NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

Tregillis, Ian - "Powstanie"

Ukazały się

Rosik, Dominika - "Projekt Królowa"


 Butcher, Jim - "Drobna przysługa"

 Žamboch, Miroslav - "Ostatni bierze wszystko"

 Hodgson, William Hope - "Szalupy z „Glen Carrig”"

 Larson, B.V. - "Rój"

 Maszczyszyn, Jan - "Hrabianka Asperia"

 Rochala, Paweł - "Ballada o czarownicy"

 Staveley, Brian - "Ostatnia więź"

Linki


Dwoje

Był deszczowy, lipcowy dzień. Lało od samego rana i nic nie zapowiadało tego, co miało się niebawem stać. Dopiero po południu wyjrzało zza chmur słońce i wszechobecna woda powoli zaczęła parować. Zrobiło się parno, a w całym mieście czuć było ten bardzo charakterystyczny zapach mokrego asfaltu. Gasły światła samochodowych reflektorów i znikały parasolki.
Słońce powoli sunęło ku horyzontowi. Życie miasta zaczęło biec normalnym trybem i o deszczu nikt już nie pamiętał.
Kiedy na niebie ukazała się już pełna i lśniąca zimnym blaskiem tarcza księżyca, wracałem po długim i ciężkim dniu pracy do domu. Tramwaj jechał powoli, do czego już zdążyłem się przyzwyczaić - zawsze kiedy zależało mi na czasie, motorniczy wlókł się niemiłosiernie. Było już dosyć późno i tylko co jakiś czas słychać było mijający nas samochód lub jeden z pierwszych nocnych autobusów. Obserwowałem księżyc. Był fascynujący, ale jakby inny - jaśniejszy i migoczący. Nie wiedziałem, co to oznacza, dlatego tym bardziej mnie intrygował. Tramwaj skręcił w prawo i przez kilka chwil nie widziałem nic poza domami stojącymi po obu stronach ulicy. Znowu skręt, tym razem w lewo. Znów mogłem obserwować jasną tarczę wiszącą ponad dachami domów. Księżyc na chwilę przygasł po czym ponownie rozbłysnął. Początkowo myślałem, że zakryły go chmury, tyle że powietrze było kryształowo przejrzyste, a niebo było czyste. Dziwne... Miasto wydało z siebie głuche westchnienie. Rozejrzałem się po wagonie, lecz oprócz mnie nikogo nie było. Pierwszy wagon również był pusty. Zastanawiałem się, czy chociaż jest motorniczy. Nie mogłem tego oczywiście sprawdzić bez przesiadania się, a na to nie miałem ochoty, więc przestałem się tym przejmować - skoro jechaliśmy do celu, nie robiło mi różnicy, czy ktokolwiek jest w tramwaju oprócz mnie.
Mijały kolejne minuty, a ja byłem coraz bliżej celu mej podróży - domu i upragnionego snu. Sen... To jedyne, czego mi było teraz trzeba. Sen nie był niezbędny, ale zwyczajnie miałem na niego ochotę. Mój rodzaj mógł się obejść bez niego. Zbędne były również jedzenie i picie, ale ja to wszystko zwyczajnie darzyłem sentymentem. Nie wiem skąd się wziął. Było tak od wieków i przestałem się nad tym zastanawiać. Być może tak chciało przeznaczenie? Kto wie... To jedyne w co jeszcze wierzyłem po tylu latach.
W domu znalazłem się w okolicach północy. Księżyc był już wysoko na niebie, a jego blask wydawał się jeszcze jaśniejszy. Napełniał mnie siłą, która miała mi wystarczyć do kolejnej pełni. Istoty ludzkie instynktownie wyczuwały wyjątkowość tego zjawiska. Nie rozumiały go, lecz wciąż je intrygowało. W tę wyjątkową noc rodziło się więcej dzieci, zdarzało się więcej przestępstw... Nikt z ludzi nie potrafił tego wyjaśnić, mimo wielu lat badań. Ja wiedziałem. Wiedza ta nie mogła zmienić ludzkiego świata, a nawet stanowiła dla niego zagrożenie. Z zasady starałem się nie ingerować w rzeczywistość. Pozostawiałem los ludzki w ich własnych rękach, a przynajmniej tak im się wydawało, gdyż i tak wszyscy podlegamy przeznaczeniu, a nasze żywoty są zapisane gdzieś w gwiazdach. Gdzie? Tego nawet ja nie widziałem.
Kiedy otworzyłem drzwi, przywitał mnie kot. Podobnie jak ja, lubił noc i dopiero po zachodzie słońca ożywiał się, i zaczynał swoją nocną włóczęgę. Tym razem musiał na mnie czekać, gdyż w przeciwnym wypadku zobaczylibyśmy się dopiero rano. Rozpaliłem ogień w kominku, który wydawał się wielu moim gościom bardzo dziwnym elementem mieszkania w bloku. Tłumaczyć się nigdy nie lubiłem, więc niech to pozostanie moją słodką tajemnicą. W każdym bądź razie: wyjąłem z lodówki dwie puszki piwa, z szafki wziąłem swój ulubiony kufel i udałem się na fotel stojący przed kominkiem. Sen będzie musiał trochę poczekać - pomyślałem patrząc, jak ogień trawi kawałki drewna. Rozmyślałem o księżycu i ogniu. Obawa, którą czułem już w tramwaju nachalnie powracała i nie wiedzieć czemu wydawała mi się coraz bardziej uzasadniona.

Rano obudził mnie kot, który najwyraźniej dopiero co wrócił z nocnych łowów. Wiedziałem już, że dzisiaj mój antykwariat będzie zamknięty. Wiedziałem również, że Ona wróciła. Nigdy o niej nie zapomniałem. Chciałem zapomnieć, lecz nie było to możliwe. Przeznaczenie, które nie pozwoliło nam być razem, nie pozwoliło również wymazać mi Jej z pamięci. Pogodziłem się z tym, gdyż stała się już w pewnym sensie częścią mnie. Prawdopodobnie w takim samym stopniu ja stałem się częścią Niej. Minęły dekady od naszego ostatniego spotkania i wbrew pozorom nie wpłynęło to w jakikolwiek sposób na wspomnienia. Leżąc na łóżku miałem przed oczyma jej twarz. Piękna jak wtedy, gdy po raz pierwszy ją ujrzałem. Nasze rozstanie było wspólną decyzją i sądziłem, że to coś zmieni. Owszem, zmieniło. Powstała między nami bariera odległości; tak duża, że uniemożliwiała jakikolwiek kontakt. Teraz wróciła - byłem tego pewien, lecz nie rozumiałem dlaczego. Nasze spotkanie nastąpi wkrótce, lecz jeszcze nie teraz.
Doprowadziłem się do porządku i udałem do pobliskiego sklepu. Długo wybierałem, co chce zjeść na śniadanie. Przeważnie śniadania nie jadłem i nawet o tym nie myślałem. Dzisiejszy dzień był wyjątkowy. Taki dzień trafia się raz na kilkaset lat.
Włóczyłem się po mieście i oglądałem miejsca, w których kiedyś bywaliśmy. Nie odwiedzałem ich przez lata i wiele z nich zniknęło lub zostało przebudowanych. Pub, w którym się poznaliśmy pozostał i chyba jako jedyny w niezmienionym stanie. Zszedłem po schodach... Wciąż te same stoliki, ten sam ogień w kominku, ten sam bar. Inni byli tylko ludzie, ale wrażenie pozostało. Powracały wspomnienia - obrazy pojawiały się jeden za drugim niczym na szybko przewijanym filmie. Wspomnienia miłe, jak również te smutne. Mieszały się ze sobą, przeplatały wprawiając mnie w bardzo dziwny nastrój. Wszystko o czym chciałem zapomnieć powróciło i miałem to teraz przed oczyma. Pamięć potrafi czasem zachowywać się w bardzo dziwny sposób - potrafi ukrywać coś przez lata udając, że dana informacja już nie istnieje. Po latach okazuje się, że wszystko zostało schowane na dnie świadomości i czekało na odpowiednią chwilę by powrócić. Usiadłem przy stoliku i czekałem, aż ktoś przyjmie ode mnie zamówienie. Nie trwało to zbyt długo i po paru minutach sączyłem już złocisty napój. Piłem i rozmyślałem o swoim życiu. Przeświadczenie, z jakim budziłem się jeszcze parę dni temu, okazało się zupełnie nietrafione. Być może przez te wszystkie lata próbowałem oszukać sam siebie? Chyba mi się to nawet całkiem nieźle udawało. Przez małe okienko, znajdujące się nieco ponad poziomem ulicy, widziałem niebo. Z ciemnogranatowego stawało się powoli czarne.

Dopiero teraz zwróciłem uwagę na muzykę. Pasowała idealnie. Gdyby było inaczej, od razu rzucałaby się w uszy. Zamówiłem jeszcze jedno piwo. Piłem je powoli obserwując ogień w kominku. W pewnej chwili wszystko zatrzymało się, stanęło w miejscu. Poczułem lodowaty chłód, a po moich plecach przeszedł dreszcz. Ktoś mnie obserwował. Odwróciłem się i ujrzałem Ją. Stała w drzwiach ubrana w długą, czarną suknię. Srebrna biżuteria rzucała liczne refleksy. Była poza zasięgiem czasu - wciąż piękna i młoda. Jej oczy płonęły dziwnym blaskiem.
- Wiedziałam, że przyjdziesz... - rozległ się dźwięczny głos. Wiedziałem, że ta chwila nastąpi. Nie wiedziałem tylko kiedy. Nie mogła przecież tego zaaranżować... Mogła wpływać na istoty ludzkie, ale na mnie również miała wpływ. Bardzo specyficzny wpływ.
- Nie miałem dokąd pójść. To musiało się stać.
Patrzyła na mnie przez moment, po czym usiadła naprzeciw. Milczeliśmy. Zastanawiałem się po co wróciła. Było już za późno by cokolwiek zmienić i oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Wiele razy zaczynaliśmy od nowa i za każdym razem kosztowało nas to coraz więcej energii. Dotarliśmy do granicy, którą nie sposób było przekroczyć. Cena była zbyt wysoka...
- Myślałam o tobie - pierwsza przerwała ciszę, wyrywając mnie z zamyślenia. - Myślałam o tym wszystkim, co się stało. Te wszystkie lata... - zawiesiła głos, lecz nie chciałem jej przeszkadzać.
- Przez te wszystkie lata szukałam. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, co właściwie chciałam znaleźć. Byłam w wielu miejscach i czasach. Widziałam rzeczy, o których śmiertelnikom nawet się nie śniło. Wędrowałam... Mimo tego wszystkiego pozostałam sobą. Jeden element... Zmieniło się tylko jedno... - pociągnęła duży łyk z mojego kufla. - Wahałam się, lecz teraz jestem już pewna...
Przyglądałem się maleńkim bąbelkom unoszącym się wewnątrz piwa. Wszystko wokół ciemnieje, by po chwili rozbłysnąć srebrzystym blaskiem. Wnętrze pubu zniknęło. Siedzieliśmy na ławeczce otoczonej srebrnymi drzewami. Oświetleni księżycowym blaskiem patrzyliśmy przed siebie. To było Tir-Na Nog'th - miejsce przez niektórych zapomniane, a przez wielu w ogóle nie znane. Piękne miasto na niebie pojawiające się tylko w księżycowe noce.
- Dawno tu nie byłem. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby tu kiedykolwiek wracać.
- To nasze miejsce. Żadne z nas nigdy nie było tu samo i może niech tak pozostanie... Już na zawsze. Czym są te minione lata wobec wieczności?
W jej oczach płonął ogień. Patrzyliśmy na siebie, a ja już wiedziałem. Coś, co wydawało mi się, że zgasło zupełnie, teraz odżyło na nowo. Nie zdołał tego zatrzeć czas, nie zdołała rzeczywistość. Wróciła i teraz już nic nie zdoła nas rozdzielić. Nie istnieje na świecie siła zdolna w jakikolwiek sposób zmienić wyrok raz zapisany w gwiazdach. Położyłem dłoń na jej dłoni. Słowa były niepotrzebne, ale i tak żadne z nas nie wiedziało, co ma powiedzieć. Siedzieliśmy wpatrzeni w niebo ponad nami...
Zbliżał się świt i Tir-Na Nog'th powoli zaczynało niknąć. Trzeba było już wracać. Kolejny przeskok. Zapach lasu, fale na wodzie i rechotanie żab. Na horyzoncie pojawiało się już światło dnia. Te kilka chwil w Księżycowym Mieście pozwoliły zapomnieć o przeszłości. W tej chwili już się nie liczyła, a wszystko to co działo się jeszcze poprzedniego dnia, było jak sen, który w miarę upływu czasu traci coraz więcej szczegółów.

Szliśmy przed siebie nie mając żadnego konkretnego celu. Szliśmy ścieżką przeznaczenia, a za nami nie pozostało nic.


Autor: Chomski
Dodano: 2006-03-28 12:55:21
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Delaney, Joseph - "Rytuał"


 Golden, Christie - "Assassin's Creed"

 Atwood, Margaret - "Rok Potopu"

 Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

 Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

 Aczel, Amir D. - "W poszukiwaniu zera"

 Łukawski, Jacek - "Grom i szkwał"

 Tregillis, Ian - "Mechaniczny"

Fragmenty

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

 Sanderson, Brandon - "Idealny stan"

 Sanderson, Brandon - "Legion"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Gromyko, Olga - "Wiedźma opiekunka"

 Liu, Cixin - "Problem trzech ciał"

 Clare, Cassandra i inni - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS