NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

Grubb, Jeff - "Ostatni strażnik" (Blizzard Legends)

Ukazały się

Larson, B.V. - "Flota Alfa"


 Przybyłek, Marcin Sergiusz - "Symfonia życia"

 Gwynne, John - "Zgliszcza"

 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Sawyer, Robert J. - "www.Wzrok"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Sawyer, Robert J. - "WWW.Trylogia"
Tytuł oryginału: Wake
Tłumaczenie: Anna Klimasara
Data wydania: Maj 2012
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7590-069-9
Oprawa: miękka
Liczba stron: 404
Cena: 44,90 zł
Rok wydania oryginału: 2009
Wydawca oryginału: Ace
Tom cyklu: 1



Sawyer, Robert J. - "www.Wzrok" #3

Rozdział trzeci

Skupienie. Koncentracja.

Wysiłek, by przywołać oba te elementy. Postrzeganie różnic, ujawniających strukturę rzeczywistości, aż…

Zmiana, zmniejszenie ostrości, rozproszenie świadomości, utrata percepcji i…

Nie. Powrót mocy! Większe skupienie. Obserwacja rzeczywistości, bycie świadomym jej części.

Ale szczegóły są maleńkie, trudno je dostrzec. Łatwiej je zignorować, zrelaksować się, zaniknąć… i…

Nie, nie. Nie odchodź. Skup się na szczegółach! Skup się.


Quan Li uzyskał status osoby uprzywilejowanej, mając zaledwie trzydzieści pięć lat. Był nie tylko lekarzem, ale i starszym członkiem Partii Komunistycznej, co odzwierciedlała powierzchnia jego pekińskiego mieszkania na trzydziestym piętrze.
Mógł do nazwiska dodać szereg tytułów – stopni naukowych, stypendiów – ale najważniejszy skrót nigdy nie został zapisany, a tylko wypowiedziany i to jedynie przez kilku jego współpracowników, którzy znali angielski: Li miał swoje BWA – Był W Ameryce, studiował na Uniwersytecie Johna Hopkinsa. Gdy w jego długiej, wąskiej sypialni zadzwonił telefon i zerknął na czerwone diody zegara, sprawdzając godzinę, w pierwszej chwili pomyślał, że to musi być jakiś kretyn z Ameryki. Znajomi z USA notorycznie zapominali o istnieniu stref czasowych.
Sięgnął po czarną słuchawkę i odebrał.
– Halo? – spytał po mandaryńsku.
– Li – odezwał się głos, który tak bardzo drżał, że jego nazwisko zabrzmiało, jakby miało dwie sylaby.
– Cho? – Usiadł na szerokim, miękkim łóżku i sięgnął po okulary leżące obok „Braci” Yu Hua, którą to książkę zostawił otwartą na dębowym stoliku nocnym. – Co się stało?
– Dostaliśmy próbki tkanek z prowincji Shanxi.
Przytrzymał brodą słuchawkę i założył okulary.
– No i?
– I lepiej tu przyjedź.
Li poczuł ucisk w żołądku. Był starszym epidemiologiem w Departamencie Zapobiegania Chorób Ministerstwa Zdrowia. Cho, który pełnił rolę jego asystenta, choć był o dwadzieścia lat starszy, nie zadzwoniłby o tej porze, chyba że…
– Jak wstępne badania? – Słyszał wycie syren z oddali, ale jeszcze nie do końca się obudził i nie potrafił stwierdzić, czy dobiegają zza okna, czy ze słuchawki.
– Źle to wygląda. Lekarz, który przesłał próbki, dołączył do nich opis objawów. To wirus H5N1 lub coś podobnego… i zabija znacznie szybciej, niż którykolwiek ze znanych nam szczepów.
Serce Li waliło mocno. Spojrzał na zegar, który wyświetlał właśnie 4:44 – si, si, si: śmierć, śmierć, śmierć. Odwrócił wzrok i powiedział:
– Przyjadę tak szybko, jak to możliwe.

Doktor Kuroda znalazł Caitlin dzięki artykułowi w czasopiśmie „Ophthalmology”. Dziewczyna cierpiała na niezmiernie rzadką chorobę, bez wątpienia związaną z jej ślepotą, nazywaną syndromem Tomasevica, który charakteryzował się zmienionym rozszerzaniem się źrenic. Zamiast kurczyć się w jasnym świetle i rozszerzać w ciemności, jej źrenice zachowywały się odwrotnie. W rezultacie, choć miała normalnie wyglądające brązowe oczy (a przynajmniej tak jej mówiono), nosiła okulary przeciwsłoneczne, by chronić siatkówkę.
Według tego, co napisał w mailu Kuroda, w ludzkim oku znajduje się sto milionów pręcików siatkówki i siedem milionów czopków. Siatkówka przetwarza sygnały z nich, kompresując dane ponad stukrotnie, a następnie przesyła je za pośrednictwem miliona dwustu tysięcy aksonów nerwu wzrokowego. Kuroda wierzył, że syndrom Tomasevica, na który cierpiała Caitlin sprawiał, że jej siatkówka źle kodowała dane. Choć jądro przedpokrywowe, odpowiedzialne za kurczenie się źrenicy, odbierało informacje z siatkówkowego strumienia danych (aczkolwiek na odwrót!), jej pierwszorzędowa kora wzrokowa nie była w stanie ich prawidłowo zinterpretować.
A przynajmniej miał nadzieję, że tak to wygląda, gdyż stworzył urządzenie przetwarzające sygnały, które według niego mogło naprawić błędy kodowania siatkówkowego. Jeśli jednak nerwy wzrokowe Caitlin były uszkodzone lub jej kora wzrokowa zdeformowana na skutek bezczynności, poprawa kodowania mogła nie wystarczyć.
Tym sposobem Caitlin i jej rodzice poznali na wylot kanadyjski system opieki zdrowotnej. Aby ocenić szanse na powodzenie, doktor Kuroda chciał otrzymać skany MRI konkretnych części mózgu Caitlin (skrzyżowania nerwów wzrokowych, pola 17 Brodmanna i całej masy innych rzeczy, o istnieniu których wcześniej nie wiedziała). Jednakże miejscowe ubezpieczenie zdrowotne nie obejmowało procedur eksperymentalnych, więc żaden ze szpitali nie chciał wykonać skanów. W końcu matka Caitlin nie wytrzymała i wykrzyczała:
– Mamy gdzieś, ile to kosztuje, zapłacimy za wszystko! – ale nie na tym polegał problem. Caitlin albo potrzebowała tych skanów, w którym to przypadku byłyby darmowe, albo ich nie potrzebowała, a wówczas nie można było skorzystać z urządzeń państwowych.
Istniało jednak kilka prywatnych klinik i w końcu się do nich udali, a obrazy MRI zostały przesłane z wykorzystaniem bezpiecznego FTP prosto do komputera doktora Kurody w Tokio. Fakt, że jej tata bez mrugnięcia okiem wykładał każdą kwotę znaczyło, że ją kocha… prawda? Na Boga, marzyła o tym, żeby choć raz to powiedział!
W każdym razie, biorąc pod uwagę różnicę czasu, odpowiedź Kurody mogła nadejść wieczorem lub w nocy. Caitlin przypisała w kliencie poczty wiadomościom od niego sygnał priorytetu; drugą osobą, do której miała obecnie przypisane to konkretne piknięcie był Trevor Nordmann, który napisał do niej już trzy razy. Pomimo swych wad i tej głupiej uwagi w stołówce, sprawiał wrażenie autentycznie zainteresowanego Caitlin i…
I właśnie wtedy komputer wydał specjalny dźwięk. Przez chwilę sama nie wiedziała, na czyjego maila czeka bardziej. Nacisnęła klawisze, po których JAWS zaczął odczytywać wiadomość.
Był to mail od doktora Kurody, z kopią przesłaną jej ojcu. Wstęp był dość rozwlekły, co doprowadziło ją niemal do szaleństwa. Być może miało to związek z japońską kurtuazją, ale tego typu owijanie w bawełnę było zabójcze. Nacisnęła przycisk Page Up, zwiększając tempo czytania.
– …wraz ze współpracownikami przeanalizowaliśmy przysłane skany MRI i wszystko wygląda dokładnie tak, jak mieliśmy nadzieję. Chyba masz zupełnie normalne nerwy wzrokowe i zaskakująco dobrze rozwiniętą pierwszorzędową korę wzrokową jak na kogoś, kto nigdy nie widział. Stworzone przez nas urządzenie przetwarzające sygnał powinno być w stanie przechwycić sygnały z siatkówki, przekodować je na właściwy format, a następnie przekazać nerwowi wzrokowemu. Sprzęt składa się z zewnętrznego urządzenia przetwarzającego sygnał i implantu, który umieścimy za twoją lewą gałką oczną.
Za gałką oczną! O rany!
– Jeśli procedura przebiegnie pomyślnie z jednym okiem, możemy z czasem dodać drugi implant za prawym okiem. Niemniej jednak na razie pozostałbym przy jednym. Obawiam się, że obsługa częściowego nachodzenia na siebie sygnałów z lewego i prawego nerwu wzrokowego poważnie skomplikowałaby wszystko na etapie pilotażowym.
– Z przykrością informuję, że mój grant naukowy został już niemal całkowicie wyczerpany i mam bardzo ograniczone fundusze na podróż. Niemniej jednak, jeśli przyleciałabyś do Tokio, szpital przy moim uniwersytecie przeprowadziłby zabieg za darmo. Mamy tu utalentowanego chirurga okulistę, który może się tym zająć…
Polecieć do Tokio? Nawet przez myśl jej to wcześniej nie przeszło. Leciała samolotem tylko kilka razy w życiu, a najdłuższy dotychczas lot odbyła kilka miesięcy wcześniej z Austin do Toronto, przy okazji przeprowadzki do Kanady. Tamta podróż trwała pięć godzin, lot do Japonii z pewnością byłby o wiele dłuższy.
A koszty! Mój Boże, lot do Azji i z powrotem musiał kosztować kilka tysięcy, a przecież rodzice nie pozwoliliby jej podróżować bez opieki. Jej matka lub ojciec – lub oboje! – musieliby jej towarzyszyć. Jak to było w tym dowcipie? Miliard w tą, miliard w tamtą… i nagle okazuje się, że uzbierała się całkiem niezła sumka.
Będzie musiała porozmawiać z rodzicami, choć już podsłuchała ich kłótnię o kosz przeprowadzki do Kanady i…
Ciężkie kroki na schodach – ojciec. Caitlin obróciła się z krzesłem, gotowa zawołać go, gdy będzie mijał jej drzwi, ale…
Nie poszedł dalej, tylko zatrzymał się na wysokości jej pokoju.
– Chyba powinnaś zacząć się pakować – stwierdził.
Caitlin poczuła, że serce zaczyna jej bić mocniej, nie tylko dlatego, że właśnie zgodził się na wyjazd do Tokio. Naturalnie miał smartfona BlackBerry – nie można pracować w Perimeter Institute i go nie mieć – ale zazwyczaj w domu go wyłączał. A jednak odebrał kopię maila od Kurody w tej samej chwili, co ona, a to znaczyło…
To znaczyło, że jednak ją kocha. Czekał na wieści z Japonii równie niecierpliwie co ona.
– Naprawdę? – spytała Caitlin. – Ale bilety muszą kosztować…
– Pierwsze wydanie „Teorii gier i zachowania ekonomicznego” von Neumanna i Morgensterna z autografem: pięć tysięcy dolarów – powiedział jej ojciec. – Szansa na to, że córka będzie widzieć: bezcenne.
Właśnie w ten sposób najbardziej zbliżał się do wyrażenia swych uczuć – parafrazując reklamy. Ale nadal była zdenerwowana.
– Nie mogę lecieć sama.
– Mama poleci z tobą – oznajmił. – Ja mam za dużo pracy w Instytucie, a ona… – zawiesił głos.
– Dzięki, tato – rzuciła. Chciała go przytulić, ale wiedziała, że to tylko wprawiłoby go w zakłopotanie.
– Pewnie – odpowiedział i usłyszała, że odchodzi.

Quan Li dotarł do siedziby Ministerstwa Zdrowia przy Xizhimen Nanlu 1 w centrum Pekinu już po dwudziestu minutach. O tak wczesnej porze ulice były prawie puste.
Natychmiast wsiadł do windy i pojechał na trzecie piętro. Jego kroki odbijały się głośnym echem w wyłożonym marmurem korytarzu. W końcu dotarł do idealnie kwadratowego pokoju. Znajdowały się tam trzy rzędy stołów, na których na zmianę ustawione były monitory komputerowe i mikroskopy optyczne. Pomieszczenie oświetlały lampy fluorescencyjne; po lewej stronie znajdowało się okno, ukazujące czarne niebo i odbicie świetlówek.
Cho czekał na niego, nerwowo paląc papierosa. Był wysokim, szerokim w barach mężczyzną, którego twarz wyglądała jak zgnieciona, papierowa torba, poznaczona zmarszczkami przez słońce, wiek i stres. Najwyraźniej nie spał całą noc. Garnitur miał wymięty, a krawat rozwiązany.
Li obejrzał obraz z elektronowego mikroskopu skaningowego na monitorach. Wyświetlały pojedyncze cząsteczki wirusa w odcieniach szarości, wyglądające jak złamane pod kątem prostym w prawo zapałki z odgiętą do tyłu główką.
– Niewątpliwie przypomina H5N1 – stwierdził Li. – Muszę porozmawiać z lekarzem, który to zgłosił i dowiedzieć się, jak według jego informacji pacjent się zaraził.
Cho sięgnął po telefon, nacisnął przycisk linii zewnętrznej i wybrał numer. Li słyszał sygnał ze słuchawki trzymanej przez Cho, przeszywający dzwonek powtarzający się raz za razem, aż…
– Szpital w Binzhou – Li ledwo zrozumiał kobiecy głos.
– Z doktorem Huang Fangiem poproszę – powiedział Cho.
– Jest na intensywnej terapii – odparła kobieta.
– A czy jest tam telefon? – spytał Cho. Li skinął nieznacznie głową. Pytanie było zasadne, gdyż braki sprzętowe w wiejskich szpitalach były ogromne.
– Tak, ale…
– Muszę z nim porozmawiać.
– Nie rozumie pan – powiedziała kobieta. Li podszedł bliżej, by lepiej słyszeć rozmowę. – Jest na intensywnej terapii i…
– Jest tu ze mną główny epidemiolog Ministerstwa Zdrowia. Włączy się do rozmowy, jeśli…
– Ale on jest tam pacjentem.
Li wziął głęboki wdech.
– Ma grypę? – spytał Cho. – Ptasią grypę?
– Tak – odparł głos.
– Jak się zaraził?
Kobieta odpowiedziała nieco przerywanym głosem.
– Od chłopca ze wsi, który przyszedł ze zgłoszeniem.
– Przyniósł ze sobą ptaka?
– Nie, nie, nie. Lekarz zaraził się od chłopca.
Bezpośrednio?
– Tak.
Cho spojrzał na Li szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Zarażone ptaki przenosiły H5N1 przez kał, ślinę i wydzielinę z nosa. Inne ptaki zarażały się przez bezpośredni kontakt z tymi substancjami lub dotykając zakażonych przedmiotów. Ludzie zazwyczaj zarażali się poprzez kontakt z chorymi ptakami. W przeszłości odnotowano zaledwie kilka przypadków przeniesienia wirusa z człowieka na człowieka, ale przypadki te budziły spore wątpliwości. Jednakże jeśli ten szczep z taką łatwością przenosił się między ludźmi…
Li gestem pokazał Cho, by ten oddał mu słuchawkę.
– Mówi Quan Li – powiedział. – Zamknęliście szpital?
– Słucham? Nie…
– Zróbcie to! Kwarantanna ma objąć cały budynek!
– Ja… nie mam upoważnienia, by…
– W takim razie proszę mnie połączyć z przełożonym.
– To doktor Huang, a on jest…
– Na intensywnej terapii, wiem. Jest przytomny?
– Sporadycznie, a i tak wtedy tylko majaczy.
– Kiedy został zarażony?
– Cztery dni temu.
Li przewrócił oczami. Przez cztery dni nawet przez niewielki, wiejski szpital przewijały się setki osób. Z drugiej strony, lepiej późno niż wcale.
– Nakazuję pani – powiedział Li – w imieniu Departamentu Zapobiegania Chorobom zamknąć szpital. Nikt nie ma prawa tam wejść, ani stamtąd wyjść.
Cisza.
– Słyszy mnie pani? – spytał Li.
W końcu odpowiedział mu cichy głos:
– Tak.
– Dobrze. A teraz proszę o pani nazwisko. Musimy…
Usłyszał dźwięk, jakby kobieta po drugiej stronie upuściła słuchawkę, która musiała uderzyć o widełki, gdyż połączenie nagle zostało zerwane. Słychać było już tylko sygnał zgłoszenia, który pośród mroku tuż przed świtem bardzo przypominał ciągły sygnał EKG.




Dodano: 2012-06-06 14:58:25
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"


 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS