NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Wśród gwiazd"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Jones, Diana Wynne - "Ruchomy zamek Hauru"


 Flamma, Adam - "Wiedźmin. Historia fenomenu"

 Adeyemi, Tomi - "Dzieci prawdy i zemsty"

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Riggs, Ransom - "Konferencja ptaków"

 Maas, Sarah J. - "Dom ziemi i krwi", tom 2

 Ćwiek, Jakub - "Topiel"

 Holmberg, Charlie N. - "Papierowy mag"

Linki

Bochiński, Tomasz - "Opowieści praskie"
Wydawnictwo: Almaz
Data wydania: Sierpień 2012
Oprawa: miękka
Format: 145 x 205 mm
Liczba stron: 237
Cena: 25,99 zł
Opracowanie graficzne: Maciej Garbacz
Projekt okładki: Małgorzata Śliwka



Bochiński, Tomasz - "Opowieści praskie" #2

Fragment opowiadania „Obcy na dzielnicy”


Miasto przywitało mnie gigantycznymi korkami. Obyczaje kierowców były dzikie, nie tak jednak, jak w Rio czy Sao Paulo. Do wytrzymania. No i moja terenówka budziła szacunek. Ranek w stolicy pełen gwaru, bieganiny i życia pozytywnie mnie zaskoczył. Krótki przegląd panienek pod hotelami w Centrum umocnił pozytywne nastawienie. Może zamiast wycierać bruki w Paryżu czy Rzymie, powinienem odwiedzać, że tak powiem, ojczyzny łono?
GPS prowadził jak po sznurku na Pragę, korki mnie nie stresowały, powolne podchodzenie zwierzyny należało do rytuału polowania. A tak właśnie się czułem: jakbym rozpoczął łowy. Dzielnica po prawej stronie Wisły to co innego niż chaotyczne, bezładne nagromadzenie budynków w City. Tu widać było, że nie jest to miasto zbudowane wczoraj. Pośród domów, nowych i na nowo odpicowanych, sterczały budynki o brudnym, odpadającym tynku, z dziesięcioleciami wypisanymi śladami po pociskach na frontach. Wyglądały niczym czarne pieńki prawdziwych zębów pomiędzy nowymi, często tandetnymi koronkami. Ludzie też zachowywali się inaczej, mniej się spieszyli, mieli czas pogadać czy wypić w ogródkach, a choćby i w bramach. Byli u siebie.
Dojechałem do Targowej, pomyślawszy chwilę, zaparkowałem tuż przy świeżo odremontowanym budynku, nad którego wejściem duże litery głosiły: „Muzeum Pragi”. Ja jednak bardziej zainteresowany byłem współczesnością. Wszedłem na znany mi z opowieści Bazar Różyckiego. Rozczarowałem się, cicho było i pustawo, kupcy kiwali się sennie. Pojedynczy potencjalni klienci chodzili ze znudzonymi minami. Ani śladu ruchu i gwaru, jaki kiedyś tu ponoć panował. A jednak zainteresowała mnie jedna rzecz, tuż przy bramie wychodzącej na Brzeską. Facet w wyszarzałej marynarce i spodniach od dresu smętnie ćmił papierosa nad rozłożonym na gazetach żelastwem. Od razu ręka wyciągnęła mi się ku nieodzownej w brazylijskim interiorze znajomej.
–Ile?
– Daj pan stówkę i styka.
Kwota była śmieszna, więc wbrew dobrym obyczajom sięgnąłem bez dalszych dyskusji do portfela. Wziąłem maczetę, podziwiając jej wyważenie, a odchodząc, machnąłem nią parę razy w powietrzu.
– Ej, klejencie! Uważaj pan, na to jest paragraf! – krzyknął za mną menel. Nie odpowiedziałem, patrząc na ostrze poznaczone charakterystycznymi rysami, broń wyraźnie miała swoją historię. Być może przywędrowała zza oceanu. Quien sabe? Zawróciłem i ponownie stanąłem przed sprzedawcą.
– Lekramacji nie uwzględnia się – rzucił, chwytając się za kieszeń.
– Pytanie mam. – Zaszeleściłem dychą.
– Pytać każdemu wolno – zgodził się, chowając banknot w zanadrze.
– Skąd ma pan ten zabytek?
– Zabytek? To stare żelastwo? Nowe takie można było setkami kupić na stadionie, jak jeszcze tam handlowali.
Spojrzałem wymownie.
– No dobra. Tu pod szóstem na Brzeskiej jeden gościu umarł. Głodek się nazywał. Nowy lokator wywalił śmieci, a ja przygarnąłem – rzekł nieogolony jegomość, patrząc na bruk. Wyraźnie coś kręcił.
– Głodek pan mówisz? A co jeszcze po nim zostało?
– A tam. Jakieś fotki i kupa szpargałów.
– I gdzie to jest?
– Mówiłem. Na śmietniku!
– Ejże, pójdę tam zaraz, no i wrócę, jakby co.
– No dobra, ten nowy lokator to jakiś pociotek Głodka. U niego wszystko zostało. Ejże, mówisz pan, że żelazo cenne jest? – ożywił się z nagła, w oczach zamigotała mu ukryta dotąd iskra inteligencji. – To wiesz pan co…
– Lekramacji nie uwzględnia się – przerwałem, robiąc zwrot na pięcie.
Mruczał coś za mną, ale pomyślałem tylko: vai to foder, mano, i wyszedłem na Brzeską. Skręciłem w prawo, oddalając się od Ząbkowskiej, gotów poświęcić poprzedniemu właścicielowi maczety kilka chwil; sprawa stryjka Stefana czekała pół wieku, poczeka jeszcze pół godziny.
I wtedy ją zobaczyłem.
Szła ku mnie pewnym, lekkim krokiem, prawie płynęła nad popękanymi płytami chodnika. Gdzie mogłem widzieć tę twarz? W Bombaju? Karaczi? Nigdzie, nigdzie, bo zapamiętałbym ją na zawsze. I jednocześnie nie potrafiłbym opisać urody, która na zawsze podzieliła moje życie na „przed” i „po”. Minęliśmy się, odwróciła głowę, poszedłem za nią jak bezwolny golem, utonąłem w przepastnych, pełnych smutku oczach.
– Nie idź za nią, człowieku – zgrzytliwy głos zerwał kotarę czaru. W bramie stała stuletnia chyba starucha, zgięta prawie w pół, dygocąca w konwulsjach parkinsona. Patrzyłem na szkaradę jak ktoś zbudzony z najpiękniejszego ze snów. Dałbym słowo, że nie trwało to dłużej nad sekundę, ale czarowne zjawisko zdążyło zniknąć. Wybiegłem sprintem na Ząbkowską –nigdzie nie było jej widać. Zajrzałem do paru bram, wreszcie otrząsnąłem się i wróciłem do staruchy.
Ale i ona ulotniła się. Stałem chwilę, dysząc jak po wielkim wysiłku. Wreszcie ruszyłem pod szóstkę. Dwóch srajdów wskazało drzwi klatki schodowej, gdzie mieszkał Głodek. Informacji udzielili chętnie, a nawet pospiesznie. Dopiero gdy odbiegli, zobaczyłem, że w ręce wciąż zaciskam maczetę. Wrzuciłem ją do torby, tego brakowało, żeby jakiś glina rzeczywiście się do mnie przyczepił. Stare drewniane schody, chłodny smród ziemniaków z piwnicy, i na mrocznym pięterku stanąłem pod drzwiami. Zastukałem raz, drugi.
– O co chodzi? – W wąskiej szparze dostrzegłem grubawego trzydziestolatka z mocno błyszczącą łysiną.
– Pan Głodek?
– Krzyżanowski, Głodek umarł trzy dni temu – odparł i chciał zamknąć.
– Ja właściwie do pana…
– Tak? – Mierzył mnie nieufnym spojrzeniem.
– Pan Głodek nie był zwykłym człowiekiem…
– Przepraszam, pan z policji? – zainteresował się nagle, uchylając nieco szerzej drzwi.
Poruszyłem głową, nie dając wyraźnej odpowiedzi.
– Ciekawi mnie zmarły, no i to włamanie ostatnio…
– A, to już wiecie, nie zgłaszałem, bo to w końcu drobiazg. Ale proszę wejść, chętnie odpowiem na pytania.
Ciemny przedpokój, stęchlizna i pajęczyny dawały przedsmak tego, co znajdowało się dalej. Bałagan dość totalny, podłogi zawalone stęchłymi szmatami i gazetami, wytyczone pomiędzy nimi ścieżki pozwalały iść tylko jeden za drugim. Dotarliśmy do jako tako odgruzowanego pokoiku. Usiedliśmy, a gospodarz uprzejmie zaproponował herbatę.
Równie uprzejmie odmówiłem i zagadnąłem od razu o pamiątki po Głodku. Osobiste – zaznaczyłem, czym starłem niepokój z twarzy gospodarza. Kasa mnie nie interesowała.
Przyniósł kartonowe pudło pełne fotografii, listów, jakichś starych gazet.
– Niech pan sobie nie przeszkadza – powiedziałem, wypraszając tym samym nowego właściciela z pokoju. Nie przyjął tego zbyt dobrze, ale widać pasowało mu to do policyjnych obyczajów, bo nawet nic nie mruknął pod nosem. Dopiero w drzwiach obrócił się i powiedział:
– Wuj był kiedyś kimś ważnym tu na Szmulkach. Ale ja nie mam z tym nic wspólnego – szybko dodał.
– Jak ważnym?
– A to już wy, policja, powinniście wiedzieć – odparł i odszedł, brodząc w śmieciach niczym bocian w bagnistej kałuży.
Nie zwracałem uwagi na łomoty, jakie zaczęły dochodzić z kuchni, bo pierwsze wyciągnięte z pudła zdjęcie rąbnęło mnie niczym obuchem. Ze starej fotografii patrzyły na mnie zimne oczy człowieka, który dotąd w Brazylii otoczony był ponurą sławą. Uśmiechał się, krzywiąc wąskie wargi, choć bardziej wyglądało na to, iż rzuca wyzwanie, warcząc niczym zajadły buldog.
Mówiono o nim Mr. Hungry albo Little Hungry. Śmielsi pozwalali sobie na: „senior Fominha”, a tylko całkiem pijani samobójcy odważali się na „senior Fominho”. Choć podobno miał w sobie coś ze sknery. Głodek… cholera… Mówili, że w końcu dopadli go Yapawari, a jego głowa zgniła na słupie przed ich wioską. Mówili, że przeniósł się do Sao Paulo i wiedzie życie jak Krezus. Powiadali, że wyemigrował do Stanów, gdzie został szarą eminencją republikanów. Ktoś go widział w Dubaju.
Rozejrzałem się po zrujnowanym mieszkaniu. Tak kończą się legendy. Dość miałem smrodu tego miejsca, dokumenty przejrzę później w wynajętym mieszkaniu. Przesypałem zawartość pudła do torby i wyszedłem, rzucając w przelocie „do widzenia”. Pociotek Głodka nie odpowiedział, zajęty wyrywaniem zlewu ze ściany. Zwariował? Chciał oddać na złom? Czy też – tknęło mnie – szukał kasy schowanej przez krewnego? Niech szuka, Głodek miał głowę do interesów, mógł mieszkać w chlewie, ale jeśli miał jakieś pieniądze, to leżały sobie spokojnie w którymś z banków na Kajmanach. Poza zasięgiem lepkich rączek rodzinki. Wyszedłem na Brzeską, rozejrzałem się bez zbytniej nadziei za tajemniczą pięknością i ruszyłem Ząbkowską do miejsca, gdzie miałem zasięgnąć informacji. Z głowy nie potrafiłem wypędzić myśli, że spotkanie z duchem Głodka, jednego z założycieli Amazonas i najlepszego w tym fachu killera, nie może być przypadkiem. Niby bzdura, ale człowiek po latach w dżungli staje się nieco przesądny. Obszedłem kamienicę dokoła, lubię wiedzieć co w trawie piszczy. Na podwórku nie tyle zapiszczał, co zachrypiał na mnie menel siedzący na schodkach jakiegoś zamkniętego od wieku przybytku.
– E! Frajer!
W zasadzie miałem wielką ochotę wytłumaczyć mu nietakt, ale trochę się obawiałem o swoje białe spodnie i koszulę. Widać to wyczuł, bo skrzywił się w szkaradnym uśmiechu. A jak spod ziemi wyrósł przy nim pies, potwornej wielkości mieszaniec. Nie, żebym się wystraszył, ale być może musiałbym zaszlachtować bydlę, a to już się nie kalkulowało. Miałem odnaleźć miejsca i ludzi, a nie wywoływać aferę. Minąłem więc zgrany duet z wyniosłym milczeniem i wszedłem w cień bramy. Kamienica była odpicowana, ale i tak na klatce schodowej przywitał mnie smrodek gnijących pyr. Normalka w starych domach. Wszedłem na pierwsze piętro. Sprawdziłem jeszcze numer mieszkania i zdecydowanie nacisnąłem dzwonek. Długo brzęczał, nim wreszcie uchyliły się drzwi.
– Pan do kogo?
– Przepraszam… Czy może mieszka tu wdowa po Wincentym Andruszkiewiczu?
Kobieta na oko pod trzydziestkę rozmamłana i naznaczona „wesołym życiem” otworzyła usta, nie prezentując tym nadmiernej inteligencji. Potem zamknęła gwałtownie i usta, i drzwi. Zapukałem energicznie, nie zamierzałem dać się spławić. Ale zza drzwi rozległo się tylko: – Spadaj, palancie! Bo gliny wezwę! Zrozumiałem, że pierwsza rozmowa w powierzonej mi sprawie właśnie dobiegła końca. Nim jednak zdołałem cokolwiek uczynić, drzwi po prawej uchyliły się lekko i wyjrzał zza nich facet w średnim wieku, mocno zniszczony wódką, z uśmieszkiem na wąskich ustach.
– Spławiła pana? A i nie ma co się dziwić. Jak Andruszkiewiczowa kopnęła w kalendarz, to matka Romki, co to mieszka na czwartym, weszła na grande do lokalu. Jakoś potem wyprowadzili sprawe, na legalu mieszkają, ale kobita dalej czuła na tem punkcie – wyjaśnił wcale uprzejmie.
– No to klops! – powiedziałem.
– A o co sie rozchodzi?
– Miałem parę pytań do pani Andruszkiewiczowej.
– Względem?
– Względem jej męża.
– Aaa! O Marynarza chodzi! Ale on to dawno kojfnął. Jeszcze mnie na świecie nie było, a moja mamusia to w Wólce Mlądzkiej mieszkała, panienką będąc – rzekł wylewnie i chuchnął czymś dziwnym. Denaturat? Politura? – Nie masz pan farta – zasmęcił się lokator spod „czwórki”.
– Ano nie mam. Filho da puta! – mruknąłem, zbierając się do odejścia.
– Zaraz, zaraz, panie zagraniczny – zawołał pijaczek, łapiąc mnie za rękaw marynarki. – Znam jednego, co się przyjaźnił z Marynarzem i z tem jego kumplem od knajpy. Tylko… – tu uczynił gest liczenia banknotów – pamięć ma słabą.
Sięgnąłem po portfel, z grubego zwitka stryjkowych pieniędzy wyjąłem setkę. I już wiedziałem, że popełniłem błąd. Menelikowi aż oczy się zaświeciły na widok kasy. Oblizał wargi i powiedział: – Dziś na szóstą go umówię. W tym garażu podziemnym pod Wileniakiem.
– W garażu? – powtórzyłem i zrobiłem zadowoloną minę, by całkiem uznał mnie za frajera, którego grzech nie skroić na grubszą mamonę. – To dobrze, zaparkuję tam.
Tego dnia nie szukałem już ludzi z wypiski stryjka. Postanowiłem zabawić się nieco z tutejszymi cwaniakami. Należą mi się przecież jakieś rozrywki na urlopie. Nie?



Dodano: 2012-07-06 21:36:21
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"


 Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"

 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS