NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści" (oprawa twarda)

Ukazały się

Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"


 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

 Kuang, Rebecca F. - "Wojna makowa" (zintegrowana)

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Linki

Nix, Garth - "Clariel"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Cykl: Stare Królestwo
Tytuł oryginału: Clariel
Tłumaczenie: Agnieszka Kuc
Data wydania: Marzec 2015
ISBN: 978-83-08-05502-1
Oprawa: miękka
Liczba stron: 496
Cena: 39,90 zł
Rok wydania oryginału: 2014
Tom cyklu: 4



Nix, Garth - "Clariel" #2

Rozdział siódmy

Nauka Magii Kodeksu

Jeśli Król zostałby obalony? — spytała Clariel. — Co masz na myśli?
— Nie możemy tutaj o tym rozmawiać — odrzekł Belatiel. — Spotkajmy się zaraz po lekcjach, moglibyśmy pójść...
— Nie powinniście o tym w ogóle rozmawiać — przerwała mu Denima. — Najlepiej nie poruszać tego tematu. Pospieszmy się, Clariel. Nauczycielka prawa, pani Gurlen, jest zupełnie inna niż stary Dyrell. — Wzięła Clariel pod rękę i pociągnęła ją za sobą.
— Zaczekaj na mnie po lekcjach! — krzyknął Bel — To ważne! Bardzo ważne!
— Oni zawsze tak mówią — oświadczyła Denima. Rzuciła Belowi spojrzenie, którego Clariel nie potrafiła zinterpretować: trochę gniewne, a trochę tęskne. — Mężczyźni!
Clariel zastanawiała się, czy to było aż takie oczywiste, jak sugerowała Denima. Bel z pewnością nie próbował z nią flirtować, wydawał się szczery, gdy mówił, że ma jej coś ważnego do przekazania. A ona czuła, że powinna wiedzieć więcej na temat sytuacji w mieście, roli Króla, Cechów i tym podobnych spraw, mimo że jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, żeby się trzymała jak najdalej od tego wszystkiego. Gdyby tylko zdołała przekonać matkę, w ciągu kilku dni byłaby daleko stąd, w drodze do Wielkiego Lasu, a wtedy inni mogliby do woli toczyć swoje batalie o władzę.
Jeśli chodzi o Kodeks, była przekonana, że przetrwa on bez pomocy jej czy Belatiela. Tak naprawdę nie wiedziała, co dla Kodeksu lub z nim mogła uczynić Rodzina Królewska. Dziecięca rymowanka o Wielkich Kodeksach nie zawierała zbyt wielu informacji. Clariel nie miała natomiast wątpliwości co do tego, że poza Rodziną Królewską, Clayrami i Abhorsenami istotną rolę odgrywają Kamienie Kodeksu, które spajają wszystko w jedną całość. W Estwael było ich kilka i w każdej wiosce stał jeden. Również w Belisaere je widziała, przy skrzyżowaniach dróg lub w innych miejscach, takich jak ogród na szczycie wzgórza, blisko ich domu. Wszystkie Kamienie wydawały jej się bardzo stare, a na podstawie znaków, które jarzyły się i pełzały po powierzchni, wnioskowała, że ukryta w nich magia również jest bardzo stara, a więc nic nie wskazywało na to, by obecny Król lub któryś z jego bezpośrednich przodków poważnie się nimi interesował.
— Szybciej, chodź, bo się spóźnimy! — przynaglała ją Denima. Ruszyła biegiem, a Clariel pospieszyła za nią do narożnika i na schody, a potem pustym pobielonym korytarzem aż do pomieszczenia, które z całą pewnością było przybudówką, bo kamienie ustąpiły miejsca cegłom, sufit się obniżył, a kąty, pod jakimi spotykały się ściany, z pewnością nie były proste.
— Krzywa Komnata — powiedziała Denima, przechodząc z biegu do marszu. — Ciekawsza lekcja i ciekawszy nauczyciel. Może nawet przypadnie ci do gustu. Usiądź obok mnie... jeśli chcesz.
Lekcja istotnie była ciekawsza, a Clariel rzeczywiście usiadła obok Denimy. Tym razem grupa uczniów była większa, a bezsensowna procedura powitań i przedstawień na szczęście nie obowiązywała. Clariel musiała się przywitać jedynie z panią Gurlen, zaskakująco młodą kobietą o jasnych oczach, przenikliwym głosie i jak się okazało, władczej osobowości. Prowadziła lekcję, stojąc na podwyższeniu, i rysowała kredą po wielkiej ciemnoszarej tablicy, a uczniowie siedzieli w małych ławkach ustawionych rzędami. Na każdej z nich leżały dwie przymocowane łańcuchem księgi, które pani Gurlen uważała za niezbędne i wymagała, by uczniowie natychmiast potrafili w nich znaleźć wskazany przez nią tekst.
Clariel niemal polubiła te zajęcia, bo odpowiadały jej wyobrażeniom o dobrej organizacji. Lekcja miała wyraźnie określony cel, wiedza, którą przyswajali, mogła okazać się użyteczna, nauczycielka mówiła pewnie i dobrze planowała czas. Gdyby jeszcze zajęcia odbywały się poza murami, na jakiejś skąpanej w słońcu polanie, Clariel byłaby całkiem zadowolona. W klasie jednak, mimo że bardzo się skupiała na omawianych kwestiach prawnych, różnych interpretacjach tekstów i dodatkowych uwagach pani Gurlen, nie mogła zupełnie zapomnieć o ceglanych murach, które ją osaczały, i uczuciu przytłoczenia otaczającym ją miastem.
Mimo wszystko poczuła ulgę, gdy lekcja wreszcie dobiegła końca, a uczniowie mogli się rozejść. Chociaż wielu z nich ociągało się z opuszczeniem klasy i gawędziło ze sobą, Clariel ruszyła prosto w stronę drzwi. Denima lekko podniosła rękę, jakby chciała zatrzymać towarzyszkę, ale Clariel nawet tego nie zauważyła. Chciała wyjść na słońce, uwolnić się od kamiennych ścian i skupiska ludzi, których nieustanna uwaga bardzo jej ciążyła.
Pragnąc jak najszybciej wyrwać się poza mury budynku na świeże powietrze, Clariel zapomniała o Belatielu, który prosił, by na niego zaczekała.
Roban, Heyren i Linel stali przed drzwiami frontowymi. Obok nich pojawiło się jeszcze więcej strażników z różnymi oznaczeniami cechowymi; było ich co najmniej czterdziestu. Czekali w różnych miejscach pod Akademią, większość opierała się o mury albo siedziała na przewróconych beczkach. Clariel zauważyła, że nawet w tej atmosferze pozornego relaksu wciąż bacznie obserwowali ulicę i wszystkich przechodniów. Akurat przechodzili tamtędy robotnicy, z taczkami z piaskiem na budowę, a także kobiety wracające z rynku z wielkimi koszami pełnymi różnych wiktuałów, z czego większość stanowiły jakieś fioletowe warzywa, których Clariel nie znała. Wśród przechodniów był również pewien handlarz z rodziną — razem pchali wózek wyładowany małymi kukiełkami, tradycyjnymi postaciami z rozmaitych festynów, takimi jak Ptak Brzasku Przesilenia Letniego czy Ćma Księżycowa z Festynu Jesiennego.
— Chodźmy! — zawołała Clariel do Robana. — Chodźmy na lekcję magii do domu Magistra Kargrina. Chciałabym zaliczyć jeszcze to i wreszcie mieć wszystko za sobą.
— Och, milady, pani służąca... Valannie — powiedział Roban — prawdopodobnie się nie spodziewała, że wyjdzie pani tak szybko, i jeszcze jej...
— Już jestem! — dobiegł ich przenikliwy głos Valan-nie. Można by pomyśleć, że pojawiła się w odpowiedzi na wezwanie Robana, który ledwo zdążył wymienić jej imię. Zaraz potem rozległ się znajomy śmiech, który tak bardzo irytował Clariel. — Przebiegła pani tak szybko, lady Clariel! Myślałam, że może wybierze się pani na obiad razem z innymi uczniami...
— Chciałabym pójść na lekcję Magii Kodeksu — oznajmiła Clariel.
Gdy padły słowa „Magia Kodeksu”, Valannie wyraźnie się wzdrygnęła i wykonała gwałtowny ruch, jakby chciała ją uciszyć — wyglądało to tak, jakby się wachlowała po zje-dzeniu czegoś zbyt gorącego.
— Lady Clariel, proszę ściszyć głos, gdy mówimy o tych sprawach — szepnęła. — Tak jak pani mówiłam, studiowanie magii nie jest mile widziane!
— No cóż, jest czy nie jest, ale czy możemy już pójść na tę lekcję? — spytała Clariel. — Ulica Kormorana, dom Pod Jeżem, jeśli dobrze pamiętam.
— Znam ten dom, milady — powiedział Roban, po czym nakazał Heyrenowi i Linel, by szli za Clariel. — Chodźmy — zwrócił się do wszystkich.
— A co z obiadem i resztą uczniów? Jestem pewna, że powinniśmy... — Valannie nie dawała za wygraną.
— Najwyżej zjem później — oświadczyła zdecydowanym tonem Clariel. — Prowadź, Roban.
Ulica Kormorana biegła nieco poniżej domu rodziców Clariel, usytuowanego na Beshill, a stojące przy niej budynki były prawie tak wielkie jak ich dom — każdy miał trzy lub cztery piętra, a dachy pokrywała znajoma czerwona dachówka. Budynki miały również balkony, ale nie od strony ulicy, tylko na tyłach, i wychodzące na wschód, ku morzu.
Dom Pod Jeżem był zupełnie różny od pozostałych domów przy tej ulicy. Clariel zwróciła na niego uwagę, jeszcze zanim się dowiedziała, że właśnie tam zmierzają. Górował nad czerwonymi dachami jak wysoka margerytka nad polem buraków. Właściwie przypominał bardziej wieżę niż dom i wydawał się dużo starszy niż pozostałe budynki. Miał przynajmniej sześć pięter i wybudowano go z ciemnożółtego kamienia. Nie był obłożony białym kamieniem ciosowym, jak niemal wszystkie pozostałe budynki w Belisaere. Blankowaną wieżę zwieńczono kopułą pokrytą miedzianym, zielonkawym od patyny dachem.
— To wieża strażnicza, część starych murów — wyjaśnił Roban, dostrzegłszy zainteresowanie Clariel. — Pochodzi z bardzo dawnych czasów, gdy miasto było mniejsze. Kiedyś stało tu więcej wież i kilka odcinków starych murów, ale większość z nich już dawno zburzono.
— I słusznie — orzekła Valannie. — Ta wieża naprawdę zupełnie nie pasuje do otoczenia.
— I właśnie dlatego mi się podoba — stwierdziła Clariel. Valannie rzuciła jej takie spojrzenie, że gdyby nie była służącą, można by je uznać za pogardliwe, ale ten błysk nie-zadowolenia szybko się ulotnił, a kobieta przybrała swój zwykły, uładzony i beznamiętny wyraz twarzy, tak że Clariel zaczęła powątpiewać, czy naprawdę widziała ów pełen wzgardy wzrok. Może to były tylko jej wyobrażenia na temat tego, co czuła Valannie. Pewnie w środku służąca kipiała gniewem, że musi znosić fanaberie swej nieokrzesanej pani, która nie potrafi jej należycie docenić ani się z nią zgodzić, chociażby w kwestii architektury.
Nad wejściem do domu Magistra Kargrina widniała przekrzywiona metalowa podobizna jeża, wycięta z blachy, płaska i pordzewiała. Wisiała na dwóch równie zardzewiałych łańcuchach różnej długości, umocowanych do żelaznego pręta wetkniętego w zwornik łuku nad drzwiami frontowymi, a właściwie nad bramą. Ponieważ dom mieścił się w starej wieży, prowadziły do niego masywne, zamykane na rygiel dwuskrzydłowe wrota, wysokie na osiemnaście i szerokie na co najmniej dwanaście stóp. Ale kryły się w nich również mniejsze drzwi — być może była to brama wypadowa, na tyle mała, że nawet osoba przeciętnego wzrostu musiałaby się schylić, by przez nią przejść. Roban podszedł do tych drzwi i trzy razy uderzył w nie pięścią tak, że rygle zasuwy zamykającej je od wewnątrz zastukotały
Chwilę później rygle ustąpiły z głośnym zgrzytem, co oznaczało, że żelazo, z którego zrobiono bramę, było tak samo skorodowane jak podobizna jeża. Drzwi rozwarły się wolno, ale Clariel nie mogła dostrzec, kto je otworzył. Roban wszedł do środka, nisko schylony. Dziewczyna ruszyła za nim, a potem Valannie, natomiast Heyren i Linel pozostali na zewnątrz.
Brama wypadowa otwierała się na zadaszony mostek, przerzucony nad czymś, co wyglądało jak głęboki dół, lub może nawet rozpadlina. Mostek pokrywał łukowato sklepiony dach, którego charakterystyczną cechą były liczne otwory wielkości owoców pomarańczy, z całą pewnością przeznaczone do wylewania gorącego oleju albo smoły na niepożądanych gości.
— Zabójcze otwory — powiedział Roban, gdy zauważył, że Clariel uważnie się im przygląda. — Teraz są zatkane. Kiedyś to sprawdziłem. Dawno temu, kiedy... no, po prostu musiałem się upewnić, czy przejście jest bezpieczne.
Clariel zmrużyła oczy, przyzwyczajając je do względnej ciemności. W sklepieniu jarzyły się przyćmionym blaskiem znaki Kodeksu, ale ledwo rozpraszały panujący wewnątrz półmrok. Mostek miał jakieś piętnaście kroków długości i prowadził ku kolejnym wielkim wrotom, w których również umieszczono mniejsze drzwi. Były one na wpół uchylone, chociaż Clariel nie sądziła, by odźwierny zdołał dotrzeć tutaj od głównego wejścia w tak krótkim czasie.
— To miejsce w ogóle mi się nie podoba — oświadczyła Valannie. — Nic dziwnego, że Rządca chce zburzyć tę wieżę.
— Naprawdę? — zainteresowała się Clariel. — Dlaczego?
Valannie wzruszyła ramionami, a na jej twarzy natychmiast pojawił się typowy okraszony uśmiechem wyraz ignorancji, który zawsze miała w pogotowiu, ilekroć Clariel próbowała zadawać jej jakieś ważne pytania.
— Kto otworzył drzwi? — dopytywała się Clariel.
— Zobaczy pani, milady — odparł Roban, schylając się, by przejść przez wewnętrzne drzwi.
Clariel podążyła za nim do małego holu, który zajmował większość powierzchni na parterze. Sklepienie i belki usiane były znakami Kodeksu, które pełniły funkcję oświetlenia i znajdowały się jakieś trzydzieści stóp nad głową. Chociaż z zewnątrz budynek wydawał się bardzo zniszczony, potężny hol robił korzystne wrażenie — był czysty, wysprzątany, w dobrym stanie, tyle że dość ekscentrycznie umeblowany. Stał tam bardzo długi stół z solidnego ciemnego drewna, na którym widać było sporo zarysowań i drobnych uszkodzeń. Bez problemu mogło zasiąść przy nim dwadzieścia lub nawet więcej osób, chociaż akurat w tej chwili stały tam tylko dwie stare ławki, a u szczytu pojedyncze krzesło z wysokim oparciem. Kiedyś to krzesło musiało mieć bardzo reprezentacyjny wygląd, bo nadal tu i ówdzie dostrzec można było ślady złoceń.
W holu nie było klasycznych okien, tylko otwory strzelnicze, rozmieszczone w regularnych odstępach, co cztery, pięć kroków, wzdłuż wszystkich czterech ścian. Pod każdym otworem o wysokości dwunastu stóp można było dostrzec wystające z kamiennego muru nieregularne zakończenia strzaskanych belek, na których kiedyś wspierał się drewniany podest dla łuczników.
W północno-wschodnim narożniku holu biegły schody, ale dostępu do nich broniły wielkie kamienne bloki, które oderwały się i spadły, tak że wystawały spod nich zaledwie trzy lub cztery stopnie, prowadzące donikąd. Jeśli górne piętra wieży przetrwały, to tymi schodami z pewnością i tak nie dałoby się tam dotrzeć, a Clariel nie widziała żadnych innych drzwi wejściowych ani wyjść. Jeden z narożników pomieszczenia był niewidoczny, bo zakrywał go harmonijkowy parawan składający się z sześciu części połączonych zawiasami. Na każdej z nich była namalowana jakaś scena, a razem tworzyły pewną opowieść, ale ponieważ parawan był uszkodzony i wyblakły, trudno było się rozeznać, czy przedstawia polowanie, jakąś paradę lub święto, czy może bitwę.
W przeciwległym narożniku znajdowały się stół warsztatowy i bardzo wysoka, przeszklona, czterodrzwiowa biblioteczka z zawieszoną na hakach drabinką, która pozwalała sięgnąć do wyższych półek. Przy stole stał jakiś mężczyzna, tak bardzo pochłonięty pracą, że gdy weszli, nawet się nie obejrzał ani ich nie powitał. Był wysoki i barczysty, miał wyłysiały czubek głowy, a reszta włosów, spleciona w warkoczyk, spadała mu na kark. Linię muskularnych ramion podkreślał skórzany kaftan bez rękawów, noszony w komplecie ze skórzanymi bryczesami. Na nogach mężczyzna nie miał jednak pasujących do stroju butów, lecz pantofle z jaskrawoniebieskiego materiału, zakończone uniesionymi w górę ostrymi, złoconymi czubkami.
— Proszę mi nie przerywać! — zawołał donośnie, nadal nie odwracając głowy. — Zostańcie tam, gdzie jesteście.
Clariel i towarzyszące jej osoby zatrzymały się przy końcu długiego stołu, tak jak im polecono, instynktownie podporządkowując się mężczyźnie, co być może wynikało z jego władczego tonu. Przez chwilę Clariel się zastanawiała, czym właściwie zajmuje się gospodarz wieży, lecz zaraz potem zauważyła jarzące się wokół jego dłoni znaki Kodeksu. Ogromny ich strumień przepływał nad stołem, wirując, i oplatał łokcie i ramiona mężczyzny. Znaki kie-rowały się w stronę czegoś na blacie, jednak Clariel nie mogła dojrzeć, co to jest, ponieważ mężczyzna — zapewne Magister Kargrin, bo przecież nie mógł to być nikt inny — zasłaniał jej widok. Clariel nie spodziewała się, że Magister będzie wyglądał jak awanturnik z tawerny, ale przecież nigdy wcześniej nie widziała żadnego Magistra z prawdziwego zdarzenia. Magowie Kodeksu, którzy uczyli ją podstaw magii w Estwael, byli przeważnie uzdrawiaczami i przeszli mniej więcej miesięczne szkolenie z zakresu posługiwania się obronnymi i ofensywnymi znakami Kodeksu u sierżanta, który wcześniej służył w Garnizonie Ochrony Murów.
Trwali w ciszy przez kilka minut. Zdenerwowana Valannie wciąż zmieniała pozycję u boku Clariel i była wyraźnie skonsternowana, widząc działanie magii. W końcu znaki Kodeksu zaczęły zstępować z ramion Kargrina w kierunku dłoni, tracąc po drodze na intensywności, aż wreszcie w ogóle zniknęły. Magister odwrócił się, a Valannie wydała przeraźliwy pisk, gdy zobaczyła, że tuli on w ramionach wielkiego brązowego szczura, którego różowy ogon zwisa mu obok nadgarstka.
— Witaj, Robanie. A to zapewne córka Jaciel, której imienia nie pamiętam — powiedział Kargrin. — I Valan-nie, prawda? Lepiej, żebyś stąd poszła, zanim zobaczysz coś naprawdę niepokojącego.
— Zostanę ze swoją panią — zadecydowała Valannie, po czym znowu krzyknęła, gdyż jakaś dłoń dotknęła jej łokcia. Nie była to realna ręka, z krwi i kości, lecz widmowa, utworzona z tysięcy znaków Kodeksu ułożonych jeden przy drugim, doskonale imitujących ludzką skórę. Ręka należała do ubranej w długą szatę zakapturzonej postaci. Jej twarz, jeśli ta istota w ogóle ją miała, była ukryta głęboko w cieniu kaptura. Zjawa wskazała ręką drzwi.
Clariel nigdy wcześniej nie widziała podobnej istoty, ale znała ją z wielu podań i legend — była posłańcem Kodeksu, przyodzianą w długą szatę, magiczną istotą stworzoną w określonym celu, zwykle pełniącą funkcję sługi, strażnika albo gońca.
—Amda odprowadzi cię do wyjścia — powiedział Kargrin.
Valannie poruszyła ustami, ale wydobył się z nich jedynie stłumiony dźwięk podobny do cmoknięcia. Nie czekając na pomocną dłoń posłańca Kodeksu, służąca czym prędzej ruszyła w stronę drzwi.
— Przypomnij mi swoje imię, córko Jaciel.
— Jestem Clariel.
— Zwracaj się do mnie: Magistrze — zażądał Kargrin tonem pozornie spokojnym, z którego jednak jasno wynikało, że nie będzie tolerował żadnego sprzeciwu. — A więc pragniesz uczyć się Magii Kodeksu?
— Nie, Magistrze — odparła Clariel, napotykając pytające spojrzenie Kargrina. Nauczyciel miał ciemne oczy, wielkie krzaczaste brwi i fizjonomię, która w żaden sposób nie odpowiadała wyobrażeniom dziewczyny — mocne wyraziste rysy i raczej brzydka twarz, do tego złamany i lekko przekrzywiony nos. — To rodzice chcą, żebym się jej uczyła.
Kargrin pokiwał głową w zamyśleniu, przybliżył szczura do swoich ust i coś do niego szepnął. Clariel zobaczyła, jak wraz z jego słowami popłynęły małe znaki Kodeksu i niejako w odpowiedzi futro szczura zaczęło się skrzyć. Wówczas zdała sobie sprawę, że szczur także był posłańcem. Magister łagodnie postawił zwierzę na podłodze, a ono umknęło w stronę ściany i przecisnęło się przez trójkątną szczelinę pomiędzy dwoma kamieniami.
— A zatem twoi rodzice chcą, żebyś się uczyła — powie dział, zmierzając w jej stronę ciężkim krokiem. Drewniana podłoga uginała się i trzeszczała pod jego stopami. Gdy podszedł, okazało się, że jest jeszcze wyższy, niż Clariel początkowo myślała. Miał jakieś sześć i pół stopy wzrostu, a proporcje jego ciała — długa talia i krótkie, klockowate nogi — upodobniały go bardziej do niedźwiedzia niż do człowieka. — Jeśli można, chciałbym sprawdzić twój znak Kodeksu.
Uniósł potężny palec i przysunął go do czoła Clariel, a wówczas jej chrzcielny znak Kodeksu nagle rozbłysnął z nową siłą. Dziewczyna nie poruszyła się, gdy poczuła lekki dotyk palca Magistra, i niewiele myśląc, niemal odruchowo, tak jak została nauczona przed laty, wyciągnęła dłoń, by dotknąć znaku Kodeksu na czole Kargrina.
To czego w tym momencie doświadczyła, było jak skok do głębokiej wody. Nagle świat przestał istnieć. Otoczyły ją znaki Kodeksu, pobłyskujące jasnym, oślepiającym światłem. Wirowały i płynęły wszędzie wokół niej i przez nią, przez jej wnętrze. Znaki, których nie znała i których, jak czuła, nigdy nie będzie mogła poznać, tysiące, dziesiątki tysięcy, miliony znaków Kodeksu...
Clariel gwałtownie wciągnęła powietrze i cofnęła się. Kargrin opuścił rękę i przyjrzał się z namysłem młodej adeptce magii.
— Upłynęło sporo czasu, odkąd ostatni raz łączyłaś się z Kodeksem — stwierdził doniosłym głosem, który z głębokim dudnieniem wydobywał się z jego piersi. Było oczy-wiste, że gdy się połączyli, Magister mógł prześledzić historię jej kontaktów z Kodeksem i magią. — I nie ćwiczysz nawet tych podstaw, których zostałaś nauczona — dodał.
— Rzeczywiście — przyznała Clariel.
— Hmm — mruknął Kargrin. — Roban?
Uniósł dłoń, a wtedy on i Roban niemal jednocześnie wyciągnęli ręce, jakby sobie salutowali. Tak naprawdę upewniali się tylko, czy znaki na ich czołach są prawdziwe i nie stanowią wytworu Wolnej Magii. Niegdyś wszyscy, którzy nosili znak Kodeksu, pozdrawiali się w ten sposób, ale ten zwyczaj już zanikł. Clariel dopiero teraz zdała sobie sprawę, że odkąd przyjechała do Belisaere, ani razu nie widziała, by ktoś tak się witał.
— Przynosisz jakieś wieści, Robanie? — spytał Kargrin.
— Nic poza tym, co już wcześniej miałem okazję przekazać, Magistrze — odparł strażnik, z ukosa spoglądając na Clariel. Zrobił to tak dyskretnie, że prawie nie zauważyła tego. —Jeśli coś będę wiedział, od razu prześlę wiadomość albo sam się pojawię.
— Skoro już mowa o wiadomościach — wtrąciła Clariel — w Akademii Pani Żmija poprosiła mnie, bym przekazała panu następujące słowa: „Nikt jeszcze nie przeszedł, ale będę czuwać”.
— Dziękuję — odrzekł Kargrin. Skinął głową i zrobił drobny gest dłonią. Strażnik stanął na baczność, ukłonił się, wykonał w tył zwrot jak na defiladzie i odmaszerował. Magister przeniósł wzrok na Clariel, która nagle poczuła się niższa, młodsza, bardziej wrażliwa i krucha.
— Wyczaruj mi światło Kodeksu — poprosił. — Małe, na czubku palca.
Clariel skinęła głową, wzięła oddech i znów zagłębiła się w Kodeksie. Tym razem było trochę łatwiej, ponieważ mogła się weń wślizgnąć i nie miała poczucia, że zalewa ją potężna fala, jak wtedy gdy zanurzyła się razem z Kargrinem. Ale mimo to zadanie, które postawił przed nią jej nowy nauczyciel, było trudne. Rozpoznała kilka prostych znaków, a potem zaczęła przypominać sobie inne. Próbowała je odtwarzać, w miarę jak pojawiał się ich ciąg, który stopniowo przeradzał się w wezbrany strumień, jednak już po chwili było ich zbyt wiele, by mogła nad nimi zapanować. Zaczęły ją przytłaczać i musiała się bardzo skupiać, by z całego ich mnóstwa wyłowić ten jeden, który był jej potrzebny. Drobny znak Kodeksu używany do wyczarowywania światła. Musiała go wydobyć z potoku znaków i sprawić, by osiadł na czubku palca.
Światełko wprawdzie rozbłysło, ale tylko na kilka sekund, ponieważ Clariel zbyt prędko straciła kontakt z Kodeksem, by mogło się palić dalej samoistnie. Wzięła kolejny oddech i otarła pot, który nagle zrosił jej czoło.
— Ciekawe — powiedział Kargrin. — Zastanawiam się, co byś zrobiła, gdyby...
Palce mężczyzny wygięły się w łuk i nagle w kierunku Clariel poszybował grad ostrych, rozżarzonych metalowych odłamków. Nie był to prawdziwy metal, lecz wyczarowany przez Kargrina ze znaków Kodeksu, i to tak błyskawicznie, że nauczyciel musiał bez wątpienia wcześniej przygotować odpowiednie zaklęcie, by w stosownej chwili rzucić je pojedynczym znakiem.
Clariel zareagowała natychmiast, schylając się, ale i tak czuła nad głową gorąco, jakie niósł ze sobą ów niebezpieczny ładunek.
— Co robisz? — pisnęła, a potem zawołała: — Roban! Pomocy!
— Posłuż się Kodeksem — zagrzmiał Kargrin, intensywnie wpatrując się w jej oczy. — Broń się!
Palce maga znowu wygięły się w łuk i kolejne rozżarzone do czerwoności odłamki wystrzeliły w stronę dziewczyny, rozmijając się z jej ramieniem dosłownie o włos, tylko dla-tego że zdołała wykonać gwałtowny zwrot, uderzając przy tym z impetem o kant stołu.
— Odwołaj się do Kodeksu! — krzyknął znowu Kargrin, tupiąc jednocześnie nogą. Pod jego piętą wybuchły znaki Kodeksu, tworząc wirującą chmurę, która przetoczyła się nad Clariel, spowijając ją duszącą mgłą. Dziewczyna rzuciła się na stół i przejechała na brzuchu po blacie, po czym wylądowała na czworakach na podłodze. Czuła piekący ból w dłoniach i kolanach, ale zdołała zostawić duszącą chmurę za sobą.
Kargrin obszedł stół i zmierzał prosto w jej stronę, gotowy rzucić kolejne zaklęcie. Clariel odsunęła się, wstała i zaczęła odwrót. Narastał w niej gniew, a ból i doznane upokorzenie dodatkowo go wzmagały. W ręku miała teraz nóż, chociaż nie pamiętała, kiedy i skąd go wyciągnęła.
Jak on śmiał tak podstępnie ją zaatakować, zastanawiała się, i właściwie dlaczego powinna się posłużyć Magią Kodeksu? Chciała rzucić się na tego potężnego mężczyznę i podciąć mu gardło. Jeszcze zanim to wszystko pomyślała, już przesunęła się do przodu, a jej ramię powędrowało w górę z prędkością jastrzębia dopadającego ofiarę. Jednak gdy zadała cios, nie trafiła w gardło Kargrina, lecz w pustkę.
Natychmiast się odwróciła, ale nigdzie nie mogła dostrzec nauczyciela. Nagle poczuła, że na jej głowę spadł porcelanowy talerz, który roztrzaskał się na kawałki, ale mimo zaskakująco dużej siły uderzenia ból nie był dotkliwy. Clariel krzyknęła, odchyliła głowę do tyłu, a wtedy zobaczyła Kargrina, stojącego na czubkach palców jak tancerz, na końcu jednej z połamanych belek sterczących nad jej głową.
— Posłuż się Kodeksem! — krzyknął. — Broń się!
Clariel dała się ponieść wściekłości. Jej nozdrza rozchylały się szeroko, gdy wypuszczała powietrze, i niemal zupełnie zamykały się przy wdechu. Chwyciła oburącz jedną z potężnych ław i rzuciła nią w Magistra, jednak on zdołał uskoczyć w bok na kilkanaście stóp i wylądował na sąsiedniej belce. Takiego skoku nie dałoby się wykonać bez pomocy magii. Clariel wypuściła nóż i popędziła w stronę Kargrina, owładnięta furią. Wspięła się na ścianę, ale mimo że jej palce potrafiły się wczepić w najmniejszą szczelinę pomiędzy kamieniami, obruszając przy tym starą zaprawę, nie znalazła wystarczająco wielu punktów oparcia dla dłoni i stóp. Odpadła od ściany i natychmiast zaczęła krążyć w poszukiwaniu jakiejś broni, czegoś, czym mogłaby rzucić w zaczajonego nad jej głową wroga. A gdy w końcu zacisnęła dłoń na kamieniu wielkości jabłka, nagle z góry spadła na nią żarząca się znakami Kodeksu sieć, która oplotła ją trzy razy i skrępowała tak mocno jak pajęcza nić muchę.
Clariel zaczęła się miotać, skutkiem czego nabawiła się jeszcze kilku sińców, i może nawet roztrzaskałaby sobie głowę, gdyby Kargrin nie zeskoczył lekko na podłogę i nie rzucił na nią zaklęcia wywołującego sen. Zaklęcie jednak nie podziałało i Kargrin musiał przywołać następne, znacznie silniejsze. Moc zaklęcia osłabiał straszliwy gniew, którego łuna biła od dziewczyny jak żar od pieca kuźniczego, w którym jej matka przetapiała złoto.





Dodano: 2015-03-21 10:55:21
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS