NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Aaronovitch, Ben - "Rzeki Londynu"

Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

Ukazały się

Dukaj, Jacek - "Katedra" (2017)


 Day, David - "Atlas Tolkienowski"

 Smith, Guy N. - "Przeklęci"

 Martin, George R.R. - "Rycerz Siedmiu Królestw" (wyd. ilustrowane)

 Lawrence, Mark - "Klucz kłamcy"

 Douglas, Ian - "Star Carrier. Mroczny Umysł"

 Mull, Brandon - "Smocza straż"

 Lovecraft, H.P. - "Nienazwane"

Linki




Goblinie Wrota

24 sierpnia, Kolumbia, gdzieś w głębi tropikalnej dżungli…

Chaszcze padały pod uderzeniami maczety, niczym sprawnie ścięte łany zboża. Podróżnik parł nieubłaganie naprzód. Choć raz po raz jego nogi zahaczały o wystające z ziemi korzenie, a gęste, powykręcane gałęzie okolicznych drzew chłostały tors, to mężczyzna nie zwalniał kroku. Oddychał już ciężko – nie tylko ze zmęczenia, przede wszystkim z ekscytacji. Przed nim rozciągała się ściana bujnej zieleni, lecz wiedział, że to czego szuka jest niedaleko. Gdy przedarł się przez skupisko splatanych misternie lian, usłyszał szum wody. Zwolnił, starając się uspokoić oddech.
– Jest i wodospad! – szepnął . – A więc musi tu być…
Urwał – w chwili w której wyszedł z gęstwiny i stanął na skraju urwiska.
Przed nim rozpościerał się oszałamiający widok. Z górującej nad okolicą porośniętej pnączami skały wystrzeliwał strumień białej, spienionej wody, niknącej gdzieś u podnóża urwiska. Na samym szczycie kamiennego wzgórza, wśród miedzianego blasku zachodzącego słońca, zarysowywały się kontury poszarpanych ruin skrytych w objęciach koron rozłożystych, karłowatych drzew.
Nad ziejąca między skałą a urwiskiem kilkudziesięciometrową przepaścią wisiał niezbyt solidnie wyglądający linowy most.
Wędrowiec na razie nie zwracał nań uwagi. Wciąż stał zapatrzony w prześwitujące zza roślinnej zasłony pozostałości pradawnego budynku.
Do-Ra-Nakal. Wielka Świątynia Alameków – zaginionego szczepu Azteków. Wrota do El Dorado.
Można ją było różnie nazywać, ale jedno nie ulegało wątpliwości – nawet teraz, po kilku tysiącach lat zapomnienia, nadal była piękna. I to właśnie ona stanowiła życiowy cel Ruperta von Brauna.
Pięćdziesięcioletni profesor archeologii poświęcił całą swoją karierę naukową na odnalezienie mitycznej świątyni. Już od czasów studenckich interesował się kulturą i dziedzictwem zamieszkujących Amerykę Łacińską cywilizacji. Zainteresowanie przerodziło się w pasję w chwili, w której po raz pierwszy usłyszał wiarygodne wzmianki o El Dorado. Wtedy podobnie jak większość ignorantów przekonany był, iż jest to po prostu wypełnione złotem miasto. Jednak wraz z upływem kolejnych lat intensywnych badań Rupertowi zaczęła się klarować prawda, będąca dalece bardziej fantastyczna od jego najbardziej śmiałych marzeń. Jak udało mu się dowiedzieć z legend przekazywanych ustnie przez rdzennych mieszkańców Ameryki oraz z tłumaczeń odnajdywanych w ruinach inskrypcji, historia El Dorado sięgała wiele tysięcy lat wstecz – znacznie wcześniej niż datowane są pozostałości po Majach, Aztekach, a nawet Olmekach. Wszystkie te przesłanki nie dotyczyły też miasta – ale całej krainy, do której można było dostać się przez pewne wrota skryte we wnętrzu tajemniczej świątyni. Drzwi te, zwane też Goblinimi Wrotami, jeśli wierzyć legendom nie są tworem ludzkich rąk, dzięki czemu posiadają niezwykłe właściwości – prowadzą do innych, równoległych światów. Ponoć podobnych portali było na Ziemi kilka – prawdopodobnie przez jeden z nich przeszedł C.S Lewis, co zainspirowało go do stworzenia całego cyklu opowieści o Narnii. Niestety, pisarz nigdy nie ujawnił jego lokalizacji. Ale to już nie miało znaczenia, bo teraz, po trzydziestu latach wyrzeczeń, wytężonych badań i znoszenia kpin kolegów po fachu Rupert von Braun był zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca gdzie ukryte były JEGO Goblinie Wrota.

Czując w sercu charakterystyczny ścisk, ruszył dziarskim krokiem po krawędzi urwiska w kierunku kołyszącego się w rytm powiewów wiatru linowego mostu.
W wielkim skupieniu, z duszą na ramieniu wkroczył na chwiejną konstrukcję. Z trudem opanowywał drżenie rąk, a tętno huczało mu w skroniach kiedy przeprawiał się na drugą stronę – jednak jego determinacja była tak silna, iż już po kilku minutach znalazł się przy ruinach. Tam, nie mogąc już powstrzymać szalejących w nim emocji, von Braun – wielokrotnie habilitowany profesor wydał z siebie pisk radości i począł skakać jak małe dziecko pomiędzy wyrastającymi z ziemi fragmentami statui i fasady. W tym tańcu radości nie umknął mu jednak widok zmurszałych schodów i wyważonej bramy prowadzącej w głąb świątyni, która mieściła się we wnętrzu skały.
Podróżnik postanowił urządzić sobie krótką przerwę, podczas której ani na chwilę nie mógł stłumić w sobie rozpierającej go dumy i satysfakcji, że udało mu się odnaleźć to miejsce samemu – bez żadnych zbędnych, marudzących co krok asystentów czy pałętających się pod nogami tubylców. Nie ulegało też wątpliwości, iż dzięki temu nie będzie musiał dzielić się z nikim splendorem. I o to właśnie chodziło.
Kiedy odsapnął i zregenerował trochę siły, podziwiając przy okazji malowidła ścienne, zaczęło już zmierzchać. Nie zastanawiając się więc wiele, Rupert von Braun włączył latarkę i zagłębił się w świątynię.
Uderzył go powiew chłodnego, wilgotnego powietrza. Jaskrawe światło latarki przecinało mrok niczym maczeta bujne chaszcze, odsłaniając przepiękne mozaiki, którymi ozdobione były ściany korytarza.
Profesor szedł powoli, przyglądając się z uwagą tym dziełom sztuki. Na wszystkich z nich, prócz sylwetek ludzi, przedstawione były dziwne, pokraczne istoty o zielonkawej skórze, spiczastych uszach i nieproporcjonalnie długich nosach.
Gobliny – przemknęło Rupertowi przez myśl. – Konstruktorzy i strażnicy wrót.
Wkrótce dotarł do rozległej, prostokątnej sali.
Po obu stronach łypały na profesora pokryte mchem płaskorzeźby, na których lśniły refleksy różnych szlachetnych kamieni (trzeba będzie się tym potem zainteresować – obiecał sobie Rupert). Na końcu pomieszczenia znajdowały się dwie potężne czary, zaś pomiędzy nimi…
– Wrota – szepnął zachwycony profesor.
Stały tam – kilkanaście metrów od niego. Majestatyczne, kamienne, wysokie na dwa metry dwuczłonowe drzwi, pokryte szeregiem inskrypcji, które ani trochę nie przypominały profesorowi żadnego ludzkiego języka.
Czując przypływ adrenaliny Rupert podbiegł to wrót i spostrzegł, że były lekko uchylone. Wziął kilka głębszych wdechów i chwycił za złote, zwisające z obu członów obręcze po czym pociągnął z całej siły. W myślach rozważał, gdzie znajdzie się, gdy przekroczy próg. Czy będzie to mityczne, poszukiwane od wieków El Dorado? A może fantastyczna kraina, która posłużyła Lewisowi za pierwowzór Narnii? A może trafi jeszcze gdzieś indziej? Rozległo się donośne skrzypienie… lecz drzwi rozwarły się tylko nieznacznie. Dysząc z wysiłku i frustracji profesor wśliznął się w szczelinę między nimi i zaparł całym ciałem. Portal tylko drgnął.
Rupert klnąc na czym świat stoi dołączył więc prawą nogę. W końcu po dobrych kilku chwilach siłowania się z antycznymi zawiasami wrota stanęły otworem.
Wykończony, lecz szczęśliwy jak nigdy profesor Rupert von Braun osunął się na posadzkę i spojrzał w głąb portalu. I zbaraniał.
Właściwie to sam nie wiedział, co spodziewał się tam zobaczyć. Pulsujące niebieskawym eterycznym światłem pole energetyczne? Krajobraz rodem z najpiękniejszych obrazów renesansu? A może kordon fantastycznych istot machających mu w powitalnym geście? To nie miało teraz za bardzo znaczenia – grunt, że za progiem znajdowała się ściana skłębionych, gęstych chaszczy… i nic po za tym.
– Sorry, stary. Nieczynne – usłyszał za sobą.
Profesor przez chwilę mrugał kretyńsko oczami po czym obrócił się i stęknął.
– Co?
– Mam to przeliterować?! Nieczynne! Out of order! Kaput! – wrzeszczał goblin i dla podkreślenia wagi swoich słów zamachał zabawnie rękami.
– Jak… – dopiero teraz doszło do Ruperta kto, a właściwie co opierało się o pobliską ścianę.
Najprawdziwszy, żywy goblin.
I do tego całkiem szkaradny. Aż dziw brał, że coś, co ma niecały metr wysokości, może mieć w sobie aż tyle brzydoty.
Stwór jedynie z proporcji przypominał postacie z malowideł – widać Indianie zdecydowali się nie drażnić swoich dobroczyńców i nie odwzorowali ich na malunkach z należytą pieczołowitością. Trudno się dziwić. Stwór był zgniłozielony, ubrany w jakieś cuchnące, jaskrawe szmaty i dłubał z zapamiętaniem w swym długim na kilkanaście centymetrów, pokrytym brodawkami nosie.
– Wiesz, to nieładnie się tak na kogoś gapić – warknął.
– Co? – jęknął znowu na wpółprzytomnie von Braun.
– Jajco! – odparł goblin, po czym dodał – Możesz już sobie iść? Zajęty jestem.
– Czy ty jesteś...?
– Ta… pilnuje tych cholernych wrót od… ilu to już będzie? – Tu goblin jakby się zamyślił, bo przestał na moment poruszać zagłębionym w nosie palcem. – Jakichś trzech tysięcy waszych ludziowych lat.
– … goblinem? – wykrztusił w końcu profesor.
– A co, nie podoba się?
– Nie, ja tylko..
– Co tylko? – burzył się stwor – A tak w ogóle to zapraszał cię tu kto?
– Nie, ale..
– No, właśnie. To do widzenia. Bon voyage! Sayonara! – Urwał na moment i przypatrzył się profesorowi – Ach, no tak! Niemiec – Raus!
– Ale wrota… – profesor był wciąż zbyt zszokowany aby móc wydusić z siebie coś więcej niż pojedyncze słowa.
– Bogowie! – goblin uniósł oczy ku górze i wyjąwszy palec z nosa rozłożył ręce w błagalnym geście. – Wrota ukryte w pradawnych świątyniach w głębi niedostępnych dżungli już dawno się nam przejadły. Zresztą… co to był za interes? Jak wytłukliście Indian, którzy nas do tej pory utrzymywali, to wszyscy o nas zapomnieli. A my też musimy z czegoś żyć, no nie? – tu stwór nie widząc śladów aprobaty na twarzy profesora sam sobie przytaknął, po czym kontynuował – Więc zmieniliśmy branżę. Bo co jak co, ale z duchem czasu to trzeba iść. Oczywiście dalej zajmujemy się międzywymiarowymi wrotami, ale prowadzimy tą działalność w bardziej opłacalnej dla nas formie. No i przystępnej dla klienta. Jak to się nazywa… „user-friendly” – O!
Rupert von Braun przysłuchiwał się temu starając się nie zgłupieć od natłoku trochę niecodziennych jak dla niego informacji.
– Teraz – ciągnął goblin – teraz to właściwie każdy ma dostęp do naszych usług. Wrota są praktycznie w każdym domu. Trzeba oczywiście umieć je znaleźć – no ale takie już są zasady.
– W każdym domu? – stęknął profesor, gdy doszedł już trochę do siebie. – Chcesz mi powiedzieć, że zmarnowałem trzydzieści lat mojego życia, że znosiłem obelgi moich kolegów po fachu, wreszcie, że przedzierałem się przez kilometry tej dżungli i ryzykowałem swoje życie tylko po to aby dowiedzieć się, że to do czego z takim trudem dążyłem mogłem znaleźć w każdym domu?
– No patrz, jednak coś kapujesz! – uśmiechnął się szkaradnie goblin. Po chwili widząc jednak, jak twarz profesora poszarzała, szybko dorzucił – Ale nie martw się! Tu też możesz nieźle spędzić czas… pozwiedzaj sobie. Pohuśtaj się na lianach… – Profesor skrzywił się od narastającego bólu głowy – ... albo coś.
– Zresztą ciesz się, że kazali nam tu dalej siedzieć – dodał jeszcze stwór, patrząc beznamiętnie jak załamany von Braun dźwiga się z ziemi. – Inaczej pewnie po przyjściu tutaj żaden z was nie wiedziałby, co ze sobą zrobić.
– Żaden z nas? – Okrutna prawda uderzyła Ruperta niczym spadająca na głowę cegła. – Byli tu przede mną jacyś inni odkrywcy?
– A jasne! Pełno było tych „drżyjcie! Zaraz będę najsławniejszym naukowcem” cwaniaczków. Co za zaraza…
Profesor poczuł, że to wszystko zaczyna go przerastać.
– I co się z nimi stało? – spytał zrezygnowany.
– E! – Stwór machnął od niechcenia szponiastą łapką. – Różnie. Jedni rwali włosy z głowy i skoczyli z mostu, inni wrócili po prostu do domu, a jeszcze inni mimo moich nalegań przeszli przez wrota…
– Co powiedziałeś? – W oczach Ruperta zalśniły iskierki nadziei.
– …że rwali włosy z głowy – odparł jak gdyby nigdy nic goblin.
– Nie, nie, nie… to ostatnie – nalegał Rupert i wtem jakby go olśniło. – Ależ oczywiście! – zaśmiał się. – Ależ oczywiście! – powtórzył, wymachując palcem przed nosem goblina, zupełnie tak, jakby przyłapał go na jakimś niecnym uczynku.
Stwór uniósł lewą brew, lecz nim zdążył skomentować ten zaskakujący wybuch euforii u podróżnika, ten wykrzyczał – Teraz rozumiem! To był test, prawda?
– Tylko nie to… – mruknął goblin, domyślając się już, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.
– Sprawdzałeś mnie, co, Strażniku Wrót? – Von Braun uczepił się tej myśli, niczym tonący dryfującej deski. – Chciałeś sprawdzić, czy jestem wystarczająco zdeterminowany, by wkroczyć do El Dorado!
– Bardzo jestem rad, że odzyskałeś humor, ale… – zaczął goblin.
– Nie dam się zwieść twoim sztuczkom! – zagrzmiał wielokrotnie habilitowany profesor Rupert von Braun i dumnie wypinając pierś, wdarł się w głąb skłębionych tuż za wrotami krzewów.
– Myślę, że to nie jest dobry pomy… – oznajmił goblin i urwał. Przerwał mu donośny, niknący w oddali krzyk, który ucichł wraz z echem głuchego uderzenia o ziemię.
– No i masz! – mruknął stwór. – Chyba powinien był mu od razu powiedzieć, że te wrota zawsze na skraju przepaści stawialiśmy.
– Co za robota! – westchnął i wrócił do dłubania w nosie.
24 sierpnia, Polska, gdzieś w głębi zatęchłego mieszkania

Odkrywca był w siódmym niebie.
Po miesiącach wytężonych poszukiwań, popartych licznymi wyrzeczeniami i znoszenia presji otoczenia w końcu to odnalazł.
Już od momentu, gdy po raz pierwszy o tym usłyszał, podczas podsłuchanej przypadkiem w jednej z kafejek rozmowy wiedział, że oto jego życie ma nowy sens.
Odkrywca nazywał się Mareczek, miał 13 lat, niecały metr pięćdziesiąt wzrostu i gęstą konstelacje pryszczów na czole. Cóż, wytężona praca dla dobra nauki nieraz odbija się na aparycji.
Teraz wszakże nie miało to już znaczenia. Trud opłacił się.
Mareczek znalazł tę legendarną, okrytą nimbem tajemnicy stronę internetową, pozwalającą wkroczyć w świat gry, która swym realizmem przebijała wszystko, co do tej pory zaprogramowano. Tak przynajmniej zapewniał admin strony – równie enigmatyczny co jego twór jegomość o mało oryginalnej ksywce „Goblin2389”.
„Powalające efekty graficzne! Niesamowity klimat, który sprawi, że zapomnisz o bożym świecie! Wspaniała grywalność – wprost nie będziesz mógł się oderwać!” – grzmiały napisy na witrynie.
Podekscytowany chłopak szybko zaczął wypełniać instrukcję, mające umożliwić mu rozgrywkę.
„Proszę przeczytać uważnie regulamin..” – bla, bla, bla – pomyślał chłopak i kliknął OK. Nie zaszczycił tekstu nawet spojrzeniem, więc umknęło mu między innymi dosyć charakterystyczne zdanie – „powrót we własnym zakresie”.
Następnie wystukał numer karty kredytowej (którą udało mu się podprowadzić ojcu dzień wcześniej) i podał kilka standardowych informacji: imię, wiek, adres mailowy...
Gdy skończył, na ekranie wyświetlił się obrazek przedstawiający kamienne, pokryte inskrypcjami wrota. Wystarczyło w nie kliknąć i już zaczynała się gra.
Mareczek wziął głęboki wdech, po czym skierował kursor na drzwi.
Kliknął.
Obraz na monitorze nie uległ zmianie. Zmianie uległo wszystko poza nim.
– O, w mordę! – szepnął Mareczek. Już wiedział, że nic nie będzie takie jak przedtem.


Autor: Scheller, Radosław
Dodano: 2006-04-05 18:36:48
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Cameron, Miles - "Straszny smok"


 Lotz, Sarah - "Dzień czwarty"

 Weitz, Chris - "Młody świat"

 Avoledo, Tullio - "Krucjata dzieci"

 Weir, Andy - "Artemis"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Adams, Douglas - "Restauracja na końcu wszechświata. Życie, wszechświat i cała reszta"

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

Fragmenty

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #3

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #2

 Bardugo, Leigh - "Język cierni"

 Aaronovitch, Ben - "Szepty pod ziemią"

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 1 #1

 Bourne, J.L. - "Więcej niż wygnanie"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS