NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Cetnarowski, Michał - "Bestia najgorsza"

Ukazały się

Hoare, Andy - "Polowanie na Voldoriusa"


 Žamboch, Miroslav – "Zakuty w stal"

 Kossakowska, Maja Lidia - "Zakon Krańca Świata", tom 1 (wyd.3)

 Ishiguro, Kazuo - "Pogrzebany olbrzym" (2017)

 Ishiguro, Kazuo - "Nie opuszczaj mnie" (2017)

 Larson, B.V. - "Imperium"

 Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"

 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

Linki


Severus i garnek

Dawno, dawno temu, w dalekim Hogwarcie, pewnego wiosennego dnia zaczął padać deszcz. Deszcz padał tak długo, że woda zatopiła boisko do Quidditcha. Zatopiła chatkę Hagrida i gajowy razem z Kłem jedną z łódek do przeprawiania pierwszorocznych musieli się przeprawić do zamku. Zatopiła Wierzbę Bijącą i Wrzeszczącą Chatę, szklarnie profesor Sprout i zmyła teleskopy profesor Sinistry. Woda zatopiła Zakazany Las prawie po czubki drzew, po których skakać musiały zmoknięte centaury, dopóki Hagrid nie przypłynął po nie łódką. Woda zatopiła wszystko prócz Hogwartu.
Zamek ostał się burzy i naporowi, i deszczowi, który padał i padał bez przerwy. Wszyscy byli nieszczęśliwi, wyglądali przez okna na poszarzały świat, tylko Kałamarnica baraszkowała radośnie po całej okolicy, grając z Wierzbą i trytonami w podwodnego Quidditcha. Deszcz tymczasem padał i padał.
Aż przestał.
Na niebie zaświeciło radosne, złociste słońce, a nad całą okolicą ukazała się ogromna, radosna tęcza. Zaś na samym jej środku siedział Zgredek i szukał dziury w skarpetce, którą dostał od Harry’ego Pottera.
Wczesnym rankiem z okna w swoim gabinecie wyjrzał Albus Dumbledore. Ujrzał piękną pogodę i słońce, zachwycił się i postanowił wyjść na przechadzkę. Zadziwiająco zgrabnie jak na swoje 150 lat wyskoczył przez okno wprost na tęczę i ruszył po niej, gdzie go tylko poniosą oczy zza okularków – połówek.
Oczy, przy niejakim wsparciu nóg, doniosły go do Zgredka, którego Dyrektor powitał przyjaznym skinieniem.
– Nie szukaj dziury w całym, Zgredku, uroda dnia ci umyka! – skarcił go żartobliwie i ruszył dalej. Skrzat spojrzał za nim, kiwając powoli głową.
– Zgredek zapamięta...
Dumbledore zaś wędrował po tęczy, radował się ciepłem słońca i blaskiem odbitym od fal, aż doszedł w ten sposób do końca. Na końcu tęczy zaś znajdował się pękaty, uszaty garnek wypełniony złotymi galeonami.
– Cóż za wspaniały skarb! Kupię sobie za to mnóstwo cytrynowych dropsów. I nowe mundurki dla Zakonu, tak. Habity, dla niepoznaki. Albo skórzane płaszcze – cieszył się ogromnie Dyrektor Hogwartu. Chwycił garnek w ramiona i posapując lekko, ruszył w drogę powrotną. Chwilami niosąc troskliwie, chwilami lewitując, doniósł znalezisko do połowy drogi. Siedzący tam Zgedek nadal szukał dziur w skarpetce.
– Ech, Zgredku. A ty ciągle swoje? – zdziwił się dobrodusznie Dumbledore. Skrzat podniósł na niego wzrok, dostrzegł garnek i nagle w jednej chwili rzucił się na czarodzieja jak mała, szara, nietoperzowatouszata, pomięta Avada Kedavra. Wyrwał mu złoto i zrzucił go z tęczy wprost w paszczę czyhającej w dole Kałamarnicy.
– Kraść Zgredkowy garnek! Zły Dyrektor! Niedobry Dyrektor! To go oduczy! – skrzeczał oburzony, potrząsając odzyskanym skarbem.
I tylko skarpetka naddarła się o krawędź tęczy – świeciła teraz niedużą dziurką.

Tymczasem w Hogwarcie, w pokoju niedaleko apartamentów Puchonów, przebudził się Hagrid. Zaświeciło mu w brodę słoneczko, zajaśniał nowy dzień. Natychmiast też gajowy postanowił wybrać się na spacer. Kieł ani myślał wypełzać spod ciepłej kołdry, więc jego pan wyszedł przez okno sam (jedynie razem z futryną i ramą) – prosto na tęczę. Kroczył po niej raźno przed siebie, aż dudniła. A kiedy doszedł do połowy, zobaczył Zgredka.
– Hej, maluśki. A co tam robisz? – zagadnął przyjaźnie.
– Zgredek liczy dziury w skarpetce – odpowiedział skrzat nieco oschle.
– Aaa. – Półolbrzym z pełnym zrozumieniem popatrzył na własne stopy. - A dużo już masz?
– Zgredek mieć jedną.
– Phi! – wobec powyższego Hagrid pokręcił dobrodusznie głową, bagatelizując skrzacie problemy, i poszedł w dalszą drogę. Szedł, aż na krańcu tęczy znalazł pękaty, uszaty garnek pełen złotych galeonów.
– O, cholibka! Ktoś ani chybi zgubił piniondze. Trzeba będzie odnieść do zamku – zadecydował, chwycił garnek pod pachę i zawrócił dziarskim krokiem. Rozmyślał sobie leniwie, jakby to piknie Olimpia wyglądała w jakiej błyskotce za parę galeonów, albo jakby śmisznie było kupić sobie żarptaka. W połowie drogi znowu napotkał Zgredka.
– Hej, maluśki – przywitał go raz jeszcze. A Zgredek, ledwo zobaczył, co gajowy niesie, jak się nie rzuci, powiewając skarpetką, aż o garnek zahaczyła, jak biednego Hagrida z nóg nie zbije, jak go nie zrzuci z tęczy prosto w paszczę Kałamarnicy...
– Zły leśnik! Niedobry! Kradnie Zgredka złoto! Więcej nie ukradnie! Zły!
Pofukując gniewnie, znów odniósł skarb w całości na kraniec tęczy.
A w skarpetce powstała przy okazji druga maleńka dziurka.

Obudził się w swoim dormitorium Draco z rodu Malfoyów. Pora była jeszcze nieprzyzwoicie wczesna, ale kto rano wstaje, temu Slytherin przewagę daje. Draco wyśliznął się cichutko z pościeli, nałożył szaty, przyczesał włosy, przygładził i wymknął się na łów. Zamek okazał się jeszcze uśpiony, jednak za oknami słońce świeciło jak szalone i wabiła ścieżynka tęczy. Młodzieniec wyczarował więc sobie kobrę przeciwsłoneczną z rozłożonym kapturem i ostrożnym krokiem ruszył na podbój dnia.
A pośrodku tęczy, jak wiemy, siedział sobie Zgredek.
Draco miał zamiar dumnie zignorować wyrodnego skrzata, co własne gniazdo Malfoyów skalał, dostrzegł jednak, że zajmuje się on czymś wielce podejrzanym.
– Co tam masz, pokrako?! Na pewno ukradłeś z naszego Dworu! – oburzył się niewymownie. Skrzacik skulił się pokornie.
– Zgredek ma dziurawą skarpetkę, sir – zaraportował, nie wyzbywszy się jeszcze czołobitności.
– Dziurawej skarpetki na pewno nie kradłeś od nas – uspokoił się Draco.
– Zgredka skarpetka ma dwie dziury – zapewnił solennie skrzat.
– Pfff – prychnął chłopiec i poszedł w dalszą drogę.
Która doprowadziła go na kraniec tęczy, do uszatego garnka wypełnionego złotem.
– Haaaaaaa! Garniec galeonów! Będzie na drobne wydatki do końca tygodnia. – ucieszył się młodzian, aż zajaśniało jego cherubinkowotrupioblade oblicze. I zawrócił w te pędy, targając ze sobą złoto.
– Precz mi z drogi, pokrako! – wrzasnął na Zgredka, kiedy doszedł na środek tęczy. A skrzat łaps, caps, łup, cup, za garnek łapie, chłopca ucapi i razdwatrzy z tęczy go zrzucił – wprost do kałamarnicowej paszczy. – Zły panicz! Zły panicz! Biednego skrzata okradać! – skrzeczał rozsierdzony. – Już panicz popamięta!
I złoto wróciło bezpiecznie na swoje miejsce, na krańcu siedmiobarwnej tęczy.
Tylko się ta nieszczęsna skarpetka przedziurawiła na pięcie, bo ją różdżka Dracona dźgnęła jakoś niechcący...

Przy śniadaniu Wielka Sala podejrzanie ziała pustkami.
– Dziwne... – wymruczał pod nosem Harry Potter.
- Liczba Życia w odniesieniu do Liczby Przeniesienia podniesionej do liczby życia rodziców w stosunku do urodzenia dziecka... – mruczała Hermiona nad kawałkami pergaminu.
Ron jadł kanapkę z pasztetem.
– To do zobaczenia na Eliksirach. Muszę... Wrócić po coś do dormitorium – rzucił Harry i czym prędzej wybiegł z sali.
– Liczba Mocy zdwojona... Nie spóźnij się... Liczba strojona... Strojenia?
– Mniam. Wezmę i tobie trzecią kromkę, Harry. Mniam.
Harry zabrał z dormitorium pelerynę-niewidkę i pod jej osłoną przystąpił do badania sprawy. Nie ulegało wątpliwości – w Hogwarcie działo się coś tajemniczego i niewątpliwie groźnego.
Znikali ludzie. Co więcej, znikali za oknami, jednak po bliższej inwigilacji Harry wykluczył falę udanych prób samobójczych. Miało to wszystko podejrzanie wiele wspólnego z tęczą, barwiącą się niewinnie na tle nieba. Choćby nie wiadomo jak bardzo nie przypominała ona czaszki z wężem, fakty mówiły same za siebie. Ludzie szli i nie wracali. Kiedy w wesołych podskokach za jednym z wielkich okien na drugim piętrze przepadł profesor Flitwick, bądź co bądź dorosły, wykwalifikowany specjalista od Zaklęć, Harry postanowił wkroczyć do akcji.
Był już w połowie drogi po tęczy, zdjął nawet pelerynę-niewidkę, aby każdy mógł go dostrzec z daleka i zawołać o pomoc. A tam, jak wiemy, siedział Zgredek z mocno podziurawioną skarpetką.
– Och! Sir! Harry Potter, sir! – zakrzyknął i wybuchnął rozpaczliwym płaczem. Harry wielce się zakłopotał. Skrzat taki wrażliwy i poczciwy, a tu przyłapany z dziurami w podspodnim odzieniu na wierzchu – jeszcze się rozklei.
– Oj, Zgredku, nie płacz! – Wielce przejęty Gryfon poklepał skrzata po głowie, aż ten ze wzruszenia się jeszcze bardziej rozpłakał. A wtedy chłopiec jeszcze bardziej przejęty – cyk i znikł.
Zarzucił pelerynę, coby biednego skrzata nie perturbować do reszty, i pognał przed siebie. A tam, na samym krańcu tęczy, stał pękaty, uszaty garnek galeonów.
– Oj? – Gryfon zadziwił się wielce. Bądź co bądź, pieniądze nie zwykły leżeć gdzie popadnie, na każdym końcu tęczy.
– Oj.
A może zwykły? Nie takie rzeczy Harry widział od dnia swoich jedenastych urodzin, pamiętał to jak dziś... – Hermiona będzie wiedzieć – zadecydował. I wziął garnek pod pelerynę-niewidkę, i poszedł z powrotem, rozmyślając, jaki piękny sklep z akcesoriami do Quidditcha mógłby otworzyć Ron za tyle galeonów. I gdyby Ron znalazł garnek galeonów, jakby to pięknie było. I dlaczego Ron nie może znaleźć garnka galeonów. I co zrobić, żeby Ron znalazł garnek galeonów. I jakby to pięknie było, gdyby położyć ten garnek w jakimś miejscu, gdzie Ron by go mógł znaleźć. Na przykład na krańcu tęczy. I jakby to pięknie było, gdyby go Ron znalazł. I akurat, kiedy dotarł do połowy tęczy, wpadł na wyśmienity pomysł.
– Zgredku, zrobisz coś dla mnie? – zapytał grzecznie, potrząsając garnkiem. Skrzat chlipał jeszcze i popłakiwał, ale podniósł na niego oczyska. A wtedy – o, wtedy nieszczęsny Zgredek zamarł w szoku. – Tak, Zgredku, tak, jest coś, co możesz dla mnie zrobić! – powtórzył radośnie Harry. A skrzat, cały zapłakany, otrząsnął się nieco i chwycił z rozmachem garnek.
– Owszem, ale nie tak gwałtooooooo....
Jak Zgredek szarpnął, tak Harry runął w dół, powiewając niewidzialną peleryną, aż się mu okulary rozbiły o krawędź tęczy, i wpadł biedak prosto w paszczę Kałamarnicy.
A skrzat zaczął wyć z rozpaczy.
– Ooooo, sir, Harry Potter, sir, i pan przeciw Zgredkowi! Każdy przeciw Zgredkowi! Harry Potter już nie lubi Zgredka! Oooo, zły Zgredek! Zły Harry Potter, sir! Oooo, sir!
Aż z tej rozpaczy na nogi nie stanął, a własny garnek odaportował na miejsce.
Aż nie zauważył zrazu, że o kawałek szkiełka z rozbitych okularów skarpetka rozdarła się i znowu dziura przybyła...

Było już po południu, kiedy Ron Weasley uświadomił sobie, co go od rana niepokoi. Nie wyrzuty sumienia – na to pomogłoby wyznanie Hermionie, że skopiował od niej notatki z Zaklęć, kiedy nie patrzyła. Nie apetyt – na to pomogłoby zjedzenie kanapki odłożonej dla Harry’ego. Właśnie przy kanapce Ron uświadomił sobie, że nie ma Harry’ego.
– A! – ucieszył się i teraz z czystym sercem włożył do ust kanapkę.
Ostatni kawałek utkwił mu w gardle.
Nie ma Harry’ego.
Nie było go na porannych Eliksirach, co samo w sobie nie było takie znowu niepokojące. Nawet Snape nie zrobił na ten temat żadnej uwagi, powpatrywał się tylko w puste miejsce, jakby nie wiedział, czy uwierzyć własnym oczom.
Harry’ego nie było zapewne również na południowej Opiece Nad Magicznymi Stworzeniami, ale to można było wytłumaczyć faktem, że nie było Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. Najwyraźniej Hagrid gdzieś się zapodział. Jak to zdołał zrobić przy tym całym oceanie dookoła, było dla Rona całkowicie niepojęte. Chyba, że, jak sugerowała Hermiona, poszedł na dach oglądać ptasie gniazda.
Tymczasem zaś Harry’ego nie było nadal.
Ron przełknął ostatni kęs kanapki, wstał i postanowił natychmiast podjąć jakąś akcję. Dokonać czynu. Na przykład samemu, własnoręcznie odnaleźć Harry’ego i doprowadzić przed oblicze Hermiony. Ha.
Okazało się to jednak nie takie proste.
Harry’ego nie było ani w dormitorium, ani w dormitorium dziewcząt, ani w dormitorium dziewcząt z rocznika Ginny, ani w Pokoju Wspólnym, ani w Wielkiej Sali, ani w kuchni, ani w Komnacie Potrzeby, ani w żadnej innej, ani na dywaniku u McGonagall, ani u Dyrektora, ani w skrzydle szpitalnym.
W lochach Harry’ego nie było z założenia.
Przy okazji wyszły na jaw pewne dziwne zjawiska.
Na przykład w dormitorium młodszego rocznika nie było Ginny, w Pokoju Wspólnym nie było siedmiu na dziesięć osób, które chciał zapytać o Harry’ego, w gabinecie Dyrektora nie było Dyrektora, tylko Fawkes kwilił coś smutnawo, a w kuchni nie było Zgredka. W kufrze Harry’ego nie było peleryny-niewidki.
Była tęcza.
Po tęczy skradał się Blaise Zabini, popatrując po zalanej wodą okolicy. Podreptał, poszedł dalej i znikł. Ron Weasley wkrótce wydedukował, że gdzie mógł zniknąć jeden Ślizgon, tam mógł zniknąć i jeden Gryfon, zwłaszcza w pelerynie-niewidce. Pozostawało tylko tam go właśnie szukać.
I tak Ron Weasley ruszył po tęczy ku promiennemu słońcu. Nie napotkał ani Zabiniego, ani Harry’ego, za to ku swojemu zaskoczeniu znalazł Zgredka, siedzącego na samiutkim środku tęczy.
– O, Zgredku! Widziałeś gdzieś Harry’ego?
Ku jego jeszcze większemu zaskoczeniu, skrzat bardzo się na te słowa zdenerwował.
– O, oooo! – zawył falsecikiem. – Harry Poooootter, sir! Harry Poootter, sir! Ooo!
I nic składniejszego z siebie nie wydobył, tylko machał bezładnie ku drugiemu końcowi tęczy. Ron poszedł więc, niewiele myśląc, właśnie w tamtą stronę.
Szedł, szedł, aż doszedł do końca, gdzie wciąż nie było ani Zabiniego, ani Harry’ego. Był za to wielki, uszaty garnek, pełen galeonów.
– Aaaach!
Najpierw Ron przeogromnie ucieszył się, że znalazł calutki garnek galeonów i zaczął wymyślać, co może sobie za nie kupić.
Potem Ron przeogromnie ucieszył się, że ktoś zostawił calutki garnek galeonów akurat tu, gdzie on go znalazł.
Potem Ron przelotnie zastanowił się, kto mógł zostawić calutki garnek galeonów akurat tu, gdzie on go znalazł.
– Aaaa....a.
I Ron Weasley chwycił garnek pod pachę, zawrócił i pognał z powrotem po tęczy, znaleźć Harry’ego i wepchnąć mu te galeony do gardła.
Razem z garnkiem.
Ot, co.
I do diabła z nowym Nimbusem 2002.
Do diabła z Harrym i jego litością.
Do diabła z nowymi rękawicami z gryfiego futra.
Do diabła z Harrym i jego hojnością.
Do diabła z zapasem czekoladowych....
– Aaauć! – rozzzoszczony Ron potknął się o coś, wylądował na kolanach, pośliznął się na tęczy, coś rozdarło się z trzaskiem, garnek nagle znalazł się w powietrzu...
Podobnie zresztą jak Ron Weasley, opadający wolno wprost w paszczę Kałamarnicy.
– Zgredek przeprasza, sir. Ale to nieładnie, zabierać cudze. Nieładnie, sir. Zgredek, Zgredek nie przeprasza, sir. Ha! – zawołał za nim gromko skrzat. I, obrażony, pociągając nosem, zaniósł swoje złoto z powrotem na kraniec tęczy i wrócił na środek w samą porę, by kłaniać się przechodzącej akurat profesor Sprout.

Było już pod wieczór, kiedy Minerwa McGonagall uporała się wreszcie z mnóstwem roboty papierkowej i postanowiła wyjść z gabinetu na świat Merlinowy. Cała okolica, niestety, wciąż była zalana w pestkę Hagridowej dyni, zostawało zatem tylko jedno. Cały zamek zdawał się cichutki, opustoszały, jakby zupełnie wymarły....? Wicedyrektorka Hogwartu bez obaw o swą opinię podkasała zatem kraciastą spódnicę, wspięła się na parapet i dała susa wprost na tęczowy łuk – całkiem bez żadnych animagicznych sztuczek. Od razu też poczuła się niczym jakowaś rzymska Minerwa, zstępująca po tęczy na świat. Promienie zachodzącego słońca barwiły wszystko królewską czerwienią, woda odbijała złoto i purpurę, a Zgredek pośrodku tęczy mamrotał pod nosem coś dziwnego...
– Dobry wieczór, Zgredku. Co robisz? – przywitała go pani profesor.
– Zgredek liczy dziury w skarpetce, pszepaniprofesor.
– I do ilu doliczyłeś?
– Do dwustu dziewięćdziesięciu jeden, pszepaniprofesor.
– Aha.
Minerwa poszła dalej, pozostawiając skrzata kontemplującego z zadumą resztki skarpetki. Tęcza była długa, siedmiobarwna, niebo ciemniało powoli, słońce dawało wspaniały spektakl kolorystyczny, zaś na krańcu tęczy tkwił wielki, uszaty garnek wypełniony po brzegi galeonami.
– O – powiedziała Minerwa.
Zamrugała, zamrugała.
Podumała, podumała.
– Czas wracać – powiedziała.
I tak też zrobiła. Zawróciła na pięcie i ruszyła do domu. A kiedy doszła do Zgredka, wyciągnęła różdżkę, stuknęła w jego skarpetkę i powiedziała:
– Reparo.

Zapadała noc.
Severus Snape wyszedł ze swoich lochów. Nie mógł już dłużej. Po prostu nie mógł już dłużej. Lochy były magicznie zabezpieczone przed namakaniem, nasiąkaniem, przeciekaniem, byciem zatapianym, podmywanym, zalewanym w pestkę (nie wliczając mieszkańców). Jednak – kociołki coś przeczuwały. Wszystkie kociołki, od czterdziestego dnia deszczu począwszy, zupełnie odmawiały współpracy. Eliksiry... To była porażka. To była grypa przenoszona drogą kociołkową. To był jakiś mugolski wirus i to na pewno wina Pottera i Granger.
W tym momencie Severusowi Snape’owi było już wszystko jedno, co przerwie ten łańcuch klęsk. Musiał wyjść. Nie mógł patrzeć w denka swoim nieszczęsnym, rozgorączkowanym kociołkom. Może na zewnątrz spotka kogoś i będzie mógł go oskórować. Może spadnie w przepaść i o nic więcej nie będzie się musiał martwić. Może okaże się, że został zwolniony i wolno mu odpłynąć z kociołkami na Dominikanę.
Kiedy Severus dotarł do okna, było już prawie całkiem ciemno, tylko ostatnie promyczki słońca utrzymywały tęczę w stanie stałym. Na jej widok Snape uniósł jedną brew, załopotał połami płaszcza i wyszedłszy elegancko po parapecie, ruszył przed siebie, choć pozostawione w lochach sześćdziesiąt sześć kociołków cynowych, aluminiowych, złotych, glinianych i wszelakich innych wołało go rozpaczliwymi, zakatarzonymi głosikami. Szedł, aż doszedł do wielce rozgorączkowanego Zgredka.
– Ach, sir, profesor Snape, sir, bo tutaj Zgredek, sir, i tu mu bzzzzz zrobiło, i się zlepiło! I pszepanipro...
– Milcz.
I ominąwszy skrzata szerokim (akurat na szerokość tęczy) łukiem, Severus poszedł dalej – tam, gdzie w ostatnich, naostatniejszych, najpiękniejszych promieniach znikającego za wszechodmętem wód słońca, lśnił On – wielki, uszaty, bez skazy.
No, może z jedną.
Severus Snape wytrząsnął bezużyteczne złote galeony na bok i czule tuląc garnek do męskiego łona, pomaszerował z powrotem, powiewając dumnie płaszczem.
Pośrodku tęczy nadal siedział rozgorączkowany Zgredek. Przechodzący Severus nie obdarzył go nawet jednym słowem. Skrzat spojrzał za nim akurat wtedy, gdy ostatni promień słońca odbił się od pustego dna garnka.
– O – powiedział.
I pozostał tak, w zdumieniu, aż Snape doszedł do okna i wśliznął się z powrotem do zamku, zaś słońce znikło całkiem, obwieszczając nowy dzień w australijskiej Szkole Magii I Czarnoksięstwa Mudrooroo. A kiedy słońce znikło, znikła i tęcza, a Zgredek spadł, wymachując bezradnie rączkami i nóżkami w powietrzu, prosto w paszczę wielkiej Kałamarnicy.
Severus zaś poszedł z garnkiem do lochów, wyparzył go gorącą wodą, wyszorował, wyglansował i wykorzystał.
Najpierw uwarzył eliksir do moczenia kociołków.
Potem wyszorował garnek znów.
Potem przygotował grzane wino.
I poszedł z dwoma pucharami do gabinetu Minerwy McGonagall, rozkoszując się zupełną pustką i ciszą dookoła.
I żyli długo i szczęśliwie, i było im zielono, i czerwono, i srebrno, i złoto.



Autor: Arien Halfelven
Dodano: 2006-04-05 18:29:40
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj ilustrowany "Silmarillion"


Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS