NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Cienie tożsamości" (stara wersja)

antologia - "Zabawa w Boga"

Ukazały się

Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"


 Sanderson, Brandon - "Żałobne opaski" (stara wersja)

 Sanderson, Brandon - "Cienie tożsamości" (stara wersja)

 Lem, Stanisław - "Człowiek z Marsa"

 Werber, Bernard - "Mikroludzie"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Parowski, Maciej - "Kukułka na koniu trojańskim. Małpy pana Boga 3. Retrospekcje"

Linki


Psst!

Mężczyzna leżał w kałuży krwi. Jego wzrok wbity był w wierzchołki drzew. Nie chciał patrzeć na rozszarpaną kolczugę, spod której szybko uciekała krew. Nie mógł patrzeć na własne wnętrzności. Beszak leżał pod najbliższym drzewem, już się nie ruszał. Jego zielona, gęsta krew pokrywała ostrze miecza, buty i rękawice rycerza. Mężczyzna chciał nieco odsunąć się od truchła potwora, wciąż nie będąc pewnym, że beszak rzeczywiście nie żył. Próba poruszenia się zakończyła się jedynie cichym jęknięciem, straszny ból przeszył jego zmęczone ciało, rycerz opadł na ziemię. Czuł, że to koniec jego żywota. Nie żałował ani tego, jak żył, ani tego, jak mu przyjdzie umrzeć - był na to gotowy. Wiedział, że jego chwalebna śmierć zasłoni nieco wspomnienia jego dawnych, niezbyt szlachetnych postępków. Nagle pobliskie krzaki lekko zadrżały. Umierający człowiek spojrzał w tamtą stronę. Znów cichy szelest i parę gałązek lekko się poruszyło. Rycerz wzniósł błagalny wzrok w stronę nieba:
- Błagam, tylko nie następny beszak, panie... Pozwoliłeś mi chwalebnie umierać. Taką miałem nadzieję... Chyba nie myślisz, że jestem w stanie zmierzyć się z jeszcze jednym? Aż tak chwalebnej śmierci nie potrzebuję. Już dość się wykrwawiłem by odejść z tego padołu, a ty poddajesz mnie jeszcze jednej próbie? Wiesz, że jestem ambitny, ale moja ambicja ma swoje krańce...
Zza krzaków wychyliła pomalowana głowa jakiegoś dzikusa, rycerz przerwał swój lament. Wzrok intruza wzniósł się w kierunku, w którym umierający kierował mowę. Wzrok jednak nie natrafił na nic ciekawego, wrócił więc powoli do leżącej na ziemi postaci.
- Do kogo mówisz? - Rycerz usłyszał łagodny głos o bardzo zabawnym akcencie.
- Do mego boga, przybyszu, rozmawiam z moim bogiem. Ty ze swoim nie rozmawiasz?
- Mój lubi, jak mu się tańcuje. Nie lubi rozmawiać - nigdy nie odpowiada, tylko patrzy.
- Mój też nie odpowiada, ale wiem, że mnie słyszy i czasem słucha się tego, co mu powiem.
- B'har cię tak urządził? Okrutnie cię urządził, trzeba dużo ziela i rozmów z bogiem - dzikus wygramolił się z krzaków i podszedł do rycerza. Pochylił się nad raną, spojrzał w oczy rycerzowi, poczym odsupłał od paska niewielki woreczek. Dzikus był dość drobny, jednak dobrze zbudowany. Widać to było dzięki całkiem mocno przylegającemu, lekkiemu odzieniu – obcisłych, porwanych spodniach i skórzanej kamizelce. Odkryte elementy ciała przepasały cienkie rzemyki, na które nanizano kolorowe paciorki. Pod nimi było widać, że całe ciało nieznajomego pokryte jest kolorowymi wzorami.
- Posłuchaj... Jak cię zwą? - Rycerz spróbował powstrzymać ręce dzikusa.
- Iran Vaer'len.
- Posłuchaj Iranie, nie chcę, byś mi pomagał, to nic nie da, to mój koniec.
- Bóg się nie pogniewa?
- To chyba boska decyzja, że ten beszak mnie ugodził i myślę, że pan pragnie bym odszedł stąd.
- Może bóg pozwolił mi znaleźć ciebie? Może jednak chce, żebyś nie umarł? - Zauważył słusznie Var'laen.
- Nie sądzę, dla ciebie przewidział inne zadanie. Dopilnujesz, aby moje ciało spoczęło w grobie z należytym szacunkiem i zaniesiesz wieść o mojej chwalebnej śmierci do Maksum.
- Co? Pochować ciebie? Nie ma sprawy, ale co mam... zanieść i gdzie?
- Weźmiesz mój miecz, list, który zaraz napiszę i głowę tej bestii. Zaniesiesz je do miasta leżącego półtorej dnia drogi stąd w stronę morza. Opowiesz ludziom o ostatnich chwilach Pana Gothen'a, powiernika serca księżnej Maksum.
- To jest kto? Ten Gothen?
- To ja, tak się nazywam.
- No dobra - dzikus zrobił chyba poważną minę, po czym wrócił do poprzedniej pracy.
- Nie, nie! Zrozum, nie chcę twojej pomocy, bardzo ci jestem wdzięczny, ale nie lecz mnie!
- Słuchaj uważnie! - Dzikus nie przerywał leczenia - Mnie nie wolno iść do miasta, zgodnie z wolą moich ojców jestem łowcą, a nie wędrownikiem. Jak nie posłucham, mogę nie wracać. Uznaliby mnie za dorw bach- nieposłusznego. Ja ci pomogę i sobie pójdziesz z tym listem, meczem i łbem tego potwora, a ja dalej będę łowcą i wszyscy będą szczęśliwi. Tak będzie lepiej!
- Dam ci całe złoto i list polecający, ale błagam, daj mi tu zdechnąć!
- Po co mi złoto i list polecający? Ja składałem przysięgę, że będę zdobywał pożywienie dla moich bliskich i będę leczyć wszelkie napotkane ranne zwierzęta. Bóg będzie zły, jak nie spełnię obietnicy.
- Ja nie jestem zwierzakiem!
- Ale jesteś na ich terenie, a to bogu wystarczy.
Rycerz już się nie opierał i nie dyskutował, opuścił głowę ze zrezygnowaniem i pozwolił działać kojącym zabiegom Irana. Nagle Iran przerwał pracę i zastygł.
- Co się stało? - Spytał zaniepokojony Gothen, rozglądając się bacznie na wszystkie strony. - Ciiiii - uciszył go łowca. - Zbliża się czterech ludzi, nie stąd, ale chodzą bardzo cicho i są blisko. - Daj mi miecz, a będę się bronił! - Rycerz wyraźnie odzyskał zapał.
- Nie mamy szans, trzeba uciekać, coś mi mówi...
Nie dokończył słów, nie dane mu było. Z boku uderzyła go jakaś niewidzialna siła, która rzuciła jego ciałem o drzewo. Upadł ciężko na ziemię tracąc przytomność. Jakby zza mgły ujrzał wyłaniające się trzy zakapturzone postacie, czwarta stała nad nim.

Obudził go okropny ból głowy, otworzył oczy i zadrżał. Jakaś postać unosiła topór nad bezbronnym rycerzem. Próbował wstać, ale jego ciało było jeszcze odrętwiałe.
- Nieee!!! - Krzyknął, ale było już za późno, ciężkie ostrze zatopiło się głęboko w ciele starego mężczyzny.
- No, no, no, nasz mały leśny człowiek ma mocną głowę, myślałem, że długo sobie poleży - odezwał się drwiący głos. Zza jego pleców wyłoniła się jedna z postaci. Osobnik dzierżył w dłoni jakąś świecącą niebieskim blaskiem laskę. Pochylił się nad Iranem.
- Witaj brzydalu, twój szanowny koleżka to całkiem bogaty rycerzyk, dzięki niemu nie będziemy głodować przez najbliższe dni spędzone w Brytcie. Powiem więcej, będziemy się naprawdę nieźle bawić! - Zaśmiał się ochrypłym głosem.
- Za co zabiliście?! On nie miał siły! Nic wam nie mógł zrobić.
- Huk, powiedz tej leśnej siostrze miłosierdzia, żeby nie denerwowała się tak, bo i ona żywa nie wyjdzie na pewno! - Krzyknął jeden z trójki grzebiącej w rzeczach Gothena.
- Synku, będziemy musieli ci języczek skrócić i oczka wykłuć, co byś nas kamratom nie wydał, a jak będziesz niegrzeczny to toporkiem zmienimy ci uczesanie - zachrypiał ten obok niego. Iran czuł, że wracają mu siły, wolał jednak nie zdradzać tego. Jeden z typków uniósł miecz rycerza.
- Pikna rzecz, panie, coś mi się widzi, że magiczna, bo runami pokryta, a i materiał pewnie szlachetny, będzie z tego parę groszy! - Ucieszył się, badając ręką piękne ostrze miecza. Iran sięgnął po sztylet ukryty pod kamizelką. Miał dobrą okazję, by zaatakować, ponieważ ten klęczący obok niego odwracał się w stronę zbója podziwiającego miecz. Wszyscy bandyci skupili uwagę na mieczu. Skoczył z ostrzem do gardła przeciwnika. Ten jednak zauważył ruch za sobą i odskoczył zwinnie na bok, ale był na tyle zaskoczony atakiem, że stracił równowagę i upadł na ziemię. Pozostali trzej odwrócili ku niemu wzrok w momencie, gdy Iran był w połowie drogi do nich, jeden zdjął łuk, drugi chwycił za rękojeść swojego miecza, a trzeci rzucił się na dzikusa, tnąc z ukosa zdobycznym mieczem. Iran jednak przetoczył się pod świszczącym ostrzem i pchnął sztylet w przód. Ostrze weszło miękko między żebra ofiary. Magiczny miecz frunął dalej, wypuszczony z ręki umierającego opryszka. Mknął kierunku pozostałej dwójki. Jeden zdążył się uchylić, drugi- ten z łukiem- został trafiony w twarz. Iran nie czekał. Chwycił leżący miecz Gothena i dał susa w najbliższe zarośla. O pięty otarła mu się niewidzialna siła, znów wystrzelona w jego kierunku. Nie ryzykował ataku, przerażała go ogromna moc zaklętej laski, przerażały go wydarzenia, których był świadkiem przed chwilą. Uciekał, co tchu, słysząc za sobą pogoń.
- Huk! Załatw go z tego cholernego berła! Taon, zostań przy dziadku! Dorwiemy tego czarta! Nogi mu z rzyci powygryzam!!! - Huczał jeden z bandytów. Iran modlił się w duchu, aby znowu nie dosięgła go ta obca moc. Potykając się o krzaki, biegł przed siebie, nie zważając na gałęzie smagające go po twarzy. Nie myślał o pogoni, myślał tylko o tym, żeby uciec stąd jak najdalej.

Iran biegł szybko w stronę wioski. Kilkakrotnie sprawdzał, czy pogoń nie podąża jego śladem. Nie musiał jednak. Pogoń, jeżeli nawet próbowała go dogonić, nie miała najmniejszych szans. Elwini znakomicie poruszali się po lesie nie pozostawiając po sobie zbyt wielu śladów - nawet wytrawny tropiciel miałby poważne kłopoty z podążaniem śladami elwina. Iran zatrzymał się na niewielkim wzgórzu i ostatni raz obejrzał się za siebie. Nikt nie biegł za nim. Nasłuchiwał jeszcze chwilę, ale nie słyszał nic poza cichym głosem życia tętniącego w puszczy. Odwrócił się w stronę jasnej zielonej poświaty bijącej zza drzew rosnących przed nim. Zbiegł po łagodnym stoku wprost między domostwa siedziby jego plemienia.

- Widziałeś jak on wyglądał? - Krzyknął zasapany Huk. Biegnący przed nim Taon wzruszył tylko ramionami. - Dajmy sobie spokój, ten mały dziwoląg na pewno zna się na ukrywaniu w tej gęstwinie. Nigdy go nie znajdziemy - krzyknął ponownie Huk i zatrzymał się. Głośno dysząc oparł ręce o kolana i usiadł ciężko na ziemi. Taon zatrzymał się i spojrzał na kamrata:
- A ty co? Musimy go znaleźć! Jeszcze gotów szczur sprowadzić swoich pobratymców.
- Sam se go szukaj! Widziałeś, jak spieprzał? Bał się nas śmiertelnie, nie sądzę, by chciał tu wrócić i z nami się zadawać.
- Nie żarłbyś tyle, to może byś go dogonił, spaślaku!
- A chcesz w mordę?
- Teraz to go na pewno nie złapiemy. Ni cholery nie wiem kim był ten mały. Może to jakiś leśny ludź?
- Nie widziałeś go z bliska. Leśni ludzie są potężniejsi. Ten miał jakieś dziwne uszy i takie drobne ząbki. W ogóle był dużo... chudszy.
- Od ciebie? Nie trudno! Tu masz rację.
- Zaraz oberwiesz…

Powrót zajął im całą godzinę, chociaż pogoń za małym elwinem wydawała się trwać ledwie kilka minut. Kluczyli pomiędzy gęstwinami próbując odnaleźć drogę, którą tutaj przybiegli. Nawoływali siebie nawzajem, ale echo złośliwie przeszkadzało w określeniu strony, z której dochodziło nawoływanie. W końcu spotkali się wszyscy trzej nad trupem rycerza i swojego kamrata.
- Zwiał wam? - Zapytał się Eryk zasypując ziemią miejsce pochówku swojego kompana.
- Nie mieliśmy żadnych szans. Zniknął w tej przeklętej gęstwinie - odpowiedział Huk i spoczął pod pniem dębu. Sięgnął to swojej sakwy i wyciągnął bukłak z winem.
- Pies go lizał! Mamy forsę. Musimy szybko zwiewać nim ten mały wezwie swoich.
- Policzymy się z nimi innym razem. Teraz musimy się spieszyć, nie czuję się bezpiecznie w tym lesie - odparł Taon sięgając po bukłak Huka. Huk łypnął tylko i schował wino do torby.
- Przestań się trząść! Jesteśmy ledwie pół dnia drogi od traktu. Do Maksum co najwyżej dwa dni nam zejdzie. Tu nam nic nie grozi! A ten mały czmychał aż się kurzyło. Nie sądzę, by chciał się mścić za tego tu rycerzyka.
- Czart go wie! Może jego bratkowie będą chcieli na nas zapolować? Wolę się o tym nie przekonać, co nie Eryk?
- Słusznie, zbierajcie swoje graty i ruszamy. Huk, zbieraj swoje tłuste sadło!
Huk jęknął tylko i poderwał się z ziemi. Wtem usłyszał jakiś szelest w krzakach przed sobą. Nie spojrzał jednak w tamtą stronę. Dalej niby spokojnie zbierając swój ekwipunek sięgnął po berło. Nagle wyprostował się i wystrzelił z berła. Niewidzialna siła niczym wichura porwała wszystkie liście z krzaku. Kompani Huka obejrzeli się za siebie. Za krzakiem nikt się nie krył. Za to zza pnia drzewa rosnącego tuż za krzakiem czmychnął w popłochu mały lisek pozbawiony całkowicie owłosienia na swoim długim ogonie.
- Rany Julek! Czy możesz łaskawie nas nie straszyć i mordować wszystkich leśnych stworzonek, jakie napotkasz na swojej drodze?
- Zamknij się! - Odparł gniewnie Huk. - Przestań się rechotać! - wrzasnął w stronę śmiejącego się Eryka. Eryk przestał się śmiać. Upadł na kolana, by po chwili runąć twarzą na ziemię. Z jego pleców wystawały małe, cienkie strzały. Huk wrzasnął jak opętany i skoczył do najbliższej gęstwiny. Taon zniknął za drzewami. Huk rozejrzał się w poszukiwaniu intruzów. Usłyszał syk lecącej strzały. Przypadł do ziemi i zacisnął powieki. Syknęły kolejne strzały. Jednak syk był dużo cichszy i krótszy. Rozległ się niski krzyk, który przeszedł charkot. Huk zaczął się trząść. Z przerażeniem rozejrzał się po zaroślach otaczających jego kryjówkę.
Nigdzie nie widział Taona. Uniósł nieco głowę. Wtedy zauważył jak z jednego z drzew dosłownie zlatuje jakaś niewysoka, zakapturzona postać. Lekko opadła na ziemię i powoli podeszła do zwłok Eryka. Huk nie mógł dojrzeć twarzy, ale pewien był, że musi to być ktoś z plemienia tego małego. Huk wysunął berło przed siebie. Wycelował w stronę intruza, który spokojnie badał zwłoki bandytów. Bandyta przełknął nerwowo ślinę i powoli wstał. Czuł jak nogi uginają się pod nim odmawiając współpracy. Intruz odskoczył do tyłu i złożył się do strzału celując strzałę wprost w Huka.
- Nie ruszaj się, gnoju! - Wycedził bandyta drżącym głosem. - Mam potężną broń! Mogę cię zabić w jednej chwili. Nie chcę cię zabijać, nic do ciebie nie mam. Odejdę stąd, a ty tu zostaniesz. Żadnych numerów! Słyszysz?
Wróg nic nie odpowiedział pozostając cały czas w swojej pozycji. Przyglądał się badawczo ruchom zbója. Jego czarne małe oczka nie wyrażały żadnych uczuć.
- To berło może przerobić cię na bitkę wołową! Nie kombinuj, maluchu!
Znów brak odpowiedzi. Huk zaczął cofać się powoli. Cały czas skupiał uwagę na przeciwniku celując w jego stronę.
- Odezwiesz się, czy mam cię rozwalić?
- Psst! - Usłyszał za swoimi plecami. Odwrócił się gwałtownie tylko po to, by zauważyć jak stojący za nim trzej łucznicy zwalniają cięciwy.


Autor: Cieślak, Jakub
Dodano: 2006-03-31 16:22:51
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

"Wiara" i zbrodnia


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Grzędowicz, Jarosław - "Hel 3"


 Golden, Christie - "Narodziny hordy"

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie"

 Miszczuk, Katarzyna Berenika - "Noc Kupały"

 Alexander, K. C. & Hough, Jason M. - "Mass Effect. Andromeda: Rebelia Nexusa"

 McGuire, Ian - "Na Wodach Północy"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

Fragmenty

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

 Marchewka, Tomasz - "Wszyscy patrzyli, nikt nie widział"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS