NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szmidt, Robert J. - "Ostatnia misja Asgarda"

Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

Ukazały się

Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"


 Gołkowski, Michał - "Bramy ze złota. Złote Miasto"

 Swallow, James - "Krocząc w strachu"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King,Stephen - "Pan Mercedes" (2019)

 Rogoża, Piotr - "Niszcz, powiedziała"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

Linki

Swann, Andrew S. - "Spekulant"
Wydawnictwo: Almaz
Cykl: Swann, S. Andrew - "Wrogie przejęcie"
Tytuł oryginału: Profiteer
Data wydania: Październik 2012
Cena: 25,99 zł
Rok wydania oryginału: 1995
Tom cyklu: 1



Swann, Andrew S. - "Spekulant" #1

ROZDZIAŁ PIERWSZY

UKRYTY CEL

„Polityka zagraniczna jest wynikiem

uprzedzeń możnych tego świata”.

Księga mądrości cynika

„Podczas wojny najbardziej cenionymi przymiotami

są przemoc i oszustwo”.

Thomas Hobbes (1588–1679)


Od stu milionów lat dwukilometrowa Twarz spoglądała niewzruszenie w marsjańskie niebo. Dimitrij Olmanow odwiedzał ją regularnie w ciągu minionego wieku.
Gdy przybył w to miejsce po raz pierwszy, musiał nosić skafander ciśnieniowy, a niebo nad jego głową połyskiwało złowieszczą czerwienią. Dzisiaj wystarczał mu ciężki anorak. Dzisiaj wydychał kłęby pary unoszącej się w kierunku idealnie lazurowego sklepienia, na którym widać było tylko kilka niewielkich chmur wytworzonych przez genetycznie zmodyfikowane mikroorganizmy.
Lekarz przekląłby go, gdyby wiedział, że nie używa respiratora. „Dimitrij – mówił mu – twoje nowe serce ma wystarczająco dużo obciążeń związanych z pracą. Nie dobijaj go kontaktami ze zbyt rzadką atmosferą”.
Podwładni także mieliby obiekcje, choćby i wiedzieli, że towarzyszy mu wszechmocny Ambrose. Ta robota była zbyt niebezpieczna, nawet gdy nie prowokowało się zabójców.
Publicyści Konfedu z pewnością nie poinformowaliby opinii publicznej, że Dimitrij – ten Dimitrij – bywa sentymentalny. To oni stworzyli wrażenie, że na czele ZRW zasiada mityczny człowiek z żelaza.
Ich jednak mógł po prostu zignorować.
Ale z Twarzą to zupełnie inna sprawa.
Olmanow był najbardziej wpływowym człowiekiem w całej Konfederacji. Dlatego lubił przypominać sobie, że w tym wszechświecie istnieją także siły potężniejsze od niego.
Spojrzał w kierunku towarzyszącego mu kompana-ochroniarza. Ambrose wydawał się niewzruszony widokiem dzieła Obcych, które przesłaniało trzy czwarte widocznego horyzontu. Ale czy jego cokolwiek mogło wyprowadzić z równowagi? Stał tam teraz na szeroko rozstawionych nogach – o wiele lżej ubrany niż Dimitrij – wydychając gęste kłęby pary prosto w marsjańską atmosferę. Ambrose miał niemal dwa i pół metra wzrostu, był mocno opalony i kompletnie łysy. Spoglądał na świat powiększonymi czarnymi źrenicami, które zlewały się z równie ciemnymi tęczówkami.
– Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego oni wymarli? – Dimitrij wskazał laską w kierunku kopuły chroniącej starożytny artefakt przed wpływem nasyconej tlenem atmosfery.
– Nie, sir – odparł Ambrose, potrząsając głową.
Olmanow rozmyślał czasami, ileż to świadomości może kryć się za mrocznym spojrzeniem ochroniarza. Ambrose’a w sporej części zrekonstruowano. Zostało mu niespełna ćwierć mózgu. Jego odpowiedzi zależały więc w dużym stopniu od oprogramowania, które zastępowało brakujące siedemdziesiąt pięć procent świadomości. Mimo tak poważnego kalectwa ochroniarz był absolutnie lojalny, na swój sposób inteligentny, bardzo sprawny i w pełni przewidywalny – a wszystko to, rzecz jasna, bez pogwałcenia ani jednego z obowiązujących w Konfederacji zakazów dotyczących stosowania sztucznej inteligencji i inżynierii genetycznej.
Tyle że Ambrose nigdy nie będzie dobrym rozmówcą.
Dimitrij pokuśtykał dalej, opierając się na lasce.
– Czy stało się to z przyczyn naturalnych? Z powodu wrodzonych wad?
– Tego nie dowiemy się nigdy, sir.
– Tak wiele zdołali osiągnąć...
Twarz była jedną z niewielu pozostałości po cywilizacji, która powstała i runęła na długo przed tym, jak we wszechświecie pojawiły się znane człowiekowi gatunki. Ludzkość początkowo zwała te istoty Marsjanami, wierząc, że Twarz jest dziełem gatunku zamieszkującego ongiś Czerwoną Planetę... Tak było do odkrycia wykutej w skale mapy gwiazd, która zaprowadziła człowieka na Dolbri – zamieszkaną planetę, która z pewnością nie powstała w sposób naturalny A był to dopiero przedsmak odkryć pokazujących zdolności Obcych w dziedzinie terraformingu. Wkrótce stało się jasne, że Mars może mieć bardzo podobne pochodzenie.
Aczkolwiek – w odróżnieniu od Dolbri – tutaj nieznane istoty osiągnęły połowiczny sukces. Nie powstały tu żadne formy życia organicznego, atmosfera była zbyt rzadka i cienka, a cała woda albo zamarzła, albo wyparowała.
Wyglądało na to, że Dolbrianie wymarli w szczycie rozkwitu cywilizacji i nikt nie był w stanie odgadnąć, dlaczego tak się stało.
– Czy coś jest nie tak, sir?
W tym momencie Dimitrij zdał sobie sprawę, że zamilkł w połowie zdania.
– Nie, nie. – „Po prostu się zamyśliłem, Ambrose. Na pewno nie dostałem udaru mózgu”. – Chodziło mi o to, że Dolbrianie osiągnęli tak wysoki poziom rozwoju, iż w porównaniu z nami mogli być postrzegani jak bogowie, a mimo to zniknęli z tego świata. Jakie więc szanse na przetrwanie może mieć człowiek?
– Zna pan odpowiedź na to pytanie, sir?
Olmanow uśmiechnął się z goryczą.
– Zło tkwi w naturze wszystkich istot myślących. To samo zło, które je potem niszczy. – Ambrose spojrzał na niego uważniej. – Kto jak kto, ale ty powinieneś to wiedzieć – dodał Dimitrij. – Brodzimy w nim każdego dnia. A przynajmniej ja to robię. Sto sześćdziesiąt lat kolektywnego zła ludzkości. Tym właśnie jestem.
– Skoro pan tak mówi, sir...
– Przyjdzie taki dzień, Ambrose, w którym po raz pierwszy nie zgodzisz się ze mną. – Olmanow pochylił się i wygrzebał z pyłu zielonkawe źdźbło demontrawy. Rosła tutaj z trudem, pod na wpół zwietrzałymi kamieniami, dzięki wyprodukowanym przez człowieka symbiontom, których zadaniem było wspieranie tego prymitywnego ekosystemu. Zmiął roślinkę między palcami, rozgniatając przy okazji maleńkie białe owady. – Co byś zrobił, gdybym targnął się na życie?
Ambrose skrzywił się, jakby dostał boleści.
– Sir...
– Narobiłbym ci tym sporo kłopotów. Musiałbyś zdać się na własny osąd sytuacji, rezygnując ze wsparcia oprogramowania, które ci zaimplementowano.
– Proszę... – jęknął ochroniarz, wypowiadając to słowo, jakby miał problemy z mówieniem.
Dimitrij pozwolił, by wietrzyk wywiał źdźbło spomiędzy jego placów.
– Nie martw się. Ciąży na mnie klątwa życia za wszelką cenę. Wiem bowiem, jakie piekło mielibyśmy w Konfederacji, którą poniekąd mam chronić, gdyby rozpoczęła się walka o sukcesję po mnie. Z tego właśnie powodu nie mogę odebrać sobie życia. – „Przynajmniej do chwili, gdy znajdę następcę, który nie będzie gorszy ode mnie”. Ból widoczny na twarzy ochroniarza powoli znikał. – Natura bestii. Przewodniczący Rady musi stać się potworem, ale takim, w którego duszy tli się choć iskierka sumienia.
Ambrose wrócił do normalnego trybu działania, znów przyjął paradną pozę, skinął głową, a potem rzucił zdawkowe „sir”, którego Olmanow nawet nie zauważył. Gdy podnosił się po zbyt długim kucaniu, poczuł w kolanach charakterystyczne chrupnięcia.
– Pamiętaj, Ambrose, musisz służyć mojemu następcy równie wiernie jak mnie. Jestem pewien, że będziesz żył o wiele dłużej.
– To niewykluczone, sir.
Dimitrij westchnął i ruszył w drogę powrotną do autolotu. Napatrzył się już na Twarz.
– Pamiętasz jeszcze Helen? – zapytał.
– Nie, sir.
– No tak. Nic dla ciebie nie znaczyła. A ty nie przechowujesz w bankach pamięci wspomnień, które nie są istotne z twojego punktu widzenia.
– Nie, sir.
– Tak czy inaczej, załatwiłem ją, zanim ty się u nas pojawiłeś. To znaczy znałem ją w tamtych czasach. Rozprawiłem się z nią piętnaście lat temu, a teraz będę musiał zrobić to samo z jej bliźniakami.
– Słucham, sir?
Gdy dotarli do autolotu, Dimitrij oparł się o maskę maszyny. W tym momencie musiał przyznać, że rezygnacja z respiratora była jednak błędem.
– Szerzenie zła, Ambrose. Grzechy ojców i cała reszta... – musiał przerwać, by zaczerpnąć tchu. Kilka sekund później jego ciałem wstrząsnął spazmatyczny kaszel, po którym zakręciło mu się w głowie. Ochroniarz znalazł się obok, zanim Olmanow zdążył wycharczeć, oganiając się od niego laską: – Odejdź! Nic mi nie jest! Żadnych wizyt lekarskich w tym tygodniu. Oni chcą mi bez przerwy przeszczepiać organy.
– Jest pan pewien, sir?
Dimitrij przytaknął, mimo że wciąż czuł zawroty głowy. Przez otwarte drzwi autolotu wsunął się do kabiny. Gdy Ambrose zajął miejsce za sterami, pojazd został natychmiast uszczelniony. Olmanow odetchnął z ulgą, czując, że ciśnienie wewnątrz zaczyna rosnąć.
Odeszła mu już ochota do życia. Zbyt długo kręcił się po tym świecie.
Zdążył przeżyć powstanie i upadek Rady Terrańskiej oraz wymuszone nim wyludnienie Ziemi. Widział, jak system tuneli czasoprzestrzennych wypiera używane wcześniej napędy tachionowe, umożliwiając ludzkości podbój nieba na niespotykaną dotąd skalę. Od dnia jego urodzin człowiek zdążył założyć kolonie na pięćdziesięciu nowych planetach, z czego większość powstała w ostatnim stuleciu. Za jego życia atmosfera Marsa stała się na tyle gęsta, by można nią oddychać, a zdecydowana większość ludzi wyemigrowała do odległych systemów gwiezdnych.
Zbyt wiele historii jak na jednego człowieka.
Był szefem Ziemskiej Rady Wykonawczej, tajnej policji, armii, zbrojnego ramienia osiemdziesięciu trzech planet stanowiących Konfederację. Olmanow – poprzez ZRW – zarządzał wszystkimi tymi światami. Ich niezależni przywódcy już dawno, i to z najwyższą radością, doprowadziliby do rozerwania tego sztucznego tworu, gdyby nie kruche dyplomatyczne spoiwo, jakim była Rada.
Czasami to jarzmo wydawało się jednak zbyt ciężkie.
A skoro mowa o dyplomatycznym spoiwie...
– Lećmy już, Ambrose. Mamy spotkanie. – Kiedy pojazd oderwał się od ziemi, Dimitrij dodał jeszcze: – Przez ciebie spóźnię się kiedyś na własny pogrzeb.
Samotny człowiek odsunął lornetkę od oczu. Znajdował się daleko od autolotu Olmanowa, na marsjańskiej skalnej formacji, która równie dobrze mogłaby być kolejną pozostałością po Dolbrianach, jak i zwykłą kupą zwietrzałych kamieni. Kimkolwiek był, zdawał sobie sprawę z ryzyka, jakie ponosił, podchodząc tak blisko szefa Rady. Zapomniał tylko o masywnym golemie, który towarzyszył Dimitrijowi.
„Nie tyle zapomniałem, ile jest to kolejna sprawa, o której nie chciałbym pamiętać”. Mężczyzna przeniósł wzrok na chromowaną cybernetyczną dłoń kończącą jego prawe ramię. Po wielu latach użytkowania zdobiło ją wiele otarć i wgnieceń. Choć nie było tego widać, musiał też chodzić na podobnie wyglądającej protezie. „Staruszek ma przykry zwyczaj przerabiania ludzi na swoje podobieństwo”.
Wycofał się na przeciwległe zbocze wzniesienia, poza pole widzenia ludzi w autolocie. Olmanow, przywódca Konfederacji, nie cierpiał, gdy ktoś się nim za bardzo interesował.
Mężczyzna przysiadł za granią i schował lornetkę do futerału. Pozostał w tym miejscu tak długo, aż wóz Dimitrija znikł za marsjańskim horyzontem. Zawsze był ostrożniejszy, niż wymagała sytuacja. Dzięki temu nigdy go nie wykryto.
Nikt go nie szukał.
Nikt nie wiedział o jego istnieniu.
Ostatnie dziewięć lat spędził na minimalizowaniu kontaktów z otaczającym go światem. Musiał też ukryć swoją obecność tutaj. Był anomalią, temporalną czkawką mogącą doprowadzić do zdestabilizowania wydarzeń, które powinien naprawić.
Tak wiele mogło przepaść, gdyby ktoś odkrył jego obecność albo znalazł kryształowe jaskinie, lecz nadal – mimo że wiedział o zagrożeniu i sfabrykowanej, choć bardzo realnej tożsamości – nie mógł się oprzeć pragnieniu, by odbyć kolejną pielgrzymkę do Twarzy. W ciągu tych dziewięciu lat wielokrotnie musiał przechytrzać otaczające go stado naukowców tylko po to, by ujrzeć po raz kolejny ten niesamowity twór obcej cywilizacji.
Twarz przypominała mu o domu.
Ale dopiero teraz zrozumiał, że był też inny powód tych wypadów.
Miał nadzieję, że ujrzy tutaj Olmanowa.
Wiedział o obsesji staruszka na punkcie Dolbrian i ich Twarzy. W głębi duszy, mimo czynionych z takim mozołem wysiłków, by pozostać niewidzialnym, pragnął zobaczyć człowieka, który był odpowiedzialny za to wszystko. Byłego dowódcę, którego tak szanował przed wieloma laty.
Teraz ujrzał go po raz kolejny, tuż przy Twarzy. Spotkanie z nim, tak blisko końca wygnania, stanowiło ogromny szok. Gdy dostrzegł go w końcu stojącego na równinie Cydonia, zdołał pomyśleć jedynie o tym, jak łatwo mógłby go dziś zlikwidować.
Dziewięć lat izolacji z wyboru nie złagodziło uczucia nienawiści do człowieka, który miał wydać rozkazy. Gorzej nawet. Jeśli to ogromne poświęcenie miało się na coś przydać, musiał mu na to pozwolić. Aby mieć szansę na uratowanie czegokolwiek, musiał czekać, aż rozkazy zostaną wydane, a nawet dłużej, nieomalże do chwili ich wykonania.
Musiał czekać do samiuteńkiego końca.
Ale dla człowieka, który nie robił nic innego od dziewięciu lat, te cztery dodatkowe miesiące nie będą stanowić wielkiej różnicy.
W końcu już niedługo będzie mógł odlecieć na Ziemię, nie doprowadziwszy do żadnych zmian. A od tak dawna chciał ją zobaczyć.
Po dłuższej chwili oczekiwania, gdy Dimitrij i Ambrose dawno już odjechali, rozpoczął długi marsz w kierunku obozu, do kryształowych jaskiń, będących równie zadziwiającym tworem jak znajdująca się za jego plecami policeramiczna Twarz. Tyle że w odróżnieniu od artefaktu Obcych one powstały dziewięć lat temu głęboko pod powierzchnią Czerwonej Planety.
Miejsce spotkania leżało w odległości dwunastu kilometrów od Twarzy, w jednej z opustoszałych stacji badawczych rozstawionych wokół kolejnej struktury Obcych zwanej Miastem. Ośrodek ten zbudowano u podstawy gigantycznej, niemal dziesięciokilometrowej wieży atmosferycznej, jednego ze szczytowych osiągnięć ziemskiego terraformingu. Te potężne konstrukcje, przypominające z wyglądu gigantyczne białe dmuchawce, zostały zbudowane przez samopowielające się maszyny, oczywiście za czasów, gdy ludzkość uznawała takie rozwiązania za całkowicie bezpieczne. Rozmieszczono je na całej powierzchni Marsa.
Dimitrij polubił myśl, że Ziemska Rada Wykonawcza spotyka się pod korzeniem jakiejś rośliny. Dzięki takim metaforom lepiej odnajdował się w skali wszechświata.
Pomieszczenie, które wyznaczył na to spotkanie, znajdowało się dwadzieścia metrów pod powierzchnią ziemi. O wyborze nie zdecydowały względy bezpieczeństwa – wszystkie marsjańskie budowle będące pod kuratelą ZRW miały najwyższy certyfikat zabezpieczeń – tylko jego czyste wygodnictwo. Olmanow nie miał ochoty na odwoływanie podróży na Marsa, prościej więc było zebrać członków ZRW na Cydonii, niż przekładać spotkanie z nimi na inny termin.
Na tym właśnie polega biurokracja.
Dimitrij przybył na miejsce ostatni. Pięcioro delegatów siedziało już przy stole, czekając na niego. Pięć istot reprezentujących dwie przeciwstawne frakcje. Każdemu odpowiedział na powitanie, uścisnął dłoń, ukłonił się.
Po jednej stronie stołu zasiedli Pierce Adams z Sojuszu Alfy Centauri i Kalin Green z Ekonomicznej Wspólnoty Syriusza-Erydanu. Ci dwoje zawsze działali jednomyślnie w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa Konfederacji. Ich stoliczne planety zwane Occisis i Cynos były niemal tak bogate i wpływowe jak Ziemia.
Po drugiej stronie Dimitrij miał Roberta Kaundę, Sima Vashniyę i Francescę Hernandez. Kaunda reprezentował najsłabszą frakcję Konfederacji, Unię Niezależnych Światów. Vashniya był z kolei przedstawicielem najpotężniejszej z nich, zwanej Protektoratem Ludowym Epsilon Indi. Francesce Hernandez przypadła w Radzie rola pierwszego po dwudziestoletniej przerwie ambasadora zaściankowych Siedmiu Światów.
Znamienny był też fakt, że nie należała do rodzaju ludzkiego.
Dimitrij wstrzymał oddech, podając jej dłoń na powitanie. Była dwunożnym kotowatym stworzeniem, które stojąc na tylnych łapach, przerastało wzrostem każdego z obecnych na tej sali. Z jej zwierzęcego oblicza trudno było cokolwiek wyczytać.
Konfederacja wolałaby zapomnieć o przeszłości, jaką reprezentowały planety skupione wokół Tau Ceti. Współczesnym ludziom było nie w smak, że ich rodzaj zabawiał się kiedyś genetyką, tworząc podobne rozumne gatunki.
Człowiek mógł zapomnieć o sztucznej inteligencji, zwłaszcza o takiej, którą dało się w każdej chwili wyłączyć, lecz nie potrafił wymazać z pamięci istot wyglądających jak Hernandez bez względu na to, jak odizolowane i ksenofobiczne stały się społeczności Siedmiu Światów.
Po formalnym powitaniu – znał ich wszystkich od strony zawodowej, prócz Hernandez, rzecz jasna – Olmanow przystąpił do referowania założeń operacji Rasputin.
Dyskusja o gwieździe BD+50°1725 oraz okrążającej ją i sprawiającej tak wiele problemów planecie była równie płytka jak wcześniejsze pozdrowienia. Wszyscy obecni wiedzieli doskonale, czym jest Bakunin. Wszyscy też zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie ta planeta stanowi dla Wspólnoty Ekonomicznej oraz – choć w nieco mniejszym stopniu – Sojuszu Centauri. Każdemu znana też była propozycja rozwiązania problemu złożona przez delegata Syriusza.
Powodem osobistego spotkania piątki radnych z przewodniczącym nie była wcale chęć wysłuchania kolejnego przemówienia Olmanowa. Chodziło raczej o kwestie związane z fizyką. Prawo Konfederacji wymagało, aby najważniejsze głosowania odbywały się w tym samym czasie, co nie było jednak możliwe, gdy reprezentanci przebywali w różnych systemach gwiezdnych, nawet w przypadku korzystania z najnowocześniejszych łącz tachionowych.
Tak więc aby prawu stało się zadość, wszyscy głosujący powinni znajdować się w tym samym miejscu, co oznaczało, że Dimitrij musiał zasiąść z nimi w jednym pomieszczeniu, stawiając osobiście czoło istotom reprezentującym najpoważniejsze grupy interesów w Konfederacji.
– Powinniśmy o tym pamiętać – zakończył przemowę – jako że Bakunin, nie będąc członkiem Konfederacji, nie może być obiektem prawnych restrykcji ustanowionych przez tę Radę. Żadna z przedstawionych tutaj propozycji nie jest zatem nielegalna, przynajmniej ze statutowego punktu widzenia.
– Co znaczy, że możemy wywalić nasz Statut do kosza – mruknął w tym momencie Kaunda, co nie uszło uwagi Olmanowa, aczkolwiek przewodniczący postanowił te słowa zignorować. Nikomu nie uśmiechało się tworzenie precedensu, jakim będzie ta inwazja.
Nikomu prócz delegatów Syriusza i Centauri, którym groził poważny kryzys ekonomiczny, głównie za sprawą czarnej dziury, jaką generował w ich finansach leżący opodal Bakunin.
– Proszę oddać głosy i przekazać mi karty.
Adams i Green zagłosowali niemal jednocześnie. Kaunda, jak zawsze przesadnie wyniosły, przesunął kartę w kierunku przewodniczącego. Gest ten mógłby być uzasadniony, gdyby nie fakt, że Unia posiadała tylko jeden głos w Radzie.
Pazury Hernandez uderzyły o jego kartę z głośnym kliknięciem, gdy chwyciła ją, by podać dalej.
Vashniya się wahał. Pozostali czekali na jego ruch, ale on wciąż gapił się na trzymany w dłoniach przedmiot. Był niskim człowiekiem o czekoladowej skórze, łysym, za to puszącym się sporą całkowicie siwą brodą. Siedząc za stołem, uśmiechał się enigmatycznie, wyglądał przy tym jak gnom rozkoszujący się widokiem garnka pełnego złotych monet.
Z wyrazu jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Dimitrij zupełnie nie rozumiał radości tego delegata. Zdążył już przeliczyć w pamięci liczbę głosów. Gdyby nawet Vashniya miał po swojej stronie obu sprzymierzeńców – gdyby Indi i przyjaciele byli tym razem jednomyślni – i tak zabrakłoby im jednego głosu. Werdykt brzmiałby: dwadzieścia dwa do dwudziestu jeden.
Przedstawiciel Protektoratu oddał w końcu kartę.
Olmanow wsunął je wszystkie do terminala ustawionego na blacie stołu i sprawdził wynik głosowania, zanim obwieścił go zebranym.
„Co takiego?” O mały włos nie wypowiedział tego pytania na głos. Niewiele też brakowało, by na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia – coś, do czego nigdy wcześniej nie dopuścił. Nie chodziło o to, że operacja Rasputin została utrącona. Zatwierdzono ją, zgodnie z jego oczekiwaniami, z całkiem sporym marginesem bezpieczeństwa.
Zdziwił go jednak przebieg głosowania.
Dimitrij odczytał ostateczne podsumowanie, zachowując oschły ton:
– Oto wynik głosowania Rady Wykonawczej. Dwadzieścia głosów za, siedem przeciw, szesnaście się wstrzymało. – Gdy podał liczbę wstrzymujących się od głosowania, zobaczył na twarzach Adamsa i Green zaskoczenie. Wszyscy delegaci natychmiast zwrócili wzrok na uśmiechającego się niewinnie Vashniyę. – Decyzja została podjęta – dokończył przewodniczący.
„Dlaczego? – pomyślał w tej samej chwili. – Dlaczego cały blok Epsilon Indi wstrzymał się od głosu? To przecież aż piętnaście głosów”. Ale to jeszcze nie wszystko. Syriusz dał dwa głosy przeciw, co oznaczało, że przy sprzeciwie Indi operacja Rasputin zostałaby definitywnie zablokowana. Protektorat nieustannie narzeka, że Syriusz i Centauri de facto zawłaszczyły sobie politykę Konfedu, a Vashniya, zjednując sobie najpierw przychylność Unii i Siedmiu Światów, nagle pozwala im przeforsować kolejną propozycję. I dlaczego to go tak bawi?
Dimitrij opuścił miejsce spotkania, planując stworzenie specjalnego zespołu operacyjnego, który zajmie się analizą ostatnich zmian w politycznych układach Konfederacji.
Ambrose jak zawsze czekał na niego przy drzwiach. Nie oddalał się nigdy dalej niż na pięćdziesiąt metrów od swojego pryncypała, był to bowiem dystans, który jego ulepszone ciało mogło pokonać w mniej niż sekundę.
–Rasputin został zatwierdzony.
– To świetnie, sir.
Przeszli do autolotu. Po drodze Olmanow uznał, że będzie mu brakowało Marsa. Gdyby nie wpływ rzadszej atmosfery, przy tak niskiej grawitacji czułby się jak człowiek o połowę młodszy.
Co i tak plasowałoby go w gronie statecznych osiemdziesięciolatków.
– Też tak sądzę, choć samo głosowanie miało dziwny przebieg.
– Tak, sir. – Każdy inny zapytałby, na czym polegał ów „dziwny przebieg”, ale Ambrose wydawał się całkowicie pozbawiony ciekawości. I za to właśnie Dimitrij tak go lubił.
– To naprawdę dobrze. Syriusz może nadal udawać, że to rozwiąże jego problemy ekonomiczne, a ja zyskałem w końcu arenę przełomowego starcia. – Olmanow poklepał laską nogę ochroniarza, gdy ten otworzył mu drzwi. – Pojmujesz? Mam w końcu swój łabędzi śpiew.
– Skoro pan tak mówi, sir...
Dimitrij wsunął się na tylne siedzenie autolotu, a Ambrose natychmiast zajął miejsce za sterami.
– Czekałem dziesięć lat na możliwość posłania Klausa na Bakunina. – Olmanow przymknął oczy. – W sytuacji gdy kwestia sukcesji staje się coraz bardziej nagląca, przez moment sądziłem, że ten jeden jedyny raz będę musiał przekroczyć kompetencje, jeśli to jest w ogóle możliwe, aby zaaranżować tę misję dla niego.
– Dobrze, że nie musiał pan tego robić, sir.
– Tak, Ambrose. – Olmanow ziewnął. – Obudź mnie, gdy dojedziemy do kosmoportu.


Dodano: 2012-10-29 17:20:49
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Morgan, Richard - "Siły rynku"


 Sanderson, Brandon - "Do gwiazd"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 Aldiss, Brian W. - "Non stop"

 Sanderson, Brandon - "Rytmatysta"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

Fragmenty

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS