NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Nagata, Linda - "W stronę mroku"

Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Linki


Abel

- Abel! Żyjesz? Dawać chłopaki, niesiemy go do Mościka! - Abel wiedział, że nikt nie jest w stanie mu pomóc. Zresztą, kto by chciał pomóc zwykłemu gwardziście z garnizonu miejskiego. Słyszał czyjeś głosy, już jakby zza mgły. Nie był w stanie rozróżnić sylwetek, które pochylały się nad nim. Już czuł, że koniec jest coraz bliżej. Ból powoli zanikał, otaczała go za to błoga cisza i spokój. Pożegnał się ze światem, z życiem i wspomnieniami. Cieszył się na nową przygodę.

- Abel! Słyszysz? - Ktoś wyraźnie potrząsał ciałem strażnika. - Abel!
„Czy tak właśnie wygląda życie po śmierci?" - Pomyślał.
- Panie, nie możesz pan go ocucić jakimś płynem?
Poczuł jak ktoś na siłę próbuje mu wlać do ust jakiś obrzydliwy i gorzki wywar. Odruchowo chwycił się za szyję i wypluł to, co próbowano mu wlać. Otworzył oczy i ujrzał dwie wielkie postacie pochylające się nad nim. Umorusane jakąś lepką substancją potwory wyraźnie miały złe zamiary.
"Więc jednak trafiłem do zaświatów!" Pomyślał z przerażeniem, gdy próbował się wyrwać z uścisku łap bestii. - Abel, przestań wariacie! To ja, Hezhra - odezwał się jeden z potworów.
Abel zamarł. Odwrócił wzrok w kierunku postaci. Rzeczywiście bestia nieco przypominała jego starego przyjaciela, druga zaś była niechybnie Mościkiem.
- Co... Co wy tu robicie? - Zapytał niepewnym głosem.
- Próbujemy cię leczyć, baranie. A coś myślał?
- Leczyć, z czego? - Zapytał, coraz bardziej nie rozumiejąc całej sytuacji. - W zaświatach się leczy?
- W jakich zaświatach? Ty żyjesz, durniu - odparł Mościk próbując zetrzeć maź z twarzy.
- Jak to "Ja żyję"? Ale przecież ten złodziej mnie... - Abel już nic nie rozumiał.
- Trafił cię w szyję. Mało brakowało, abyś się tam wykrwawił na śmierć. Mościk jest jednak zdolnym medykiem.
- Musisz uważać na opatrunek, więc łaskawie nie rzucaj się tak, bo to całe leczenie na nic się nie zda. - Hezhra też walczył z cieczą oblepiającą jego twarz.
- A już myślałem, że po mnie... Czary i mroczna magia z powrotem ściągnęły mnie...
- Ablu Finnie! Nie bądź waść bezczelny, bo mogę waści niemałą krzywdę wyrządzić! - Zaryczał groźnie Mościk.
Abel przestraszony skulił się na łożu.
- Tam do czarta! Nie straszcie, błagam. Ja wdzięczność wielką okazuję oczywiście! - zaskomlał niczym skarcone szczenię.
- Nie wierzgaj tak, głupku! Uważaj na opatrunek! - wrzasnął Hezhra.
- Uważam! Nie wrzeszcz tak na mnie! Sam byś był przerażony, jakbyś się nagle po swej śmierci obudził w tak dziwnym miejscu. Długo będę leżał, panie Mościk?
- Twoja rana nie wymaga hospitalizacji. Nawet, jeśli by wymagała hospitalizacji, to wolałbym, żebyś odbył ją z dala ode mnie. Przyjdźcie za tydzień, to zmienimy opatrunek i obejrzymy sobie twoją nową bliznę. - Mościk poprawił opatrunek na szyi strażnika. - No dalejże, wstawaj, nóg ci nie amputowałem – są całe i zdrowe.
Abel wstał powoli z łoża chwiejnie i niepewnie, nie do końca ufając swoim mięśniom.
- Ile się należy? - zapytał Hezhra wyciągając sakiewkę.
- Nie, Hezhra, jestem ubezpieczony od nieszczęśliwych wypadków podczas wykonywania służby. - Abel spojrzał na medyka. Medyk spojrzał na Abla:
- Ale nie u mnie.
- Jak to?
- Jesteś ubezpieczony w kasie miejskiej. Kasa miejska opłaca za to medyków miejskich, u których możesz się za darmo leczyć ze skutków takich wypadków. Jednak kasa nie podpisała ze mną umowy, jestem dla nich za drogi. Oni wolą płacić takiemu Alitestowi, który wziąłby za wszystko może pięć koron oherskich. Jednak nie gwarantuję ci, aby był w stanie uleczyć twoje rany. Pewnie by usunął problem w bardziej konwencjonalny sposób. Prawdopodobnie umarłbyś w potwornych męczarniach, a on orzekłby, że to był jeden z tych beznadziejnych przypadków. Nie wiem doprawdy jak oni mogą nazywać się medykami. Jak dobrze zagadasz ze skarbnikiem - zwróci ci te pięć oherów. Jednak moje usługi kosztują trochę więcej.
- Ile?
- No... podliczmy. Za leczenie będzie trzy. Za opatrunek i nici - dziesięć, a za miksturę - piętnaście. Razem mamy dwadzieścia osiem koron.
- Ile?!!! - ryknął z niedowierzaniem Abel. - Toż to rozbój w biały dzień! Jaka mikstura kosztuje więcej jak żarcie u Brytta?! Pozbawisz mnie całej wypłaty!!!
Mościk milczał na chwilę, sprawdzając przy okazji, czy zlikwidował wszystkie plamy.
- Jako że Hezhra jest moim stałym klientem i dobrym kompanem, opuszczę ci po koronie od wszystkiego. A mikstura, o której mówimy, to bardzo drogi wywar z bardzo rzadkiej rośliny. Aliphorahmeiny używa się na przewlekłe choroby żołądka, zatrucie, problemy z wypróżnianiem, ale świetnie też spisuje się jako środek cucący.
- To to paskudztwo, które mi próbowaliście wlać do gardła?
- To właśnie to paskudztwo próbuję sczyścić ze swojego ubrania - odparł Mościk. – Tak, jak mówiłem, należy się dwadzieścia pięć.
- Mam tylko dziewiętnaście oherów czterdzieści diademów. Najbliższą wypłatę mam za dwa tygodnie. Za co ja utrzymam dom przez ten czas?
- Abel, daj dziesięć, ja resztę dołożę. Możesz liczyć na swojego szwagra. - Hezhra położył piętnaście koron na ręku uśmiechniętego medyka.


Tancerka w szalonym tempie wirowała pomiędzy stołami przy akompaniamencie dźwięków fletów i bębnów przebijających się przez gwar rozmów gości gospody "Duma Brytta". Kapela grała radosną elwińską pieśń "Opowieść pewnej nocy", jednak nikt, poza paroma pijanymi gośćmi, nie próbował śpiewać słów pieśni. Wszyscy kierowali swoją uwagę na ponętne ciało Veshmah, która właśnie wykonywała najbardziej efektowny układ swojego tańca. Wskoczyła na główną ławę i rytmicznie podskakując wykonywała półpiruety. Jej piękne, długie rude włosy zdawały się nie nadążać za resztą ciała i co chwila zasłaniały twarz tancerki. Abel i Hezhra siedzieli z boku, czasem któryś z nich spozierał okiem w kierunku roześmianej elwinki.
- Hezhra, bracie, jak ja ci się odwdzięczę. Życie mi ratujesz i w potrzebie pomagasz. Co ja bym zrobił bez ciebie?
- Po pierwsze, zrobiłem to dla Timurae. Jako mąż mojej siostry, nie wywiniesz się tak łatwo od małżeńskich obowiązków i nie będziesz zdychał z byle jakiego powodu. Samych byś jej kłopotów narobił. A pieniądze oddasz mi przy najbliższej okazji. Zmień robotę, życie sobie niszczysz robiąc w gwardii miejskiej. A płacą ci byle grosze. Ledwo ci starcza do następnej wypłaty.
- Dokładnie trzydzieści trzy ohery i dwanaście diademów ze stopniem starszego patrolującego. Minus opłaty skarbowe na służbę zdrowia i ubezpieczenie na starość zostaje dwadzieścia siedem z małym ogonkiem. Nie mówię już o wszelkich opłatach. Wciąż jednak jest to niezła sumka.
- Eeee tam. Najmij się do ochrony karawan, albo banków. Na dzień dobry zarobisz dwa razy tyle. Masz dobre referencje jako gwardzista miejski z dwuletnim stażem i nienagannym przebiegiem służby.
- Jako gwardzista z rodziną otrzymałem kwaterunek. A wiesz, że jak odejdę to będę musiał się wyprowadzić. Nie stać mnie na wykupienie ziemi w mieście ani w okolicy. O wynajmowaniu pokoi nie myślę nawet, bo to zwykła strata czasu i pieniędzy. Z resztą, kto by chciał takiego pechowca jak ja?
Abel spuścił głowę, ukrywając oczy w opadających na czoło włosach. Z niewyjaśnionych przyczyn Abel wyhodował bujną blond czuprynę, która w połączeniu z nieprzeciętnym wzrostem nadawała mu wygląd gigantycznej pieczarki. Fryzura ta z powodzeniem przeszkadzała Ablowi w pracy, na każdym kroku włażąc mu w oczy i zasłaniając widoki.
Veshmah przestała tańczyć, muzykę zagłuszyły gorące oklaski i głośne gwizdy.
- Co jest?
- Wiesz, co? Mam już tego wszystkiego dosyć. Chętnie bym to wszystko rzucił w cholerę i zwiał z miasta.
- Co ty gadasz? - Hezhra chciał spojrzeć swemu szwagrowi w oczy.
- Bo widzisz, ty to masz fajnie. Łazisz sobie po lesie, niczym się nie przejmujesz, nie trzymają się ciebie żadne obowiązki. Codziennie możesz być w innym miejscu. A ja? Dzień w dzień służba na murach, służba przy bramie, potem powrót do domu, żarcie, spanie i tak w kółko. Co mój syn powie o mnie, gdy odejdę? "Mój ojciec? Zwykły gwardzista, nic ciekawego, całe życie spędził w mieście, co rano goniąc na służbę. Umarł na zapalenie płuc". Chciałbym być przykładem dla syna, takim ojcem, o którym on powie "Patrzcie, o to mój ojciec! Niezły z niego zawadiaka! Zwiedził pół świata!" Marzy mi się przygoda, Hezhra, przygoda!
- Nie bój się, twój syn będzie z ciebie dumny. Jesteś solidny chłop. Nie chlejesz na umór, nie wdajesz się w bójki i dbasz o rodzinę. A o przygody nietrudno tu w mieście, zresztą, co ty chcesz się włóczyć po świecie jak ci różni poszukiwacze przygód? Bandy dziwnych typów, całkowicie do siebie niepasujących wariatów - jeden myśli o skarbie, drugi o władzy, trzeci o zabiciu pozostałych, czasem o sławie... Już nie raz widziałem takie drużyny, niejedna wisiała na drzewach, niejedna siedziała w bardzo niemiłych lochach. Przygody są dla takich wariatów, a nie dla takich jak ty... takich...
- Po prostu jestem nudny jak flaki w oleju... Tak jak moje całe życie. A sam nieraz widziałem taką drużynę odszczepieńców... i nie dziw mi się, ale byłem bliski dołączenia do nich. Chcę być wariatem, chcę przeżyć coś niezwykłego, chcę żyć chwilą.
Do stolika podbiegła Veshmah. Cmoknęła Abla w policzek i wskoczyła Hezrze na kolana.
- Co tam słychać, chłopaki? Po co ci ten szal, Abel?
- Teraz taka moda, nie słyszałaś? - Hezhra objął elwinkę w pasie. Złączyli usta w krótkim, ale namiętnym pocałunku. Abel westchnął tylko cicho i odwrócił wzrok. Gdyby tylko mógł zamienić się miejscami z Hezhrą. Wszystko, co działo się w otoczeniu myśliwego, było dla Abla niezwykłe i budziło w nim potworną zazdrość. Zwłaszcza Veshmah. Jej jasna delikatna skóra pachnąca świeżością, zdrowiem i radością, jej twarzyczka wiecznie roześmiana, posypana piegowym cynamonem. I oczywiście niezwykle bujne, złotorude włosy - wiecznie rozwiane... takie lekkie... takie pachnące...
- Jak się ma moja droga Timurae? - Elwinka oderwała się od ust ukochanego.
- Jak to Timurae. Wiecznie zapracowana, całą swoją moc wyładowuje na naszym najmłodszym członku rodziny. Szczerze mówiąc, dawno nie rozmawiałem z nią.
- Coś się stało? Wyglądasz na zmartwionego.
- Nic, po prostu nie mamy dla siebie czasu i energii. Jak wracam do domu, to ona jest już bardzo zmęczona, z rana z kolei krząta się w kuchni, miotając gromy na wszystkich, którzy zaplączą się jej pod nogi. - Abel spróbował się uśmiechnąć, ale nie najlepiej mu to wyszło.
Jego przyjaciele zauważyli ten grymas.
- Abel, o co ci chodzi?
- Naprawdę o nic. O nic mi nie chodzi. Pójdę już, jutro muszę wcześnie wstać. Jutro stoję na nadrzecznej wieży.
Abel wstał od stołu, znowu się uśmiechnął, znowu bardzo nienaturalnie i skierował się do wyjścia.
- Nie układa się im - stwierdziła zmartwiona Veshmah. Hezhra wciąż patrzył w kierunku, w którym oddalił się jego szwagier. Nieobecne spojrzenie zawisło w miejscu, gdzie straciło swój cel z pola widzenia.
- Nie - rzekł zamyślony. - To Abel ma problem. On po prostu potrzebuje odmiany.
Abel wiedział, że potrzebuje odmiany. Miał już plan, który właśnie wcielał w życie.

Niebo już zmieniło barwę z ciemno niebieskiego na ciemny granat upstrzony gwiazdami. Ulice opustoszały. Między budynkami odbijało się już tylko echo stukotu kopyt i odgłosów rozmów. Ciepło słonecznego dnia powoli wypierał chłód nocy. Abel przebrany w strój strażniczy wkroczył przez główną bramę na dziedziniec zamku namiestnikowskiego. Powitał skinieniem głowy dwóch stróżów stojących na bramie i skręcił do siedziby garnizonu. Minął koszary, ruszył dalej do kwatery szeryfa, wodza straży miejskiej.
Uther bawił tej nocy na balu panny Bernadetty w jej posiadłości na obrzeżach dzielnicy królewskiej. Panna Bernadetta była daleką krewniaczką króla i w jej przypadku słowo "panna" nie miało żadnego uzasadnienia. Jedyną jej zaletą był ogromny majątek rodzinny, który z wielką radością trwoniła od trzydziestu sześciu lat swojego życia. Paru ludzi starało się uchronić jej skarb od roztrwonienia, niestety jednak jej brzydota i głupota odstraszały kolejnych kandydatów. Jednym z nich był szeryf.
Szeryf Uther miał ogromnego bzika na punkcie broni. Jego kolekcja była znana na całe miasto, głównie za sprawą samego szeryfa, który uwielbiał się chwalić i zapraszać kogo się dało do podziwiania swych skarbów. Część korytarzy garnizonu zostało więc przerobionych na prywatne muzeum broni. Jednak wystawione tam były jedynie mniej cenne okazy lub repliki legendarnych ostrzy. Oprócz tego, w jednej ze swoich komnat szeryf zgromadził swoje najcenniejsze nabytki. Dostęp do nich mieli tylko najznakomitsi znajomi szeryfa, a drzwi nieustannie pilnowało dwóch strażników z gwardii przybocznej.
Abel wszedł na piętro, przeszedł obok dwóch strażników pilnujących owych drzwi. Spojrzeli na niego obojętnie, odpowiedział im tym samym, dodając:
- Czołem waszmościowie.
- Czołem - odrzekli zgodnie, równym, znudzonym tonem. Jeden z nich zdobył się na trochę więcej wysiłku. - Gdzie, panie Abel, pan zmierzasz?
- Mam dziś wartę na nadrzecznej wieży. Żona mnie z domu wywaliła, to stwierdziłem, że chłopa jednego zluzuję, to się chłopak wyśpi w łożu ze swoją babą.
- Który taki szczęściarz?
- Regold. Nie minęło parę dni od momentu, jak go baba podstępem do ślubu zaciągnęła, trza mu do tego przywyknąć.
Strażnicy zgodnie zarechotali. Abel ruszył dalej. Doszedł do kolejnych schodów, wszedł na następne piętro, ale zamiast skręcić na wieżę - ruszył korytarzem do komnat gościnnych. Szybko dotarł do komnaty znajdującej się dokładnie nad prywatną galerią szeryfa. Drzwi otworzył kluczem, który był wierną kopią klucza znajdującego się teraz w pomieszczeniach służby. Nie zapalił świecy, podszedł do okna. Stanął w księżycowym świetle padającym przez okno. Zdjął swój tobołek z pleców i rozsupłał go. Ze środka wyciągnął czarną szatę z kapturem i założył ją na strój strażnika. Zdjął hełm i schował go pod fotel. Wyciągnął linę i przywiązał ją do nogi dębowego łoża. Gdy otworzył okno, uderzyła go chłodna bryza powietrza. Wspiął się na parapet i wyszedł na zewnątrz. Wypuścił linę za okno. Szybko opuścił się na rękach w dół i zjechał do okna prywatnej galerii szeryfa. Z kieszeni wyciągnął mały żelazny haczyk. Przymocował go do śruby trzymającej klamkę i powoli przekręcił. Klamka nie chciała się otworzyć. Serce waliło mu jak młot, a ręce drżały niemiłosiernie. Bał się potwornie. Bał się, że spadnie, bał się, że go zauważą i złapią, ale wiedział, że musi to zrobić.
Jakiś miesiąc temu dostał zadanie, na jakie długo czekał. Szeryf nakazał jego oddziałowi dołączyć do eskorty podążającej z Ankrondu. Mieli pilnować transportu najnowszego nabytku prywatnej galerii szeryfa. Był nim jeden ze śpiewających mieczy, Olah'dwenth - Dawny Wiatr. Abel widział go krótko, ale z miejsca zapragnął go chwycić i zaśpiewać nim jakąś pieśń bojową.

Blun Olah'dwenth
ali horri horrin
beli shwen, ah scar
blun bluni wenth
lat'hem awarre

Wiej dawny wietrze
na skrajach skrai
wśród cieni i strachów
wiej wietrze wiej
niech cię poznają

Pamiętał tą pieśń jeszcze z dzieciństwa. Znał też pozostałe pieśni. Słyszał o jedenastu mieczach, ale było ich dużo więcej. Każdy miecz miał swoją pieśń. Miecze pochodziły z bardzo odległej krainy, wykuwane były przez nieznane plemię z dalekiej północy. Podobno wciąż są wykuwane według starodawnych technik i dorównują swym sławnym braciom techniką wykonania i hardością, ale ich twórcy w swej skromności nie przyrównują ich do poprzedników. Szeryf kupił go od pewnego bogacza, który wrócił z podróży po wschodnich obrzeżach. Miecz nie był najcenniejszym nabytkiem kolekcji, ale niewątpliwie należał do najpiękniejszych. Abel odprowadził go pod drzwi komnaty Uthera. Już wtedy wiedział, że niebawem będzie trzymać go w dłoniach.
Klamka w końcu się przekręciła. "Byle tylko mnie nie usłyszeli..." - pomyślał.
Zszedł z parapetu i stanął na kamiennej posadce. Zamrugał oczami, musiał chwilkę odczekać, aż wzrok oswoi się z mrokiem. Dzwoniło mu w uszach. Parę kroków przed nim za drzwiami stało dwóch strażników, widział ich cienie przez szparę u dołu drzwi. Najciszej jak potrafił ruszył w stronę drzwi, za którymi schowany był jego miecz. Pot pokrywał całe czoło. Przed nim najtrudniejszy moment. Nie miał klucza do tych drzwi. Szeryf nie rozstawał się z nim ani na chwilę. Jednak Abel kupił pewną substancję od znajomego alchemika. Alchemik ten zaklinał się, że ciecz ta potrafi przeżreć każdy zamek. Czas na próbę. Wyciągnął ostrożnie fiolkę, wyciągnął korek. Cichy i głuchy dźwięk odkorkowywanej fiolki był dla uszu strażnika jak zgrzyt nienasmarowanych zawiasów. Zamarł na chwilę nasłuchując, czy nikt nie zbliża się w jego stronę.
Najwyraźniej nikt go nie usłyszał. Wlał zawartość butelki do zamka. Z otworu zaczął wydobywać się dym, substancja z cichym sykiem wyżerała mechanizm. Drzwi otworzyły się same. Z delikatnym zgrzytem. "Cholera, zapomniałem!" - w myślach uderzył się w czoło. Kolejną fiolkę wylał na zawiasy. Ze środka fiolki leniwie wyciekła tłusta maź. Wreszcie powoli uchylił drzwi. Z ulgą wypuścił powietrze z płuc. Wkroczył do pomieszczenia. Komnata była pogrążona w mroku, w powietrzu wyczuwalny był zapach zimnej stali. Kolekcja Uthera wypełniała gabloty porozwieszane na ścianach. Z prawej mijał miecz Hell'a Currels'a, pordzewiałą i mocno porysowaną klingę. Mieczem tym Hell Currels wyciął jednej nocy całą ochronę Majora Dunna, najwyższego kapłana zgromadzenia Litów. Według legendy miecz ten odmówił Hellowi ostatniej ofiary - samego Majora. Za to zadał śmierć swemu właścicielowi, raniąc go w serce. Był to przykład broni szlachetniejszej od swojego właściciela. Dalej po kolei wisiały: Harfa Azgardenazji, Nebul, Fatum Herhora. Jednak ich blask był niczym w porównaniu z blaskiem bijącym od klingi zawieszonej w rogu sali. Najnowszy eksponat. Lekko zakrzywione, grawerowane ostrze, długa, ozdobiona srebrnymi paskami rękojeść. Napis wyryty na klindze to słowa pieśni miecza zapisane w nieznanym języku. Według legendy ten, który odczyta oryginalne słowa uwolni prawdziwą moc drzemiącą w mieczu.
Serce Abla waliło jak szalone, drżącą dłonią otworzył gablotę. Nie wyjął jednak miecza. Najpierw przyjrzał mu się dokładnie, jakby nie był pewien, czy miecz nie rozleci się w jego rękach. W końcu broń liczyła sobie dobre dwieście lat, a jej konstrukcja zdawała się być bardzo krucha. Potem powoli drżącymi rękami sięgnął po ostrze. Jak na swoją wielkość miecz był niezwykle lekki. Nie mógł się powstrzymać. Zamachnął mieczem. Klinga z wielką gracją i lekkością przecięła powietrze. Miecz na powrót zaśpiewał. Abel nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu, sam uśmiechał się do siebie wpatrując się w lśniącą stal. W końcu wyciągnął swój stary, choć nieczęsto używany miecz i położył go na miejscu eksponatu. Znów się uśmiechnął. "Szeryf będzie miał niezłą minę jak zobaczy nowy eksponat w swojej kolekcji". Potem schował miecz do pochwy i wycofał się do okna. W tym momencie usłyszał jakiś ruch za drzwiami.
- Witajcie mości stróże!
Abel zamarł - to był głos szeryfa. Szeryf rzadko zwracał się tak do strażników. Tylko wtedy, gdy był mocno pijany.
- Hmmm, najgłębsze uszanowanie panie szeryfie i mości grafie! - Odezwali się zmieszani strażnicy. "Graf Staler - szeryf chce się mu pochwalić nowym nabytkiem!". Abel doskoczył okna i dosłownie wyskoczył na zewnątrz łapiąc się liny. Jednak nie chwycił się dostatecznie mocno i zaczął ześlizgiwać się w dół. Rozpaczliwie chwycił się jedną ręką parapetu. Podciągnął się do góry w momencie, gdy do komnaty wszedł szeryf a za nim graf. Czas jakby się zatrzymał. Spotkały się spojrzenia trzech osób. Jedyne, na co mógł zdobyć się Abel to kretyński uśmiech. Szeryf przestał się uśmiechać:
- Oż w mordę! Straaaaażżżżż!!! Złodziej!!! Ratunku!!!
Do pokoju wpadli dwaj wartownicy. Mieli wyciągnięte miecze. Szeryf doskoczył jednej z gablotek i wyszarpnął z niej jeden ze swoich eksponatów. Abel już nie patrzył w stronę okna, był już w połowie drogi do następnego piętra. Szeryf dopadł okna i zaczął dziko wymachiwać ostrzem próbując dosięgnąć złodzieja. - Nie stójcie tak durnie! Łapcie go! Na górę jazda! Pewnie murami będzie uciekał!!! Budzić koszary! Bić na alarm! Powiesimy drania!!!! - Na te słowa Abel dostał nagle dodatkowego zastrzyku energii i ruszył ze zdwojoną szybkością do góry. Usłyszał dzwony bijące na alarm. Na dziedzińcu pojawili się kusznicy.
- Zabić go!!! Siejcie do niego, do jasnej cholery! - Szeryf cały czas wychylał się przez okno i wrzeszczał do kuszników. Ci jednak nie chcieli podnosić kusz.
- Schowaj się panie, bo możemy waszą miłość trafić! - Odezwał się najodważniejszy.
- Tak słabo celujecie barany?!! Już ja was nauczę celować!!! Zapamiętacie mnie!!! Skóry wam wygarbuję i dupy skopię!!! Siać, mówię!!!
Abel już dosięgał okiennicy, kiedy tuż obok jego ręki świsnął bełt i wbił się głęboko w drewnianą ramę. Złodziej wskoczył do środka.
- Panie, złodziej skrył się w komnacie! - Wrzasnął jeden z kuszników.
- Kto tam pobiegł?! Kto?! - Wrzasnął szeryf.
- Wszystkich posłał pan na dach!!! - Odwrzasnął kusznik.
- Tam do czarta! Mózgów nie macie, ciemnoty?!
- Biegnie tam Julik z czterema z północnej wieży! - ryknął ktoś z dachu.
- Jak go nie złapią, wszystkim żołdu przez pół roku nie wypłacę!!!
Abel nerwowo zrzucił czarne odzienie i założył hełm na głowę. Wypadł na zewnątrz i szybko zamknął drzwi na klucz. Klucz wrzucił do wazonu z kwiatami stojącego tuż obok drzwi. Ruszył biegiem w stronę schodów dla służby. Usłyszał za sobą szybko zbliżającą się pogoń. Nagle się potknął i upadł na ziemię. Impet był na tyle duży, że strażnik przekoziołkował i rąbnął głową w ścianę aż mu pociemniało przed oczami. Zza zakrętu wypadli wartownicy z wyciągniętymi mieczami. Abel niemrawo zaczął szukać rękojeści miecza. "Żywcem mnie nie wezmą" - pomyślał, ale nie miał siły wyszarpnąć klingi z pochwy. Wartownicy dopadli go, ale miast okładać go mieczami krzyknęli jednym tchem:
- Którędy pobiegł?!!!
Abel przez chwilę nie mógł wydobyć żadnego dźwięku z gardła, po chwili doszedł do siebie i wymamrotał:
- Na górę, był wielki...
Wartownicy ruszyli dalej. Abel powoli stanął na nogi, poprawił hełm i ruszył schodami na dół. Nikt jak na razie nie miał podstaw go podejrzewać o kradzież, ale w końcu mógł ktoś zauważyć niezwykłą rękojeść miecza strażnika. Abel pospiesznie zbiegł po schodach i skierował się do głównej bramy. Brama była jednak zamknięta i pilnowało jej pięciu ludzi z halabardami. Abel zatrzymał się, ale po chwili ruszył truchtem w kierunku halabardników.
- Otwierać bramę!!! Szybko!!!
- Szeryf rozkazał....
- Cichaj głupi, nowe rozkazy, złodziej może się przedrzeć na zewnątrz, szeryf każe zabezpieczyć ulicę!!! No co się tak gapicie??? Jaazda!!! - Wartownicy popatrzyli po sobie, po czym chwycili za kołowrót bramy.
- Trzech za mną!!! - Krzyknął i wybiegł na zewnątrz. Za nim wybiegło posłusznie trzech strażników. - Wy dwaj, biegnijcie na zachód do wieży i tam czekajcie na dalsze rozkazy, ty - wybrał najniższego z trójki. - Ty pobiegniesz ze mną!
Grupa się rozdzieliła. Abel wraz z wybranym strażnikiem pobiegli w górę ulicy. Kiedy dobiegli do końca murów, Abel stanął.
- Stój tutaj i miej baczność na mury, w razie co wrzeszcz ile się da. Zaraz dobiegną posiłki, ja lecę zobaczyć, co ze wschodnim wejściem, zaraz wracam!!!- Niewysoki tylko kiwnął i oparł halabardę o ziemię. Abel pobiegł dalej, po dłuższej chwili odwrócił się, sprawdził, czy strażnik patrzy w jego stronę i dał susa w boczną alejkę.
Biegł w stronę lasu, trzymał się z dala od głównych ulic - wolał nie wpaść na patrol straży miejskiej. Już widział, jak zza budynków wystają czubki drzew. Nie miał już siły biec, zatrzymał się na moment, by złapać oddech. Serce waliło jak oszalałe. Nasłuchiwał sprawdzając, czy nikt nie biegnie w jego stronę. Upadł na kolana i głośno odetchnął, po czym wstał i pobiegł dalej. Spokojnym tempem - dobrze wiedział, że już go nie złapią. Miasto nie było otoczone murami, a obstawienie wszystkich dróg wychodzących z miasta zajmie straży jeszcze dużo czasu.
Biegł jeszcze parę minut po zagłębieniu się w las. Zatrzymał się dopiero, gdy za drzewami zniknęło ostatnie światło miejskich zabudowań. Padł pod pniem sosny. Nareszcie poczuł się bezpiecznie - z dala od koszar, poza zasięgiem miejskich świateł. Rozejrzał się po najbliższej okolicy. Otaczały go ciemność i cisza. Sosny spokojnie i dostojnie szumiały na wietrze. Jakiś ptak kontynuował nocną serenadę nie zwracając uwagi na zdyszanego intruza. Przez niezbyt gęste korony drzew prześwitywało blade światło księżyca.

Hezhra patrzył na wściekłego szeryfa, który kręcił się nerwowo po komnacie i co chwila wykrzykiwał przekleństwa i obelgi pod adresem Abla. Jak dotąd się nie odezwał, nie miał okazji - szeryf cały czas z kimś rozmawiał lub na niego wrzeszczał.
- Pisz tak: Jaśnie rządzący tym miastem i z łaski Pana uniżony i wierny sługa króla Redzyka, szeryf Uther oferuje nagrodę czterystu złotych oherów za odebranie miecza rozbójnikowi Ablowi Finnowi. Rozbójnika doprowadzić w stanie dowolnym!
W końcu szeryf odwrócił się od skryby. Popatrzył Hezhrze głęboko w oczy. Nic nie powiedział - spojrzenie wszystko wyrażało.
- Znajdę Abla sam. Miecz zostanie ci, panie, zwrócony w stanie, w jakim Abel go... zawłaszczył. - Wiesz, jak karzemy złodziei.
- Tutaj nie chodzi o zwykłego złodzieja. Abel był wiernym strażnikiem w pańskiej służbie. Ma nieposzlakowaną opinię i nigdy niczym nie zawinił.
- Tym bardziej kara musi odstraszyć go i jemu podobnych od schodzenia na złą drogę. Boli mnie to, ale wykluczam jego ze swojej służby i konfiskuję wszystkie jego dobra. Dobytek, dom, zwierzyna domowa. Sam Abel po schwytaniu powinien otrzymać publiczną chłostę.
- Taka kara za kradzież miecza?
- Nie jakiegoś tam miecza! Cennego elementu najdoskonalszej kolekcji słynnych i szlachetnych mieczy! Jeśli nie ukarzę go przykładnie, codziennie będę musiał się lękać o każdego ze strażników. W końcu któryś poszedłby w ślady Abla.
- Chłostę i zwolnienie ze służby rozumiem. Pragnę tylko zaznaczyć, że Abel nigdy nie popełnił żadnego przestępstwa - nie pił, nie robił awantur i był sumiennym człowiekiem.
- Do czego zmierzasz, tropicielu?
- Przestępstwo to zostało popełnione prawdopodobnie z innych pobudek niż chęć zysku. Abel przeżył ostatnio wypadek. Wie pan zapewne o tym i wie pan, że Abel ledwie z tego wyszedł.
- Sugerujesz chorobę umysłową? Twierdzisz, że strażnik dokonał tego czynu będąc niewładnym umysłowo? Doprowadź go więc do mnie. Obiecuję mu sprawiedliwy sąd. Wiedz, że nie kieruje mną chęć zemsty, tylko troska o moje dobro.
- A zatem, panie, nie przeszkadzam więcej. Pokładam głęboką wiarę w twoje słowa i tym prędzej ruszam w ślad za uciekinierem.
- Bywaj zdrów.
Hezhra pokłonił się głęboko, chwycił swój tobołek i zniknął za drzwiami komnaty audiencyjnej. Szeryf długo jeszcze wpatrywał się w ciszy w zamknięte drzwi, po czym odwrócił się do stojącego z boku mężczyzny w skórzanym kubraku.
- Szarla, zbierz ilu możesz i ruszajcie w las. Jeśli znajdziecie Abla przed tym leśnym, załatwcie mu szybki i cichy pochówek. Dostaniecie po dziesięć koron, a ten, który go pochowa, dostanie pięćdziesiąt. Hezhrę zostawcie lepiej, dobry z niego myśliwy - nie chcę go stracić. Wolałbym uniknąć kosztownego procesu i kosztów utrzymania rodziny Abla. Jego śmierć rozwiąże większość problemów.
- Tak, panie. - Szarla bez ukłonu zniknął w wyjściu.

Gwizd ostrej i zimnej stali zataczającej łuk zakończył się tępym mlaskiem towarzyszącym lecącej ręce, która właśnie rozstała się z resztą ciała. Niewysoki typ zawył i upadł na kolana trzymając się za broczący kikut. Przerażony Abel wciąż mierzył ostrzem w napastnika. Odcięta dłoń nadal zaciśnięta była na rękojeści sztyletu. Mężczyzna zemdlał, pozostali trzej wpatrywali się w oczy Abla. Świdrujące spojrzenia i napięte mięśnie, dłonie silnie zaciskające się na rękojeściach mieczy nie wskazywały, by to spotkanie miało się zakończyć dla obu stron pomyślnie.
- No dobra chłystku, nie chciałeś po dobroci oddać złota to sobie sami weźmiemy. Jednemu może dałeś radę, ale trzem naraz nie dasz - odezwał się chrapliwym głosem jeden ze zbójów. Jego kompani nie drgnęli, ale Abel odniósł wrażenie, że na ich twarzach wyrastają powoli nikczemne uśmiechy.
- Czekaj no bratku, zatańczysz zaraz jak ci zagramy - odezwał się ten po lewej i skoczył nagle w stronę strażnika. Znowu usłyszał ten potworny gwizd. Potem brzęk spotykających się ostrzy. Nie myślał o wykonywanych ruchach, poddawał się całkowicie instynktowi. Na atak reagował paradą, a zaraz potem jakaś niespotykana i nieznana mu dotąd siła popychała go do szybkiego kontrataku. Miecz tylko wył przecinając powietrze. Napastnik był silnym, ale mało wprawnym szermierzem - ledwie nadążał z obroną spadających na niego ciosów. W końcu odsłonił lewe ramię i zawył z bólu, kiedy ostrze przecięło odzież i skórę. Miecz upadł na ziemię, prawa ręka powędrowała natychmiast do rany. Abel nadal tańczył, nadal był w ferworze dzikiego tańca. Kolejne cięcie rozcięło skórę na szyi nie omijając aorty. Pozostali na miejscu nie patrzyli na śmierć kompana, dziko rzucili się do ataku. Abel nie miał szans, ledwo nadążał z odpieraniem ataków. Już nie miał ani siły ani czasu na kontratak, powoli zaczął się cofać. Poczuł jak jedno z wrażych ostrzy zahacza o rękaw. Syknął, kiedy przecięło skórę na dłoni. Zachwiał się i upadł do tyłu. Herszt zbójów uniósł miecz ponad głowę. Abel zamknął oczy. Usłyszał jeden świst, zaraz potem następny. Coś ciężkiego upadło na ziemię. Otworzył nieznacznie jedno oko. Obaj mężczyźni leżeli w trawie, z ich ciał wystawały smukłe sylwetki strzał.
- Nie masz ty szczęścia, Abel...
- Hezhra! - Strażnik rzucił się z otwartymi ramionami, ale leśny zrobił krok do tyłu. Abel stanął:
- Bracie, ponownie życie mi uratowałeś! Jak ja ci się odwdzięczę?
- Co ty sobie myślisz? Czyś ty zgłupiał doszczętnie?! - Wrzasnął tropiciel. - A o Timurae pomyślałeś choć przez chwilę?! - Abel spuścił głowę, opuścił miecz i upadł na ziemię.
- Tylko mi tu nie rycz!
- Nie wrócę do miasta... Za żadne skarby - wykrztusił łamiącym się głosem. - Nie dla mnie takie życie....
- Ty egoisto! Co z twoją żoną?!
- To nie był związek miłości, Hezhra. Timurae to piękna i dobra kobieta, ale mnie nie kocha. Jestem dla niej tylko przeszkodą. Znajdzie sobie kogoś lepszego - kogoś, kogo pokocha. Ja robię jej tylko przysługę.
- A czy przez chwilę pomyślałeś o tym, co może ją spotkać po twojej kradzieży? Szeryf jest mściwy - wiesz o tym dobrze. Z pewnością będzie chciał dać upust swej złości na kimś bliskim tobie. Czy o tym pomyślałeś?
- Mojej rodziny już nie ma w mieście. Pamiętasz nasze spotkanie w karczmie? Już wtedy Timurae wraz z małym była w drodze. Rozmawiałem z nią długo, powiedziałem wszystko z wyjątkiem planu kradzieży miecza. Powiedziałem jej, że musi zniknąć z miasta. Oddałem jej wszystkie oszczędności, a było ich niemało. Kazałem jej czekać w wiosce rybaków. Ruszyła z grupą kupców. Jeden z nich, Hain obiecał jej dobrze pilnować. Odprowadź ją, proszę, jak najdalej i pomóż zacząć nowe życie.
- A o mnie pomyślałeś w tym swoim genialnym planie?
- Wiem, że możesz mieć kłopoty, ale ciebie i tak nic nie trzyma w mieście.
- Veshmah mnie trzyma...
- Dlatego też musisz iść ze mną do rozstaju dróg. Umówiony tam jestem z jednym specjalistą, który miał mi przygotować idealną kopię miecza.
- Powinienem ci przylać za to wszystko, musiałeś chyba upaść na głowę. Może przecież pójść coś nie po twojej myśli... Ruszajmy w drogę, losu nie warto kusić!
Szarla stał na wzniesieniu i wpatrywał się w światło bijące z okien Ledinowej gospody. W jednej ręce trzymał uzdę, drugą gładził pysk Harpii. Kara klacz spokojnie skubała liście niewysokiego drzewa rosnącego nieszczęśliwie w zasięgu końskiego pyska.
- Jak przewidziałeś, żony ani bachora nie ma już w domu, ale za to laseczka tego łowcy dalej wywija oberki w miejskiej karczmie - za plecami łowcy pojawił się bezszelestnie niski człowieczek odziany w gruby i długi skórzany płaszcz.
- Będzie więc musiała nam wystarczyć. Kto jej pilnuje?
- Bara i ten łysy, jego brat.
- A widzisz Ulik, ty też umiesz być zapobiegawczy. Wiedziałeś jaki będzie mój plan.
- Zakładam, że któreś z całej poszukiwanej trójki pojawi się u Ledina prędzej, czy później. Co później, tego już nie wiem.
- Zostawimy tam wiadomość, że mamy w garści tą elwińską tancereczkę - sami się zgłoszą do nas. Tymczasem warto zajrzeć i zostawić czujkę na rozstaju. Lasu nie ma co przeczesywać. Szkoda czasu. Pewnie łowca już dotarł do Abla. On umie się ukryć.
- Mówiłeś coś, że łowca wyglądał na mocno zaskoczonego, gdy dowiedział się o całym zajściu - tak jakby nie wiedział o poczynaniach Abla.
- Hezra to najlepszy tropiciel w okolicy, on umie znaleźć ślady nawet po przejściu zamieci śnieżnej. Niestety, zazdroszcząc mu jego talentu muszę przyznać, że daleko nam do jego umiejętności. Dlatego lepiej niech sam go przyprowadzi do nas.
- Ale mogliśmy wysłać za nim ogon.
- I tu właśnie dobitnie widać dlaczego to ja jestem szefem, a nie ty. Hezhra nie miałby żadnego problemu ze zgubieniem ogona w lesie. Ten człowiek wychował się w lesie. On nie dość, że zniknąłby ci z oczu, to jeszcze mógłby spokojnie zajść cię od tyłu i kopnąć w dupę.
Ulik wyraźnie się zmieszał, coś bąknął pod nosem i ruszył w stronę gospody.
- A ty dokąd? - zapytał Szarla z trudem maskując w głosie nutę rozbawienia.
- Pójdę do gospody, narobię podejrzeń u właściciela i gości, i rozpuszczę plotkę o przetrzymaniu Veshmah. Bo tak pewnie zakładał twój plan.
- Jak zwykle twój geniusz mnie zaskakuje. Zwracam honor!
- A zwracaj se, zwracaj! - odburknął Ulik. - Na rozstaje poszedł Kubełek, czeka na ciebie pod wzgórzem malinowym. Wspominał coś o tym, że ruszył tamtą stroną dziadunio. Podobno gościł od dwóch dni w mieście, a dziś koło południa ruszył na rozstaje. Pewnie dobry biznes wyniuchał.
Szarla drgnął, szybko wskoczył na konia i ruszył w stronę rozstaju.

- Kopia ta nie jest idealna. Warta jednak jest swojej wysokiej ceny. Pamiętaj - nawet ona nie jest w stanie zwieść najwytrawniejszego znawcy. Dlatego musiałem porównać oba miecze przed dobiciem targu. Dzięki moim zabiegom szeryf się nie połapie, ale jeśli nie poskąpi grosza i pośle po takiego speca jak Aliusz z Donastironu... no, to miecz będzie w tarapatach. Miej nadzieję, że szeryf pozostanie takim skąpcem, jakim go znamy.
- Dzięki, panie Luszu! Wart pan jesteś wydanego grosza - Abel oddał mu spory mieszek monet i chwycił kopię. Zwarzył ją w ręce i zawinął młynka. Miecz zaśpiewał cicho. Błysk zimnej stali zatoczył niepełne koło.
- Damy im radę. Dziadek pójdzie na pierwszy ogień. Bez świadków, po cichutku, potem Abel będzie twój, a Hezhra mój - wyszeptał Szarla. Kubełek tylko kiwnął. Cięciwa zatrzeszczała.

- Padnij! - wrzasnął Hezhra i pchnął Abla w rów obok drogi. Dziadek padł na ziemię. Kaptur nasunął mu się na głowę. Strzała sterczała z boku pleców.
- Biegiem do lasu! - Krzyknął myśliwy. Abel gapił się tępo w stronę dziadka. Mocniejsze szturchnięcie podziałało, strażnik skoczył w stronę lasu. Obejrzał się jeszcze w kierunku przeciwnej ściany lasu, skąd wyłoniły się dwa cienie uzbrojone w dwa błyszczące ostrza. Zbliżały się w szybkim tempie.
- Jejku, gonią nas!
- I dogonią nas, w lesie mamy większe szanse. Nie wiem ilu siedzi w tamtym lesie, ale z łukami mamy większe szanse w gęstych zaroślach! - Odpowiedział biegnący tuż za nim Hezhra. Abel zauważalnie przyspieszył. Hezhra tylko uśmiechnął się, wyjął strzałę i założył ją na łuk. Nagle stanął i obrócił się. Zatrzeszczała cięciwa.

- Uwaga!
- Spokojnie, to raczej na postrach! - Warknął Kubełek pochylając się pod lecącą strzałą. Strzała rzeczywiście nie miała prawa trafić, ale z zadziwiającą dla Kubełka precyzją poleciała tuż nad jego czupryną.
- Czekaj no, już ja ci dziurkę wywiercę! - Wrzasnął w stronę uciekinierów. Nagle stanął i przyjął postawę do obrony. Z cienia wyłonił się Hezhra. Szarla minął ich łukiem.
- Zwiewaj do gospody, Abel! - Wrzasnął Hezhra i zawinął mieczem przed nosem przeciwnika. Przeciwnik nie drgnął. Łowczy nie czekał, zaatakował na prawy bok szybkim wypadem. Odbił się od spodziewanej parady i obrócił się do niskiego ataku na drugi bok. Tutaj też spotkał się z ostrzem wroga. Wróg był dobrym szermierzem. Lepszym niż Hezhra. Łowczy nie miał już szansy wypuścić kolejny atak, zaczął odbierać kolejne ciosy. Ledwo nadążał z paradami. Kubełek nie bawił się w żadne zmyłki i eleganckie układy - walił szybko i mocno z półobrotów. Był silny i z łatwością wypuszczał uderzenia nie przejmując się coraz mniej pewnymi zasłonami. Hezhra na moment stracił równowagę, przyjął za późno cios i klinga odskoczyła mu na zewnątrz. Wróg nie czekał i pchnął ostrze, które przebiło skórzany kubrak myśliwego i łatwo zatopiło się w ciele na wysokości płuc. Hezhra krzyknął. Miecz upadł na ziemię. Kubełek uniósł miecz i ciął z góry ze straszną siłą. To był błąd. Hezhra odskoczył do tyłu uderzając bokiem w drzewo, w którym zagłębiło się ostrze. Kubełek wrzasnął wściekle i wyszarpnął klingę. Stracił na chwilę uwagę. Nie zauważył lecącego z tyłu miecza. Zauważył jednak spojrzenie Hezhry i odwrócił się w stronę ostrza dokładnie w momencie, kiedy uderzyło go w ramię. Zawył i z furią pchnął Abla nogą. Hezhra zdołał znaleźć jedynie niewielki drąg. Zamachnął się nim na przeciwnika trafiając go w czubek głowy. Kubełek upadł na ziemię.
- Żyje?
- Żyje, suczy syn! Długoś czekał! Drań mnie sięgnął. Chyba jednak nie za głęboko, bo mogę stać.
- Gdzie ten drugi?
- Cholera go wie! - Syknął Hezhra badając ręką ranę. Krew leniwie spływała wzdłuż krótkiej rysy na piersi myśliwego. Myśliwy odwrócił się gwałtownie za siebie i uskoczył na bok, kiedy tuż obok jego ramienia zawyła klinga. Za ostrzem pojawił się Szarla. Machnął mieczem w stronę Hezhry, który przeturlał się w stronę zarośli. Zaklął paskudnie i zwrócił się w stronę Abla. Abla jednak nie było w spodziewanym miejscu. Był dużo bliżej. Miecz w jego ręku szedł z ogromną prędkością w stronę głowy łowcy nagród. Szarla nie parował ciosu, tylko uskoczył na bok. Zawinął się na jednej nodze i uderzył z rozpędu osiągniętego pełnym obrotem. Miękkie podłoże spowodowało, że cios nie był pewny. Abel zdołał go sparować. Jego ostrze jakby natchnione odbiło się gwałtownie od ostrza przeciwnika i z niezwykłą prędkością powędrowało w drugą stronę. Abel bez zastanowienia poszedł za ciosem i zrobił pełny obrót - zaatakował na drugi bok. Szarla prychnął tylko i odbił cios do góry.
- To nie było zbyt mądre - stwierdził na głos i puścił cięcie na odsłoniętego przeciwnika. Abel nie blokował. Idąc za rozpędzoną klingą wykonał krok do tyłu. Ostrze Szarli minęło go o grubość małego palca. Śpiewający miecz zatoczył coś na kształt okręgu w ostatniej chwili skręcając w stronę przeciwnika. Zaskoczony przeciwnik zdołał zatrzymać ostrze na rękojeści miecza. Abel tylko pchnął ostrze raniąc dłoń Szarli.
- Ty mały, lichy.... - Zawył łowca i z dziką furią zamachnął mieczem. Uderzenie miało trafić głowę ustawionego bokiem przeciwnika. Przeciwnik jednak znów nie blokował ciosu, tylko minął cios i pchnął ostrze w stronę brzucha Szarli. Cios dosięgnął celu. Szarla zacharczał. Ostatnimi siłami machnął mieczem nad głową i uderzył od góry. Tym razem Abel cofnął się i sparował atak. Ranna i słaba dłoń Szarli nie wytrzymała zderzenia kling. Miecz z głuchym dźwiękiem poszybował w bok znikając w ciemności. Abel ogarnięty nieznaną mu dotąd wściekłością dalej tańczył w szalonym tańcu walki. Zawinął młynka, przeskoczył na bok przeciwnika i wbił ostrze w plecy łowcy. Ostrze przeszło na wylot. Szarla opuścił głowę i spojrzał na krwawą stal sterczącą z jego piersi. Osunął się z jękiem na ziemię.
- Matko jedyna i na wieki kochana! Czyś ty oszalał? - Wystękał Hezhra podchodząc lekko chwiejnym krokiem do trupa leżącego w mokrej trawie. Abel spojrzał w oczy Hezhrze. Takich oczu Hezhra nigdy nie widział. Oczy ziały nienawiścią. Przepełnione były też strachem.
- Abel?
- Blun Olah'dwenth - odparł przez zaciśnięte zęby. Nagle się wyprostował, zamrugał oczami - Ja chyba muszę usiąść - strażnik opadł ciężko na ziemię. Miecz upadł obok niego.
- Abel? Dobrze się czujesz?
- Matko, jakbym wyszedł z siebie. Ja to widziałem jakby z boku. Widziałem jego ruchy i oczy. Wiedziałem, gdzie i jak zaatakuje - patrzył na drżące dłonie.
- Co oznacza te Blun Olah....?
- Co?
- No powiedziałeś coś takiego przed chwilą.
- Naprawdę? Boże, tak się przestraszyłem, że może coś mi na język podeszło. To stary wiersz, który kiedyś słyszałem.
- Pokonałeś go, Abel. Fantastycznie walczyłeś. Jesteś w tym dobry!
- Umierałem ze strachu. W życiu się tak nie bałem - odparł oszołomiony. Spojrzał na martwe ciało. Nagle odchylił się na bok i zwymiotował.
- Musisz uciekać. Daj mi kopię miecza i uciekaj byle dalej stąd. Ja wracam do miasta. Oddam im miecz i ucieknę z Veshmah. Ty musisz uciekać jak najszybciej. Już nigdy tu nie wracaj! Nigdy, rozumiesz?
- Tak, ale ty jesteś ranny.
- Zwiewaj, kretynie! Poradzę sobie! Nie rozumiesz, że szuka cię pół miasta? Straż szeryfa, najemnicy i ci, którzy liczą na nagrodę przeczesują okolicę!

Veshmah leżała zdezorientowana na drewnianej podłodze. Niewiele pamiętała od momentu, gdy poczuła uderzenie czymś tępym w tył głowy. Była związana. Słyszała gwar rozmów, stuki kufli. Była w gospodzie. Spróbowała się rozejrzeć. Nie znała tego pomieszczenia. To nie była miejska tawerna, w której tańczyła. To musiała być większa gospoda z pokojami dla gości, w jednym z których się znajdowała. W mieście były tylko dwie takie. Jednak jedna była zupełnie inaczej zbudowana, miała tynkowane ściany, a druga przyjmowała bogatych klientów. Pomieszczenie, w którym się obudziła nie należało do eleganckich. Podejrzewała, że musi to być gospoda za miastem. Spróbowała usiąść. Przekręciła się na plecy. Krzyknęła. Nad nią stał ogromny człowiek. Przypominał jakiegoś olbrzyma wyciosanego z kamienia. Szerokie ramiona opadły w dół, olbrzymie dłonie pochwyciły ją niczym dziecięcą zabawkę i postawiły na nogi. Mężczyzna był o dwie głowy wyższy od niej. Był tak szeroki, że mógł spokojnie objąć ramionami dwie beczki piwa. Z pewnością byłby w stanie je również udźwignąć.
- Dzień dobry, ślicznotko. Jak tam główka? Cała? - Zapytał szczerząc swoje krzywe i żółte zębiska.
- Bodaj cię licho porwie, kurwi synu, zaraz ci oczy wydłubię! - Krzyknęła bardziej w myślach niż na głos, bo jedyne dźwięki, jakie przedarły się przez knebel ułożyły się w ciąg głośniejszych mruknięć. Mężczyzna z politowaniem pchnął ją na łóżko stojące za nią.
- Nie bój się, złotko. Nie będzie chędożki na razie. Czekamy na twojego kochasia i jego koleżkę. Może potem sobie pofiglujemy. Mały Bara zrobi potem bara-bara.- Zarechotał. Do pokoju wszedł jakiś niski, chudy i bardzo blady człowiek. Miał czarne jak noc włosy i wąsy. Jego głowa była ogolona po bokach. Veshmah zamarła. Człowieczek spojrzał na nią małymi okrutnymi ślepiami:
- Co ona tutaj robi? Co wam mówiłem, kretyni?! Mieliście tylko jej pilnować w mieście! - wrzasnął na olbrzyma - Nie porywać! Rozumu nie macie, to rozkazów słuchajcie! Imbecyle! Szarla się wpieni, nie ma co! Olbrzym się wyraźnie przestraszył. Na czerwoną twarz wystąpiły kropelki potu.
- My ten tego, my chcieli dobrze. Ino nie wyszło. To pomysł Era!
- Gdzie ten imbecyl, twój brat?
- Tutaj! - Zza pleców wąsacza wyłonił się Er. Był równie niski, ale nieco grubszy i wyglądał jak łasica - Nie wrzeszcz na Barę. To mój pomysł. Głupi nie jestem i wiem, że kazaliście nam czekać. Jednak ludzie szeryfa jej szukali. Wolałem ją... Zabezpieczyć dla naszych potrzeb. A ty Ulik, czemu nie z szefem?
- Szef dołączył do Kubełka na rozstaju. Dajcie dziewczynę na łóżko. I niech żaden nie waży mi się jej tknąć! Szarla woli ją mieć na razie w stanie nienaruszonym. Potem zobaczymy - Jego spojrzenie spoczęło na bujnym biuście dziewczyny. Po ciele jej przeszła fala zimna wywołująca gęsią skórkę. Elwinka zadrżała mimowolnie. Patrzący na nią Ulik uśmiechnął się bezczelnie i zniknął w drzwiach.

Gospoda u Ledina była największą gospodą w tej części kraju. Trzypiętrowy budynek mieścił w sobie tawernę mogącą pomieścić pięć setek gości zajmującą parter oraz część pierwszego piętra, a w reszcie skrywał niezliczoną ilość pokoi gościnnych. Ledin starał się dogodzić każdemu gustu, więc stworzył tu warunki zdolne usatysfakcjonować prostych i niezbyt bogatych ludzi a także bardziej dostojnych gości. Nic jednak nie równało się z serwowanymi tu posiłkami, które przyciągały gości z najodleglejszych zakątków świata. Kucharze sprowadzeni ze wszystkich części kraju stworzyli kartę dań łączącą wszystkie najlepsze tradycje kulinarne, jakie tylko mogły być poznane. Dzięki ogromnej popularności lokal nigdy nie świecił pustkami i gospodarz mógł sobie pozwolić na ustanowienie cen na bardzo rozsądnym poziomie. Mądra strategia właściciela szybko zaowocowała odpowiednimi zyskami i od jakichś trzech miesięcy Ledin budował nową gospodę w zachodnim krańcu państwa w niedalekim sąsiedztwie Azerun - miasta granicznego.
Ulik spoczął na ławie blisko kuchni i spokojnie obserwował ruch panujący przy wyjściu. Jego wzrok badał dokładnie twarze nowo przybyłych. Nigdy nie widział na oczy ani Hezhry, ani Abla, ale podany mu rysopis powinien wystarczyć. Jego uwagę przyciągnął jeden człowiek, który wszedł do tawerny lekko sztywnym krokiem. Ulik zauważył, że mężczyzna jest ranny na wysokości piersi. Rany nie było widać na wierzchu, jej właściciel dobrze ją zakrył. Jednak jego ruchy zdecydowanie ograniczały się na poziomie piersi i powodowały wyraźny grymas na twarzy nieznajomego. Ulik powstał z ławy i podszedł do mężczyzny:
- Pan Hezhra zapewne? Czy… odzyskał pan miecz? - Mężczyzna spojrzał się na niego. Uśmiechnął się lekko i odparł:
- Powinienem pana znać?
- Przepraszam za moje maniery! Niech pan spocznie tutaj, widzę, żeś pan zmęczony. Nazywam się Ulik. Do pana usług, czy zamówić coś panu?
- Nie, dziękuję. Wpadłem tylko zajrzeć na moment i zaraz uciekam do szeryfa.
- A więc odnalazł pan miecz?
- Nie za bardzo mam jasność, jaką pan zajmuję stronę w tej sprawie? - Hezhra bezczelnie zignorował pytanie.
- Jestem wiernym sługą szeryfa. Szeryf prosił mnie i moich kompanów, aby zadbali o pańskie zdrowie i bezpieczeństwo.
- Zapewne główną troską obarczony jest miecz, a nie moja skromna osoba? - odrzekł myśliwy rozglądając się bacznie po zgromadzonych gościach.
- Powiedzmy, że stanowimy pewną gwarancję, że miecz zostanie zwrócony właścicielowi. Reszta jest sprawą drugorzędną.
- Wybaczy pan, że mu nie dotrzymam dalej towarzystwa, ale wolę osobiście załatwić sprawę z szeryfem.
- Jak już mówiłem jesteśmy pańskimi gwarantami. Może pan nam zaufać.
- Nie za bardzo rozumiem.
- Postanowiliśmy zatrzymać sobie kogoś, kto zapewniłby nam pewność, że pan i pan Abel nie wejdziecie w żadne konfidencje i nie postanowicie działać na szkodę szeryfa.
Hezhra dosłownie wtopił spojrzenie w oczy Ulika. Ulik nie odpowiedział tym samym. Położył za to na stole niewielki bursztyn zawieszony na rzemyku.
- Nie musieliście tego robić. Był to wasz błąd.- Wycedził Hezhra. - Spokojnie, panie myśliwy, dziewczyna jest cała i nienaruszona. Oddaj pan miecz, a my oddamy dziewczynę. Sprawa zostanie zakończona i nikt nie będzie miał żalu do nikogo.
- Miecz oddam tylko szeryfowi. Nie wy pierwsi chcieliście pośredniczyć w tym interesie. Dla was to też może się źle skończyć!
Ulik przestał się uśmiechać. Hezhra zauważył to:
- Tak, tak. Dwóch takich na rozstaju pragnęło odebrać zgubę. Niestety nie wyszło im to na zdrowie.
- Dawaj miecz, albo twoja pannica posłuży nam w bardzo niemiły dla niej sposób!
Hezhra wstał. Ulik zerwał się na nogi i chwycił za rękojeść.
- Spokojnie, panie Ulik. Nie pragnę się ciąć z wami. Załatwmy to po mojemu: wyprowadź dziewczynę na salę. Jak ją zobaczę wolną, oddam ci miecz. Potem każdy uda się w swoją stronę. Jak sam pan powiedział: bez żalu. Ulik spojrzał na balkon pierwszego piętra, kiwnął nieznacznie głową.
- Umowa stoi. Zaraz na schodach pojawi się twoja własność. Gdzie jest własność szeryfa?
- Powiedz mi no panie Ulik, miecz w ogóle wróci do właściciela?
- Miecz nie ma dla nas wartości. Nagroda szeryfa nas interesuje - odpowiedział Ulik i wskazał na schody, na których stanęła Veshmah. Dziewczyna nie była związana, stała i rozglądała się po gościach. Hezhra wyjął miecz i pomachał nim. Zwróciło to uwagę dziewczyny, ale również i większości gości. Rozmowy ucichły. Hezhra spojrzał na Ulika:
- Oto i miecz, który tak cenny jest dla naszego szeryfa.
Miecz upadł na podłogę, w tej samej chwili otworzyły się z hukiem drzwi wejściowe. Do środa wpadła grupa uzbrojonych żołnierzy. Na samym końcu do sali wszedł szeryf:
- Zebrani tutaj czcigodni goście nie denerwujcie się naszą obecnością, szukamy niejakiego zbiega Abla, który to ukradł własność moją, miecz ogromnej wartości - w tej właśnie chwili zauważył Hezhrę i Ulika - a, witam szanownego łowcę! Czy odnalazł pan mój miecz?
- Tak, oddałem go właśnie temu oto pańskiemu podwładnemu.
Szeryf spojrzał na zdenerwowanego Ulika. Pokraśniała mu twarz. Ulik zrobił krok do tyłu.
- Proszę ujawnić wszystkie osoby biorące udział w tym spisku! Jesteście aresztowani, brać ich! - Rozkazał szeryf. Żołnierze ruszyli w ich stronę. Goście nerwowo rozbiegli się na boki tworząc szeroki korytarz dla tuzina uzbrojonych po zęby podwładnych szeryfa. Ulik rozejrzał się nerwowo po sali, podniósł miecz i zakrzyknął:
- Żywcem mnie nie weźmiecie, zdrajcy! - Błyskawicznym skokiem dopadł kolumny podtrzymującej balkon i wspiął się na pierwsze piętro. Strażnicy rzucili się do schodów. Hezhra był od nich szybszy, wbiegł po schodach na górę próbując chwycić zaskoczoną Veshmah. Zza jej pleców pojawił się jakiś olbrzym dzierżący ogromną maczugę. Zamachnął się na myśliwego. Maczuga pomknęła tuż na głową łowczego, który przeturlał się po podłodze i stanął tuż za plecami olbrzyma. Hezhra wyszarpnął sztylet z buta i wbił go po samą rękojeść w prawe ramię napastnika. Wróg zawył, ale miast odpowiedzieć kontratakiem ruszył z maczugą na zbliżających się strażników. Myśliwy chwycił dziewczynę za rękę i ruszył w stronę pokoi gościnnych. Ktoś zaczął krzyczeć, ktoś wyciągnął miecz. Jakiś stół został przewrócony. Jeden nerwowy ruch, jedna zła reakcja. Wystarczyło, żeby rozpętać piekło.
Hezhra wbiegł w korytarz prowadzący przy południowej ścianie gospody. Miał nadzieję, że straże nie otoczyły całego budynku i że uda mu się wydostać oknami wychodzącymi na tyły budynku. W jednej chwili wyczuł czyjąś obecność w prawej odnodze, do której się zbliżali. Niewyraźny cień rzucany przez postać wskazywał, że nieznajomy czaił się na kogoś.
- Wyłaź! - wrzasnął myśliwy starając się przekrzyczeć jazgot panujący na głównej sali. Zza rogu wyłonił się Ulik. W ręce miał kopię miecza Abla.
- Bez żalu! - krzyknął Ulik i zaatakował. Myśliwy pchnął Veshmah do wnętrza najbliższej kwatery, sam odskoczył na bok i dobył miecza. Ulik uderzył łukiem na lewe ramię. Hezhra z trudem sparował cios. Czuł kłujący ból w klatce piersiowej. Każdy ruch sprawiał, że ręka, w której trzymał miecz, drętwiała. Ulik za każdym razem uderzał tak, aby Hezhra nie mógł unikać ciosów. Myśliwy musiał parować wszystkie spadające na niego uderzenia. Tracił szybko siły, nie był w stanie odpowiedzieć atakiem.
- Zaraz zabawię się z twoją małą! - Wrzasnął dziko łowca nagród i uderzył ze straszną siłą na prawy bark. Stal uderzyła o stal. Hezhra krzyknął, jego miecz upadł z brzękiem na podłogę. Myśliwy upadł na kolana. Nie mógł złapać oddechu. Ulik z triumfem w oczach przymierzył się do ostatniego uderzenia. Ostrze zawyło. Tuż przed szyją rannego myśliwego napotkało na przeszkodę. Ulik podążył wzrokiem po ostrzu w stronę twarzy nowego przeciwnika. Ostrze wydało mu się dziwnie znajome. Mężczyzna pasował do opisu Abla. Ulik zamrugał oczami, jak robi to małe dziecko, kiedy obserwuje jakieś niezwykłe i niezrozumiałe zjawisko. Teraz ponownie spojrzał na ostrze. Nie różniło się ono niczym od tego, które ściskał w dłoni. Nagle zrozumiał, że to w jego dłoniach znajduje się falsyfikat. Ta myśl ku jego zaskoczeniu strasznie go rozbawiła.
- No toście próbowali szeryfa na jelenia przerobić i bubla mu wcisnąć - zaczął się śmiać. - Niezłe oryginały z was. Na waszym numerze i ja dobrze zarobię. Bubla wcisnę szeryfowi a sam opchnę jego mieczyk jakiemuś łasemu kupcowi. No! Kończmy zabawę! - Odbił się od miecza Abla i ciął z dołu. Abel spokojnie zablokował cios i pchnął całym ciałem przeciwnika:
- Zapomniałeś o tym, że szeryf prędzej ci łeb utnie, niż pieniądze da.
Stal uderzyła w stal. Zawirowały miecze w szaleńczym tańcu.
- Ty się o tym nie dowiesz! Oryginał w rękach amatora kontra falsyfikat w rękach mistrza, to dopiero historia!
Klingi zderzały się sypiąc iskrami po ścianach korytarza.
- Mam do tego spory talent.
Cios, obrona, cios, piruet, Abel przestał parować, ku złości przeciwnika uskakiwał na boki za każdym razem, kiedy miecz leciał w jego stronę. Klinga Ulika wściekle cięła powietrze za każdym razem mijając cel o włos.
Ulik z furią ciął powietrze. Całą swoją wściekłość władował w siłę ciosu. Popełnił błąd. Abel odbił lekko cios zmieniając trajektorię cięcia. Ulik z rozpędu przeleciał obok i odsłonił prawą stronę. Abel ciął wysoko. Krew chlusnęła na ścianę. Ulik zatoczył się i uderzył w ścianę potem powoli osunął się na ziemię. Abel stał nad Ulikiem i patrzył jak przeciwnik czołga się w stronę karczmy. Wtedy wszyscy zauważyli, że w karczmie szalał już inny żywioł. Ogień trawił już strop, pełzał po belkach i tańczył po podłodze. Hezhra podniósł się z ziemi i oparł się na ramieniu Abla. Veshmah pobiegła w głąb korytarza.
- Moce cię jakieś opętały, Abel. Jesteś najlepszym szermierzem, jakiego widziałem, gdzieś się tego nauczył? - Zapytał Hezhra, kiedy posuwali się w stronę tylnej części gospody.
- To nie ja. Myślę, że to miecz.
- Głupiś! Miecz nie latał sam, to ty nim machałeś.
Veshmah podbiegła do nich:
- Nie ma co mędrkować, ogień zaraz rozwali tę budę, tam znalazłam okno na tyły! - Wskazała drzwi na końcu korytarza.
- To dzięki niemu uwierzyłem w swoje siły. Odkąd go zobaczyłem po raz pierwszy wiedziałem, że się spotkamy. Chciałem być przygotowany na to spotkanie. Dużo miałem czasu na trening. W końcu się spotkaliśmy i teraz spełniłem swoje marzenia. Mam miecz i nareszcie jestem wolny!
Cała trójka wydostała się z budynku w momencie, kiedy zawaliła się karczma. Po chwili w gruzach legła reszta budynku.
- Drogo okupiłeś swoje marzenia. Strasznie narozrabiałeś. Oby było warto. Jesteś już wolnym człowiekiem. Nie trzyma cię tu nic. Co zrobisz?
Abel uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie wiem. To chyba na tym polega wolność?


Autor: Cieślak, Jakub
Dodano: 2006-03-28 13:06:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść z World of Warcraft


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

Recenzje

Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"


 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

Fragmenty

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS