NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Moore, Stuart - "Marvel: Wojna domowa"

Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

Ukazały się

Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"


 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Larson, B.V. - "Flota Alfa"

 Przybyłek, Marcin Sergiusz - "Symfonia życia"

 Gwynne, John - "Zgliszcza"

 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Alexander, Lloyd - "Księga Trzech"
Wydawnictwo: Wydawnictwo FILIA
Cykl: Alexander, Lloyd - "Kroniki Prydainu"
Tytuł oryginału: The Book of Three
Data wydania: Październik 2013
ISBN: 978-83-6362-233-6
Oprawa: miękka
Liczba stron: 280
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 1964
Tom cyklu: 1



Alexander, Lloyd - "Księga Trzech" #2

Rozdział drugi

Maska Króla

Hen Wen zniknęła Taranowi z oczu. przed sobą słyszał tylko trzask tratowanych gałęzi. Był pewien, że to świnia przedziera się przez krzaki i biegł prosto przed siebie prowadzony tym dźwiękiem. Po jakimś czasie teren zaczął się nagle podnosić, aż stał się tak stromy, że trzeba było gramolić się na czworaka po gęsto zalesionym zboczu. Na grzbiecie wzgórza las nagle się urwał, ustępując miejsca rozległej łące. Wśród falujących traw Taran dostrzegł grzbiet pędzącej Hen Wen. Dobiegła do przeciwległego skraju łąki i zniknęła za kępą drzew. Taran rzucił się w pościg. Był dalej, niż kiedykolwiek wcześniej odważył się zapuścić, a mimo to wciąż brnął naprzód przez gęste poszycie.
Niebawem dotarł do dość szerokiej ścieżki, co pozwoliło mu przyspieszyć kroku. Hen Wen albo gdzieś stanęła, albo bardzo się już oddaliła, bo jedynym dźwiękiem, jaki słyszał, był tupot jego własnych stóp. Przez pewien czas trzymał się ścieżki. Liczył na to, że w drodze powrotnej zaprowadzi go do domu, choć właściwie tyle razy już skręcała i rozwidlała się, że zupełnie stracił orientację. Tam na łące był zgrzany i czerwony z wysiłku, teraz trząsł się z zimna w ponurej ciszy dębów i wiązów. Las nie był tu bardzo gęsty, ale grube pnie drzew spowijał cień i słońce przedzierało się przez korony tylko w postrzępionych smugach. W powietrzu unosił się wilgotny zapach zieleni. Ani jeden ptak nie zaćwierkał, nie zaszeleściła wiewiórka – zdawało się, że las wstrzymał oddech. A jednak gdzieś tam za tą ciszą krył się dziwny jęczący niepokój, wyczuwało się jakieś nieznane drżenie w liściach. Gałęzie splatały się i zgrzytały jedna o drugą jak połamane zęby. Ścieżka zafalowała pod stopami Tarana i chłopiec poczuł przejmujący chłód. Otulił się ramionami i ruszył szybciej, żeby się rozgrzać. zdał sobie sprawę, że biegnie bez celu. Nie potrafił wydobyć z pamięci wszystkich zakrętów i rozwidleń. Nagle stanął. Gdzieś przed nim zadudniły końskie kopyta. Zbliżały się coraz bardziej, a kiedy były tuż, tuż, las zadygotał. W następnej chwili spomiędzy drzew wypadł czarny wierzchowiec. Taran zatoczył się jak rażony gromem i upadł z wrażenia.
Na grzbiecie spienionego rumaka siedziała przerażająca postać. Na nagich ramionach jeźdźca powiewała szkarłatna opończa. Szkarłatem splamione były też jego potężne ręce. struchlały Taran ujrzał nie ludzką głowę, ale łeb jelenia z rosochatym porożem. Rogaty Król! – przemknęło mu przez głowę. Ze wszystkich sił przylgnął do pnia dębu, żeby uniknąć spotkania z rozpędzonymi kopytami i lśniącym od potu końskim bokiem. wierzchowiec i jeździec przemknęli tuż obok. Maska rycerza wykonana była z ludzkiej czaszki, nad którą wyrastała para powyginanych rogów. Z pustych oczodołów ziejących z pobielałej kości lśniły straszliwym blaskiem oczy Rogatego Króla.
Nieprzebrana świta galopujących jeźdźców ciągnęła za zamaskowanym wodzem. Rogaty Król wydał z siebie przeciągłe zwierzęce wycie, a jego orszak podjął ten krzyk w szaleńczym galopie. Jeden z jadących – szpetny wojak z twarzą wykrzywioną okrutnym uśmiechem – zauważył Tarana. zawrócił konia, dobył miecza i uniósł go do ciosu. Taran wyskoczył spod drzewa i dał nura w gęstwinę. W tym samym momencie straszliwe ostrze przecięło z sykiem powietrze i chłopiec poczuł, jakby coś użądliło go w plecy. Biegł na oślep smagany po twarzy cienkimi gałązkami drzew, potykając się raz po raz o niewidoczne ka
mienie i raniąc sobie kolana. W miejscu, gdzie las się przerzedzał, dopadł do wyschniętego koryta strumienia i biegł nim, aż wyczerpany potknął się o głaz i rozpaczliwie wyciągnął ręce w stronę wirującej ziemi.
Kiedy otworzył oczy, słońce chyliło się już ku zachodowi. Leżał na trawie przykryty czyjąś opończą. Jedno ramię mocno bolało. obok klęczał jakiś mężczyzna. W pobliżu skubał trawę siwy koń. Taranowi wciąż kręciło się w głowie. Przyszło mu na myśl, że wpadł w ręce straszliwych jeźdźców, i przerażony gwałtownie uniósł się na łokciach. Mężczyzna wyciągnął w jego stronę bukłak z jakimś płynem.
— Pij! — powiedział. — Zaraz poczujesz się lepiej.
Nieznajomy miał gęste, szpakowate włosy przypominające sierść wilka. Jego głęboko osadzone oczy połyskiwały zielono. szeroka, opalona słońcem i wysmagana wiatrem twarz była pokryta siateczką drobnych zmarszczek. Opończę miał grubą, szorstką, noszącą ślady częstych podróży. solidny skórzany pas spinała misternie kuta klamra.
— No pij! — powtórzył nieznajomy, widząc, że Taran podejrzliwie zerka na podsunięty bukłak. — wyglądasz, jakbyś się bał, że cię otruję.
Gwydion, syn Don, nie obchodzi się w ten sposób z rannymi.
— Gwydion? — Taran aż zakrztusił się płynem z bukłaka.
Skoczył na równe nogi i wrzasnął oburzony:
— Ty nie jesteś Gwydionem! Ja znam Gwydiona! Słyszałem o nim! To wielki wódz! Bohater! On nie... — Jego wzrok ześliznął na długi miecz przypięty do pasa nieznajomego.
Złota gałka była gładka, zaokrąglona i lekko matowa. Rękojeść owijały jesionowe liście misternie wykute z jasnego złota, a pochwę zdobił piękny roślinny wzór. Była to iście książęca broń.
Nie namyślając się długo, Taran opadł na jedno kolano i skłonił z czcią głowę.
— Lordzie Gwydionie — powiedział. — Wybacz mi tę zuchwałość.
Kiedy rycerz pomagał mu wstać, Taran wciąż z niedowierzaniem przyglądał się prostemu odzieniu i zmęczonej, pożłobionej twarzy. I to miał być ten słynny bohater, o którym tyle mówił mu Dallben, a resztę dopowiedziała wyobraźnia? z nagłego pomieszania aż zagryzł wargi. Gwydion dostrzegł chyba ten wyraz zawodu, bo powiedział łagodnie:
— Nie szata czyni księcia, chłopcze. Tak jak i nie miecz czyni wojownika. Powiedz mi lepiej, jak masz na imię i co ci się przydarzyło. Bo nie uwierzę, że zraniłeś się mieczem w plecy, zbierając jagody albo zakładając wnyki na zające.
— Widziałem Rogatego Króla! — zawołał Taran. — On i jego ludzie jechali przez las. Jeden z nich próbował mnie zabić. sam król minął mnie o włos. To było straszne! O wiele gorsze niż w opowieści Dallbena!
Oczy Gwydiona zwęziły się.
— Coś ty za jeden? — spytał ostro. — Kim jesteś, że wspominasz o Dallbenie?
— Jestem Taran z Caer Dallbenu.
Nie zabrzmiało to tak godnie i śmiało, jakby mu się marzyło, a pieczarkowa bladość na twarzy do reszty zepsuła wrażenie.
— z Caer Dallbenu? — Gwydion zamilkł na moment i przyjrzał mu się uważnie. — Co robisz tak daleko od domu? Dallben wie, że jesteś w lesie? Jest z tobą Coll?
Taran rozdziawił usta i wyglądał na tak zaskoczonego, że Gwydion wybuchnął śmiechem.
— Nie ma w tym nic dziwnego — powiedział. — dobrze znam Colla i Dallbena. Wiem, że oni są zbyt mądrzy, żeby pozwolić ci na samotne włóczęgi po lesie. Czyli uciekłeś, tak? Ostrzegam cię! Dallbenowi lepiej się nie sprzeciwiać!
— Nie, nie. Chodziło o Hen Wen — wyjaśnił Taran. — powinienem był wiedzieć, że nie dam rady jej utrzymać. Teraz jej nie ma i to moja wina. Jestem młodszym świniopasem i...
— Nie ma jej? — Twarz Gwydiona stężała. — Jak to? Co się z nią stało? Gdzie teraz jest?
— Nie wiem! — zawołał Taran. — Musi być gdzieś tutaj, w lesie.
Opowiedział ze szczegółami poranne wypadki, a Gwydion słuchał w napięciu.
— Tego nie przewidziałem — mruknął pod nosem, kiedy chłopiec skończył. — Moja misja zda się na nic, jeśli Hen wen się nie odnajdzie.
Nagle popatrzył na Tarana, jakby właśnie podjął jakąś decyzję.
— Tak — powiedział. — Ja też szukam Hen Wen.
— Ty, panie? — zdziwił się Taran. — przebyłeś taki szmat drogi...
— Muszę wiedzieć coś, czego nikt poza nią mi nie powie — wyjaśnił krótko. — Już od miesiąca podróżuję z Caer Dathylu, żeby ją zobaczyć. Od miesiąca śledzą mnie, tropią i zastawiają pułapki. A kiedy wreszcie przyjeżdżam na miejsce – proszę! — zaśmiał się gorzko. — Po prostu ucieka! No cóż. Wygląda na to, że trzeba będzie ją odszukać. Musi mi powiedzieć wszystko, co wie o Rogatym Królu. — zawahał się przez chwilę. — Obawiam się, że on też właśnie jej szuka. Tak. To musi być to! Hen Wen wyczuła jego obecność w pobliżu Caer Dallbenu, przeraziła się i uciekła!
— W takim razie musimy go powstrzymać — stwierdził Taran. — Zaatakujmy go! Zniszczmy! Daj mi, panie, miecz, a stanę u twego boku!
— Powoli, powoli — ostudził go Gwydion. — Nie twierdzę, że moje życie jest warte więcej niż czyjekolwiek inne, ale jednak trochę mi na nim zależy. Sądzisz, że samotny rycerz i jeden młodszy świniopas dadzą radę Rogatemu Królowi i całej jego zgrai?
Taran wyciągnął się jak struna.
— Ja bym się go nie bał! — zawołał buńczucznie.
— Nie? — uśmiechnął się Gwydion. — To znaczy, żeś głupiec. W całym Prydainie nie znajdziesz straszliwszego człowieka. Chcesz usłyszeć, czego się dowiedziałem w czasie mojej podróży? Nie wiem, czy nawet sam Dallben o tym słyszał.
Gwydion przykląkł na trawie.
— Potrafisz tkać? — spytał. — Przeplatasz nić z nicią, aż powstaje wzór.
Mówiąc to, zrywał długie źdźbła trawy i wiązał z nich zmyślną plecionkę.
— Bardzo zręczna robota — rzekł z pochwałą Taran, przyglądając się szybkim palcom Gwydiona. — Mogę zobaczyć?
— Ale jest też groźniejszy rodzaj tkania. — Gwydion schował uplecioną siateczkę za pazuchę. — To, co widziałeś, było jedną z nici pajęczej sieci tkanej w Annuvinie. Arawn nie lubi na długo opuszczać swej siedziby, ale jego ręka sięga wszędzie. Nie brakuje możnych panów, których żądza władzy popycha do czynu skuteczniej niż dźgnięcie ostrzem miecza. Żeby ich do siebie przywiązać, Arawn obiecuje im bogactwo i władzę, grając na ich chciwości jak bard na swej harfie. Niegodziwość Arawna wypala w ich sercach resztki ludzkich uczuć, tak że stają się jego wasalami, służąc mu poza granicami Annuvinu, związani z nim na zawsze.
— i Rogaty Król...? Gwydion kiwnął głową.
— Tak. Wiem ponad wszelką wątpliwość, że przysiągł wierność Arawnowi. Jest jego najpotężniejszym stronnikiem. potęga Annuvinu znów zagraża Prydainowi.
Taran patrzył na niego oniemiały.
— Gdy nadejdzie czas, spotkam się z Rogatym Królem — ciągnął Gwydion. — Jeden z nas zginie. Taką złożyłem przysięgę. Ale jego zamiary spowija gęsty mrok. O nie właśnie muszę zapytać Hen Wen.
— Ona musi być gdzieś niedaleko — ożywił się Taran. — pokażę ci, gdzie zniknęła mi z oczu. Chyba jeszcze znajdę to miejsce. To było tuż przed tym, jak Rogaty Król...
Gwydion uśmiechnął się krzywo.
— Czyżbyś miał oczy sowy, że chcesz szukać śladów po ciemku? Prześpimy się tutaj, a ja ruszę o brzasku. przy odrobinie szczęścia znajdę ją, zanim...
— A ja? — przerwał mu Taran. — Hen Wen była pod moją opieką. Ja pozwoliłem jej uciec i to ja muszę ją odnaleźć.
— To, co ty musisz, a czego nie musisz, jest tu akurat najmniej ważne — stwierdził Gwydion. — Nie będzie mi się plątał pod nogami jakiś młodszy świniopas, który najwyraźniej prosi się o kłopoty. Przerwał na chwilę i popatrzył na Tarana z przewrotnym uśmieszkiem.
— Chociaż z drugiej strony chyba jednak będzie. Jeżeli Rogaty Król zmierza do Caer Dallbenu, nie mogę puścić cię samego do domu, a przecież nie stracę całego dnia na odprowadzanie cię, bo jak później wytropię Hen Wen? Tutaj też nie możesz zostać sam. Wygląda na to, że jeżeli nie wymyślę jakiegoś sposobu...
— Przysięgam, że nie będę ci się plątał pod nogami! — zawołał Taran. — Weź mnie ze sobą! Dallben i Coll przekonają się, że potrafię sprostać wyzwaniu.
— A mam inne wyjście? — prychnął Gwydion. — wszystko wskazuje na to, Taranie z Caer Dallbenu, że podążamy tą samą drogą. przynajmniej przez jakiś czas.
Siwy rumak podszedł do Gwydiona i trącił go w rękę ciepłymi chrapami.
— Melyngar przypomina mi, że czas na posiłek — powiedział rycerz.
Podszedł do sakw przytroczonych do siodła i wyjął z nich strawę.
— Tylko nie rozpalaj ognia! — ostrzegł chłopca. — Zwiadowcy Rogatego Króla mogą być gdzieś w pobliżu.
Taran pośpiesznie przełknął posiłek. Podniecenie odebrało mu apetyt i z niecierpliwością czekał na świt. Zranione ramię zesztywniało i nie mógł ułożyć się wygodnie na kamykach i wystających korzeniach. Jakoś nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że bohater musi sypiać na ziemi.
Gwydion siedział z podciągniętymi kolanami, oparty plecami o pień olbrzymiego wiązu. W zapadającym zmierzchu niemal zlewał się z korą drzewa. Taran musiałby podejść na odległość kroku, żeby wyłowić skuloną postać z plamy cienia.
Gwydion wtopił się w las i tylko jego zielone oczy połyskiwały w świetle dopiero co zbudzonego księżyca. Przez chwilę milczał, pogrążony w myślach.
— Więc powiadasz, żeś Taran z Caer Dallbenu — odezwał się wreszcie.
Dobiegający z ciemności głos był cichy, ale stanowczy.
— Od jak dawna jesteś u Dallbena? Kim są twoi krewni?
Taran, oparty o wystający korzeń, otulił się szczelniej opończą.
— W Caer Dallbenie mieszkam od zawsze
— odpowiedział. — I chyba nie mam krewnych. Nie wiem, kim byli moi rodzice. Dallben nigdy mi nie powiedział. Ja chyba... — Przerwał, ale zaraz dodał, odwracając twarz: — Ja nie wiem, kim jestem.
— W pewnym sensie to jest pytanie, na które każdy z nas musi sobie odpowiedzieć — zauważył Gwydion. — Nasze spotkanie to szczęśliwe zrządzenie losu. Dzięki tobie wiem więcej, niż wiedziałem, ponadto oszczędziłeś mi niepotrzebnej drogi do Caer Dallbenu.
Tu Gwydion zaśmiał się przyjaźnie.
— zastanawiam się, czy mam to zapisane w gwiazdach, że młodszy świniopas pomoże mi w mojej wyprawie. A może… — zawahał się. — A może jest zupełnie na odwrót.
— Co masz na myśli? — spytał Taran.
— Sam dobrze nie wiem — powiedział Gwydion. — Zresztą to bez znaczenia. Śpij już, bo czeka nas wczesna pobudka.



Dodano: 2013-10-15 22:32:21
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"


 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS