NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ryan, Anthony - "Pieśń krwi"

Hobb, Robin - "Królewski skrytobójca" (wyd. 3)

Ukazały się

Riordan, Rick - "Greccy bogowie według Percy'ego Jacksona"


 Sapkowski, Andrzej - "Krew elfów" (audiobook)

 Nieznaj, Anna - "Błąd warunkowania"

 Mróz, Remigiusz - "Chór zapomnianych głosów"

 Gromyko, Olga - "Rok szczura. Widząca"

 Wolski, Marcin - "Sodoma"

 Howey, Hugh - "Zmiana"

 Sapkowski, Andrzej - "Sezon burz" (audiobook)

Linki


Ziemiański, Andrzej - "Pomnik cesarzowej Achai", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Ziemiański, Andrzej - "Pomnik Cesarzowej Achai"
Data wydania: Kwiecień 2012
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7574-675-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 688
Cena: 49,90 zł
Tom cyklu: 1



Ziemiański, Andrzej - "Pomnik Cesarzowej Achai", tom 1 #3

Góry Pierścienia (przed korektą)

Dawniej myślano, że ziemia jest płaska i kończy się pasmem gór. Za nimi nie ma już nic. Zaan obliczył jednak i udowodnił, że ma kształt kuli i krąży wokół słońca. No to dodajmy teraz do tego stare legendy. Za Górami Bogów żyją przecież nasi „Cisi Bracia”. Ludzie, którzy rodzili się na drugiej półkuli naszej planety. Ludzie, którzy nie znają magii. Kiedy przyjdzie czas połączymy się i razem stawimy czoła potędze Ziemców.
- Tak, tak. To słyszałem na wykładach. Do znudzenia.
- Na szczęście „Cisi Bracia” to taka sama bzdura jak wieloryby długości stu kroków...
Kai wyciągnęła się na prowizorycznym posłaniu z kilku derek. Szkoda, ze za dnia nie można było rozwiesić hamaków. Za mało miejsca.
- W tą kulę Zaana to jakoś za bardzo nie mogę uwierzyć. Ale to, ze za Górami Bogów ktoś żyje to… - zawahała się. – Ciekawa sprawa.
Tak. Legendy mówią, że nasz świat to pułapka na potwory. My, po tej stronie gór jesteśmy jak inne ludy we wszechświecie. Znamy magię, zrodziła nas wola… A Po tamtej stronie gór żyją ludzie, których świat jest jakby lustrem, odbiciem świata potworów. Jest taki sam, prawie identyczny jak cywilizacja potworów.

***

Wynalazek Mielczarka, czyli nielegalna lampka bardzo się teraz przydał. Tomaszewski nie mógł zasnąć po tej przytłaczającej nudą wachcie. Nie mógł spać. Gdzieś na granicy świadomości ciągle przemykało to samo pytanie: czy za Górami Pierścienia są jacyś ludzie. Zdjął z półki książkę, która była historia prób zdobycia tych gór. Niestety, to właściwie album, dużo zdjęć i rycin, mało tekstu. Zdjęcia to średni pomysł jeśli chodzi o kontemplowanie w świetle małej lampki. Ale on nie musiał nawet czytać rozbudowanych podpisów pod rysunkami – książkę znał prawie na pamięć.
Góry Pierścienia fascynowały ludzkość od zarania, początkowo będąc zarzewiem legend i religii, a potem, stopniowo, celem naukowych dociekań. Właściwie w każdej epoce ktoś usiłował je sforsować. Ale dopiero współcześnie dowiedziono, że to niemożliwe. Sądzono nawet, że góry sięgały w kosmos, jednak potem stwierdzono, że niezupełnie. Sięgały stratosfery i teoretycznie dałoby się nad nimi przelecieć. Przynajmniej w niektórych miejscach. Zanim jednak podjęto próby balonowe wiele wypraw usiłowało wedrzeć się na szczyty wspinając się po zboczu. Niestety przeraźliwe wiatry i zimno zatrzymywało każdą wyprawę (nawet wyposażoną w butle z tlenem) na wysokości mniej więcej dziesięciu tysięcy metrów. O wejściu na szczyt nie było nawet mowy. Nie było jak dostarczać nowych butli. Zasadniczo wszelkie późniejsze projekty wspięcia się na szczyty zakładały budowę etapowych wyciągów do transportu tlenu (albo wręcz rurociągu), a to po prostu było utopią.
No to może po prostu wywiercić dziurę? Skały były wyjątkowo twarde, wszystkie historyczne próby kończyły się niepowodzeniem. Współcześnie też nie było najlepiej. Kilka państw podejmowało osobne wysiłki ale szybko stało się jasne, że to również utopia. Tunel zasadniczo dałoby się wywiercić wspólnym wysiłkiem wielu państw, a to ze względów politycznych i ekonomicznych było niepodobieństwem. Tym bardziej, że nikt nie był w stanie zagwarantować jakichkolwiek przewidywalnych zysków. Nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie: a co tam jest? Może dziewicza półkula ze swoimi nietkniętymi zasobami naturalnymi? A może obca cywilizacja tak rozwinięta, ze wszystkie strategiczne złoża są już zajęte? A może ta cywilizacja jest wroga i lepiej rozwinięta technicznie? Może nas zaatakuje? Nikt nie dawał gwarancji już nawet nie na sukces finansowy operacji ale choćby na to, ze w ten sposób nie zostanie obudzony jakiś demon. A jeśli skład atmosfery po drugiej stronie jest inny? A może jest tam trujący gaz? Albo jeszcze lepiej. Tam w ogóle nie ma atmosfery tylko kosmiczna pustka. Zrobimy dziurę i nasze powietrze zostanie bezpowrotnie wyssane.
Dużo lepiej, przynajmniej w pewnym sensie, poszło tym, którzy usiłowali nad górami przelecieć. Pierwszy stratosferę osiągnął Francuz Jean Villers. Oczywiście nie zamierzał swoim balonem przelatywać nad Górami Pierścienia, ani zresztą nad jakimikolwiek innymi. Kiedy jednak rok później poprawił swój rekord wysokości i osiągnął dwadzieścia jeden tysięcy metrów jego stratostat został natychmiast odkupiony przez ekscentrycznego milionera Raya Chalmersa. Pierwsza próba przelotu odbyła się już pół roku później. Chalmers startował z maleńkiej wysepki Nassau, skąd według jego obliczeń wiatr miał go zanieść nad „Nassau Trail” ogromną przełęcz, która jak sądzono może być najlepszą drogą na drugą stronę. Niestety, obliczenia ewentualnych kursów i dryfów były prowadzone na podstawie ówczesnej wiedzy, a o wiatrach wiejących w stratosferze nikt wtedy nie miał zielonego pojęcia. Chalmers rozbił się o zbocze Gór Pierścienia na wysokości zaledwie czternastu tysięcy metrów. Doskonale odbijająca słońce, metalizowana czasza jego balony jeszcze przez długi czas była atrakcją dla posiadających dobrej klasy teleskopy i przepływających tamtędy turystów.
Śmiałków jednak nie brakowało. Jeszcze tego samego roku odbył się drugi lot. Też z Nassau. Brytyjski Quest zabrał na pokład pięcioosobową załogę i bez przeszkód dotarł nawet do wysokości siedemnastu tysięcy metrów gdzie ujawnił się defekt powłoki. Balon rozdarł się, a ciśnieniowa kabina zaczęła spadać. Członkowie załogi mogli się nawet teoretycznie uratować. Na pokładzie były spadochrony. Niestety, nie zdążyli odkręcić wszystkich śrub, które uszczelniały właz. Prasa (a przynajmniej ta brukowa) pisała potem kpiąco: „przecież i tak, z założenia była to podróż tylko w jedną stronę”.
Właśnie, podróż w jedną stronę. Wielu publicystom trudno było zrozumieć ten mechanizm. Próba przelotu była przedsięwzięciem niezwykle kosztownym. Wydawałoby się więc, że ktoś kogo stać na taki wydatek powinien być człowiekiem rozsądnym, kalkulującym na zimno, a wcale tak nie było. Nawet w przypadku sukcesu, zdobywca czy odkrywca nie mógł liczyć ani na sławę i palmę pierwszeństwa, ani choćby na przekazanie wiadomości potomnym, że mu się udało. Na zawsze zostawał po drugiej stronie. Znikał z zasięgu uwagi cywilizacji.
Chętnych jednak nie brakowało. Podejmowano wyprawę za wyprawą. Wszystkie nieudane, choć niektórzy, bardzo nieliczni mogli mówić o szczęściu. Spadochron otworzył się we właściwym momencie, przypadkowy statek wyłowił z oceanu albo wyprawa ratunkowa dotarła na czas do odpowiedniego miejsca na zboczu gór. Chybił trafił. Przynajmniej do czasu kiedy udało się wykorzystać małe balony bezzałogowe do próby określenia rodzaju wiatrów wiejących w stratosferze. Rozpoczęły się próby „naukowe” – pisano o nich najczęściej w cudzysłowie ponieważ większość ciągle jeszcze opierała się jedynie na pozorach zdyscyplinowanego myślenia.
Pierwszym stratostatem, który prawdopodobnie przeleciał na drugą stronę był rosyjski „Mir” – olbrzym o pojemności dziewięćdziesięciu trzech tysięcy metrów sześciennych. Ciśnieniowa kapsuła była wyposażona nawet w butle z gazem, którym po drugiej stronie można było napełnić czaszę ponownie. Rozwiązanie czysto teoretyczne – w praktyce członkowie załogi nie byliby w stanie dokonać tego po lądowaniu po drugiej stronie gór. Ale jako sposób na poprawę samopoczucia – pomysł doskonały. Mir był prawdopodobnie pierwszy. W każdym razie nigdy nie znaleziono jego szczątków, ani nie zauważono ich podczas obserwacji zboczy gór.
Być może drugim balonem, któremu się udało był brytyjski „Explorer 3” z dwuosobową załogą złożoną z komandora Fellina i doktora Murphy’ego.
Trzecia i czwarta ekspedycja, po której nie znaleziono żadnych śladów należały kolejno znowu do Rosjan, oraz do Niemców. Najciekawszą jednak w tym okresie była wyprawa polska. Zorganizował ją znany ekscentryk, książę Osiatyński, miłośnik wiedzy tajemnej i okultysta. Dziwak ów jako towarzyszy podróży zabrał znane medium – hrabiankę Paczkowską oraz najpotrzebniejszych służących. Luksusowo wykończona, wykonana z najdroższych materiałów, ciśnieniowa kapsuła zawierała także specjalny boks będący prowizoryczną stajnią dla książęcego, ulubionego wierzchowca, który również poleciał na wyprawę.
Mimo wrzawy w prasie i prób ośmieszania ekspedycji była to jednak jedyna wyprawa, której członkowie pomyśleli o jakiejś łączności z własną cywilizacją już po wylądowaniu po drugiej stronie gór. Towarzyszące księciu medium miało nawiązać łączność telepatyczną z innym medium, które pozostało w kraju.
Łączności tak niezwykłego rodzaju nie udało się nawiązać, co jednak nie deprecjonowało całej reszty. Ekspedycję uznano za udaną, to znaczy za taką, która pomyślnie przeleciała nad szczytami gór pierścienia.
Udało się jeszcze prawdopodobnie kilku jeszcze wyprawom zanim nie uznano ich za zbyt kosztowne i kompletnie nieefektywne. Podjęto pierwsze próby sforsowania Pierścienia w taki sposób, żeby można było powrócić. Niestety, żaden samolotowy silnik tłokowy nie był w stanie pracować w stratosferze. Eksperymentowano jednak, głównie w Rosji i we Włoszech nad dwupłatowcami wielosilnikowymi, z których jeden był wyłącznie gigantyczną sprężarką dostarczającą powietrza pozostałym. Niestety, osiągany pułap ciągle był kompletnie nieadekwatny do potrzeb. Próby zasilania silników tlenem z butli również nie przyniosło spodziewanych efektów. Silniki tłokowe nie były po prostu technologicznie zdolne do pokonania aż takiej bariery.
No i niestety, myśl techniczna została w tym miejscu zablokowana. A potem wybuchła wojna. Nikt nie myślał o lotach nad Górami Pierścienia. Powojenny świat pogrążył się w kryzysie, który nie sprzyjał nawet podejmowaniu kolejnych prób przez bogatych ekscentryków. Naukowcy i poeci marzyli dalej. Dla tych pierwszych jasne było jednak, ze musi nastąpić technologiczny skok, gwałtowny przełom, który znowu pozwoli myśleć poważnie o przejściu ostatecznej granicy między światami.


Dodano: 2012-03-27 18:11:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Barbarzyńcy od Rebisu na Święta


Trzeci tom Cobleya do wygrania


Artykuły

Mikołajkowo-świąteczne polecanki Katedry


 Drugi wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem

 Richard Matheson: Był Legendą

 Godzina W i fantastyka

 Na skraju jutra: książka a film

Recenzje

Martin, George R.R. - "Świat Lodu i Ognia"


 "Kajko i Kokosz. Szkoła Latania" (audiobook)

 Butcher, Jim - "Rycerz lata"

 Cobley, Michael - "Wschodzące gwiazdy"

 Funky Koval. Bez oddechu (audiobook)

 Koontz, Dean - "Apokalipsa Odda"

 Elliott, Kate - "Nadciągająca burza"

 Card, Orson Scott - "Cień Hegemona"

Fragmenty

 Mróz, Remigiusz - "Chór zapomnianych głosów"

 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości"

 Hobb, Robin - "Wyprawa skrytobójcy" #2

 Hobb, Robin - "Wyprawa skrytobójcy" #1

 Nieznaj, Anna - "Błąd warunkowania"

 Ryan, Anthony - "Pieśń krwi"

 Szostak, Wit - "Oberki do końca świata"

 Ćwiek, Jakub - "Chłopcy 3. Zguba"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2014 nast.pl     RSS      RSS