroję. I hełm. Dan był doskonałym strzelcem, a odległość była niewielka. Strzelił. Potem jeszcze raz. Pociski kaliber 10,16 milimetra rozerwały szyję mężczyzny.
Następnie skierował broń w lewo. Drugi osobnik wciąż stał na murze i robił coś z bronią. On również miał zbroję, ale nie nosił hełmu. Dan wystrzelił. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Trzy strzały w mniej niż dwie sekundy. Głowa mężczyzny zmieniła się w krwawą miazgę. Osunął się na kolana, broń wypadła z jego palców. Chwilę później zarówno on, jak i jego karabin runęli w dół.
Dan poczuł, że jego zakrwawione ciało staje się bezwładne. Mike złapał go i położył na ziemię.
Zaczynał tracić przytomność. “To chyba szok. Tracę dużo krwi”. Ujrzał pochyloną nad nim rozmazaną twarz czarnoskórego lekarza. Stopniowo rozróżniał coraz mniej szczegółów.
Musi coś zrobić. I to szybko.
– Mike – wyszeptał – mianuję cię moim zastępcą. Ciebie i twoich kolegów. Sprawdźcie, co tu, do cholery... – Stracił na chwilę przytomność, lecz zaraz się ocknął. – Po prostu zróbcie wszystko, co trzeba...
I zemdlał.
* * *
– Co z nim? – zapytał Mike.
Nichols pokręcił głową. Starał się zatamować krwawienie chustką do nosa, jednak materiał już powoli przesiąkał krwią.
– Myślę, że to tylko powierzchowna rana – mruknął. – Ale, Chryste Panie, z czego oni strzelali? Ze strzelb? Przecież o mały włos nie urwało mu ręki. Sharon, chodź tu! Natychmiast!
Odetchnął z ulgą, widząc córkę podbiegającą z zestawem pierwszej pomocy - Frank Jackson musiał go trzymać w ciężarówce - i jakiegoś górnika wyciągającego z samochodu kolejny zestaw. “Dziękujmy Bogu za tych wiejskich chłopaków” – pomyślał z uśmiechem.
Podczas gdy Nichols wraz z córką opatrywali Dana, jeden z górników podniósł upuszczoną przez napastnika broń. Był to Ken Hobbs. Niedawno przekroczył sześćdziesiątkę i podobnie jak wielu mężczyzn w tych stronach miał hopla na punkcie starodawnej broni palnej.
– Możesz na to spojrzeć, Mike? – zapytał, demonstrując znalezisko. – Klnę się na Boga, że to jest pierdolona rusznica!
Hobbs zaczerwienił się, gdyż dopiero teraz zauważył Sharon pomagającą swojemu ojcu.
– Pani wybaczy, tak mi się wymskło.
Ale Sharon nie zwróciła na niego uwagi, zbyt zajęta opatrywaniem rany. Dan nie otwierał oczu, jego twarz była blada jak kreda.
Mike odwrócił się do Hobbsa. Na zwiędłej twarzy mężczyzny, ściągniętej teraz w wyrazie zdumienia, utworzyła się istna pajęczyna zmarszczek.
– Przysięgam, Mike, to jest rusznica. Mam takie na zdjęciach w domu.
Zbliżył się do nich kolejny górnik, Hank Jones.
– Ty lepiej z tym uważaj – mruknął. - No wiesz, muszą być odciski palców.
Hobbs już miał go skląć, ale przypomniał sobie o obecności Sharon, więc zamiast wulgarnych słów wydobył z siebie tylko syk.
– A powiesz mi po co, Hank? Żebyśmy mogli dorwać podejrzanego? – Wskazał na zwłoki leżące u stóp dziwnej ściany. – Jakbyś nie zauważył, to Dan już odstrzelił gościowi łeb.
Kolejny górnik wdrapał się na ścianę i oglądał trupa drugiego z mężczyzn.
– Tutaj to samo! - zaśmiał się ochryple. - Dwie kule na wylot przez szyję.
Darryl McCarthy był niewiele po dwudziestce i absolutnie nie podzielał staromodnych oporów Hobbsa co do przeklinania w obecności kobiet. Tym razem również nie zamierzał robić wyjątku.
– Sukinsynowi prawie odpadł łeb! – wydarł się. – Trzyma się tylko na jakichś trzech paskach mięsa!
Potem spojrzał z niekłamanym podziwem na nieprzytomnego Dana.
– Obydwie kule trafiły kolesia prosto w gardło. Rozjebały mu szyję.
– Jak następnym razem będziemy w “Szczęśliwej Drogi” i Dan powie, że za dużo wypiłem, to przypomnijcie mi, żebym mu nie pyskował – wymruczał Frank Jackson. – Wszyscy zawsze mówili, że świetnie strzela.
Mike przypomniał sobie o dziewczynie. Wyprostował się i spojrzał w kierunku rzeki, dokąd uciekła.
– Pewnie jest już ponad pół kilometra stąd – powiedział Hank i wskazał palcem na południowy zachód. – Widziałem, jak się gramoliła na drugi brzeg. Musiało być płytko. Zniknęła gdzieś tam wśród drzew.
Jego twarz zmieniła się w dziką maskę.
– Całą sukienkę z tyłu miała rozerwaną, Mike. – Spojrzał z wściekłością na leżącego na drodze trupa. – Myślę, że próbowali ją zgwałcić.
Mike skierował wzrok na zwłoki, a następnie na ścianę i rozciągającą się za nią niezbadaną przestrzeń. Cienkie strugi dymu wciąż były widoczne.
– Panowie, tu się dzieje coś niedobrego – oznajmił. – Nie wiem co, ale na pewno coś niedobrego. – Pokazał palcem na trupa. – Myślę, że na tym się nie skończy.
Frank zbliżył się do ciała i pochylił nad nim.
– Popatrz na tę dziwaczną zbroję. Co o tym myślisz, Mike? Jacyś popieprzeni miłośnicy szkoły przetrwania?
Mike wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia, Frank. Ale skoro było dwóch, czemu miałoby ich nie być więcej? – Wskazał Dana. Doktor Nichols chyba wreszcie zatamował upływ krwi. – Słyszeliście, panowie, co szef powiedział. Zastępujemy go i mamy zrobić wszystko, co uważamy za stosowne.
Górnicy przytaknęli skinieniem głowy i podeszli odrobinę bliżej.
– No to łapiemy się za broń, chłopaki. Dobrze wiem, że każdy z was ma tam coś upchane w wozie. Ruszamy na polowanie.
Mężczyźni udali się do swych pojazdów. Po chwili namysłu Mike zmienił decyzję.
– Ty zostajesz, Ken. Musisz zabrać Dana z powrotem do szkoły. Mają tam gabinet lekarski.
Widząc, że stary Hobbs patrzy nań podejrzliwie, dodał krótko:
– Nie kłóć się ze mną! Jesteś na to za stary, do jasnej cholery. I tylko ty masz vana. To chyba lepsze niż wpychanie Dana do pikapa.
Nieco udobruchany Hobbs skinął głową.
– Pójdę po broń. Przyda się wam.
Mike usłyszał, że Nichols coś mówi do córki. Chwilę później doktor się podniósł.
– Sharon zaopiekuje się nim równie dobrze jak ja – powiedział. – To tylko powierzchowna rana. Spora, owszem, ale to nic poważnego. Sharon pojedzie z nim do szkoły.
Mike uniósł ze zdziwienia brew. Nichols uśmiechnął się niewyraźnie.
– Idę z wami. – Kiwnął głową w kierunku ściany. – Sam pan powiedział, że tam się dzieje coś niedobrego. Myślę, że przydam się wam po drodze.
Mike zawahał się. Spojrzał na surową twarz lekarza (jego uśmiech był bardzo niewyraźny) i wreszcie skinął głową.
– Jak dla mnie OK, panie doktorze. – Zerknął na Frosta. – Weźmie pan jego broń? Przyda się panu.
Podczas gdy Nichols zajął się odpinaniem kabury, Mike udał się do swojego pikapa. Wydobycie broni ze schowka za siedzeniem zajęło mu zaledwie kilka sekund. Wziął też pudełko z nabojami. Miał rewolwer magnum kaliber 9 milimetrów. Był to Smith-Wesson, model 28 – “Highway Patrolman” z zamontowanym celownikiem. Całe szczęście, że tego dnia Mike założył pasek zamiast szelek. Przypiął kaburę do paska, a amunicję wepchnął do obszernej kieszeni wypożyczonego smokingu.
Następnie podszedł do jeepa Dana i wyjął stamtąd strzelbę. Znalazł też dwa opakowania z nabojami. Jedno zawierało naboje kaliber 10,16 milimetra, zaś w drugim był gruby śrut kaliber 8,38 milimetra; właśnie takimi pociskami broń była teraz załadowana. Wyciągnął sześć nabojów do strzelby i upchnął je w kieszeniach spodni. Z całym tym arsenałem czuł się jak człapiąca kaczka.
“Pieprzyć to. Wolę być kaczką uzbrojoną po zęby niż wystawioną na odstrzał”.
Tymczasem Sharon wraz z Hobbsem umieścili Dana na tylnym siedzeniu furgonetki. Jenny Lynch doszła już do siebie na tyle, że mogła im pomóc. Kilkadziesiąt sekund później pojazd był już w drodze powrotnej do liceum.
Związkowcy zgromadzili się wokół Mike’a. Każdy z nich miał w ręku broń. W większości były to pistolety; tylko Frank miał swój ukochany karabin powtarzalny winchester, a Harry Lefferts...
– Na litość boską, Harry – wybuchnął Mike. – Postaraj się, żeby Dan cię z tym nie zobaczył.
Harry wyszczerzył zęby. Był rówieśnikiem Darryla – a także jego najlepszym kumplem – i podobnie jak on miał dosyć beztroskie podejście do życia.
– A co złego jest w obrzynie? – zapytał. Potem wskazał podbródkiem pozostałych kolegów. – A każdy z nich niby jest w porządku? Chyba jeszcze jedna nielegalna spluwa nie robi różnicy? W końcu jesteśmy tutaj sami swoi.
Kilka osób zachichotało. Mike skrzywił się.
– No dobra, ale z czymś takim musisz podejść zajebiście blisko. Pamiętaj, że tamci nosili zbroje.
Odwrócił się do doktora i wręczył mu opakowanie z pociskami kaliber 10,16 milimetra, które znalazł w schowku na rękawiczki. Nie był specjalnie zaskoczony, widząc, z jaką wprawą lekarz przeładowuje broń.
– Nieźle was wyszkolili w tej piechocie – mruknął.
Nichols prychnął.
– Taaa, jasne, w piechocie. Umiałem się z tym obchodzić, zanim skończyłem dwanaście lat. – Zważył automat w dłoni. – To jest szkolenie Blackstone Rangers. Dorastałem o rzut kamieniem od Sześćdziesiątej Trzeciej i Cottage Grove.
Czarnoskóry doktor rzucił białym szelmowskie spojrzenie.
– Panowie – powiedział – piechota morska czuwa nad wami. Nie wspominając o najgorszym getcie w Chicago. Do roboty.
Górnicy uśmiechnęli się szeroko.
– Fajnie, że jest pan z nami, doktorze – rzucił Frank.
Mike odwrócił się i ruszył w kierunku ściany.
– Słyszeliście, panowie. Do roboty.

Rozdział 3

Mike stanął na samochodzie Jenny i zaczął się wspinać. Gdy tylko oparł stopę na ścianie, na pojazd posypały się kolejne grudy ziemi. Złorzecząc pod nosem, zdołał jakoś wgramolić się na górę.
Tam w pierwszej kolejności obejrzał swój smoking. Efekt wyczynu sprzed chwili – a także rzucenia się na ziemię na początku strzelaniny – był taki, że eleganckie niegdyś ubranie nadawało się teraz tylko na szmatę do podłóg.
“W wypożyczalni nie będą zbyt szczęśliwi, ale...”.
Podał Frankowi dłoń i pomógł mu się wspiąć.
– Ostrożnie – napomniał go. – Ta ściana jedynie wygląda na solidną przez to, że tak błyszczy, ale to tylko zwykła ziemia.
Przez ten czas, gdy Frank pomagał następnym wgramolić się na górę, rozejrzał się po okolicy.
Po nowej okolicy. To, co ujrzał, potwierdziło jego przypuszczenia.
“W obecnej chwili wypożyczalnia to prawdopodobnie jeden z najmniej ważnych problemów”.
Okazało się, że “ściana” wcale nie jest żadną ścianą. Była to po prostu krawędź ciągnącej się w dal równiny. Ale w północnej części Wirginii Zachodniej nigdzie nie było tak wielkiej połaci płaskiego terenu. Słońce zaś...
– Co się dzieje, Mike? - Frank przerwał jego rozważania. - Nawet to cholerne słońce jest po drugiej stronie. Przecież powinno być tam. – Wskazał na południe.
“A może to nie jest południe? Sądziłbym raczej, że stoimy twarzą na północ, a nie na wschód, tak jak powinno być”.
Szybko odsunął te myśli na bok. Później. Teraz są ważniejsze sprawy na głowie. Znacznie ważniejsze.
Równina była gęsto porośnięta drzewami, jednak nie na tyle gęsto, żeby Mike nie dostrzegł jednej... dwóch... trzech chat stojących wśród pól. Najbliższa z nich była oddalona o niecałe sto metrów.
Wystarczająco blisko, żeby uważnie się przyjrzeć.
– Jezu – syknął Frank.
Dwie dalsze chaty stały w płomieniach. Ta najbliższa była budowlą całkiem sporych rozmiarów. W przeciwieństwie do znanych Mike’owi chat, zbudowana była głównie z kamienia. Ręcznie ciosanego, jak zdołał zauważyć. I gdyby nie to, że chata sprawiała wrażenie aktualnie zamieszkanej (ta pełna godności atmosfera panująca w miejscu, w którym ludzie pracują), Mike mógłby przysiąc, że ogląda średniowieczny budynek.
Oględziny domostwa zajęły mu jednak tylko dwie sekundy. W gospodarstwie nadal „pracowano”, ale przy biernym udziale gospodarzy.
Zacisnął zęby. Wyczuł, że stojącego obok Franka również ogarnia wściekłość. Obejrzał się. Wszyscy górnicy stali obok siebie, wytrzeszczając oczy na rozgrywającą się przed ich oczami scenę.
– Dobra, panowie – powiedział łagodnie. – Widzę sześciu skurwieli. Być może w środku jest ich więcej. Trzech napastuje kobietę na podwórku. Pozostali trzej...
Ponownie spojrzał na ten przerażający obraz.
– Właściwie nie wiem, co oni robią. Chyba przybili tamtego faceta do drzwi i teraz go torturują.
Powoli i delikatnie Frank umieścił nabój w komorze karabinu. I chociaż kompletnie nie współgrało to z jego strojem, w tym momencie sprawiał wrażenie zawodowego mordercy.
– Jaki mamy plan? – zapytał.
– W gruncie rzeczy nie jestem gliniarzem – wycedził Mike przez zęby – a raczej nie mamy czasu, żeby się bawić w szukanie kajdanków w jeepie Dana. – Spojrzał z furią na tę scenę gwałtu i przemocy. – Nie zamierzam im odczytywać ich praw. Po prostu trzeba ich, kurwa, zabić.
– Jak dla mnie w porządku – warknął Darryl. – Nie mam nic przeciwko karze śmierci. Nigdy nie miałem.
- Ja również – mruknął inny górnik. Był to Tony Adducci, postawny mężczyzna świeżo po czterdziestce. Podobnie jak w przypadku wielu tutejszych górników, w żyłach Tony’ego płynęła włoska krew, co zresztą widać było po cerze i rysach twarzy. – Kompletnie nic.
Tony, tak samo jak Mike, trzymał w ręku pistolet. Lewą dłonią pospiesznie zdjął krawat i ze złością wepchnął go do kieszeni. Pozostali wzięli z niego przykład. Żaden jednak nie zdjął marynarki. Wszyscy byli doświadczonymi myśliwymi i wiedzieli, że ich popielate, brązowe i granatowe marynarki będą stanowiły znacznie lepszy kamuflaż niż białe koszule. Po zdjęciu krawatów (lub w przypadku Mike’a muszki) górnicy rozpięli kołnierzyki koszul. Pierwszy raz w życiu “zapolują” w odświętnym ubraniu, mając na nogach eleganckie buty zamiast trepów.
Mike ruszył pod osłoną kępy drzew w kierunku budynku. “Brzozy – zarejestrował mimochodem. – To też nieco dziwne”. Głównie jednak niepokoił go fakt, że smukłe pnie drzew nie zasłaniały ich tak, jak by sobie tego życzył. Na szczęście bandyci byli zaprzątnięci swymi rozrywkami i zupełnie nie zwracali uwagi na to, co się dzieje wokół.
Górnicy zbliżyli się niezauważeni i przykucnęli, ukryci za drzewami tuż na granicy podwórza. Gwałcona kobieta była nie więcej niż dwanaście metrów od nich. Mike odwrócił wzrok, ale do jego uszu wciąż docierały jej rozdzierające jęki.
A także ochrypły śmiech napastników. Jeden z mężczyzn – ten, który przyciskał ramiona kobiety do ziemi – rzucił jakąś szyderczą uwagę do tego, który przygniatał ciało ofiary. Gwałciciel odwarknął coś w odpowiedzi.
Mike nie rozumiał słów, ale wydawało mu się, że mówią po niemiecku. Podczas swego pobytu w wojsku stacjonował przez rok w Niemczech, nie zapamiętał jednak niczego więcej oprócz kluczowego zwrotu “ein Bier, bitte”.
– To są obcokrajowcy – mruknął Darryl. Twarz młodzieńca wykrzywiał gniew. – Za kogo oni się uważają, żeby tak, kurwa, przychodzić do nas i...
Mike nakazał gestem ciszę. Znów zaczął się przyglądać bandytom.
Każdy z nich miał na sobie taką samą przedziwną zbroję. Mieli też jakieś cudaczne hełmy, choć ci, którzy gwałcili kobietę, rzucili swoje na ziemię nieopodal. Mężczyźni znęcający się nad rolnikiem byli w pełnym rynsztunku, ale broń oparli o ścianę domu. Z daleka ich “karabiny” wyglądały dokładnie tak samo jak broń, z której postrzelono komendanta.
Pancerze i hełmy przywodziły Mike’owi na myśl rysunki przedstawiające hiszpańskich konkwistadorów. Hełmy wyglądały jak metalowe garnki z kołnierzami zwężającymi się z przodu i z tyłu w szpic. O ile dobrze pamiętał, takie pancerze ze stalowych płyt osłaniających pierś i plecy, związanych rzemieniami, nazywały się “kirysy”. Poza starodawną bronią palną napastnicy uzbrojeni byli jeszcze w...
Miecze? Miecze?
Ponownie spojrzał w kierunku trzech mężczyzn znęcających się nad kobietą. Nie mieli przy sobie mieczy; schowane w pochwach ostrza leżały niedbale porzucone tuż obok broni palnej. Chociaż Mike nigdy w życiu nad tym się nie zastanawiał, był w stanie wyobrazić sobie, jak uciążliwe mogą być przypięte miecze w sytuacji gwałtu. Wystarczyło spojrzeć na tych mężczyzn i od razu widać było, że takie praktyki to dla nich żadna nowość.
„Już po was”. Ponura myśl. Ostateczna.
Odwrócił się do Franka.
– Tylko ty masz karabin – szepnął mu na ucho. – Możesz zdjąć tych gości przy drzwiach? Pamiętaj, że mają zbroje. Nie celuj w korpus.
Ciężkie wrota budynku były otwarte na oścież. Wiszący na nich rolnik miał przebite nożami nadgarstki. Mężczyzna stojący na wprost niego wbijał kolejne ostrze w jego udo przy akompaniamencie pokrzykiwań pozostałej dwójki. Mike doszedł do wniosku, że są świadkami jakiegoś przesłuchania. Ale był to daremny trud, gdyż rolnik wrzeszczał z bólu, nieświadom zadawanych mu pytań.
– Trzydzieści pięć metrów? – parsknął Frank. – Spokojna głowa. Jedna taka bomba w dupę załatwi każdego cwaniaka.
Mike kiwnął głową. Odwrócił się i przywołał gestem Harry’ego Leffertsa.
Na widok jego dubeltówki z obciętą lufą skrzywił się.
– Zapomnij o tym badziewiu. Tam są też niewinni ludzie. – Wręczył Harry’emu broń, którą zabrał z cherokee Dana. – Weź to. Jest naładowana grubym śrutem. Amunicja jest w środku, sprawdzałem. Jak już Frank przypieprzy tym gościom przy drzwiach, wtedy ty wkraczasz do akcji. Będzie celował w nogi, tam nie mają osłony. Ty masz ich dobić, gdy już znajdą się w parterze.
Harry skinął głową. Wepchnął obrzyna pod rosnący nieopodal krzak i wziął strzelbę Dana. Mike sięgnął do kieszeni i podał mu dodatkowe naboje do strzelby. Potem przyjrzał się pozostałym kolegom. Podobnie jak on, mieli przy sobie jedynie pistolety i rewolwery.
Doszedł do wniosku, że nie ma sensu silić się na jakąś wielką strategię. Poza tym...
“Nie dam rady dłużej tego słuchać”.
– Frank – szepnął – nie strzelaj, dopóki ja nie zacznę.
Chwilę później Mike kroczył w kierunku gwałcicieli. W prawej dłoni trzymał rewolwer. Szedł szybko, ale nie biegł. Minęły lata, odkąd Mike boksował zawodowo, jednak nabyte wtedy doświadczenie wzięło teraz górę. “Spokojnie, spokojnie, opanuj się, to tylko zwykła walka”. Coś mu mówiło, że wygląda idiotycznie, wkraczając w samo oko cyklonu w smokingu i lakierkach, ale szybko odsunął te myśli na bok.
Pierwszy zauważył go bandzior, który kucał niecały metr od kobiety. Mężczyzna przyglądał się scenie gwałtu z dziką żądzą w oczach. Na widok Mike’a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
Mike przystanął, uklęknął, przyjął pozycję strzelecką i wycelował. Jakąś częścią umysłu zarejestrował błyskawiczną reakcję człowieka, którego zaraz miał zastrzelić, i zrobiło to na nim wrażenie. “Zna się na rzeczy”. Mężczyzna już się podnosił i ostrzegał krzykiem towarzyszy.
“Obydwie dłonie, chwyć mocno, odbezpiecz. Spokojnie, spokojnie. Środek masy. Naciśnij”.
Tak jak zawsze, magnum wystrzeliło z potężnym hukiem i mocno szarpnęło dłonią Mike’a. Kula wbiła się w ramię mężczyzny i rzuciła nim o ziemię. Trwało to ułamek sekundy, nie więcej. Być może mężczyzna jeszcze żył, ale z całą pewnością był unieszkodliwiony.
Do uszu Mike’a dotarły głuchy trzask karabinu Franka i pokrzykiwania Harry’ego. Nie zwracał uwagi na te dźwięki; zignorował je tak, jak niegdyś puszczał mimo uszu ryk tłumu zebranego wokół ringu. Teraz był gotów zabić bandziora, który przytrzymywał kobietę za ramiona. Był dokładnie na wprost niego. Mike widział tylko rozdziawione usta mężczyzny, reszta twarzy była jednolitą plamą. Bandyta puścił kobietę i zaczął się podnosić.
“To tylko zwykła walka. Odbezpiecz, pojedynczy strzał jest bardziej precyzyjny. Środek masy...”.
Magnum ryknęło po raz drugi. Mężczyzna dostał kulą w klatkę piersiową i runął na wznak z takim impetem, jakby go potrącił samochód ciężarowy. Mike wiedział, że bandyta jest martwy, zanim jeszcze upadł na ziemię.
Został jeszcze jeden, w opuszczonych spodniach.
Gwałciciel zaczął coś wołać, ale Mike znowu nie był w stanie nic zrozumieć. Wyczuwał tylko jego strach. Mężczyzna zlazł z kobiety i rozpaczliwie próbował się podnieść, ale zamotał się w spodnie i upadł na twarz.
Mike podniósł broń, gotów zabić napastnika, ale wstrzymał się, widząc, że doktor Nichols już jest przy nim. Było coś z chirurgicznej precyzji w sposobie, w jaki Nichols z bliska wypalił bandycie w tył głowy. Raz i drugi.
“I to by było na tyle”. Mike zdał sobie teraz sprawę, że słyszał kilka wystrzałów z karabinu Franka. Spojrzał w kierunku chaty.
Jeden z bandytów klęczał, rozpłaszczony o ścianę budynku. Pośladki miał oblepione krwią. Mike nie miał wątpliwości, że to właśnie on był pierwszym celem Franka. Pomimo że lubił się nabijać z jego zamiłowania do tej koszmarnej broni, wiedział, że jest on zarówno fenomenalnym strzelcem, jak i jednym z najbardziej odpowiedzialnych ludzi, jakich w życiu spotkał. Frank mierzył w dolny odcinek kręgosłupa mężczyzny, tuż poniżej kirysu.
“Bez wątpienia sparaliżowany. Pewnie jest martwy albo właśnie umiera”.
Pozostali dwaj wili się na ziemi, trzymając się kurczowo za nogi i wrzeszcząc. Nadbiegał Harry. Młody górnik zatrzymał się gwałtownie kilka metrów od nich, wepchnął nabój do komory, wycelował i strzelił. Chociaż targała nim wściekłość, trafił pierwszego z nich w szyję, która nie była osłonięta ani hełmem, ani pancerzem. Bandyta praktycznie stracił głowę; jego hełm uderzył o ścianę chaty, furkocząc rzemieniami.
Teraz Harry odwrócił się do drugiego bandyty. “Ładuj, wymierz, strzelaj”. Kolejny hełm pofrunął, młócąc powietrze skórzanymi paskami. Dla świętego spokoju – nie ma tu miejsca na litość – Harry załadował kolejny nabój, zrobił krok do przodu i wypalił w klęczącego pod ścianą sparaliżowanego mężczyznę. Odległość wynosiła nie więcej niż metr. Tym razem hełm nie spadł, ale tylko dlatego, że odleciała cała głowa. Z kikuta szyi trysnęła krew, malując kamienną ścianę w szkarłatny deseń.
Nagle Mike dostrzegł jakiś ruch w głębi budynku. Zanurkował.
– Harry, padnij! Na ziemię!
Gdyby nie Mike, Harry najprawdopodobniej już by nie żył. Młody górnik rzucił się w lewo w momencie, gdy z głębi domu padł strzał, dlatego kula trafiła go tylko w bok. Padł na ziemię, skowycząc, ale w jego głosie słychać było bardziej zaskoczenie i wściekłość niż ból. Mike mógłby się założyć, że rana była tylko powierzchowna.
– Osłaniaj mnie, Frank! – zawołał, pędząc do drzwi. Słyszał, że winchester Franka ponownie wypalił. Nie widział, dokąd lecą kule, ale wiedział, że Frank będzie strzelał w drzwi, żeby odpędzić ukrytego tam napastnika. Kątem oka dostrzegł, że James Nichols i Tony Adducci strzelają w małe okna rozmieszczone wzdłuż ściany domu. Słyszał, jak drewniane okiennice rozlatują się w drzazgi.
Mike dotarł do drzwi i przywarł plecami do ściany. Po drugiej stronie drzwi wisiał nieprzytomny, zalany krwią mężczyzna. Jego ciężar – był w średnim wieku i miał wydatny brzuch – sprawiał, że dziury w nadgarstkach niebezpiecznie się powiększały.
“Chryste, wykrwawi się na śmierć”. Mike natychmiast podjął decyzję. Skoczył w kierunku rolnika, narażając się na strzały z wnętrza domu. Nikt jednak nie strzelał. Dwoma szybkimi szarpnięciami usunął noże i ułożył mężczyznę delikatnie na ziemi.
Nic więcej nie mógł w tym momencie zrobić. Wnętrze chaty było tak słabo oświetlone, że niczego nie było widać. Ostrożność w połączeniu z wojskowym przeszkoleniem nakazywała mu zaczekać, aż nadejdą towarzysze. Jednak z drugiej strony...
“Wszystkie te karabiny to jakieś antyki. Jednostrzałowce nabijane od przodu. Założę się, że ten chujek nie miał czasu przeładować”.
Decyzja ponownie była błyskawiczna. Mike rzucił się do środka i przeturlał po ziemi.
Okazało się, że napastnik rzeczywiście nie miał czasu przeładować, ale niestety Mike wpadł prosto na niego.
Poczuł, że ktoś pada mu na plecy. Zaskoczenie oraz impet zderzenia sprawiły, że upuścił broń. Zerwał się jak szalony, próbując zepchnąć z siebie napastnika.
Ale mężczyzna uczepił się Mike’a niczym zapaśnik. Warknął więc i trzasnął przeciwnika łokciem.
“Kurwa!”. Zapomniał o kirysie. Lewy łokieć przeszył ból. Ale przynajmniej odepchnął napastnika.
Mike miał instynkt boksera, a nie rewolwerowca, dlatego nawet nie pomyślał o tym, żeby odszukać broń, tylko obrócił się na pięcie i wyprowadził w podbródek bandyty prawy prosty.
Miał na koncie osiem zawodowych walk, z tego pierwszych siedem wygranych przez nokaut, i to najpóźniej w czwartej rundzie. Wycofał się, gdy doszedł do wniosku, że brakuje mu szybkości. Ale nikt nigdy nie mówił, że brakuje mu siły.
Bandzior przeleciał przez całe pomieszczenie i rąbnął w masywny stół. Żuchwa zwisała luźno, złamana, głowa opadła na bok.
Nie pomogła widoczna słabość przeciwnika. Nie pomógł też fakt, że był niższy od Mike’a. Ta walka nie toczyła się według przepisów Queensbury’ego. Mike skoczył do przodu i wymierzył prawą ręką cios w podbrzusze, tuż pod kirysem. A potem jeszcze jeden. Gdyby był tu sędzia, z całą pewnością zdyskwalifikowałby go za każde z tych uderzeń. Następnie był lewy hak, który zgruchotał przeciwnikowi szczękę. Mike był bardzo silnym mężczyzną, a do tego jednym z nielicznych, którzy potrafili się bić. Każdy jego cios był jak uderzenie młotem kowalskim. Już się zamierzał, by ponownie trzasnąć bandytę w twarz, ale w ostatniej chwili zatrzymał się.
“Na miłość boską, Stearns, wystarczy! Już go załatwiłeś”.
Zmusił się do wykonania kilku kroków do tyłu – zupełnie jakby go odciągał jakiś niewidzialny sędzia. Próbował nieco skupić myśli. Ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że niemal całkowicie owładnęło nim pomieszanie strachu i furii. Czuł się jak ampułka czystej adrenaliny.
Jego przeciwnik zwalił się na ziemię jak kłoda. Mike opuścił ręce i rozprostował obolałe palce. Zapomniał już, jak bardzo się cierpi po walce bez rękawic. Nawet jako zwycięzca.
Zaczęły nim wstrząsać dreszcze; była to opóźniona reakcja na całe zajście. Szczególnie przeżywał strzelaninę. Chociaż w młodości brał udział w wielu burdach, jednak nigdy nikogo nie zabił.
Poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i ujrzał zatroskaną twarz doktora Nicholsa.
– Nic panu nie jest?
Mike pokręcił głową. Zdobył się nawet na słaby uśmiech, po czym podniósł dłonie. Skóra na trzech knykciach była pęknięta i ze skaleczeń sączyła się krew.
– Z tego, co wiem, to chyba nic więcej mi nie dolega.
Nichols wziął jego dłonie w swoje ręce i dokładnie je obejrzał.
– Chyba nic nie jest złamane – mruknął, po czym rzucił okiem na leżącego na klepisku nieprzytomnego mężczyznę. – Ale przy takim ciosie, młody człowieku, następnym razem postaraj się o rękawice. Drań wygląda tak, jakby go ktoś pogłaskał trzonkiem siekiery.
Przez chwilę Mike’owi zakręciło się w głowie. Słyszał, że inni górnicy wtargnęli do budynku w poszukiwaniu kolejnych przeciwników, ale nikogo już nie było. Krew pulsująca mu w skroniach zagłuszyła ich słowa, ale po intonacji wywnioskował, że niebezpieczeństwo minęło.
Wciągnął do płuc tak dużo powietrza, że aż przeszedł go dreszcz, i szybko się otrząsnął, przepędzając zawroty głowy.
– Dziękuję, doktorze – powiedział łagodnie.
Na twarzy Nicholsa nagle wykwitł uśmiech.
– Daj spokój, mów mi James! Chyba zostaliśmy już sobie przedstawieni. A teraz wybacz, ale mam tu ciężko ranne osoby do opatrzenia. Jak na jeden dzień, chyba już zbyt wiele razy złamałem Przysięgę Hipokratesa. – I mruknął pod nosem: – Jezu, Nichols, “po pierwsze nie szkodzić”.
Mike przypomniał sobie o Harrym Leffertsie. I o rolniku oraz kobiecie, która – jak przypuszczał – była jego żoną. Ruszył w ślad za Nicholsem, gotów udzielić wszelkiej pomocy. Nagle jednak przystanął i rozejrzał się w poszukiwaniu Franka.
Jackson stał przy dużym palenisku i oglądał wnętrze budynku. Wyglądało na to, że chata ma tylko jedno pomieszczenie, choć Mike dostrzegł wąziutkie schody – bardziej przypominające drabinę – które prowadziły na wyższe piętro. W budynku panował półmrok; nieliczne okna były tak małe, że wpuszczały do środka jedynie skąpą ilość światła. Mimo tego widział, że wszystko wywrócono tu do góry nogami: bandyci splądrowali dom. Najprawdopodobniej torturowali rolnika po to, żeby wyjawił im miejsce, w którym ukrył jakieś kosztowności.
“Zbyt wiele to chyba nie mógł mieć”. Pomimo imponującego metrażu i bardzo starannej konstrukcji, Mike nigdy w życiu nie widział równie nędznej chaty. Brakowało oświetlenia, nie było żadnej instalacji kanalizacyjnej. W oknach nie było szyb. Nawet zamiast podłogi była po prostu ubita ziemia.
Napotkał wzrok Franka.
– Zajmę się tym, Mike. Tony już sprawdza na górze. Ty lepiej pomóż doktorowi.
Na zewnątrz Nichols właśnie opatrywał rolnika. Doktorowi najwyraźniej skończył się już zapas bandaży z apteczki, bo zdjął marynarkę i zaczął drzeć koszulę na pasy. Mimo że Nichols już dawno miał za sobą młodzieńcze lata, na jego dobrze umięśnionym ciele nie widać było prawie żadnych fałdek tłuszczu. Czarne, żylaste ciało, pokryte cienką warstwą potu, lśniło w promieniach słońca.
Mike rozejrzał się wokół. Harry Lefferts również był bez koszuli i z wybałuszonymi oczami gapił się na swój zraniony bok. Jego biodro i udo były zakrwawione, podobnie jak żebra, jednak rana była już obandażowana i Mike przypuszczał, że krwawienie ustało.
– To tylko powierzchowna rana – usłyszał głos Nicholsa. – Harrym zająłem się w pierwszej kolejności. Będzie miał naprawdę imponującą bliznę, żeby szpanować przed wnukami, ale kula tylko zadrasnęła jedno żebro. Nie sądzę, żeby doszło do wewnętrznego krwawienia.
Teraz Nichols spojrzał w stronę kobiety. Leżała w pozycji embrionalnej, z kolanami podciągniętymi do klatki piersiowej i twarzą ukrytą w dłoniach. Nie przestawała łkać. Jej poszarpana sukienka była przykryta dwiema marynarkami. Właściciele marynarek – Don Richards i Larry Masaniello – kucali nieopodal. Na ich twarzach malowało się zakłopotanie i smutek; nie bardzo wiedzieli, jak jeszcze mogliby pomóc kobiecie.
– Wszystko z nią będzie w porządku – mruknął Nichols i twarz mu stężała. – Oczywiście na tyle, na ile wszystko może być w porządku z ofiarą zbiorowego gwałtu. Ale za to nie wiem, czy jej mąż z tego wyjdzie. Wszystkie główne arterie są całe, ale stracił koszmarnie dużo krwi.
Mike przykucnął obok doktora.
– Jak mogę ci pomóc, James? – Nichols obwiązał wszystkie rany rolnika, jednak krew nie przestawała płynąć. Lekarz darł coraz to nowe pasy z tego, co niegdyś było koszulą, i zakładał nowe opatrunki.
– Przede wszystkim daj mi swoją marynarkę. I zobacz, czy w środku są jakieś koce. Cokolwiek, byle tylko go ogrzać. Jest w ciężkim szoku.
Mike zdjął marynarkę i podał ją doktorowi, a ten natychmiast okrył nią rolnika.
– A teraz sprowadź karetkę, żebyśmy mogli zabrać tego biedaka do szpitala. Zrobiłem wszystko, co było możliwe w tych warunkach, ale teraz potrzebny jest prawdziwy sprzęt medyczny.
Doktor podniósł głowę i powoli rozejrzał się po okolicy.
– Ale coś mi się wydaje, że na nadmiar karetek i szpitali nie będziemy tu raczej narzekać.
Napotkał spojrzenie Mike’a.
– Gdzie my w ogóle jesteśmy, do jasnej cholery? – Zdobył się na uśmiech. – Błagam cię, nie mów mi, że tak się żyje w Wirginii Zachodniej. Córka namawia mnie, żebym otworzył tutaj gabinet. – Ponownie się rozejrzał. – Nawet ten film Wybawienie nie był tak popieprzony. A działo się to gdzieś w dzikiej głuszy, o ile dobrze pamiętam. My przecież jesteśmy zaledwie półtorej godziny drogi od Pittsburgha.
– Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Wirginii Zachodniej – powiedział cicho Mike. Nichols zaśmiał się. – Nic się nie zgadza, James. Ani krajobraz, ani drzewa, ani mieszkańcy, ani... – Wskazał znajdujący się za ich plecami dom. – W Wirginii Zachodniej nie ma takich budynków, możesz mi wierzyć na słowo. Pomijając całą nędzę, ta chata nie jest jakąś rozklekotaną budą. Tak wielki i porządnie zbudowany dom – no i przy tym tak stary – u nas zostałby uznany za zabytek jakieś pięćdziesiąt lat temu.
Schylił się, żeby podnieść z ziemi broń, którą upuścił jeden z bandziorów. Po krótkich oględzinach pokazał ją Nicholsowi.
– Widziałeś kiedyś coś takiego? – Doktor pokręcił głową. – Ja też nie – powiedział Mike. – Kenn Hobbs twierdzi, że to jest rusznica, a on raczej wie, o czym mówi. Przez całe życie fascynowała go historyczna broń palna. To coś ma zamek lontowy, a takiej broni nie robią już od... chyba co najmniej dwustu lat. Nawet w czasach wojny o niepodległość każda broń miała już zamek skałkowy.
Przyjrzał się uważnie lufie.
– No spójrz tylko, przecież to jest przynajmniej kaliber 19 milimetrów.
Chciał jeszcze coś dodać, ale przerwał mu Frank, który właśnie wyszedł z budynku.
– Teren jest czysty – oznajmił. Jackson był jak zawsze niewzruszony. Po części wynikało to z jego osobowości, a po części z tego, że skarbnik związku, jako jedyny oprócz Nicholsa, miał za sobą prawdziwe doświadczenia wojenne.
Mike przyjrzał się reszcie kolegów. Wszyscy zaczynali teraz odreagowywać niedawne zdarzenia. Lefferts leżał na plecach, przyciskając do boku opatrunek i wpatrując się w niebo. Ten sam młodzieniec, który bezlitośnie zabijał w ogniu walki, teraz sprawiał wrażenie otumanionego zwierzęcia. Oczy miał szeroko rozwarte, spojrzenie puste. Obok niego klęczał Darryl z głową wciśniętą w ramiona. Tak mocno trzymał się za kolana, że aż pobielały mu kłykcie. Don Richards i Larry Masaniello siedzieli z nogami wyciągniętymi przed siebie i podpierali się rękami. Ich broń leżała na ziemi. Widać było, że ciężko oddychają. Richards klął pod nosem, Masaniello, pobożny katolik, odmawiał po cichu Ojcze nasz.
Mike wypuścił ze świstem powietrze.
– Chyba wszystkich nas trochę ruszyło, James, z wyjątkiem ciebie i Franka.
Doktor zaśmiał się krótko.
– Tak, jasne. Którejś nocy obudzę się z wrzaskiem. Założę się, że Frank także.
Jackson, oparty o framugę, potrząsnął głową.
– Na pewno nie dzisiejszej nocy. Jutrzejszej też nie, ale pojutrze będzie już niedobrze. Jak nic chwycą mnie dreszcze. – Spojrzał ponurym wzrokiem na pobojowisko. – Jezus Maria, nawet w Wietnamie nie widziałem takiej rzeźni. Ale na szczęście to głównie my strzelaliśmy. – Popatrzył na Mike’a kucającego obok doktora. – A jak ty się trzymasz? – zapytał, i zanim Mike zdążył odpowiedzieć, dorzucił: – Tylko mi tu nie pierdziel. Nie jesteś aż tak twardy.
Mike roześmiał się wesoło.
– Wcale tak nie twierdzę. Serio? Czuję się tak, jakby mnie tir potrącił. Nie wiem, jak to się stało, że jeszcze żyję. – Wciąż widział, jak kroczy niczym maszyna do zabijania, zimny jak lód. Bach, bach. Po prostu. Jeden martwy, drugi...
Spojrzał na ciało mężczyzny, którego postrzelił na samym początku w ramię. Nie trzeba być doktorem, żeby stwierdzić, że mężczyzna był martwy. Pocisk magnum musiał rozsadzić mu serce.
“No przecież właśnie dlatego kupiłeś to bydlę. I oni nazywają to «mocą obalającą». Chryste!”.
Zacisnął usta, myśląc o tym, co właściwie czuje.
– Daj spokój, Mike – powiedział Frank. – Dzisiaj tego nie ogarniesz. Zaufaj mi. Na razie o tym nie myśl.
– On ma rację – zawtórował Nichols i wyprostował się. To przypomniało Mike’owi, że miał poszukać koców.
– Przepraszam – mruknął i ruszył w kierunku domu. – Frank, czy zauważyłeś gdzieś jakieś koce, gdy byłeś...
Nagle z góry dobiegł ich krzyk Tony’ego Adducci. Tony wychylał się z małego okna na piętrze i wskazywał na coś palcem.
– Znowu mamy kłopoty! – zawołał. Mike spojrzał we wskazanym kierunku. Z podwórza prowadziła mała dróżka, która następnie ginęła wśród drzew. Stojąc na ziemi, Mike nie był w stanie niczego dostrzec.
Ale Adducci najwyraźniej widział coś ponad wierzchołkami drzew.
– Zbliża się... yyy... Kurwa, Mike, przysięgam, że to prawda. Zbliża się dyliżans w towarzystwie czterech jeźdźców. Są góra czterysta metrów stąd. Będą tu lada moment.
Po chwili zaczął jeszcze głośniej krzyczeć.
– A za nimi biegnie kolejnych dwudziestu gości z zajebiście wielkimi włóczniami! Nie żartuję, do cholery jasnej, z włóczniami!
Wychylając się nieco bardziej, Tony spojrzał na leżące na podwórzu zwłoki.
– Wyglądają dokładnie tak samo, jak tamci. Ci na koniach zresztą też.
Mike znowu spojrzał w kierunku wskazywanym przez Tony’ego. Droga wyglądała tak, jakby była przeznaczona dla wozów. Dwa rowy, a pośrodku ubita ziemia. Drzewa przesłaniające widok były oddalone o niespełna dwadzieścia metrów. Po chwili usłyszał zbliżający się tętent kopyt i czterech jeźdźców wypadło zza drzew. Oni również nosili hełmy i kirysy, a u boku mieli przypasane miecze. Mike dostrzegł, że przy ich siodłach wiszą jakieś wielkie pistolety.
Jadący na czele zauważył go i coś wykrzyknął. Cała czwórka momentalnie osadziła wierzchowce w miejscu. Po chwili dołączył do nich pojazd ciągnięty przez szóstkę koni. Woźnica gwałtownie ściągnął lejce, tylko cudem unikając kolizji ze stojącymi jeźdźcami, na skutek czego pojazdem zarzuciło w poprzek drogi, niemal go przewracając. Jedno z kół wpadło do rowu.
Tony użył słowa “dyliżans”, ale takiego dyliżansu Mike nigdy w życiu nie widział, nawet na filmach. Pomijając eleganckie wykonanie i wszelkie zdobienia, pojazd przywodził na myśl raczej mały kryty wóz.
Wysunięty do przodu jeździec ponownie coś zawołał. Tak jak i wcześniej, Mike nie zrozumiał słów, ale był już pewien, że mężczyzna mówi po niemiecku. Chyba że jego własna pamięć stroiła sobie z niego okrutne żarty.
Zapadła cisza. Mężczyźni wpatrywali się w Amerykanów. Dwaj górnicy siedzący przy zgwałconej kobiecie podnieśli się, trzymając broń w pogotowiu. Tak samo Darryl, Frank i Tony. Nichols kucał, pozornie niedbale trzymając policyjną broń. Nawet Harry, wciąż leżąc na ziemi i dociskając bandaż do żeber, rozpaczliwie starał się znaleźć swoją strzelbę. Ostatni z górników, Chuck Rawls, był wewnątrz budynku. Mike usłyszał jego szept dobiegający zza drzwi:
– Mam ich na muszce. Daj mi tylko znak.
Mike wyciągnął przed siebie ręce.
– Zaczekajcie! Nie strzelamy bez powodu!
Dostrzegł, że jeźdźcy powoli sięgają po wiszące przy siodłach pistolety. Przypomniał sobie – zupełnie nie w porę – że jego własna broń leży gdzieś wewnątrz budynku.
Wtedy z boku powozu rozsunęła się zasłona i wyjrzała zza niej jakaś twarz. Była to twarz zrozpaczonej młodej kobiety. Kilka pasm długich czarnych włosów wymknęło się spod czepka okrywającego jej głowę. Miała brązowe oczy i ciemną karnację, zupełnie jak Hiszpanka. Była...
Twarz Mike’a błysnęła radością. Nieco dziwną w tych okolicznościach, chociaż może wcale nie taką dziwną. W końcu czasem, gdy logika i rozsądek znikną, instynkt bierze górę.
– Spokojnie, panowie! Chyba mamy tu damę w opałach. Jak na mój gust, wybór jednej ze stron to będzie teraz bułka z masłem.
– Zawsze byłeś typem romantyka - zachichotał Frank. - I zawsze leciałeś na ładną buzię.
Mike wzruszył ramionami. Powoli ruszył w stronę pojazdu, nie przestając się uśmiechać. Rozstawił szeroko dłonie, żeby eskorta widziała, że nie jest uzbrojony.
– To jest dla ciebie “ładna buzia”? – zawołał przez ramię. – Chyba cię pogięło, Frank. Bo ja uważam, że najpierw trafiliśmy na plan zdjęciowy Wybawienia – parsknął – albo Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, teraz zaś...
Twarz kobiety była coraz bliżej.
– Teraz zaś jesteśmy w Kleopatrze. – Słowa te wypowiedział znacznie łagodniej niż zamierzał. Ku swojemu zaskoczeniu zdał sobie też sprawę z czego innego – wcale nie żartował.

Rozdział 4

Nagłe szarpnięcie powozu spowodowało, że Rebeka wpadła na ojca. Baltazar Abrabanel syknął z bólu.
– Uważaj, dziecko! – Przycisnął mocniej dłoń do klatki piersiowej. Jego okolona siwą brodą twarz była bardzo mizerna. Oddychał szybko i ciężko.
Rebeka wpatrywała się w ojca i czuła, że jej serce wali jak oszalałe ze strachu – strachu tak wielkiego, że graniczył niemal z paniką. “Z ojcem dzieje się coś niedobrego. Jego serce...”.
Z zewnątrz dobiegły ją nawoływania. Rebeka rozpoznała głos dowódcy grupki lancknechtów, których jej ojciec wynajął w Amsterdamie - mieli eskortować ich do Badenburga - jednak mężczyzna mówił po niemiecku z tak koszmarnym akcentem, że nie była w stanie zrozumieć słów. Bez wątpienia jednak był mocno zdumiony.
Rozległ się kolejny krzyk i tym razem zrozumiała.
– Kto wy?!
Baltazar cicho jęknął.
– Zobacz, co się dzieje, Rebeko – powiedział z wyraźnym trudem.
Rebeka zawahała się przez krótką chwilę. Stan ojca napawał ją trwogą, lecz z przyzwyczajenia go usłuchała.
Zaczęła szarpać wstęgę, która przytrzymywała zasłonę. Jechali otwartym powozem i Rebeka wolałaby w ogóle nie zaciągać zasłon, żeby przez cały czas móc rozkoszować się świeżym powietrzem, ale ojciec uparł się, żeby ich podróż odbywała się w tajemnicy przed światem.
– Drogie dziecko, ta podróż i tak będzie wystarczająco niebezpieczna – rzekł z dziwnym uśmiechem – więc lepiej, żebyś dodatkowo nie wystawiała się na spojrzenia mężczyzn. – W jego słowach była czułość i duma, owszem, ale było też coś jeszcze...
Gdy wreszcie dotarło do niej, co to jest to “coś jeszcze”, przed czym ojciec chciał ją uchronić, była równie zdumiona, jak wstrząśnięta. “Czy mężczyźni naprawdę popełniają takie czyny?”. Zdumienie wywołała świadomość, że ojciec uważa ją za piękną. Słyszała to już od innych, ale... wciąż brzmiało to jakoś niewiarygodnie. Ona sama widziała w lustrze jedynie młodą Sefardyjkę o oliwkowej skórze, z długimi, czarnymi włosami i o ciemnych oczach. Rzeczywiście, miała bardzo regularne rysy, prawdopodobnie bardziej niż inne kobiety, a czasami – w rzadkich chwilach próżności – uważała, że ma zmysłowe usta. Wydatne, pełne. Ale żeby... piękna? “Cóż to znaczy?”.
W końcu – zajęło to raptem kilka chwil, lecz jej wydały się one wiecznością – rozsupłała wstęgę, odsunęła zasłonę i wychyliła się przez okno.
Przez moment nie docierało do niej, co ma przed oczami; wciąż myślała tylko o cierpieniu ojca. “Jego serce!”.
Wreszcie zrozumiała. Stłumiła okrzyk i cofnęła się nieco w głąb pojazdu. Nowy lęk chwycił ją za gardło, zajmując miejsce starego. Lęk wywołany widokiem leżących wszędzie ciał. Rebeka nigdy wcześniej nie widziała prawdziwych scen przemocy, jedynie drobne bójki, ale nawet one były surowo tępione przez amsterdamskie władze.
“Wszędzie tyle krwi! A tam... leży głowa. Czy ta kobieta... Czy ona została... Boże Wszechmogący!”.
To wszystko wywoływało jednak tylko lęk, za to na widok zbliżającego się do niej mężczyzny ogarnęło ją przerażenie przeszywające niczym rozpalone ostrze.
Strach sparaliżował ją. Patrzyła na mężczyznę jak mysz na węża.
“Hidalgo! Tutaj? Boże, miej nas w opiece!”.
– O co chodzi, dziecko? – zapytał ojciec. – Co się dzieje? – syknął i zaczął się gwałtownie szarpać.
Była rozdarta między strachem przed mężczyzną a obawą o ojca. I wtedy (“czy to się kiedyś skończy?”) usłyszała krzyki dowódcy wynajętych przez ojca lancknechtów.
– Ruszajmy! Nuże! Za mało nam płacą!
Rozległ się tętent kopyt. Po chwili Rebeka poczuła, że powóz się zakołysał, i zrozumiała, że to woźnica zeskoczył z kozła. Słyszała, jak ucieka, przedzierając się przez rosnące wzdłuż drogi chaszcze.
“Porzucają nas!”.
Odwróciła się i szeroko otwartymi z przerażenia oczami spojrzała na ojca. Ale ów łagodny i mądry człowiek, na którym przez całe życie polegała, nie mógł jej teraz pomóc. Baltazar Abrabanel wciąż żył, jednak miał przymknięte powieki, a szczęki zaciśnięte z potwornego bólu. Obydwiema dłońmi przyciskał klatkę piersiową i powoli zsuwał się z poduszek. Cichutko jęknął.
Strach dziecka przezwyciężył wszystkie inne lęki. Rebeka błyskawicznie uklękła i mocno objęła ojca. Rozpaczliwie starała się go ukoić, zupełnie nie wiedząc, jak to zrobić. Spojrzała na ciężkie kufry spoczywające na siedzeniu na wprost niej. Były w nich księgi ojca, jego przekład dzieł medycznych Galena. Trzydzieści siedem tomów Galena, wszystkie napisane po arabsku – w języku, który Rebeka bardzo słabo znała.
I wtedy usłyszała jakiś głos. Zdumiona, odwróciła głowę.
Hidalgo stał przy oknie powozu i zaglądał do środka. Mężczyzna był tak wysoki, że musiał się schylać.
Wydawało jej się, że go zrozumiała. “Ale nie, to niemożliwe, on nie może mówić po...”.
Hidalgo powtórzył te same słowa. Miał bardzo dziwny akcent. Nigdy jeszcze nie słyszała, żeby ktoś tak wymawiał słowa w tym języku.
“Angielski? Mówi po angielsku? Żaden hidalgo nie mówi po angielsku. Mają ten język w głębokiej pogardzie, bo to język piratów i handlarzy”.
Popatrzyła na niego uważnie. Sprawiał wrażenie, że jest tak samo zagubiony, jak ona przerażona. Był w każdym calu hidalgiem: rosły, silny, wyprostowany, przystojny. Roztaczał wokół aurę pewności siebie i wiary we własne siły, typową tylko dla hiszpańskiej arystokracji. Zgadzał się nawet jego ubiór: biała marszczona koszula (jedwab, była tego pewna) i czarne spodnie. “Owszem, jest coś dziwnego w jego obuwiu, ale...”.
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. “Któż inny miałby tak idealne zęby?”.
I wtedy ponownie się odezwał. Po raz czwarty wypowiedział te same słowa.
– Przepraszam panią, czy można pani w czymś pomóc?
* * *
Przez następne lata Rebeka Abrabanel wiele razy zastanawiała się, czemu wtedy powiedziała prawdę. A raczej wybełkotała.
Doszła do wniosku, że częściowo powodem była odwieczna tęsknota. Mimo dzikich okrucieństw inkwizycji i bezlitosnego wypędzenia Żydów przez hidalgów, hiszpańscy i portugalscy Sefardyjczycy nigdy nie byli w stanie zapomnieć Iberii – zalanej słońcem krainy, którą pokochali. Przez stulecia wznosili tutaj budynki, wierząc, że wreszcie znaleźli upragnione schronienie, dopóki rodzina królewska i arystokracja nie postanowiły ich wypędzić, skazując na ponowną tułaczkę. Zachowali jednak swoją mowę, cieszyli się własną kulturą. Aszkenazyjczycy mogli gnieść się w swoich gettach we wschodniej i środkowej Europie, broniąc całemu światu dostępu do swych dusz, ale nie Sefardyjczycy. Blisko półtora wieku minęło od wygnania ich z krainy, którą zwali Sefarad, lecz dla nich wciąż największym zaszczytem było nazwanie mężczyzny hidalgiem.
Po latach Rebeka uświadomiła sobie, że jej odpowiedź częściowo była również reakcją na odkrycie, że legendy z czasów jej dzieciństwa nie kłamały. Że gdzieś na świecie żyje arystokracja, która nie pławi się w okrucieństwie i zdradzie, skrytymi pod płaszczykiem uprzejmości.
Ale było coś jeszcze: reakcja kobiety.
Albowiem stał przed nią mężczyzna. Urodziwy, owszem, chociaż inaczej niż hidalgowie. Mimo że w jej głowie panował zamęt i była sparaliżowana strachem, zachowała na tyle przytomności umysłu, żeby dostrzec różnicę. Mężczyzna nie miał w sobie nic z drapieżnej urody hidalga. Był to po prostu przystojny mężczyzna, właściwie kmieć, sądząc po zadartym nosie i szerokim uśmiechu. I nawet jeśli jego oczy były kulami tak czystego błękitu, że pozazdrościłby mu każdy hidalgo, malowały się w nich jedynie przyjaźń i troska.
Do takich wniosków Rebeka Abrabanel doszła po latach. Gdy sięgała pamięcią wstecz, nie była w stanie znaleźć żadnej innej chwili, która wypełniłaby jej serce takim żarem.
* * *
– Tak, błagam! Mój ojciec... – Opuściła głowę i zamknęła oczy. Spod zaciśniętych powiek zaczęły płynąć łzy. – Jest bardzo chory. To chyba serce – powiedziała cicho.
Otworzyła oczy i podniosła głowę. Twarz mężczyzny rozmyła się we łzach.
– Jesteśmy sami – szepnęła. – Nikt... Jesteśmy marrani. – Wyczuła, że mężczyznę zdziwiło to określenie. “Naturalnie, przecież jest Anglikiem”. – To ukryci Żydzi – wyjaśniła i ku swemu zaskoczeniu zdobyła się na chichot. – Teraz zapewne już nie. Mój ojciec... – położyła dłoń na jego siwej głowie, jakby starała się ją ochronić – jest filozofem. Lekarzem z zawodu, lecz zgłębia też wiele innych tajników wiedzy. Mojżesza Majmonidesa, rzecz jasna, lecz także stanowisko Karaimów wobec Talmudu. I Awerroesa.
Dotarło do niej, że niepotrzebnie o tym mówi. “Dlaczego miałoby go to obchodzić?”. Zacisnęła wargi.
– Dlatego amsterdamscy Żydzi wygnali go za herezję. Jesteśmy właśnie w drodze do Badenburga, gdzie mieszka mój wuj. Powiedział, że udzieli nam schronienia. – Urwała nagle, przypomniawszy sobie o srebrze ukrytym w skrzyniach z księgami. Strach powrócił.
Mężczyzna odwrócił się i zawołał:
– James, chodź tu szybko! Chyba mamy ciężko chorego!
Nie uśmiechał się już tak szeroko, jak wcześniej, lecz mimo to Rebeka wyczuwała bijący od niego spokój.
– Czy potrzebuje pani jeszcze czegoś? – zapytał. Nagle uśmiech zniknął z jego twarzy. – Zbliżają się tu jacyś uzbrojeni mężczyźni. Kim oni są?
Rebeka stłumiła okrzyk. Całkowicie zapomniała o bandzie najemników, na którą natknęli się wcześniej.
– To ludzie Tilly’ego! – wykrzyknęła. – Nie przypuszczaliśmy, że zapuszczą się tak daleko od Magdeburga. Spotkaliśmy ich jakieś trzy kilometry stąd. Liczyliśmy na to, że uciekniemy im tą drogą, lecz...
– Kim jest Tilly? – zapytał mężczyzna. Teraz jego twarz była surowa, napięta, gniewna. Lecz gniew nie wydawał się skierowany przeciwko niej.
Rebeka otarła łzy. “Kim jest Tilly? Jak można nie wiedzieć... po Magdeburgu?”.
Mężczyzna chyba wyczuł jej zmieszanie.
– Nieważne – uciął. Z daleka dobiegło wołanie. Rebeka nie zrozumiała słów, ale wiedziała, że były po angielsku. Chyba było to jakieś ostrzeżenie.
– Muszę wiedzieć, czy ci ludzie chcą was skrzywdzić - powiedział zdecydowanym tonem.
Rebeka wpatrywała się weń ze zdumieniem. “Czy on sobie stroi żarty?”. Ale uczciwość malująca się na jego twarzy dodała jej pewności siebie.
– Tak – odpowiedziała. – Obrabują nas. Zabiją mego ojca. Mnie... – Jej wzrok powędrował w kierunku miejsca, w którym leżała tamta kobieta. Już jej tam nie było; wstała i powoli szła w stronę chaty, podtrzymywana przez dwóch ludzi hidalga.
– To mi wystarczy. W zupełności wystarczy. – Rebeka była zdumiona wściekłością, która przebijała z jego słów.
Chwilę później drzwi powozu otworzyły się i do środka wszedł obnażony do pasa czarnoskóry mężczyzna. W jednej ręce miał małą czerwoną skrzynkę przyozdobioną białym krzyżem. Osłupiała Rebeka nawet nie protestowała, gdy czarnoskóry delikatnie odsunął ją na bok i zaczął badać jej ojca.
Badanie było szybkie i fachowe. Potem mężczyzna otworzył skrzynkę i wyciągnął jakąś fiolkę. Rebeka, córka lekarza, zrozumiała, kogo ma przed sobą, i poczuła olbrzymią ulgę. “Dzięki Ci, Panie, to Maur!”. Jej ojciec bardzo cenił islamską medycynę, za to jego opinia o chrześcijańskich medykach zakrawała na bluźnierstwo.
Tymczasem po wykrzyknięciu kilku rozkazów, których Rebeka nie zrozumiała, hidalgo ponownie zajrzał do powozu.
Maur mówił szybko i zwięźle. Jego akcent różnił się od wymowy hidalga, a na dodatek używał jakichś dziwnych pojęć, których Rebeka nie była w stanie zrozumieć.
– Ma (“nawał? To nie ma żadnego sensu”). I to chyba ciężki. Musimy jak najszybciej zabrać go do (“szpicla?”). Jeśli mu nie podamy (“to niezrozumiałe słowo, ale druga część brzmi jak “usunąć zator”, tylko czemu ich obchodzą przeszkody na drogach?”), to nie mamy o czym myśleć. Wtedy będzie już za późno.
– Czy on umiera? – wykrztusiła. Czarnoskóry medyk spojrzał na nią z troską.
– Może umrzeć, proszę pani – powiedział łagodnie – ale może też z tego wyjść. (“Wyjść z tego? Aha, przeżyć. Co za przedziwny zwrot”). Jest za wcześnie, żeby coś więcej powiedzieć.
Ludzie hidalga znów zaczęli coś wołać. Rebece wydawało się, że głosy dobiegają z chaty. Tym razem zrozumiała, o co chodzi.
– Nadchodzą! Majk, kryj się (“Majk? To zapewne imię hidalga”)!
Hidalgo spoglądał na drogę. Słychać już było odgłos biegnących stóp i okrzyki. “To Niemcy. Ludzie Tilly’ego. Wyją niczym wilki. Dostrzegli powóz”.
– Nie! Zostańcie wszyscy w budynku! - zawołał hidalgo. - Jak tylko podejdą, zacznijcie strzelać. Ja ich odciągnę od powozu!
Wsadził głowę do środka i wyciągnął dłoń w kierunku medyka.
– James, daj mi swoją broń. Nie mam czasu szukać własnej.
Maur sięgnął za siebie i wydobył coś z kieszeni spodni. Rebeka przyjrzała się niepewnie. “Czy to jest pistolet? Jaki malutki! Nie taki, jak te olbrzymy noszone przez lancknechtów”.
Widząc, z jaką skwapliwością hidalgo chwycił ów przedmiot, nie wątpiła, że trafnie odgadła. Rebeka miała nikłe pojęcie o broni palnej, ale mimo to była zdumiona niebywałym kunsztem, z jakim broń została wykonana.
Hidalgo oddalił się, aby zająć pozycję w sporej odległości od powozu. Zatrzymał się i prędko sprawdził pistolet, robiąc z nim coś, czego Rebeka nie mogła dostrzec. Następnie wyprostował ramiona i stanął w rozkroku. Czekał.
Rebeka tkwiła przy oknie; jej spojrzenie krążyło między chatą a hidalgiem. Nawet będąc całkowicie niedoświadczoną osobą, pojęła, że mężczyzna zamierza odwrócić uwagę ludzi Tilly’ego od powozu, a tymczasem jego towarzysze ukryci w chacie będą mieli czyste pole do strzału.
Potem usłyszała najemników pędzących w stronę chaty, ale ich nie widziała. Widziała jedynie hidalga.
W starciu, do którego doszło, także widziała tylko wysokiego mężczyznę w marszczonej białej koszuli, czarnych spodniach i dziwnych butach. Lecz Rebece one nie przeszkadzały. Samuel ha-Nagid, który recytując hebrajską poezję, poprowadził armię muzułmańską do zwycięstwa w bitwie pod Alfuente, byłby dumny z takiego obuwia. Tak przynajmniej sądziła młoda kobieta wychowana pośród legend Sefaradu.
Wydawał się taki spokojny, taki pewny siebie. Rebeka przypomniała sobie wiersz ha-Nagida napisany na cześć Alfuente.
Mój wróg powstał i Skała powstała przeciw niemu.
Jak stworzenie może powstać przeciw swemu stwórcy?
Teraz moje wojska i wojska wroga formują szeregi
Naprzeciw siebie. Tego dnia gniewu, zawiści i
Wściekłości, ludzie są gotowi dać Księciu Śmierci
Królewską zapłatę: i każdy mężczyzna szuka wiktorii
Chociaż musi zapłacić za nią swoim życiem.
Hidalgo wystrzelił pierwszy. Nie ostrzegał, nie rozkazywał, nie groził. Zamiast tego lekko przykucnął i wzniósł oburącz pistolet. Chwilę później odgłos wystrzału poraził Rebekę. Rozpoczęła się bitwa.
Była krótka, dzika i niewyobrażalnie okrutna. Nawet Rebeka – absolutna ignorantka w dziedzinie zabijania – wiedziała, że z żadnej broni nie można strzelać z taką prędkością, z jaką ciął powietrze grad kul wystrzeliwanych przez hidalga i jego ludzi. Nie widziała masakry, jaką pociski urządziły w szeregach najemników, lecz bez najmniejszego trudu mogła zinterpretować dochodzące do niej okrzyki bólu i zaskoczenia.
Dzięki literaturze była w stanie obronić swą duszę przed obezwładniającym strachem. Odwagę czerpała zarówno z męstwa hidalga owego dnia, jak i poezji kogo innego dużo wcześniej pod Alfuente.
Te młode lwy witają każdą otwartą ranę
Na swoich głowach jak wieńce. Umrzeć –
Wierzyli – to dotrzymać zwycięstwa. Żyć –
Myśleli – zakazano.
Wstrzymała oddech. Nie wszystkie wystrzały pochodziły z broni hidalga i jego towarzyszy. Rozpoznała niski ryk arkebuzów. Ze strachem czekała na moment, gdy biała koszula hidalga spłynie krwią.
Rzucone włócznie
Były jak błyskawice, wypełniające powietrze
Światłem... Krew człowiecza płynęła
Po ziemi jak krew baranów ofiarnych na brzegach
Ołtarza.
Lecz nic się nie stało – nic poza niewidzialnym wichrem, który szarpnął za lewy rękaw koszuli mężczyzny i pozostawił go w strzępach. Jęknęła, lecz nie było żadnej krwi.
Żadnej krwi.
Bitwa dobiegła końca równie gwałtownie, jak się rozpoczęła. Zapadła cisza, przerywana jedynie tupotem oddalających się stóp i przerażonymi okrzykami uciekających. Rebeka westchnęła bardzo głęboko. I jeszcze raz. I jeszcze. Maur spojrzał na nią i uśmiechnął się, po czym znowu skierował uwagę na jej ojca. Rebeka rozpoznała ten uśmiech i lekko się zarumieniła. Ale tylko lekko, gdyż mężczyzna po prostu podziwiał urodę młodej kobiety; w jego uśmiechu nie kryła się żadna groźba.
Rebeka osunęła się na wyłożone poduszkami siedzenie. Ukryła twarz w dłoniach i zaniosła się szlochem.
Jakiś czas później drzwi powozu ponownie się otworzyły. Hidalgo wszedł do środka, usiadł ostrożnie na siedzeniu obok niej i objął ją ramieniem. Nie zastanawiając się nad niestosownością swego zachowania, oparła się o jego ramię i przytuliła twarz do jego piersi.
Poczuła miękki jedwab na twardych mięśniach. Żadnej krwi.
– Dziękuję – wyszeptała.
Nie odpowiedział. Nie było takiej potrzeby. Rebeka poczuła, że pierwszy raz w tym dniu - a może nawet pierwszy raz od wielu lat - spływa z niej całe napięcie i przerażenie.
Czy nastał potop i spustoszył ziemię?
Albowiem nigdzie nie widać kawałka suchej ziemi.
To, co przyszło jej wtedy na myśl, było nieco dziwne. Dochodząc do siebie po koszmarnych przejściach w ramionach obcego mężczyzny, mogła myśleć tylko o zalanej słońcem krainie poezji, której nigdy nie widziała na oczy. Ocierając łzy jedwabną koszulą, przypomniała sobie odę, którą Abraham Ibn Ezra napisał do swego płaszcza:
Rozrzucam go jak
namiot w ciemności nocy,
i gwiazdy przeświecają przez jego tkaninę;
widzę przezeń księżyc i Plejady,
I Oriona pulsującego światłem.

Rozdział 5

Hidalgo nie pozostał długo w powozie, może dwie minuty; Rebeka nie była pewna. Kilku jego ludzi podeszło do powozu i odbyła się szybka wymiana słów. Nie była w stanie zbyt wiele zrozumieć – częściowo z powodu ich akcentu, a częściowo z powodu nie znanych jej pojęć. To dziwne. Rebeka urodziła się i dorastała w Londynie, i sądziła, że wszelkie arkana języka angielskiego są jej znane.
Pojęła jednak sedno dyskusji i ono również wydało jej się osobliwe. Hidalgo i jego ludzie sprawiali wrażenie, jakby nie wiedzieli, gdzie się znajdują. Nie mogli się też zdecydować, jakie kroki powinni teraz podjąć.
To dziwne, bardzo dziwne. Po raz kolejny strach wkradł się do serca Rebeki. Mimo że ludzie hidalga bez wątpienia traktowali go z szacunkiem i wykonywali jego polecenia, jednak nie odnosili się do niego jak do arystokraty. A więc pomimo wykwintnych manier na pewno jest dowódcą najemników. Nieślubnym synem jakiegoś drobnego barona, być może z jednej z angielskich prowincji. To tłumaczyłoby jego dziwny akcent.
Rebeka cofnęła się w głąb powozu. Najemnicy byli bezlitośni, każdy to wiedział. Tylko z nazwy nie byli bandytami. Zwłaszcza tutaj, w Świętym Cesarstwie Rzymskim, trawionym ogniem wojny.
Spojrzała w stronę ojca. Ale tym razem ojciec nie mógł jej dać ukojenia; sam walczył o życie. Mauretański lekarz podtrzymywał go i podawał mu jakieś pigułki z fiolki, którą wyciągnął ze skrzynki. Rebece nawet nie przyszło do głowy, żeby oponować. Czarnoskórego medyka otaczała aura wiedzy i pewności siebie.
Hidalgo wrócił do powozu i Rebeka nieśmiało odwróciła się ku niemu.
Poczuła ulgę. W jego oczach wciąż była życzliwość. Życzliwość i...
Z trudem przełknęła ślinę. Znała to spojrzenie. Widziała je już wcześniej, w Amsterdamie, u tych bardziej pewnych siebie młodzieńców z Dzielnicy Żydowskiej. Aprobata, podziw, nawet pragnienie skryte za zasłoną kurtuazji.
Po chwili doszła do wniosku, że nie widzi ani śladu żądzy. Uczucie to nie było Rebece zbyt dobrze znane, pomijając może jego romantyczną odmianę, którą odnalazła w niektórych księgach ojca. Romanse, które czytywała w swej domowej bibliotece w Amsterdamie, chowała wewnątrz opasłych woluminów teologicznych, tak żeby ojciec nie mógł dostrzec śladów jej nieprzystojnego zaciekawienia.
Na myśl o bibliotece poczuła bolesne ukłucie w sercu. Kochała ów pokój, kochała panujące tam ciszę i spokój. Kochała księgi, którymi zastawione były wszystkie ściany. Umysł jej ojca żył przeszłością i raczej gardził światem współczesnym, ale było pewne nowoczesne urządzenie, którego ojciec nie mógł się nachwalić – prasa drukarska. “Za tę jedną rzecz – zwykł mawiać – Bóg wybaczy Niemcom ich wszystkie zbrodnie”.
A teraz właśnie znaleźli się na ziemiach niemieckich, zagubieni w wojennej nawałnicy, szukający schronienia w samym oku cyklonu. Nigdy już nie zobaczą swojej biblioteki; na myśl o tej stracie Rebekę Abrabanel przez chwilę ogarnęła rozpacz. Wraz z tamtym miejscem odeszło jej dzieciństwo, a także wiek dziewczęcy. Miała dwadzieścia trzy lata. Czy tego chciała, czy nie, na jej barkach spoczęły obowiązki dojrzałej kobiety.
Naprężyła więc owe barki i wyprostowała się, gromadząc w sobie odwagę i zdecydowanie. Jej postawa przyciągnęła spojrzenie hidalga. Zachwyt czający się w głębi jego błękitnych kul jeszcze mocniej rozbłysnął. Rebeka nie wiedziała, czy ma się skulić, czy uśmiechnąć.
Zdecydowała się na uśmiech, i z jakiegoś powodu wcale nie uznała tego za dziwne.
Hidalgo przemówił. Zdania były urywane, pełne osobliwych słów i zwrotów. Rebeka natychmiast tłumaczyła je na swój angielski.
– Za pozwoleniem, musimy skorzystać z waszego powozu. Mamy tu rannych i trzeba im zapewnić odpowiednią opiekę medyczną.
– I to szybko – mruknął Maur, wciąż kucając przy jej ojcu. – Dałem mu trochę... – “Aspiracji?”. Rebeka nie zrozumiała ostatniego słowa.
Hidalgo spojrzał na kufry i skrzynie piętrzące się po drugiej stronie powozu.
– Będziemy musieli je usunąć, żeby zrobić miejsce.
Rebeka zamarła. “Księgi ojca! I ukryte w środku srebro!”.
Wydawało jej się, że hidalgo dostrzegł jej przerażenie i na moment zapłonął gniewem. Ale tylko na moment.
Zacisnął masywną dłoń na drzwiach powozu. Skóra na jednym z kłykci była pęknięta, widać było zakrzepłą krew. “Rana bitewna?”.
Spojrzał gdzieś w dal i chyba nieco zacisnął szczęki. Następnie lekko westchnął i ponownie na nią spojrzał.
– Proszę mnie posłuchać. Jak się pani nazywa?
– Rebeka... Abrabanel. – Wstrzymała oddech. Spośród wszystkich wielkich rodów sefardyjskich ród Abrabanelów cieszył się największą sławą. A może niesławą.
Lecz jej nazwisko najwyraźniej nic hidalgowi nie mówiło. Skinął głową i odparł:
– Miło mi panią poznać. Ja nazywam się Mike Stearns.
“Mike? Aha, znów te cudaczne skróty. Michael”.
Twarz hidalga rozjaśniła się w uśmiechu, ale uśmiech zniknął równie prędko, jak się pojawił. Twarz mężczyzny stała się surowa i poważna.
– Proszę mnie posłuchać, pani Rebeko Abrabanel. Nie wiem, co to za miejsce ani gdzie jesteśmy, ale mało mnie to obchodzi. Cholernie mało. Jak dla mnie wciąż jesteśmy w Wirginii Zachodniej.
“Zachodnia... co?”.
Ale mężczyzna nie dostrzegł jej zakłopotania. Po raz kolejny przelatywał wzrokiem otaczający ich krajobraz. Miał wściekłe spojrzenie. Wściekłe.
– Pani i pani ojciec jesteście pod ochroną ludzi z Wirginii Zachodniej – wymruczał. Skierował spojrzenie na zgromadzonych nieopodal towarzyszy, którzy obserwowali go i uważnie słuchali. Hidalgo zacisnął zęby. – A zwłaszcza pod opieką Amerykańskiego Stowarzyszenia Górników.
Ludzie hidalga wyprostowali się, pełni odwagi i zdecydowania. Ich kształtna, delikatna broń lśniła w promieniach słońca.
– Dobrze powiedziane! – wykrzyknął jeden z młodszych mężczyzn. On też patrzył na otoczenie niczym jastrząb na polowaniu.
Rebeka poczuła się nieco pokrzepiona, ale mętlik w jej głowie stał się jeszcze większy. “Amerykańskie? Przecież w Ameryce praktycznie nie ma Anglików. Owszem, jest tam taka nędzna kolonia – jeśli dobrze pamiętam, nazywa się Wirginia - ale przecież Ameryka jest...”.
Pojawiła się nadzieja. “Hiszpańska, rzecz jasna, lecz są tam też Sefardyjczycy. Odkąd Holendrzy zajęli Brazylię osiem lat temu, Ameryka stała się ich schronieniem. Ojciec powiedział mi, że w Recife jest nawet synagoga”.
Spojrzała na mężczyznę. “Czy on na pewno jest hidalgiem?”. Była teraz całkowicie zagubiona, nie widziała w tym wszystkim żadnej logiki.
To poczucie zagubienia musiało być widoczne, gdyż hidalgo (“Michael, myśl o nim jako o Michaelu”) zaśmiał się.
– Pani Rebeko, proszę mi wierzyć, ja również nic z tego nie pojmuję.
Żartobliwy ton zniknął i surowość powróciła na jego oblicze. Michael pochylił się do przodu i oparł ręce na krawędzi okna.
– Pani Rebeko, gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce?
Spojrzała ponad jego ramieniem, ale nie widziała zbyt wiele, tak był szeroki w barach.
– Nie mam pewności – odparła. – Przypuszczam, że w Turyngii. Ojciec mówił, że już niemal dotarliśmy do celu.
Michael zmarszczył brwi.
– Turyngia? Gdzie to jest?
– To mało znane miejsce, jedno z mniejszych księstw Świętego Cesarstwa Rzymskiego. – Jego brwi wędrowały coraz wyżej i wyżej. – Niemcy – dodała.
Hidalgo zrobił wielkie oczy.
– Niemcy? Niemcy?
Obrócił się i rozejrzał po okolicy.
– Pani Rebeko, ja mieszkałem w Niemczech. One zupełnie inaczej wyglądają. – Po chwili wahania dodał: – No, może wieś wygląda podobnie, tylko że nie jest tak... tak zapuszczona. – Ściągnął brwi i wskazał na leżące na podwórzu zwłoki. – I na pewno w Niemczech nie ma takich ludzi.
Parsknął śmiechem.
– Jezu, Polizei zgarnęłaby ich w ciągu minuty! Niemcy kochają porządek. Alles in ordnung!
Teraz Rebeka zmarszczyła brwi. “Alles in ordnung? O czym on mówi? Przecież Niemcy to najmniej zdyscyplinowany naród w Europie. Każdy to wie. Tak było nawet przed wojną. A teraz...”.
Wzdrygnęła się na wspomnienie Magdeburga. Nie minął nawet tydzień od tamtego koszmaru. Trzydzieści tysięcy zmasakrowanych ludzi. Niektórzy mówią, że nawet czterdzieści tysięcy. Cała ludność miasta, poza młodymi kobietami, które zabrali żołdacy Tilly’ego.
W błękitnych oczach Michaela nagle pojawiło się powątpiewanie.
– Chyba jednak nie, co? – Potrząsnął głową. – Zajmiesz się tym później, Mike - wymamrotał. - Póki co...
Nagle rozległ się okrzyk. Michael i Rebeka spojrzeli w kierunku lasu.
Spomiędzy drzew wyłaniały się nowe grupy mężczyzn. Przez krótką chwilę Rebeka była jak sparaliżowana ze strachu, lecz rozluźniła się, gdy dostrzegła ich przedziwną broń i stroje. To ludzie Michaela. To... Amerykanie?
I wtedy zobaczyła, że z lasu wychodzą też kobiety; na ich twarzach malowały się troska i niepokój. Rebeka rozpłakała się jak małe dziecko.
“Michael. I kobiety”.
“Bezpieczni. Jesteśmy bezpieczni”.
* * *
Przez resztę dnia – i cały następny, i następny, i następny – Rebeka była jak otumaniona. Zagubiła się pośród legend, o których nie śnił nawet Sefarad.
* * *
Najpierw były przedziwne wehikuły napędzane jedynie siłą ryku wydobywającego się ze środka. Wkrótce doszła do wniosku, że te ryki muszą być dźwiękami maszynerii. Bardziej jednak zafascynowana była szybkością tych wehikułów, a najbardziej płynnością, z jaką się przemieszczały. Gdyby powóz jechał z taką prędkością, niechybnie rozleciałby się na kawałki. Tajemnica tylko częściowo tkwiła w zdumiewająco doskonałym stanie samej drogi. Było w tym także...
Gdy wysiadła z wehikułu przed kolosalnym biało-beżowym budynkiem, ciekawość zwyciężyła nad troską o ojca. Pochyliła się, żeby zbadać koła pojazdu. Wyglądały jakoś dziwnie. Były niewielkie, przysadziste, wydęte, jakby były miękkie. Dotknęła palcem czarnej substancji. Wcale nie są takie miękkie!
– Co to takiego? – zapytała. Hidalgo stał nad nią pochylony, z uśmiechem na twarzy.
– Guma. Nazywamy to “oponami”.
Ponownie dotknęła, tym razem mocniej.
– To jest wypełnione czymś w środku. Powietrzem?
Uśmiech pozostał bez zmian, ale oczy hidalga rozjaśniły się.
– Owszem – odparł. – Powietrze... hmmm... pompuje się do środka pod wysokim ciśnieniem.
Kiwnęła głową i ponownie zerknęła na oponę.
– To bardzo sprytne. Powietrze działa jak poduszka. – Podniosła na niego wzrok. – Prawda?
Nie padła żadna odpowiedź. Wpatrywała się w nią za to para jasnobłękitnych oczu - szeroko otwartych, jakby czymś zdumionych.
„Czym?” – zastanawiała się.
* * *
Weszli do jakiegoś pomieszczenia znajdującego się w labiryncie korytarzy tego wielkiego budynku. Ów budynek był szkołą. Nigdy nie słyszała o tak wielkiej szkole.
Wyposażenie było przedziwne, olśniewające. Rebeka czuła, że znalazła się pośród ludzi, którzy są mistrzami mechaniki i rzemiosła, i to na znacznie wyższym poziomie niż mieszczanie z Amsterdamu.
Pomieszczenie wypełnione było ludźmi, którzy pospiesznie odsuwali meble i sprzęty, żeby urządzić prowizoryczny szpital. Kilka kobiet natychmiast zajęło się ciężko rannym chłopem oraz jego żoną. Medyk zaś położył jej ojca na stole przykrytym płótnem i zdjął mu ubranie. Doszło do szybkiej wymiany zdań między nim a kobietami. Rebeka nie nadążała za rozmową, gdyż zbyt wiele wyrazów było dla niej obcych, ale za to rozumiała, dlaczego kobiety kręcą głowami. To, czego żądał lekarz, było niedostępne. Widziała, jak jego czarna twarz staje się coraz bardziej ponura.
Ogarnęła ją rozpacz. Poczuła, jak hidalgo obejmuje ją ramieniem, i nie zastanawiając się nad tym, co robi, znów poszukała pociechy w jego uścisku. Łzy zakręciły się jej w oczach.
Lekarz zbliżył się, kręcąc głową.
– Myślę, że on przeżyje, panno... yyy...
– Abrabanel – powiedział hidalgo. Rebeka była zaskoczona, że zapamiętał jej nazwisko.
Medyk kiwnął głową.
– Tak, myślę, że pani ojciec będzie żył, ale... – Zawahał się, wykonując dłońmi niezrozumiałe gesty, jakby czegoś szukał po omacku. – Nie mamy leku, na którym najbardziej mi zależało, żeby... – I znowu padło to dziwne określenie. “Usunąć zator?”.
Maur westchnął.
– Wydolność serca obniży się, ale posłałem już ludzi do miasta, żeby zdobyli... – Rozpoznała greckie beta, ale dalszej części już nie zrozumiała; padła też nazwa jakiejś substancji, nitro-coś. – To powinno pomóc.
– Będzie żył?
– Tak mi się wydaje. Ale przez pewien czas - kilka dni, może tygodni - będzie unieruchomiony, a potem będzie musiał bardzo uważać.
– Co mogę zrobić? – wyszeptała Rebeka.
– Chwilowo nic. – Maur odwrócił się i podszedł do chłopa. Chwilę później, otoczony przez pomocnice, był już zajęty zszywaniem rany mężczyzny. Rebeka była pod wielkim wrażeniem jego umiejętności i spokoju; czuła, że jej niepokój zaczyna słabnąć. Cokolwiek można uczynić dla jej ojca, na pewno zostanie zrobione.
* * *
Pomieszczenie było pełne ludzi i Rebeka zdawała sobie sprawę, że tylko przeszkadza, więc ruszyła w kierunku wyjścia. Chwilę później bez cienia protestu pozwoliła, aby hidalgo zaprowadził ją długim korytarzem do biblioteki.
Zdumiała się na widok takiej ilości książek. W bibliotece było wielu rozmawiających z ożywieniem młodych ludzi. Większość z nich stanowiły kobiety, a właściwie dziewczyny. Rebeka nie spodziewała się ujrzeć w bibliotece tylu ulicznic, ubranych jeszcze bardziej wyzywająco niż dziewki w najpodlejszej dzielnicy rozpusty w Amsterdamie.
Zerknęła na hidalga. “Dziwne”. Wydawał się nie przejmować obecnością dziewcząt.
“A więc to nie są ladacznice. To skandaliczne obnażanie nóg jest po prostu ich zwyczajem”.
Hidalgo delikatnie zaprowadził ją do kanapy.
– Niedługo wrócę – rzekł. – Muszę przeprowadzić pewną (niezrozumiałe słowo) rozmowę, żeby coś dla pani i pani ojca zorganizować. Na szczęście naprawili już całą sieć (znowu niezrozumiałe słowo).
Nie było go przez kilka minut. Rebeka zastanawiała się nad dziwnym słowem, którego użył w połączeniu z greckim przedrostkiem “tele”. “Długą rozmowę? Nie, daleką”.
Próbowała także uspokoić nerwy, ale to wcale nie było takie proste w obecności obserwującej ją wnikliwie młodzieży. Nie byli niegrzeczni – raczej zaintrygowani – lecz Rebeka poczuła ulgę, kiedy hidalgo powrócił i usiadł obok niej.
– Wszystko to wydaje się pani bardzo dziwne – powiedział.
Skinęła potakująco głową.
– Kim wy jesteście? - spytała.
Dobierając starannie słowa, hidalgo – sam najwyraźniej zagubiony – zaczął jej wyjaśniać. Rozmawiali blisko dwie godziny. Konwersacja tak dalece pochłonęła Rebekę, że opuścił ją nawet lęk o zdrowie ojca.
Pod koniec rozmowy znacznie więcej odpowiadała niż pytała. Zdawała się o wiele lepiej niż hidalgo rozumieć otaczającą ich rzeczywistość. Początkowo była tym zaskoczona, lecz w końcu pojęła, że mężczyzna nie ma za sobą wykładów z logiki i filozofii.
– Tak więc, jak pan widzi – rzekła – nie jest to wcale takie niemożliwe. Wręcz przeciwnie. Istota czasu od zawsze stanowiła prawdziwą zagadkę. Myślę, że Awerroes miał słuszność. – Jej twarz oblał delikatny rumieniec. – Cóż, mój ojciec tak myśli... a ja się z tym zgadzam...
Nagle urwała. Hidalgo już jej nie słuchał. To znaczy słuchał jej, ale nie jej słów. Uśmiech, który nie schodził mu z ust, był niczym w porównaniu z tym, który rozświetlał jego błękitne oczy.
– Nie przerywaj – szepnął. – Proszę.
Rumieniec na jej twarzy już nie był delikatny.
* * *
Ocalił ją mauretański lekarz, który w tym momencie wszedł do biblioteki.
– Stan zdrowia pani ojca ustabilizował się, panno Abrabanel – powiedział. – Najlepsze, co można zrobić, to położyć go do łóżka i zapewnić mu komfort. – Medyk uśmiechnął się smętnie. – Z dala od tego domu wariatów. – Potem rzucił hidalgowi pytające spojrzenie.
Michael kiwnął głową.
– Rozesłałem już po mieście wici. – Popatrzył na Rebekę wzrokiem wyrażającym troskę i... konsternację. – W tych okolicznościach pomyślałem...
Znowu im przerwano. Do biblioteki weszła para ludzi w podeszłym wieku i natychmiast skierowała się w stronę hidalga. Na ich twarzach był widoczny niepokój.
Michael wstał i przedstawił ich.
– Panno Abrabanel, to są Morris i Judith Roth. Zgodzili się przyjąć panią i pani ojca pod swój dach.
* * *
Jeszcze tego samego dnia zaniesiono Baltazara Abrabanela do dużego pojazdu przypominającego skrzynię, którego boki zdobił napis “Pogotowie Hrabstwa Marion”. Hidalgo zabrał Rebekę do swojego wehikułu, a cały ich bagaż ludzie hidalga umieścili z tyłu pojazdu. Po bardzo krótkiej podróży (“Tak szybko! Tak płynnie!”) zatrzymali się przed sporym dwupiętrowym budynkiem. Ojca wniesiono na noszach na górę i ułożono wygodnie w sypialni. Tam Rebeka i jej ojciec szeptali coś do siebie przez kilka chwil - czułe słowa, nic ponadto - aż wreszcie mężczyzna zasnął.
Wkrótce hidalgo wyszedł, mrucząc coś o niebezpieczeństwie, którym trzeba się zająć. Tuż przed wyjściem ścisnął lekko jej ramię, jakby chciał jej dodać otuchy, ale gdy odszedł, poczuła w sobie jakąś pustkę. Miała wrażenie, że wszystko ją teraz przytłacza.
Pani Roth zabrała ją na dół do salonu i posadziła na kanapie.
– Zaparzę ci herbaty – powiedziała.
– Ja to zrobię, Judith – odparł jej mąż. – Ty zostań tutaj z panną Abrabanel.
Rebeka zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Jej oczy zatrzymały się na biblioteczce, potem na dłuższą chwilę na osobliwych lampach świecących stałym światłem.
Wreszcie przeniosła spojrzenie na kominek.
I zamarła.
Na kominku, w centralnym miejscu, stała menora.
Odwróciła się gwałtownie w stronę Judith Roth, a potem znów spojrzała na menorę.
– Jesteście Żydami?
Koszmar całego dnia – strach całego jej życia – momentalnie spowodował potoki łez. Jej pierś falowała, ramionami raz po raz wstrząsał dreszcz. Judith Roth usiadła obok niej i przytuliła ją do siebie niczym dziecko.
Rebeka łkała i łkała, choć rozpaczliwie starała się opanować, żeby móc zadać jedno jedyne pytanie, które miało jakiekolwiek znaczenie w całym wszechświecie. Wreszcie wydobyła je ze ściśniętego strachem i nadzieją gardła.
– Czy on wie?
Pani Roth zmarszczyła brwi; najwyraźniej nie zrozumiała jej pytania.
Rebeka zdusiła w sobie szloch.
– On, hidalgo.
Pani Roth wciąż nie pojmowała.
– Michael. Czy on wie? – Spojrzała na menorę. Pani Roth podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem i otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
– Chodzi ci o Mike’a? Oczywiście, że wie. Znamy się, odkąd się urodził. To dlatego poprosił, żebyśmy was przyjęli. Twierdził, że ma złe przeczucia, choć nie wiedział dlaczego, więc uznał, że najlepiej będzie, jeśli Żydzi...
Rebeka wybuchła jeszcze gwałtowniejszym płaczem. Ten płacz najpierw oczyścił ją ze strachu, a potem wzbudził nadzieję. “Hidalgo prawdziwie czysty”.
* * *
Wraz z porankiem znów pojawiły się błękitne oczy. Błękitne niczym bezchmurne niebo w dniu zalanym słońcem. Przez następne lata Rebeka nie pamiętała nic więcej, jeśli chodzi o dwa kolejne dni. Tylko błękit i słońce.
Słońce zalewające krainę, w której nie ścielą się cienie.




Dodano: 2006-04-06 17:05:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Imię boga"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"


 Vonnegut, Kurt - "Recydywista"

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS