NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Nowak, Jakub - "Amnezjak"

Mitchell, David - "Slade House"

Ukazały się

Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"


 Larson, B.V. - "Bunt"

 Lem, Stanisław - "Fiasko"

 Lem, Stanisław - "Szpital Przemienienia"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 Kozak, Magdalena - "Młody"

Linki

Pratchett, Terry - "Zadziwiający Maurycy"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cykl: Świat Dysku
Tytuł oryginału: The Amazing Maurice And His Educated Rodents
Data wydania: 2004
ISBN: 83-7337-621-6
Oprawa: Twarda
Format: 15x21cm
Liczba stron: 206
Tom cyklu: 28



Bardzo spłaszczony Dysk, czyli o tłumaczeniu Pratchetta...

"The Amazing Maurice and His Educated Rodents" (wydanie polskie: "Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury") oraz "The Wee Free Men" ("Wolni Ciutludzie") Terry'ego Pratchetta są powieściami ze Świata Dysku przeznaczonymi - według opinii ich wydawców - dla nieco młodszych czytelników. Na samym wstępie pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią. Tak jak nie widzę powodów, dla których rozgarnięty i oczytany 11- czy 12-latek miałby nie sięgnąć po pozostałe "Dyski", tak samo uważam, że dorosły czytelnik Pratchetta znajdzie w tych dwóch pozycjach tę samą przyjemność, którą czerpie z innych książek autora. Znajdzie jednak pod tym warunkiem, że nie będzie to polskie tłumaczenie...
Niejednokrotnie zetknęłam się z opinią: "Tak, te przekłady mają błędy, ale są poprawne". Otóż nie - tłumaczenia dokonane przez Dorotę Malinowską-Grupińską nie są poprawne. Są złe. I właśnie zamierzam wyjaśnić, dlaczego.

Świat Dysku, pomimo swej niezwykłości, mieści się w szeroko rozumianej poetyce fantasy, nurcie, w którym obowiązują pewne standardy przekładu. I nie do zaakceptowania jest tłumaczenie:
Główna bohaterka, Tiffany (w wersji polskiej Akwila) pyta dopiero co ujrzanych tytułowych Wee Free Men: Are you fairies? Po polsku czytamy: Czy jesteście krasnoludkami?
Tak, tak, wiem, że fairies jest trudno przełożyć. I że teoretycznie można je jako "krasnoludki" przetłumaczyć.[1] Ale nie w fantasy! Tu krasnolud od czasów przekładu Skibniewskiej jest istotą wyraźnie określoną. A w Świecie Dysku wygląda to tak, toutes proportions gardées, jakby polskie dziecko zapytało napotkanego polskiego krasnoludka: "Czy jesteś Murzynkiem?". Bo na Dysku krasnoludy à la Tolkien istnieją. I jeśli nawet Tiffany ich nigdy nie widziała, to musi wiedzieć kim są i jak wyglądają. (Ciekawe jak w takim razie byłyby dwarves przełożone? Jako krzaty?[2])
I jest to sprawa, która bardzo mnie dziwi. Dorota Malinowska (wtedy jeszcze nie Grupińska) od lat 80. XX wieku (jak to brzmi ;-) ) była redaktorką "Fantastyki", a później "Nowej Fantastyki". Fakt, zajmowała się głównie filmem, ale dyletantką w tej dziedzinie nazwać jej nie można. Więc dlaczego popełnia takie błędy?
Dysk jest także, co wszyscy wiemy, opowieścią pełną humoru. Pozwólcie, że przytoczę nieco dłuższy fragment z "Maurycego":
- Jak nazywa się to miasto, chłopcze? - zapytał Maurycy (...)
- Nazywa się Lśniący Zdrój - odparł chłopiec, sprawdzając w przewodniku.
- Aha... czy powinniśmy tam jechać, jeśli trzeba zejść z drogi, by się tam dostać? - zapytała Ślicznotka (...)
- No, Zdrój nie oznacza, że trzeba zejść z drogi - wyjaśnił Maurycy. - To słowo oznacza źródło.
- Nie, nie, mówią zdrój, ponieważ... - zadziwiający Maurycy zawahał się, ale tylko przez chwilę - kąpiel w tym źródle jest zdrowa, rozumiecie? To bardzo schowane miejsce. W pobliżu nie ma żadnych innych źródeł. I oni są ze swojego bardzo dumni. Pewnie nawet trzeba kupić bilet, żeby je zobaczyć.

Śmieszne? Nie. Żałosna i naciągana gra słów. I niby dlaczego osobliwy miałby być fakt, że jest to jedyne źródło w okolicy? A więc dlaczego w oryginale jest to zabawne? Bo w oryginale miasto nazywa się Bad Blintz. Zaś jedyna w okolicy łazienka, do zobaczenia której potrzebne są bilety, już zabawna jest. A wystarczyło skojarzyć, że niedaleko za naszą południową granicą znajduje się miejscowość o nazwie Mariańskie Łaźnie (zresztą dawniej Marienbad)...
Ale humor u Pratchetta to nie tylko zabawa językiem i "nieprzetłumaczalna" gra słów - to nie "Xanth" Anthony'ego. To także humor sytuacyjny, a przede wszystkim zaskakujące, wielopoziomowe odwołania do europejskiego, a często światowego, dziedzictwa kulturowego.
Pratchett jest, jak nam, jego wielbicielom doskonale wiadomo, autorem bardzo wymagającym. Wymaga od swojego czytelnika orientacji w wielu dziedzinach: szeroko rozumianej kulturze, historii, literaturze (nie tylko fantastycznej), mitologii... Nie zaszkodzi także odrobina wiedzy z zakresu fizyki czy psychologii. Tym bardziej od jego tłumacza wymagać należy tego, co nazwałabym dobrym wykształceniem ogólnym. I kojarzenia pewnych faktów.
Dlaczego np. piosenka szczurów z "Maurycego", mająca ewidentnie rytm tekstu wywrzaskiwanego podczas marszobiegu przez amerykańskich żołnierzy (znacie to - dowódca intonuje wers, drużyna odpowiada) w polskim tłumaczeniu nie ma rytmu żadnego?
Dlaczego tak brutalnie wycięto wszelkie odniesienia do szkockości Nac Mac Feegle'ów?[3] Począwszy od pierwszego ich opisu: Całe ciało pokrywały mu błękitne tatuaże, poza miejscem zakrytym króciutką spódniczką. Jaką spódniczką? - kiltem! Jaki w takim razie ma sens fakt, że mają błękitne tatuaże? Wyciąć i to! Żadnego nawiązania do Szkotów, żadnego nawiązania do Piktów. Bo i po co?
Dlaczego... - no, może wystarczy.
Powiecie może, że to dlatego, iż chodzi o literaturę dziecięcą. Ale nawet jeśli Dorota Malinowska-Grupińska przyjęła założenie, że tłumaczy książkę dla dzieci, założyła jednocześnie, że książkę dla dzieci można przetłumaczyć byle jak. Że można ją strywializować, zbanalizować i pozbawić wszelkich ukrytych znaczeń. Bo dziecko i tak nie zrozumie... (Nawiasem mówiąc, będąc 12-latką wcale się za dziecko nie uważałam). A może polskie dzieci są od angielskich głupsze?
Według wersji Doroty Malinowskiej-Grupińskiej Nac Mac Feegle zostali wyrzuceni z Fairylandu za "picie i bicie". Tymczasem w oryginale mamy "for being Drunk and Disorderly", formalne wyrażenie, mogące znaleźć się np. w protokole policyjnym. Czyżby polskie dziecko nie było w stanie docenić stwierdzenia brzmiącego np. "usunięci z Krainy Wróżek za notoryczne przebywanie w stanie upojenia alkoholowego"? No i oczywiście wiadomo, że do dzieci należy przemawiać językiem pełnym zdrobnień i spieszczeń... Mamy zatem opis:
A gdyby popatrzyło się dalej i dalej, tam gdzie dróżka zamieniala sie w wąską wstążeczkę, a Akwila i jej brat stawali sie kropeczkami, wtedy można było przyjrzeć sie całej krainie... Mówiono o niej Kreda. Zielone wzgórza wygrzewały się w słonku. Stada owiec przesuwały się po murawie jak obłoczki po zielonym niebie. Tu i ówdzie owca pogoniona przez pasterskiego psa przebiegała niczym kometa.
I mamy infantylne zdrobnienia... Dlaczego słonko, a nie słońce? Jeśli wstążeczka, to jest chyba oczywiste, że wąska? I chyba obłoki (nie obłoczki) lepiej pasują do stad owiec? I tak dobrze, że nie są to stadka owieczek... Oryginalny opis, bardzo plastyczny, jest całkowicie poważny.[4] Notabene Pratchett opisuje całkiem realnie istniejące kredowe wzgórza południowej Anglii...

Pozostaje zadać kilka ostatnich pytań. Dlaczego wydawnictwo Prószyński i Spółka, mając tak dobrego tłumacza Pratchetta jak Piotr W. Cholewa, powierzyła przekład tych dwóch pozycji innej osobie? A w zasadzie pytanie powinno brzmieć: dlaczego pani Malinowska-Grupińska zdecydowała się sama wziąć za to tłumaczenie? Bo pani Malinowska-Grupińska nie jest pierwszą lepszą tłumaczką z ulicy, jest ważną szychą w wydawnictwie Prószyński i Spółka. Co nią kierowało? Chwalebna chęć oszczędzenia firmie kosztów? Czy zrozumiała skądinąd potrzeba dorobienia do pensji? Tylko dlaczego kosztem klienta? W tym kontekście pominięcie nazwiska tłumacza w "Zdumiewającym Maurycym..." przestaje wydawać się zwykłym błędem edytorskim...
A pojawiła się już następna adresowana "do dzieci" książka Pratchetta - "A Hat Full of Sky". Kto ją przetłumaczy?


-----------------------------------
[1] Można jeszcze inaczej - fairies oznacza też homoseksualistów. Zresztą, zważywszy kontekst, tłumaczenie "Czy jesteście pedałami?" można by uznać za poprawne.
[2] Krzaty to wymysł Jerzego Łozińskiego, powszechnie krytykowanego tłumacza "Władcy Pierścieni".
[3] W polskiej wersji Fik Mik Figle - czyżby inspiracja pozycją "Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki"?
[4] Żeby nie być gołosłowną, przytaczam oryginalny fragment:
And then go further up, and further, until the track becomes a ribbon and Tiffany and her brother two little dots, and there is her country...
They call it the Chalk. Green downlands roll under the hot midsummer sun. From up here, the flocks of sheep, moving slowly, drift over the short turf like clouds on green sky. Here and there sheepdogs speed over the turf like comets.

Widać tu zresztą jeszcze jeden błąd tłumaczki - ale drobiazgów czepiać się nie będę.


Autor: Gytha
Dodano: 2006-04-03 19:57:22
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Maddaddam" Atwood


Wygraj "Ukrytego Asa"


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Nagata, Linda - "Ciężkie próby"


 Przybyłek, Marcin - "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw"

 Waletow, Jan - "Dzieci martwej ziemi"

 Blatty, William Peter - "Egzorcysta"

 Podlewski, Marcin - "Głębia. Napór"

 Waletow, Jan - "Ziemia niczyja"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

Fragmenty

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilcza Pełnia"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS