NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 2 (twarda okładka)

Ryan, Anthony - "Królowa ognia"

Ukazały się

Sanderson, Brandon - "Migawka"


 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Bielawski, Jakub - "Dunkel"

 Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 2

 Pullman, Philip - "Tajemna wspólnota"

 Flanagan, John - "Zaginiony książę"

 Kańtoch, Anna - "Wiosna zaginionych"

 Gaughen, A.C. - "Berło ziemi"

Linki

Majka, Paweł - "Pokój światów"
Wydawnictwo: Genius Creations
Cykl: Mitoświat
Data wydania: Luty 2014
ISBN: 978-83-7995-000-3
Oprawa: miękka
Format: 125×195 mm
Liczba stron: 400
Cena: 32,49 zł
Tom cyklu: 1



Majka, Paweł - "Pokój Światów" #2

Rozdział 1

czerwiec 1972 roku starego kalendarza, pięćdziesiąty siódmy rok Kresu, dwudziesty rok Pokoju

Pociąg wjechał na Dworzec Główny w Krakowie, jak zwykle dowodząc punktualnością potęgi połączonych sił technologii i mocy. Maszynista oznajmił przybycie przeciągłym gwizdem lokomotywy wypuszczającej sprężony strumień pary. Ucałował zawsze chłodny amulet kolejowy, wiszący nad kotłem, i pokłonił się patronowi. Usmarowana sadzą istota, przypominająca nieco skrzaty, jakie spotkać można w kopalniach, pisnęła radośnie i dała nura z powrotem w dogasający ogień. Potężna lokomotywa aż zadrżała od przypływu mocy.
Drżenie przeniosło się na wagony – i te ekskluzywne, należące do pierwszej klasy, i te najtańsze, w których tłoczyli się biedacy w towarzystwie wyjątkowych skąpców. Maszynista uśmiechnął się, pogroził palcem patronowi. Ten odpowiedział z wnętrza kotła radosnym chichotem.
– Pan Kutrzeba? Pan Kutrzeba? – Krzyczał biegnący wzdłuż wagonów siwowłosy mężczyzna. Najwyraźniej nie nawykł do dworcowego zgiełku. Rozglądał się nerwowo na wszystkie strony i odskakiwał, gdy któraś ze zniecierpliwionych lokomotyw szykujących się do odjazdu wypuszczała pióropusze pary.
Dworzec krakowski należał do największych w kraju, toteż ruch panował na nim wyjątkowy. Choć w Europie ocalało niewiele linii kolejowych i widok więcej niż jednego pociągu na raz należał do niezwykłych, w niektórych miastach lokomotywy zdawały się wręcz tłoczyć. Dworzec w Krakowie pęczniał od przybywających bądź szykujących się do drogi pasażerów, od patronów kolei, od strażniczych cieni miejskich, a także drobnych, migoczących półistnień towarzyszących rozbłyskom emocji. To właśnie nad dworcem krążyły duchy i demony przyciągane niezwyczajnym nagromadzeniem wszelkich rodzajów mocy.
Ludzi strzegły przed nimi smukłe wieże strażnicze. Każda ich cegła wzmocniona została znakami, ściany każdego piętra uginały się od talizmanów. Dyżurów w nich nie potrafiliby pełnić zwyczajni ludzie, toteż zamurowywano w wieżach tych, którzy zdecydowali się poświęcić służbie miastu i poddać przemianom. Trudno było nazwać ich jeszcze żywymi i w ogóle trudno było powiedzieć o nich cokolwiek, mało kto bowiem zdobywał się na odwagę nawiązywania z nimi kontaktu. Bezimienni i groźni, trwali na posterunkach, zadowalając się ofiarami składanymi każdego świtu przez zawiadowców. Nie interesowała ich żywność, a jedynie oznaki szacunku i okruchy miasta znoszone ze wszystkich jego dzielnic. Przyjmowali koralik z rozerwanej biżuterii nobliwej mieszczki, strzęp chusteczki z krwią dorożkarza albo kamyk kopnięty przez rozkrzyczanego podgórskiego urwisa. Każdy przedmiot muśnięty tętnem miasta dodawał im sił.
– Pan Mirosław Kutrzeba? – Krzyczał siwowłosy. – Pan Kutrzeba?
Wydawało się, że wszyscy pasażerowie opuścili już wagony, kiedy na progu jednego z nich stanął wreszcie ten, którego siwowłosy coraz mniej spodziewał się znaleźć.
– Tutaj – odezwał się ochrypłym głosem. Odchrząknął i powtórzył głośniej.
Siwowłosy ruszył ku niemu. Oczekiwał, że Kutrzeba przyjedzie jednym z wagonów pierwszej klasy, a nie ostatnim, najtańszym, w którym zdarzało się upychać ludzi z bydłem i towarami. Czy naprawdę o tego właśnie człowieka mogło chodzić jego pryncypałowi?
Kutrzeba okazał się wysoki, postawny. Skórzana kurtka poprzecierana do granic możliwości, kiedyś chyba ciemnobrązowa, mogła sugerować, że należał do włóczęgów zaopatrujących się na śmietnikach. Nie lepsze wrażenie sprawiał kapelusz wymięty ponad ludzkie pojęcie, ciemny zapewne od brudu, nasunięty głęboko na oczy. Z kolei lniany szal owinięty wokół szyi pomimo upału wskazywałby, że Kutrzeba to albo dziwak, albo mizerota marnego zdrowia. Jednak torby przybysza należały do znakomitych wyrobów pierwszej jakości, wykonanych ręcznie i na zamówienie. Oczywiście mógł ukraść je komuś po drodze.
– Pan Mirosław Kutrzeba? – Upewnił się siwowłosy. Uzyskawszy w odpowiedzi jedynie niechętne skinienie, uznał, że nie do niego należy ocenianie decyzji chlebodawcy, którego i tak nie spodziewał się nigdy całkowicie zrozumieć. – Nazywam się Franciszek Czus, pracuję dla pana Nowakowskiego, który zdecydował się pana zatrudnić. Proszę mi wybaczyć, spodziewałem się, że skoro pokrywamy pańskie wydatki, znajdę pana w lepszych wagonach.
– Nie pasowałbym tam – odparł nieprzyjemnie zachrypniętym głosem Kutrzeba.
Z tym Czus nie mógł się nie zgodzić. Zaproponował, że poniesie część bagaży, Kutrzeba jednak spojrzał na niego w sposób, który sprawił, że służący odchrząknął tylko, po czym odwrócił się pospiesznie i jak mógł najprędzej zaprowadził tego niewydarzonego mruka do oczekującego przed dworcem pojazdu. Nie zobaczył, że Kutrzeba zatrzymał się jeszcze na chwilę, by popatrzeć na lokomotywę. Coś trudnego do określenia zaszło między nim a potężną maszyną. Maszynista wzdrygnął się, jakby dotknęło go złe przeczucie. Patron wychylił się z kotła i poprzez metalowe ściany spojrzał Kutrzebie prosto w oczy. Warknął, otrzepał się odruchowo i wyrzucił z siebie litanię ochronnych zaklęć.
Tacy ludzie nie powinni wsiadać do pociągów. Zbyt mocno rozsiadło się w ich duszach nieszczęście. Patron wyczuwał jego niepokojącą obecność od początku podróży i poświęcił wiele sił, by zniwelować jej wpływ. Teraz wreszcie mógł przyglądnąć się nosicielowi. Rozpoznał go, zadrżał i czym prędzej schował się do kotła. Czekało go więcej pracy, niż się spodziewał, jeśli pociąg miał bezpiecznie wyruszyć w dalszą drogę.

***

Choć krakowianie najchętniej zaprzęgali swoje powozy w konie, pryncypał Czusa okazał się jednym z zamożnych ekscentryków lubujących się w nowoczesnych technologiach. Zamiast eleganckiego powozu czy choćby gustownej dorożki na Kutrzebę oczekiwał pokraczny samochód o wyłupiastych reflektorach i sylwetce, która przybyszowi skojarzyła się z napęczniałą żabą obarczoną garbem dodatkowej kabiny, przeznaczonej wedle zamierzeń producenta do transportu towarów, przerobionej jednak tak, by mogli podróżować nią pasażerowie.
Czus wydawał się zadowolony, prezentując owo szkaradzieństwo i obserwując, jakie wywarło wrażenie na przybyszu. Wyprężył się jak struna i otworzył szerokie, okrągłe drzwiczki prowadzące do kabiny pasażerskiej.
– Co to jest, na bogów? – Kutrzeba zatrzymał się, jakby rozważając, czy nie zawrócić.
– Och, pan może być nieprzywykłym do widoku nowoczesnych pojazdów. Nic nadzwyczajnego, niewiele ich w naszym kraju. To, szanowny panie, samochód. Citroen Acadiane, wersja luksusowa, dopasowana do potrzeb mego pana. Zapraszam do środka. Zapewniam, że nie ma obaw. Jestem znakomitym kierowcą.
– Obyś miał też dobrego patrona – mruknął Kutrzeba, niechętnie gramoląc się do wnętrza. Czus zajął miejsce w kabinie kierowcy.
Odezwał się po chwili przez interkom, upewniając się, że jego pasażer czuje się wygodnie. Kutrzeba zapewnił go nieszczerze, że tak właśnie jest, choć nijak nie potrafił usadowić się wygodnie w nieprzystosowanych dla ludzi fotelach. Ich kształt powiedział mu wszystko o tajemniczym panu Nowakowskim. Okrągłe fotele o dwunastu rozłożonych centrycznie niskich oparciach mogły świadczyć tylko o jednym.
Nowakowski był Marsjaninem.

***

Gdy przybyli na Ziemię, początkowo zignorowano ich, choć nie zamierzali się ukrywać. Sferyczne statki spadły na miasta wszystkich kontynentów, by otworzyć wrota hangarów i wypuścić na ludzkość furię przybywającą z przestrzeni. Marsjańska technologia przewyższała wszystko, co byli w stanie wyprodukować nawet najzdolniejsi ludzcy inżynierowie.
Kłopot w tym, że na Ziemi trwała wówczas w najlepsze największa z wojen w historii. W ogarniętym nią świecie wszyscy podejrzewali siebie nawzajem i w niezwykłych machinach zagłady upatrywali przede wszystkim podstępu Prus, Francji bądź Rosji, czy choćby i Ameryki, ale nie inwazji z kosmosu.
Nawet kiedy część prawdy wyszła na jaw, wojna między ludźmi nie wygasła. Rozbawieni, ale i zaintrygowani Marsjanie obserwowali, jak kolejne strony ludzkiego konfliktu próbują zawiązywać z nimi sojusze przeciw swoim braciom. Dopiero nieprzejednanie przybyszów sprawiło, że ludzkość zawarła kruchy rozejm i zmieniła losy wojny, jednocząc się przeciw obcym.
Koniec końców porozumieli się wszyscy. Nawet Marsjanie musieli skapitulować wobec kataklizmu, jaki mimowolnie wywołali, i zjednoczyć się z niedoszłymi ofiarami, by przetrwać. Dwadzieścia lat po zakończeniu wojny i opanowaniu nowego żywiołu przyjmowali już nawet ludzkie zwyczaje i nazwiska oraz próbowali zrekonstruować technologie, które znacznie podupadły od czasu inwazji. Między innymi z upodobaniem inwestowali w fabryki nowoczesnych silników i samochodów.
Wnętrze kabiny citroena przygotowano pod kątem marsjańskiej estetyki. Najprawdopodobniej pracował nad nim sam Nowakowski, Marsjanie upierali się, że ludzie nie są zdolni pojąć tajników ich sztuki. I rzeczywiście, Kutrzeba obojętnie przyglądał się szalonym nieforemnym łukom podtrzymującym sklepienie kabiny, splecione w chaotyczną plątaninę drutu pomalowanego na trzy ulubione przez Marsjan kolory: granatowy, jaskrawożółty i fioletowy. Nie dostrzegał w dziele Marsjanina ani urody, ani w ogóle niczego szczególnego.
Marsjanie nie dziwili go już ani nie zatrważali. Spotkał w życiu kilku, z dwoma nawet pracował, a u jednego terminował przez rok, ucząc się postępowania z mocami. Choć wielu ludzi wciąż pielęgnowało gniew przeciw najeźdźcom i żaden Marsjanin nigdy nie mógł czuć się do końca bezpieczny, Kutrzeba nie żywił do nich żalu. Od początku inwazji upłynęły dziesięciolecia. Świat zmienił się radykalnie, a Marsjanie stali się jego częścią. Kutrzeba urodził się wprawdzie jeszcze w świecie ogarniętym wojną, jednak to nie Marsjan obwiniał za najgorsze, co spotkało go w życiu. Listę winowajców miał zapisaną w pamięci. Znajdywali się na niej wyłącznie ludzie. Obecnie trzech z nich.
Zawsze wahał się, gdy przychodziło mu korzystać z pociągu. Teoretycznie linie kolejowe ustabilizowały już swoje pozycje, mówiło się nawet o ich rozwoju, ale Kutrzeba wciąż pamiętał czasy, gdy każdego pociągu musiały strzec oddziały kapłanów i szamanów. Czasem nawet oni nie potrafili pomóc. Choć moce poddały się wreszcie wobec sojuszu ludzi i Marsjan i wojna dobiegła końca, wciąż istniało na świecie wystarczająco wiele potworów, by nikt nie mógł czuć się bezpiecznym.
Linia Kraków – Lwów przetrwała i początek ludzkiej wojny, i inwazję, i nawet Kres. Pociągi padały na niej ofiarami napadów, jak wszędzie, jednak niegdysiejsze Oesterreichische Staatsbahn im Gebiet Galiziens, które w trakcie Kresu zmieniły się po prostu w Koleje Galicyjskie i stały samodzielną, niezależną od konających państw instytucją, zawarły osobny pokój tak z Marsjanami, jak i z mocami. Stało się to na długo przed tym, jak podobny sukces udało się osiągnąć cesarstwu. W 1947 roku, kiedy Republika Narodów, aspirująca do przejęcia spadku po upadłych monarchiach, dopiero zaczynała podejmować negocjacje z Marsjanami, Kolej Galicyjska – wzorem innych niezależnych instytucji – przewoziła już marsjańskich dygnitarzy, zatrudniała marsjańskich obrońców, a nawet zaopatrywała pociągi w pierwszych patronów.
Wszystko to nie zapobiegło katastrofie.
Resztki blisko czterystu ciał wymieszały się wtedy z drewnianymi fragmentami wagonów i strzępami wyrwanej z lokomotywy stali. Jedna z szyn, złamana i wygięta, unosiła się ku niebu, spływając krwią owiniętego wokół niej korpusu pozbawionego głowy. Chyba tylko krzyk patrona dało się słyszeć, bo nikt z garstki ocalałych nie potrafił powiedzieć choćby słowa. Kutrzeba nie słyszał skarg i nawoływań rannych. Wygrzebał się z przełamanego wpół wagonu, odczołgał od torów i długo, długo po prostu leżał, wpatrując się w niebo.
Nie od razu dotarło do niego, co się stało. W uszach wciąż słyszał przeciągnięty do niemożliwości grzmot, po którym nastąpił huk i trzask miażdżonego drewna. Krzyki ginących pasażerów docierały do niego z trudem, dopowiadał je sobie, widząc wykrzywione w przerażonych grymasach twarze. Nie pamiętał, kim był i skąd się wziął na trawie nieopodal resztek pociągu.
Gdy wiele dni później oprzytomniał, wszystko się zmieniło.
Od katastrofy niechętnie korzystał z pociągów czy jakichkolwiek innych pojazdów mechanicznych. A i one chyba niezbyt go lubiły. Jeśli był zmuszony podróżować koleją, wybierał zawsze najgorszy wagon, wiedząc, że wyższe klasy promieniują odpowiednio wyższymi aspiracjami i puchną od dumy swoich pasażerów, przekonanych o własnej nietykalności i nadzwyczajnej roli do spełnienia. Nauczył się już, że uczucia i emocje zyskały na znaczeniu w świecie Kresu i nie zamierzał kusić licha, siedząc w buzujących od energii nieskrępowanego samozadowolenia wagonach. Ściśnięty między szepczącymi ochronne litanie biedakami, lękającymi się stalowych potworów, był bezpieczniejszy. A i tak drażniły go swędzące tatuaże i kłuły amulety pobudzone technologią.
Niewiele lepiej było w samochodzie Nowakowskiego, dlatego niecierpliwie wypatrywał domu potencjalnego klienta.
Jak na złość Nowakowski zamieszkał na Podgórzu, oddzielonym od Krakowa rzeką i stosunkowo odległym od Dworca Głównego. Choć dzielnica ta posiadała własną, raczej ubogą stacyjkę kolejową, docierało do niej niewiele pociągów. Dom Nowakowskiego mieścił się w forcie odziedziczonym po cesarstwie, wzniesionym na jednym z najwyższych wzgórz Podgórza. Marsjanin wybrał to miejsce, jak przez interkom wyjaśnił Kutrzebie Czus, ze względu na bogate złoża pozostałej po pogańskich czasach energii, którą Marsjanie potrafili czerpać z obłaskawionych cieni bądź bezpośrednio z wiary, której pokłady odkładały się tu od tysiącleci. Nowakowski transformował ją przy pomocy stareńkiego kościółka wzniesionego jeszcze w trzynastym wieku jako pieczęć, której celem było powstrzymanie pogańskich rytuałów i zatrzymanie złego pod ziemią.
Marsjanin przelewał wysysaną z cieni energię i przesyłał ją przez nabrzmiały od wiary kościółek, wzmacniając potęgę fortu. Energię bijącą od rotundy z czerwonej cegły czuć było już u stóp wzgórza. Gdy samochód zatrzymał się wreszcie przed bramą fortu, Kutrzeba odczuwał moc skupioną w budowli niemal jak fizyczny ból. Skulił się, wysiadając, obrócił na palcu pierścień różańca, potarł kciukami tatuaże na wewnętrznych stronach dłoni. Pomogło.
Służący Marsjanina wybiegli po rzeczy gościa. Nie pozwolił im dotknąć toreb zawierających broń i mimo protestów Czusa nie rozstał się z nimi, gdy ruszył na spotkanie z Marsjaninem. Doskonale rozumiał zakaz stawania przed gospodarzem z bronią i celowo go zignorował
– Zawsze mogę odwrócić się i wyjść – warknął, udając, że nie zależy mu na pracy dla Nowakowskiego. – Nie prosiłem się tu.
– W takim razie będzie pan łaskaw zaczekać – odrzekł wyraźnie urażony Czus i wystudiowanie powolnym krokiem ruszył poradzić się przełożonego.
Kutrzeba, ignorując potępiające spojrzenia służby, usiadł na podłodze, oparł się o ścianę i przymknął oczy. Interesowało go, na ile zdesperowany był Nowakowski i na ile skuteczne okazały się kontakty Kutrzeby, od pewnego czasu zapewniające Marsjanina, że właśnie on okaże się najwartościowszym członkiem planowanej wyprawy. Wykorzystał, kogo mógł, by się tu dostać i postawił na tę grę niemal wszystko, co miał.
Niepokoiła go ilość zmiennych niezbędna do powodzenia jego planu. Ile już razy próbował szukać innych rozwiązań! Spędzał całe noce, rozmawiając z Wężem, modyfikując plany, szukając sposobów na pozyskanie nowych sojuszników. Wąż śmiał się z niego, kpił, ale widać było, że i jego pociągała intryga. Kutrzeba nie mówił mu wszystkiego i nawet jego starał się wykorzystać. Zakładał, że bóstwo zdradzi go w końcu i próbował uwzględnić i to. Mimo to zdawał sobie sprawę, że plan miał zbyt wiele słabych punktów, że wszystko mogło zawalić się w dowolnym momencie. Na przykład teraz, jeśli Marsjanin wzgardzi jego umiejętnościami.
– Pan Nowakowski przyjmie pana – uraza w głosie Czusa tylko się pogłębiła. – Może zdejmie pan choć kapelusz?
– Może zdejmę – burknął Kutrzeba i wstał. Postanowił grać kogoś niechętnie przyjmującego ofertę Marsjanina. Czy nie przeszarżował? Na ile mógł eksperymentować z cierpliwością klienta i swoim szczęściem?
Parsknął mimowolnie.
Szczęściem – też coś.
Jestem z tobą – przypomniała o sobie zmora. Szczęście się nie liczy. Tylko ty i ja mamy znaczenie. Czy kiedyś cię zawiodłam?



Dodano: 2014-03-31 13:46:11
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS