NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bradbury, Ray - "Kroniki marsjańskie. Człowiek ilustrowany. Złociste jabłka słońca"

Fletcher, Charlie - "Paradoks"

Ukazały się

Antologia - "Za tamą"


 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Radecki, Łukasz - "Bóg Horror Ojczyzna"

 Larson, B.V. & VanDyke, David - "Wygnaniec"

 antologia - "Mroczne dziedzictwo. Antologia w hołdzie Jamesowi Herbertowi"

 Weber, David; Zahn, Timothy; Pope, Thomas - "Wezwanie do zemsty"

 Wolski, Marcin - "Pies w studni. Kot w windzie czyli rekonkwista"

 McDonald, Ed - "Zew kruka"

Linki


Achmanow, Michaił - "Inwazja"
Wydawnictwo: Almaz
Cykl: Achmanow, Michaił - "Przybysze z ciemności"
Tłumaczenie: Agnieszka Chodkowska-Gyurics
Data wydania: Czerwiec 2012
Oprawa: miękka
Liczba stron: 250
Cena: 25,99



Achmanow, Michaił - "Inwazja" #2

Przestrzeń okołoziemska,

Ziemia i Księżyc


Wybuchy w pobliżu Jowisza zauważył astronom Li Chen dyżurujący przy dużym teleskopie zwierciadlanym w obserwatorium Kepler. Obserwatorium orbitalne, uruchomione dwa lata temu, należało do Związku Uniwersytetów Europy i Ameryki Północnej. Finansowano je szczodrze, a teleskop był rzeczywiście wielki – średnica zwierciadła wynosiła sto dwadzieścia cztery metry. Każdy astronom na Ziemi marzył, by dopaść tego instrumentu, a ci, którzy nie marzyli, byli albo inwalidami niezdolnymi nawet do lotów w bliski kosmos, albo kompletnymi przygłupami bez żadnych widoków na uzyskanie stopnia naukowego.
Była jeszcze trzecia kategoria: obywatele mocarstw stanowiących potencjalne zagrożenie dla społeczności ziemskiej. Ich nie dopuszczano do najnowszych technologii. Li należał do grona takich osób – był Chińczykiem, i to nie z KSZ ani z UEA, lecz z Chin – czyli tak chińskim Chińczykiem jak to tylko możliwe. Niechętny stosunek innych do jego obecności na Keplerze miał wiele przyczyn: to, że co czwarty człowiek na Ziemi był Chińczykiem; to, że chińską ekspansję na Amerykę, Australię i Syberię, nie wspominając o krajach Azji Południowo-Wschodniej, uważano za realne zagrożenie; a także to, że Chińczycy sprzeciwiali się asymilacji, uparcie twierdząc, że Państwo Środka jest centrum świata. John E. Bradford, brytyjski astrofizyk i dyrektor Keplera, mógł co najwyżej zgadywać, jakim cudem Li Chen znalazł się w jego obserwatorium. Ale dokumenty Li były w porządku, dwumiesięczny okres stażu też wyglądał rozsądnie, tak więc nie zdołano odprawić Chena do Szanghaju przed terminem.
Z zawodowego punktu widzenia Chińczyk był znakomitym obserwatorem. Spostrzegawczym, choć oczy miał wąskie i skośne. Vad Griko, zastępca Bradforda, przydzielił Li do zadań związanych z kontraktem z ZSK, w którego ramach Kepler śledził ruchy asteroid grupy Apollo między orbitami Marsa i Jowisza. Jeśli takie ciało wpadło w pole grawitacyjne gigantycznej planety, zmieniało trajektorię lotu – dlatego Jowisz był cały czas obserwowany zarówno przez obserwatoria ziemskie, jak i orbitalne. Zadanie to uważano za nudne i mało prestiżowe, ale zajmowało się nim setki astronomów żyjących z dotacji ZSK. A wśród nich – spostrzegawczy Li.
Gdyby Chen był tylko spostrzegawczym Chińczykiem na dwumiesięcznym stażu, Bradford by go jakoś zniósł. Ale jego wyobraźnia!... Te niewiarygodne domniemania!... Ta pewność siebie, te bezsensowne żądania!... A mówią, że Chińczycy są narodem pragmatycznym, bez skłonności do fantazjowania.
Fizjonomia Li majaczyła przed Bradfordem w jego gabinecie, a sam Li Chen usadowił się na twardym krześle. Bardzo twardym, ale przy mniejszej o połowę sile ciążenia mógł tak siedzieć dzień i noc. Siedzieć i marudzić.
- To była anihilacja, sił! – Li nie wymawiał głoski „r”. – Anihilacji w pobliżu Jowisza nie można uznać za natułalny płoces, sił. Jak pan wie, obecnie odległość między Ziemią i Jowiszem wynosi sześć i trzy dziesiąte jednostki astronomicznej. Żeby wybuch był widoczny z takiej odległości, nawet przez nasz teleskop, musiał mieć moc co najmniej stu megaton. A miał większą, sił, dużo większą!
- No dobrze… – Bradford skinął głową z miną skazańca. – Odkrył pan niezwykle interesujące zjawisko. Zajmiemy się nim. Przeprowadzimy obliczenia, przeanalizujemy zdjęcia, nawet nadamy fenomenowi pańskie imię. Czego pan jeszcze chce, Li?
- Nie trzeba żadnego imienia. Jestem skłomnym człowiekiem. Chcę tylko, żeby pan poinfołmował o moim odkłyciu sztab Zjednoczonych Sił Kosmicznych. I płezydenta KSZ, płezydenta Łosji i przewodniczącego Łady Eułopy. I jeszcze przewodniczącego ONZ.
- A co z królową brytyjską i kanclerzem Niemiec? – zapytał Bradford z nieskrywanym sarkazmem.
- Ich nie trzeba. Ich poinfołmuje Łada Eułopy.
- A Chiny? Dlaczego nie chce pan posłać wiadomości do Chin?
- Chiny nie zobowiązały się do ochłony Ziemi przed zagłożeniemi z kosmosu. Chiny nie mają kłążowników.
I dzięki Bogu – pomyślał Bradford, a na głos powiedział:
- Ma pan świadomość, jak… hmm… niezwykła jest pańska hipoteza?
- Dlaczego niezwykła? Kiedyś to musiało się zdarzyć.
- Kiedyś! Za jakiś milion lat! Jeśli odwołamy się do klasycznych dzieł, do opinii Szkłowskiego , który udowodnił…
- Z całym szacunkiem, sił, niczego nie udowodnił, sfołmułował hipotezę, któłej nie można udowodnić. A moją można! W ciągu kilku dni albo w ciągu miesiąca. Z kolei jeśli nie będziemy gotowi, gdy ich statki dotłą do Ziemi… i jeśli nie mają szlachetnych celów… Weźmie pan na siebie taką odpowiedzialność?
Kłótnia trwała już ponad godzinę. John E. Bradford zamknął zmęczone oczy, potarł powieki i wymamrotał:
- Bzdury! Bzdury, głupstwa i kompletny idiotyzm!
- Dlaczego bzduły? Zobaczyłem w pobliżu Jowisza niewytłumaczalne zjawisko przypominające anihilację i mówię, że to statek Obcych. Być może włączyli silniki planetałne albo wysadzili astełoidę, albo przepłowadzili jakiś ekspełyment… W każdym łazie niedługo będą tutaj i lepiej by było, gdyby flota ZSK przywitała ich gdzieś na orbicie Małsa. Przywita i zdecyduje, czy wpuścić ich na Ziemię.
Kretyn – pomyślał Bradford. – Głupi, uparty, skośnooki kretyn!
Nieoczekiwanie w głowie zaświtała mu myśl. Wspaniała, godna Brytyjczyka, wszak Brytyjczyków zawsze uważano za urodzonych dyplomatów.
- Dlaczego chce pan, żebym to ja kontaktował się z ZSK, ONZ i tymi wszystkimi osobami, które należy poinformować? Mógłby pan sam wysłać im wiadomość. I nie tylko im, w końcu do tego właśnie służy Ultranet.
- Ale sił, Ultłanet jest pełen kłamstw! Kto by mi uwierzył?! Dlatego zasugełowałem, by nawiązał pan kontakt osobiście i popał łapołt. Znają pana i w ZSK, i w ONZ, a pańska łeputacja…
- Jej właśnie nie chcę narażać – odparł Bradford z niewinną miną.
Li ze smutkiem uniósł brwi ku górze.
- Nie chce pan być zbawcą Ziemi?
- Z przyjemnością odstąpię panu ten zaszczyt, Li. Przecież to pańska hipoteza, nie moja! Jeśli zwróci się pan do prasy i telewizji, zezwolę, by używał pan tytułu współpracownika Keplera… - w oczach Bradforda błysnęły złośliwe ogniki. – W takim przypadku jestem gotów potwierdzić, że korzystał pan z teleskopu i że w naszych archiwach mamy zdjęcia tajemniczego wybuchu w okolicach Jowisza, a także pełny komputerowy zapis wydarzenia. Podzielimy się tak: dla mnie materiały naukowe, dla pana oryginalny komentarz. Umowa stoi?
Zwiesiwszy głowę, Li wymruczał coś po chińsku. Potem powiedział:
- Stoi. Chociaż oczywiście, płasa i telewizja to nie to samo, co ONZ i ZSK. W telewizji pełno jest oszustów, w płasie też. Czego szukają? Sensacji, tylko sensacji!
Bradford wzruszył ramionami i z uśmiechem wpatrywał się w Li.
- To jak będzie, mój drogi?
- Nie rozumiem, sił…
- Jest pan u nas na stażu dopiero od tygodnia. To jedna strona medalu. Z drugiej strony chce pan jak najszybciej ogłosić swoją hipotezę, bo czasu jest mało, a statek Obcych zbliża się do Ziemi. Kontakty z reporterami będą wymagały pańskiego osobistego zaangażowania… Co w tej sytuacji zamierza pan zrobić?
- A, o to panu chodzi… - Li Chen westchnął i pokiwał głową jak chiński bałwanek. – Nie mam wyjścia! Muszę przełwać płacę w tym szacownym miejscu. Bałdzo żałuję, sił… przypadła mi w udziale niepowtarzalna okazja płacy pod pańskim okiem i mądłym kiełownictwem doktoła Głiko… Wyłuszę na Ziemię z piełwszym tłanspołtem, sił. Oczywiście, za pańską zgodą.
John E. Bradford spojrzał na zegarek.
- Wyrażam zgodę! Ale proszę się pośpieszyć, mój drogi Li. Rakieta transportowa odlatuje za trzydzieści siedem minut. Nie chciałbym zatrzymywać pana do jutra. Chodzi przecież o ratowanie Ziemi…



Dodano: 2012-06-06 11:11:07
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Miasto Złomu"


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Fantastyka 2017 - plebiscyt

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

Recenzje

Stephenson, Neal & Galland, Nicole - "Wzlot i upadek D.O.D.O."


 Gaiman, Neil - "Ocean na końcu drogi"

 Le Guin, Ursula K. - "Wracać wciąż do domu"

 Lawrence, Mark - "Szara siostra"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

 Małecki, Jakub - "Nikt nie idzie"

 King, Stephen - "Uniesienie"

Fragmenty

 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Cadigan, Pat - "Alita: Battle Angel. Miasto złomu"

 Eames, Nicholas - "Królowie Wyldu"

 Bourne, J.L. - "Rozbita klepsydra"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS