NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

de Castell, Sebastien - "Krew Świętego"

Ukazały się

Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"


 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 antologia - "Jednookie walety"

Linki

Kate, Lauren - "Łza"
Wydawnictwo: Galeria Książki
Cykl: Kate, Lauren - "Teardrop Trilogy"
Tytuł oryginału: Teardrop
Data wydania: Listopad 2013
ISBN: 978-83-64297-10-6
Oprawa: miękka
Liczba stron: 480
Cena: 32,90 zł
Rok wydania oryginału: 2013
Tom cyklu: 1



Kate, Lauren - "Łza"

1. EUREKA

W ciszy niewielkiej beżowej poczekalni Eureka słyszała dzwonienie w uszkodzonym uchu. Pomasowała je, co miała w zwyczaju od wypadku, który częściowo pozbawił ją słuchu. Nic to nie dało. Gałka w drzwiach po drugiej stronie pomieszczenia się przekręciła. Następnie w blasku lampy pojawiła się kobieta w cienkiej białej bluzce i oliwkowej spódnicy, z zaczesanymi do góry bardzo cienkimi jasnymi włosami.
– Eureka?
Jej cichy głos nakładał się na bulgotanie akwarium, w którym znajdował się nurek z jaskrawego plastiku zanurzony po kolana w piasku, lecz nie było widać żadnych śladów ryb.
Eureka rozejrzała się po pustej poczekalni, pragnąc przywołać inną, niewidzialną Eurekę, która zajęłaby jej miejsce podczas tej godziny.
– Jestem doktor Landry. Wejdź, proszę.
Od czasu kiedy tato przed czterema laty powtórnie się ożenił, Eureka przetrwała całe armie terapeutów. Życie zarządzane przez trójkę dorosłych, którzy nie mogli się dogadać w żadnej kwestii, okazało się o wiele trudniejsze niż z dwójką. Tato zwątpił w pierwszego terapeutę, staromodnego wyznawcę Freuda, z kolei mama nie cierpiała drugiego, psychiatry o opadających powiekach, który wydzielał otępienie w pigułkach. Później na scenie pojawiła się Rhoda, druga żona taty, gotowa skorzystać z pomocy szkolnego psychologa, akupunkturzysty i specjalisty od kontrolowania agresji. Sama Eureka zaś kategorycznie sprzeciwiła się wizytom u protekcjonalnego terapeuty rodzinnego, w którego gabinecie tato przestawał być dla niej rodziną. Właściwie całkiem podobał jej się ostatni psychiatra, który namawiał ich na szkołę z internatem w dalekiej Szwajcarii – aż wszystko dotarło do jej matki, która zagroziła, że pozwie tatę.
Eureka zauważyła, że nowa terapeutka nosi mokasyny z szarobrązowej skóry. Siedziała na kanapach naprzeciwko wielu par takich butów. Terapeutki stosowały następującą sztuczkę: na początku sesji zsuwały buty, a nakładały je ponownie, by zasugerować koniec. Wszystkie musiały przeczytać ten sam nudny artykuł, według którego „metoda obuwnicza” jest łagodniejsza dla pacjenta niż otwarte oznajmienie, że czas minął.
Gabinet był celowo uspokajający: długa kanapa pokryta kasztanową skórą pod zasłoniętym oknem, dwa tapicerowane fotele naprzeciwko stolika z misą kawowych cukierków w złotych papierkach, dywan wyszywany w kolorowe odciski stóp. Włączony do kontaktu odświeżacz powietrza sprawiał, że pachniało cynamonem. Eurece to nie przeszkadzało. Landry siedziała na jednym z foteli. Dziewczyna z głośnym hukiem rzuciła torbę na podłogę – podręczniki w ostatniej klasie były wielkimi cegłami – i opadła na kanapę.
– Ładnie tu – powiedziała. – Powinna pani kupić jedno z tych wahadełek ze srebrnymi kulami. Mój ostatni lekarz takie miał. Może dystrybutor ciepłej i zimnej wody.
– Jeśli chciałabyś napić się wody, przy zlewie stoi dzbanek. Z przyjemnością…
– Nieważne.
Eureka już pozwoliła sobie wypowiedzieć więcej słów, niż zamierzała przez całą godzinę. Denerwowała się. Odetchnęła i ponownie wzniosła mury. Przypomniała sobie, że jest stoikiem.
Landry wysunęła jedną stopę z szarobrązowego mokasyna i za jej pomocą zdjęła drugi, ukazując paznokcie pomalowane czerwonobrązowym lakierem. Wsunęła obie stopy pod fotel i oparła brodę na dłoni.
– Co cię tu dziś sprowadza?
Kiedy Eureka nie mogła się wyrwać z trudnej sytuacji, jej umysł wypełniały najdziwniejsze obrazy, których nie próbowała się pozbyć. Wyobraziła sobie kawalkadę motocyklistów, która eskortowała ją na terapię, jadąc serpentynami przez centrum miasteczka New Iberia.
Ale Landry wydawała się praktyczna i zainteresowana rzeczywistością, od której Eureka pragnęła uciec. Dziew-czynę sprowadził tu jej czerwony jeep. Sprowadziło ją trzydzieści kilometrów drogi między tym gabinetem a jej szkołą – i każda sekunda przechodziła w minutę, w trakcie której nie była z powrotem w szkole, rozgrzewając się przed popołudniowym biegiem przełajowym. Sprowadził ją pech.
A może list ze szpitala Acadia Vermilion, według którego ze względu na niedawną próbę samobójstwa terapia stała się obowiązkowa?
Samobójstwo. Słowo wydawało się bardziej gwał-towne niż jej próba. Wieczorem przed rozpoczęciem ostatniego roku szkoły Eureka po prostu otworzyła okno, a cienkie białe firanki wydęły się w jej stronę, kiedy leżała na łóżku. Próbowała pomyśleć o choć jednej radosnej rzeczy w przyszłości, lecz jej umysł wciąż cofał się do utraconych momentów szczęścia, które nie mogły powrócić. Nie mogła żyć w przeszłości, więc uznała, że nie może żyć w ogóle. Włączyła iPoda. Połknęła resztę tabletek oksykodonu, które tato dostał po operacji kręgosłupa i trzymał w apteczce.
Osiem, może dziewięć tabletek, nie liczyła ich, kiedy je łykała. Myślała o matce. Myślała o Maryi, matce Boga, która zgodnie z tym, czego nauczono ją w dzieciństwie, modliła się za każdego w godzinie jego śmierci. Eureka znała nauki Kościoła katolickiego na temat samobójstwa, ale wierzyła w Maryję, której miłosierdzie było ogromne i która mogła zrozumieć, że dziewczyna utraciła zbyt wiele i mogła już tylko się poddać.
Obudziła się na zimnym oddziale ratunkowym, przywiązana do noszy, krztusząca się rurą do płukania żołądka. Słyszała, jak tato i Rhoda kłócą się w korytarzu, a pielęgniarka zmusiła ją do wypicia paskudnego płynnego węgla, który miał zneutralizować te trucizny, których nie udało się usunąć z jej organizmu.
Ponieważ Eureka nie znała języka, dzięki któremu mo-głaby wyjść wcześniej – „Chcę żyć”, „Już nigdy więcej tego nie zrobię” – spędziła dwa tygodnie na oddziale psychiatrycznym. Wiedziała, że nigdy nie zapomni absurdu skakania na skakance obok potężnej schizofreniczki podczas zajęć rytmiki albo jedzenia owsianki z chłopakiem z koledżu, który zbyt płytko przeciął nadgarstki i pluł w twarz pielęgniarzom, kiedy próbowali podać mu tabletki. Jakimś sposobem szesnaście dni później Eureka wlokła się na poranną mszę przed pierwszymi zajęciami w katolickiej szkole średniej Evangeline, kiedy Belle Pogue, uczennica drugiej klasy z Opelousas, zatrzymała ją w wejściu do kaplicy.
– Musisz czuć się pobłogosławiona, że żyjesz – powie-działa.
Eureka wpatrzyła się z taką złością w blade oczy Belle, że dziewczyna jęknęła, przeżegnała się i pośpiesznie ukryła w najdalszej ławce. W ciągu sześciu tygodni od powrotu do Evangeline Eureka przestała już liczyć, ilu przyjaciół straciła.
Doktor Landry odchrząknęła.
Eureka wbiła wzrok w podwieszany sufit.
– Wie pani, dlaczego tu jestem.
– Chciałabym, żebyś ubrała to w słowa.
– Żona mojego ojca.
– Masz problemy z macochą?
– Rhoda umówiła mnie na spotkanie. Dlatego tu jestem.
Terapia Eureki stała się jedną z misji żony taty. Najpierw chodziło o poradzenie sobie z rozwodem, później o żałobę po śmierci matki, teraz o rozpracowanie próby samobójczej. Kiedy zabrakło Diany, nikt nie interweniował w imieniu Eureki, nie dzwonił i nie pozbywał się szarlatana. Eureka wyobraziła sobie, że będzie miała sesje z doktor Landry nawet w wieku osiemdziesięciu pięciu lat i wcale nie będzie mniej porąbana niż obecnie.
– Wiem, że rozdzielenie z matką było dla ciebie trudne – powiedziała Landry. – Jak się czujesz?
Eureka skupiła się na słowie „rozdzielenie” – jakby ona i Diana zostały oderwane od siebie przez tłum, lecz wkrótce znów się połączą, wezmą za ręce i pomaszerują w stronę najbliższej portowej restauracji na smażone małże, i będą się zachowywać, jakby nigdy się nie rozdzieliły.
Tego ranka, przy śniadaniu, Rhoda przysłała Eurece SMS: „Doktor Landry, 15.00”. W wiadomości był link, by Eureka mogła dodać spotkanie do kalendarza w swoim telefonie. Kiedy kliknęła na adres gabinetu, symbol na mapie wskazał lokalizację przy głównej ulicy New Iberia.
– New Iberia? – Jej głos się załamał.
Rhoda przełknęła łyk paskudnego z wyglądu zielonego soku.
– Pomyślałam, że to ci się spodoba.
Eureka urodziła się i dorastała w miasteczku New Iberia. To miejsce wciąż nazywała swoim domem, tam przeżyła z rodzicami niczym niezakłóconą część swojego życia, aż się rozstali i mama się wyprowadziła, a pewny krok taty zaczął przypominać powłóczenie nogami, jak u tych krabów z restauracji Victor’s, gdzie kiedyś był szefem kuchni.
To było mniej więcej w czasie huraganu Katrina, za którym zaraz przyszła Rita. Stary dom Eureki wciąż istniał – podobno zamieszkała w nim inna rodzina – ale po huraganach tato nie chciał poświęcać czasu i emocji na naprawy. I dlatego wyprowadzili się do Lafayette, dwadzieścia kilometrów i trzydzieści lat świetlnych od domu. Tato dostał pracę jako asystent szefa kuchni w restauracji Prejean’s, która była większa i o wiele mniej romantyczna niż Victor’s. Eureka poszła do innej szkoły, co było niefajne. Nim zdążyła się zorientować, że tato przebolał rozstanie z mamą, oboje wprowadzili się do domu przy Shady Circle. Należał do apodyktycznej kobiety imieniem Rhoda. Była w ciąży. Nowy pokój Eureki znajdował się obok przyszłego pokoju dziecinnego.
I nie, Rhodo, Eurece nie podobało się, że ta nowa tera-peutka mieszkała aż w New Iberia. Jak mogła pojechać tak daleko na wizytę, a później zdążyć na wyścig?
Bieg był bardzo ważny, nie tylko dlatego że Evangeline ścigała się ze swoją rywalką, szkołą Manor High. Tego dnia Eureka obiecała trenerce, że zadecyduje, czy zostanie w drużynie.
Przed śmiercią Diany Eureka została kapitanem drużyny. Po wypadku, kiedy była wystarczająco silna fizycznie, przyjaciele namawiali ją, żeby wzięła udział w kilku letnich biegach treningowych. Ale ten jeden, w którym uczestniczyła, sprawił, że miała ochotę krzyczeć. Uczniowie młodszych klas podawali jej kubki wody pełne litości. Trenerka uznała, że przyczyną słabego wyniku Eureki był gips na nadgarstkach. Ale to było kłamstwo. Nie miała serca do wyścigów. Nie było z drużyną. Jej serce znalazło się na dnie oceanu z Dianą.
Po tabletkach trenerka przyniosła baloniki, które wyglądały absurdalnie na sterylnym oddziale psychiatrycznym. Eurece nawet nie pozwolili ich zatrzymać, kiedy skończyły się godziny odwiedzin.
– Odchodzę – oznajmiła jej. Była zażenowana, że ktoś widzi ją z nadgarstkami i kostkami przywiązanymi do łóżka. – Proszę powiedzieć Cat, że może sobie wziąć moją szafkę.
Smutny uśmiech trenerki sugerował, że po próbie samobójczej decyzje dziewcząt ważą mniej niż ciała na Księżycu.
– Przeżyłam dwa rozwody i walkę siostry z rakiem – powiedziała trenerka. – Nie mówię tego tylko dlatego, że jesteś najszybszą dziewczyną w mojej drużynie. Mówię to, bo być może bieganie jest terapią, której potrzebujesz. Kiedy poczujesz się lepiej, przyjdź do mnie. Porozmawiamy o tej szafce.
Eureka nie wiedziała, dlaczego się zgodziła. Może nie chciała zawieść kolejnej osoby. Obiecała, że spróbuje odzyskać kondycję do czasu wyścigu przeciwko Manor, spróbuje raz jeszcze. Kiedyś kochała biegać. Kochała drużynę. Ale to wszystko było wcześniej.
– Eureko – odezwała się doktor Landry. – Czy możesz opowiedzieć mi coś o wypadku?
Eureka wpatrywała się w ciemne płótno sufitu, jakby mogło jej coś podpowiedzieć. Z wypadku pamiętała tak niewiele, że nie widziała sensu w otwieraniu ust. Na przeciwległej ścianie gabinetu wisiało lustro. Dziewczyna wstała i stanęła przed nim.
– Co widzisz? – spytała Landry.
Ślady dziewczyny, którą była wcześniej: te same nieduże, odstające uszy, za które zakładała włosy, te same ciemnoniebieskie oczy jak u taty, te same brwi, które rosły krzaczaste, jeśli codziennie rano ich nie regulowała – to wciąż było na miejscu. A jednak tuż przed wizytą na parkingu minęły ją dwie kobiety w wieku Diany i jedna szepnęła do drugiej:
– Własna matka by jej nie poznała.
To było stwierdzenie, jakich wiele mówiono na temat Eureki w New Iberia: „Mogłaby zwyciężyć w dyskusji z murem chińskim”, „Fałszuje tak, że uszy odpadają”, „Biegnie szybciej niż nadepnięta mrówka podczas olimpiady”. Z takimi wyrażeniami był jeden problem: zbyt łatwo opuszczały usta. Te kobiety nie mówiły o prawdziwej Dianie, która rozpoznałaby swoją córkę zawsze i wszędzie, niezależnie od okoliczności.
Trzynaście lat w katolickiej szkole nauczyło Eurekę, że Diana patrzyła na nią teraz z nieba i rozpoznawała ją. Nie przeszkadzałyby jej podarta koszulka Joshua Tree pod szkolnym sweterkiem, obgryzione paznokcie albo dziura na lewym dużym palcu płóciennych butów w kurzą stopkę. Ale włosy mogłyby ją wkurzyć.
W ciągu czterech miesięcy od wypadku włosy Eureki przeszły od naturalnego ciemnego blondu przez ostry rudy (naturalny odcień włosów jej matki), utlenioną biel (pomysł ciotki Maureen, która prowadziła salon piękności) aż po kruczą czerń (która w końcu zdawała się pasować), a teraz zaczynały odrastać w interesującym rozczochranym ombre. Eureka próbowała się uśmiechnąć do swojego odbicia, ale jej twarz wyglądała dziwnie, jak komediowa maska, którą w poprzednim roku widziała na ścianie podczas zajęć teatralnych.
– Opowiedz mi o swoim ostatnim pozytywnym wspo-mnieniu.
Eureka znów opadła na kanapę. To musiał być ten dzień. To musiała być płyta Jelly Roll Mortona w odtwarzaczu i koszmarne fałszowanie jej matki w harmonii z jej koszmarnym fałszowaniem, kiedy jechały z opuszczonymi szybami przez most, do którego końca miały nie dotrzeć. Pamiętała śmiech z głupiego tekstu, gdy zbliżały się do połowy mostu. Pamiętała, jak szybko minęły pordzewiały biały znak: CZWARTA MILA.
Później – nicość. Ziejąca czarna dziura, aż obudziła się w szpitalu w Miami z pokaleczoną czaszką, pękniętym lewym bębenkiem, który nigdy nie zagoił się do końca, skręconą kostką, dwoma połamanymi nadgarstkami, tysiącem sińców…
I bez matki.
Tato siedział na brzegu jej łóżka. Płakał, kiedy się ock-nęła, przez co jego oczy zrobiły się jeszcze bardziej niebieskie. Rhoda podawała mu chusteczki. Przyrodnie rodzeństwo Eureki, czteroletnie bliźnięta William i Claire, zaciskało małe, miękkie paluszki wokół tych części jej rąk, które nie były w gipsie. Wyczuła zapach bliźniąt, jeszcze zanim otworzyła oczy, zanim wiedziała, że ktokolwiek tam jest i że w ogóle żyje. Pachniały tak jak zawsze mydłem Ivory i gwieździstymi nocami.
Głos Rhody był spokojny, kiedy pochyliła się nad łóż-kiem i przesunęła czerwone okulary na czubek głowy.
– Miałaś wypadek. Wyzdrowiejesz.
Powiedzieli jej o nagłej fali, która wzniosła się jak mit z dna oceanu i zrzuciła chryslera jej matki z mostu. Mówili o naukowcach szukających w wodzie meteorytu, który mógł wywołać taką falę. Wspomnieli o robotnikach budowlanych i spytali, jakim sposobem i dlaczego tylko im pozwolono przejechać przez most. Rhoda zasugerowała pozwanie władz hrabstwa, ale tato zrobił gest oznaczający: „Daj spokój”. Spytali Eurekę o cudowne ocalenie. Czekali, aż wypełni luki i opowie, jak sama znalazła się na brzegu.
Kiedy nie mogła tego zrobić, opowiedzieli jej o matce.
Nie słuchała, nic z tego nie słyszała. Cieszyła się, że dzwonienie w uchu zagłuszało większość dźwięków. Czasami pasowało jej, że przez wypadek częściowo straciła słuch. Patrzyła na delikatną buzię Williama, a później Claire, sądząc, że to coś pomoże. Ale wydawało się, że się jej boją, co bolało bardziej niż połamane kości. Dlatego popatrzyła za nich, skierowała nieostre spojrzenie ku kremowej ścianie i tam je utrzymywała przez następnych dziewięć dni. Zawsze mówiła pielęgniarkom, że czuje ból na poziomie siódmym z dziesięciu w ich tabeli, dzięki czemu do-stawała kolejne dawki morfiny.
– Może ci się wydawać, że świat nie jest sprawiedliwy – zasugerowała Landry.
Czyżby Eureka wciąż siedziała w jednym pokoju z tą protekcjonalną kobietą, której płacono, żeby jej nie rozumiała? To było niesprawiedliwe. Wyobraziła sobie, że szarobrązowe buty Landry wzlatują magicznie z dywanu, unoszą się w powietrzu i obracają jak minutowa i godzinowa wskazówka na tarczy zegara, aż czas minie i Eureka będzie mogła pośpiesznie ruszyć z powrotem na bieg.
– Krzyk o pomoc taki jak twój często wynika z poczucia niezrozumienia.
„Krzyk o pomoc” to psychiatryczny eufemizm oznaczający „próbę samobójczą”. To nie był krzyk o pomoc. Przed śmiercią Diany Eureka sądziła, że świat jest niesamowicie ekscytującym miejscem. Jej matka była chodzącą przygodą. Podczas zwyczajnego spaceru zauważała rzeczy, które większość ludzi minęłaby tysiąc razy. Śmiała się głośniej i częściej niż którakolwiek ze znanych jej osób i czasem dziewczyna czuła się z tego powodu zażenowana; teraz jednak odkryła, że śmiechu matki brakuje jej bardziej niż czegokolwiek innego.
Razem pojechały do Egiptu, Turcji i Indii oraz opłynęły wyspy Galapagos – wszystko to w ramach badań archeologicznych matki. Pewnego razu kiedy Eureka odwiedziła matkę na wykopaliskach w północnej Grecji, spóźniły się na ostatni autobus z Trikali i myślały, że utknęły na noc – aż czternastoletnia Eureka zatrzymała ciężarówkę z oliwą i autostopem dotarły z powrotem do Aten. Pamiętała, jak matka obejmowała ją ramieniem, kiedy siedziały na pace ciężarówki między ostro pachnącymi, przeciekającymi beczkami z oliwą, i szeptała cicho: „Znalazłabyś drogę ucieczki z lisiej nory na Syberii, dziewczyno. Jesteś cholernie dobrą towarzyszką podróży”. To był ulubiony komplement Eureki. Myślała o nim często, kiedy znajdowała się w sytuacji, z której chciała się wydostać.
– Próbuję nawiązać z tobą kontakt, Eureko – powie-działa doktor Landry. – Twoi najbliżsi usiłują nawiązać z tobą kontakt. Poprosiłam twoją macochę i ojca, by zanotowali kilka słów opisujących zmiany, jakie w tobie zaszły. – Sięgnęła po notatnik w marmurkowych okładkach, który leżał na stoliku obok jej fotela. – Chciałabyś je usłyszeć?
– Jasne. – Eureka wzruszyła ramionami. – Proszę spró-bować.
– Twoja macocha…
– Rhoda.
– Rhoda nazwała cię „chłodną”. Powiedziała, że reszta rodziny „obchodzi się z tobą jak z jajkiem”, że „izolujesz się” i jesteś „niecierpliwa” wobec przyrodniego rodzeństwa.
Eureka wzdrygnęła się.
– Nie jestem…
Izoluje się – a czy to ważne? Ale niecierpliwa wobec bliźniąt? Czy to prawda? A może kolejna sztuczka Rhody?
– A co z tatą? Niech zgadnę… „nieobecna”, „ponura”?
Landry przewróciła kartkę w notatniku.
– Ojciec opisuje cię jako, tak, „nieobecną”, „stoicką”, „twardy orzech do zgryzienia”.
– Bycie stoikiem nie jest niczym złym.
Od kiedy Eureka poznała idee greckiego stoicyzmu, starała się panować nad emocjami. Podobała jej się wizja wolności, jaką zyskiwała, przejmując kontrolę nad uczu-ciami, powstrzymując je tak, że tylko ona je widziała, jak karty w grze. We wszechświecie, w którym nie istniały takie Rhody i Landry, określenie przez tatę „stoicką” mogłoby być komplementem. On też był stoikiem.
Ale ten „twardy orzech” ją niepokoił.
– Jaki orzech samobójca chciałby zostać zgryzio-ny? – mruknęła.
Landry opuściła notatnik.
– Nadal masz myśli samobójcze?
– Odnosiłam się do orzechów – powiedziała z irytacją Eureka. – Stawiałam się w opozycji do orzecha, który… Nieważne.
Ale było już za późno. Pozwoliła, żeby wymknęło jej się słowo na „s”, co było odpowiednikiem powiedzenia „bomba” w samolocie. Landry już widziała migoczące ostrzegawcze światełka.
Oczywiście Eureka nadal myślała o samobójstwie. I tak, rozważała inne sposoby, wiedząc przy tym, że z pewnością nie spróbuje utopienia – nie po tym, co stało się z Dianą. Raz widziała program o tym, jak płuca wypełniają się krwią, zanim topielec umrze. Czasami rozmawiała o samobójstwie z przyjacielem Brooksem, któremu jako jedynemu mogła zaufać, że nie będzie jej oceniał i nie doniesie tacie albo i gorzej. Kilka razy cierpliwie jej wysłuchał, jak w telefonie zaufania. Zmusił ją, żeby mu obiecała, że do niego zadzwoni, kiedy tylko znów o tym pomyśli, więc dużo rozmawiali.
Ale wciąż tu była, prawda? Pragnienie, by opuścić ten świat, nie było tak obezwładniające jak wtedy, kiedy Eureka połknęła te pigułki. Letarg i apatia zastąpiły pragnienie śmierci.
– Czy tato wspomniał, że zawsze taka byłam? – spytała.
Landry odłożyła notatnik na stolik.
– Zawsze?
Eureka odwróciła wzrok. Może nie zawsze. Oczywiście, że nie zawsze. Przez chwilę wszystko wyglądało pięknie. Ale kiedy miała dziesięć lat, jej rodzice się rozstali. Po czymś takim trudno znaleźć radość.
– Może mogłaby pani wypisać mi receptę na xanax? – Eureka znów słyszała dzwonienie w lewym uchu. – Inaczej to wydaje mi się stratą czasu.
– Nie potrzebujesz leków. Musisz się otworzyć, nie ukrywać tej tragedii. Twoja macocha twierdzi, że nie chcesz rozmawiać z nią ani z ojcem. Nie okazałaś żadnego zainteresowania rozmową ze mną. A co z twoimi przyjaciółmi w szkole?
– Cat – odpowiedziała odruchowo Eureka. – I Brooks.
Z nimi rozmawiała. Gdyby któreś z nich siedziało teraz na miejscu Landry, Eureka być może nawet by się śmiała.
– Dobrze. – „W końcu”, chciała powiedzieć doktor Landry. – Jak oni by cię opisali od czasu wypadku?
– Cat jest kapitanem szkolnej drużyny biegów przełajowych – odpowiedziała, myśląc o mieszanych uczuciach na twarzy przyjaciółki, kiedy Eureka oznajmiła, że odchodzi i zwalnia stanowisko kapitana. – Powiedziałaby, że stałam się powolna.
Cat była teraz na boisku razem z resztą drużyny. Świetnie prowadziła ćwiczenia, ale motywowanie było jej słabym punktem – a drużyna potrzebowała motywacji, żeby stawić czoła Manor. Eureka spojrzała na zegarek. Gdyby wybiegła stąd zaraz po zakończeniu spotkania, mogłaby zdążyć do szkoły. Tego chciała, prawda?
Kiedy podniosła wzrok, Landry zmarszczyła czoło.
– To dość ostre słowa do dziewczyny, która właśnie opłakuje śmierć matki, nie sądzisz?
Eureka wzruszyła ramionami. Gdyby Landry miała po-czucie humoru, gdyby znała Cat, zrozumiałaby. Jej przyjaciółka zwykle żartowała. I w porządku. Znały się od wieków.
– A co z… Brooke?
– Brooksem – poprawiła Eureka.
Jego też znała od wieków. Umiał jej wysłuchać lepiej niż ci wszyscy psychiatrzy, na których tato i Rhoda marnowali pieniądze.
– To chłopak? – Notatnik wrócił, Landry coś zanotowała. – I jesteście tylko przyjaciółmi?
– A jakie to ma znaczenie? – warknęła Eureka.
Zdarzyło się raz kiedyś, że ona i Brooks ze sobą chodzili – w piątej klasie. Ale byli dzieciakami. A ona była wstrząśnięta rozstaniem rodziców i…
– Rozwód często wywołuje w dzieciach zachowania, które utrudniają im nawiązanie własnych związków.
– Mieliśmy dziesięć lat. Nie wyszło nam, bo ja chciałam iść popływać, a on wolał jeździć na rowerze. Jak w ogóle zaczęłyśmy o tym rozmawiać?
– Sama mi to powiedz. Może porozmawiaj z Brooksem o swojej stracie. Wydaje się kimś, na kim mogłoby ci zależeć, gdybyś udzieliła sobie pozwolenia na uczucia.
Eureka przewróciła oczami.
– Proszę założyć buty, pani doktor. – Chwyciła torbę i wstała z kanapy. – Muszę lecieć.
Uciec z tej sesji. Popędzić do szkoły. Biec przez lasy, aż zmęczy się tak, że nic nie będzie jej boleć. Może nawet pobiec z powrotem do drużyny, którą kochała. Trenerka miała rację w jednej kwestii: kiedy Eureka była w dołku, bieganie pomagało.
– Do zobaczenia w przyszły wtorek?! – zawołała Lan-dry. Ale mówiła już do zamykających się drzwi.



Dodano: 2013-11-28 13:20:17
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Hikikomori - 22:12 28-11-2013
Koniecznie muszę przeczytać, zapowiada się bardzo obiecująco!

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS