NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina" (2019)

Butcher, Jim - "Zmiany"

Ukazały się

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"


 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

 Lisińska, Małgorzata - "Zakonna"

 Burroughs, Edgar Rice - "Llana z Gathol"

Linki

Ketchum, Jack - "Potomstwo"
Wydawnictwo: Replika
Cykl: Ketchum, Jack - "Poza sezonem"
Tytuł oryginału: Offspring
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Data wydania: Marzec 2012
ISBN: 978-83-76741-67-3
Oprawa: miękka
Format: 145 x 205
Liczba stron: 288
Cena: 34,90 zł
Rok wydania oryginału: 1991
Tom cyklu: 2



Ketchum, Jack - "Potomstwo"

CZĘŚĆ PIERWSZA
12 MAJA 1992

00:25

Stała nieruchomo i patrzyła w okno. Jej ciało było upstrzone błotem i cętkami księżycowego światła, które padało wprost na nią, przecedzone przez kołyszące się gałęzie drzew. Pozostali niecierpliwie dreptali w miejscu.
Opuszkami palców dotknęła moskitiery. Była poluzowana, pewnie miała już swoje lata. Potarła palcem wskazującym o kciuk i wyczuła na nim drobinki rdzy. Zaglądała do środka domu, obserwowała dziewczynę, której ciało wydzielało kwaśny, kwiatowy zapach. Ten zapach drapał w nozdrza i był tak wyraźny, że tłumił stęchły odór kanapy, na której dziewczyna leżała, a nawet ciepły, tłusty aromat unoszący się ze stojącej obok miski.
Dziewczyna też pachniała stęchlizną. Uryną i polnymi kwiatami. Miała duże piersi i długie ciemne włosy. Była starsza od niej. Nosiła przylegające ciuchy.
Będą przeszkadzać.
Samce stłoczyły się obok niej, również chciały popatrzeć. Pozwoliła im. Ważne, aby wiedziały, co jest w środku. Ale to i tak ona ich poprowadzi, kiedy przyjdzie czas. Samce są młodsze i potrzebują przewodnika. To wszystko było dla nich nowe i przez to ekscytujące, niczym smagnięcie brzozową witką po plecach. Będą musieli się skupić i patrzeć uważnie.
Na piersiach poczuła dotyk kołyszącego się na brudnym sznurku, oprawionego w chłodne złoto diamentu. Noc była spokojna. Gdzieś z oddali dobiegało jedynie cykanie świerszczy. Patrzyli na dziewczynę, która nie zdawała sobie sprawy z ich obecności, pochłonięta odgłosami dochodzącymi z jasno rozświetlonego pokoju. I każdy z nich, przez ułamek sekundy, jakby muśnięty przez pędzący wiatr, wyczuł pogrążone we śnie dziecko – samotne, gdzieś nad nimi, w spragnionej ciemności – ich ciemności, ciemności ich przodków, ciemności Kobiety i Pierwszego Zabranego.
Mogliby przysiąc, że już widzą to dziecko, czują jego zapach. Musieli tylko czekać.
Aż pojedyncza chmura zasłoni księżyc.

1:46

Cholera, Nancy!
Znowu zostawiła wszędzie pozapalane światła. A przynajmniej na całym dole. Wjechała swoim buickiem combi na podjazd. Laska myśli, że sram pieniędzmi, pomyślała. Na bank włączyła też wieżę i telewizor, a w lodówce nie została pewnie nawet puszka Coli.
Znowu prowadziła na lekkim rauszu. Prawe tylne koło ześlizgnęło się z wysypanego żwirem i kamieniami podjazdu, zgniatając przy tym trzy ostatnie tulipany rosnące na krawędzi trawnika i rozpaczliwie próbujące przetrwać. A pies z nimi, pomyślała. Pewnie rozjechałaby je nawet na trzeźwo.
Wyłączyła silnik i zgasiła reflektory. Siedziała przez chwilę w aucie, rozmyślając o Deanie, z którym piła w knajpie. Sączył swoje Wild Turkey i zwyczajnie ją ignorował. To jej własny pieprzony mąż, a patrzył przez nią, jakby była jakimś przezroczystym duchem. Ale właśnie taki był Dean – albo dostawało się od niego wielkie nic, albo o wiele więcej, niż się spodziewało.
Nic było lepszą opcją. Choć poniżającą. I typową. Czy się z nim żyło na co dzień, czy też nie, nigdy nie przestawał być panem Poniżającym. Sprawiało mu to radochę.
Wzięła głęboki oddech, aby otrząsnąć się z gniewu, i otworzyła drzwi samochodu. Sięgnęła po swoją wytartą czarną torebkę – w zapinanej bocznej kieszeni tkwił rewolwer kalibru trzydzieści dwa. Nosiła go na wypadek, gdyby znowu przyszło mu na myśl stłuc ją na kwaśne jabłko i powtórzyć swój wyczyn z Caribou z ostatniego piątku. Dźwignęła się z fotela.
Nie było to łatwe zadanie, wciąż nie udało jej się zrzucić wagi po ciąży. Na pewno nie pomogło też kilka wypitych przez nią piw. Torebka ciążyła jej na ramieniu.
Pierdolony Dean. Trzasnęła drzwiami, ale i tak nie zamknęły się dokładnie. Muszę to naprawić, pomyślała.
Ciekawe jak.
Odkąd Dean odszedł, ledwie starczało jej forsy na jedzenie dla siebie i dziecka, a raz w tygodniu musiała brać opiekunkę. Miała więc na głowie nie tylko pracę, ale i dom, więc ten jeden piątkowy wieczór miał być wyłącznie dla niej – szła do kina albo na drinka – i nie powinna z niego zrezygnować, a nie mogła przecież zostawić dzieciaka samego. Problem w tym, że barmanka w Dead River zarabiała nędzne grosze, a ludzie dawali gówniane napiwki. Można obrzucać turystów błotem, ale oni chociaż sypali hojniej groszem.
Jeszcze miesiąc, pomyślała, oby do sezonu. Musisz jakoś wytrzymać.
Przesadziła susem pęknięty makadam i podeszła do bocznych drzwi, próbując zlokalizować odpowiedni klucz spośród kilku przypiętych do breloka. Z kuchni dobiegł głuchy dźwięk, jakby coś spadło.
Może butelka coli gruchnęła o rzeźnicki stół, za który dała majątek? Nancy pod jej nieobecność znowu żarła i chlała, co jej wpadło w łapy. Powinnam ograniczyć piwo, pomyślała. Mogłabym.
Oszczędzę w ten sposób trochę grosza. No bo co jest naprawdę ważne?
Ja i moje dziecko, co nie?
Poczuła ukłucie winy.
Czemu zawsze nazywa ją dzieckiem?
Miała na imię Suzannah. Suzi. A nie dziecko. Przypomniała sobie chwilę, kiedy zdecydowała się na
wybór tego imienia, a teraz praktycznie wcale go nie używała. Jakby dziecko było po prostu kolejnym czymś, jak kredyt na dom, uszkodzony dach czy cieknący w piwnicy kran.
Dean spieprzył wszystko w jej życiu, nic więc dziwnego, że nawet o dziecku nie mogła myśleć w inny sposób. Zachciało jej się płakać.
Nancy, do cholery jasnej!
Nie potrzebowała klucza. Drzwi były otwarte. Powtarzała to tej gówniarze raz po raz – zamykaj drzwi. Okej, dzisiaj spotkała w barze Deana, ale przecież nie znaczy to, że będzie tam za tydzień. Może któregoś piątku pojawi się pod jej domem i zobaczy, że auta nie ma na podjeździe. Dwukrotnie groził, że wszystko wyniesie. Podstawi jakiegoś pickupa i wyczyści jej chałupę. Zostaną jej tylko brudne gacie.
Stać go na to, pomyślała. Muszę pogadać z tą gówniarą.
– Nancy?
Otworzyła drzwi i zobaczyła, że telewizor w salonie jest włączony, ale dźwięk został wyciszony. To po co go w ogóle włączać?
Przekręciła zasuwkę i weszła do kuchni. Od razu zobaczyła plamę na wyłożonej linoleum podłodze, ciągnącą się aż do parkietu w salonie. Zgadywała, że to cola albo kawa, w każdym razie coś ciemnego i lepkiego.
Jezu! Zamorduję tę dziewczynę!
Ostrożnie przestąpiła nad plamą i wtedy poczuła smród. Rozejrzała się i nagle słowa, które miała właśnie wypowiedzieć, utknęły jej w gardle, nie mogła nawet krzyknąć. Stała nieruchomo, próbując ogarnąć to, co zobaczyła, ale równie dobrze mogła chcieć połknąć silny podmuch wiatru w jednym wdechu.
Dwóch przysiadło na blacie obok zlewu. Mrużyli oczy, wpatrywali się w nią swoimi nienaturalnie
jasnymi oczami. Ich ramiona i ręce pokryte były krwią.
Dzieci.
Nancy leżała nago na stole rzeźnickim. Nie ruszała się, a jej skóra była trupio blada. Miała odcięte ręce. Jej ubrania porozrzucano po całej kuchni – pod stołem zauważyła mokre, połyskujące brązem jeansy. Szafki były pootwierane, pudełka pogniecione, a słoiki potłuczone. Mąka, bułka tarta, krakersy, cukier, dżemy, konfitury i galaretki zapaćkały blaty i podłogę. Ręce Nancy schły w zlewie. Razem z naczyniami.
Wszystko to uderzyło w nią z całą swoją mocą. Widziała, że te dzieci czekały na nią. Przewróciło jej się w żołądku, kiedy dzierżąca zakrwawiony toporek dziewczyna i dwóch brudnych bliźniaków, którzy trzymali nogi Nancy w rozkroku, odwrócili się w jej stronę jak na zawołanie. Cała trójka miała poważne i skupione miny, tak różne od uśmiechów ich towarzyszy przycupniętych przy zlewie.
Zwróciła wzrok ku dziewczynie, a ona odpowiedziała jej pustym spojrzeniem. Wydawało się, że w tej samej chwili obie zrozumiały, o czym myśli ta druga i po co tutaj przyszła – skupiły się na tym samym, równocześnie, choć ich zamiary były tak od siebie różne. Myśli dziewczyny były zimne i wyrachowane, jakby odprawiała jakiś rytuał. Była świadoma swojej władzy i przekonana, że ta kobieta powinna wiedzieć, co tutaj zaszło. Z kolei myśli kobiety kłębiły się tak energicznie, że potrzebowały jakiegoś uzewnętrznienia, i kiedy z jej ust wydobyło się imię córki (Suzannah!), wiedziała, że zachowanie Deana nie zniszczyło więzi łączącej matkę z dzieckiem; sądziła tak, bo w pewnym momencie porzuciła już nadzieję, ale teraz wszystko się zmieniło. Zdała sobie jednak sprawę, że nie ma już czasu, aby cokolwiek z tą miłością zrobić, i poczuła, jak pęka jej serce, tu i teraz. I kiedy najmniejszy z chłopców, którego nie zauważyła wcześniej, wypełznął spod stołu, trzymając biały, plastikowy worek na śmieci, a w nim ciasno owinięty, znajomy, niewielki kształt, i podniósł go w górę, aby mogła zobaczyć, co jest w środku, włożyła rękę do torebki, chcąc złapać za rewolwer, żeby wysłać te diabły tam, skąd przyszły – i zrobiłaby to bez wahania, gdyby w sam środek jej czoła nie wbito ostrza siekiery. Jej drgające ciało upadło na ziemię.
I nie czuła już bólu pękniętego serca.

3:36

George Peters śnił, że jego żona Mary – nieżyjąca od trzech lat – urodziła syna. Ich chłopak miał już dwa lata i bawił się na podłodze. Obok niego leżały drewniane klocki, a wokół jeździła kolejka – tory zaczynały się przy choince i niknęły gdzieś w sypialni Petersów, ale i tak pociąg znalazł w jakiś sposób drogę powrotną do salonu, prowadzącą przez uchylone okno. Peters siedział w fotelu i czytał gazetę. I choć był to słoneczny, majowy albo czerwcowy dzień, w domu stała choinka i wszędzie jeździły ciuchcie. Mary wyszła do koleżanki, więc Peters zajmował się chłopcem.
Nagle ktoś gorączkowo zapukał do drzwi i zawołał go po imieniu. Wstał z fotela i zobaczył, że to Sam Shearing, nieżyjący już od jedenastu lat. Usłyszał od niego, że ma zabierać nogi za pas i to w tej chwili. Ma zabrać syna i uciekać, bo nadjeżdża pociąg. Peters odpowiedział mu, że doskonale o tym wie, bo pociągi jeździły tędy bez przerwy. Nie rozumiesz! – powiedział Shearing. Nic, kurwa, nie rozumiesz! I rzucił się do ucieczki, co nie było w jego stylu.
Peters mrugnął i Sam zniknął. Zamknął drzwi i wrócił do salonu, gdzie jego syn nadal się bawił, układając klocki. Wtem usłyszał pociąg.
Pędzący z łoskotem w stronę domu.
Peters złapał syna, wyminął choinkę i wpadł do kuchni – był młodszy, szybszy – i wtedy lokomotywa przebiła się przez okno w salonie i przejechała przez pokój, zbliżając się do nich tak błyskawicznie, że żaden człowiek nie zdołałby przed nią zbiec. Chłopiec wił się histerycznie w jego ramionach, a ogromne, czarne cielsko pociągu wciągnęło pod siebie lodówkę i zmywarkę…
Zaciśnij zęby i biegnij…
Obudził się i poczuł zmęczenie, jakby faktycznie biegł, jego pikawa szalała, pocił się. Pościel była cała mokra, cuchnęła stęchłym fetorem wydalonej przez skórę whisky.
Dobrze, że chociaż kac mu odpuścił. Tym razem pamiętał, żeby przed snem łyknąć aspirynę, ale i tak kiedy usiadł na tyłku, ćmiło mu się we łbie. Pewnie jeszcze alkohol szumiał mu w głowie.
Spojrzał na zegar. Nawet nie wybiła jeszcze czwarta. Nie ma mowy, żeby udało mi się jeszcze zasnąć.
A przecież po to chleje się szkocką, żeby spać spokojnie. Mary nigdy by się z nim nie zgodziła, ale z pewnością próbowałaby go zrozumieć. Wszak nie dało się znieść tak łatwo długich okresów samotności, jakie nadeszły. Odkąd zmarła, koszmary uwzięły się na niego, zmuszając do otwarcia butelki o czwartej po południu i picia do późnej nocy. Ale najgorszy był sam fakt, że musiał żyć pod tym dachem bez niej. Emerytura spędzona z najlepszym i najstarszym przyjacielem była czymś innym niż po prostu emeryturą.
Usłyszał pukanie, ale tym razem to nie był sen, ktoś faktycznie walił w jego drzwi i to równie uporczywie.
– Idę, już idę! Chwila!
Wstał z łóżka. Nagi, stary mężczyzna z obwisłym brzuchem.
Podszedł do komody i wyciągnął z szuflady bokserki. Potem sięgnął do szafy i chwycił pierwsze lepsze spodnie. Ktokolwiek stukał, musiał go usłyszeć, gdyż przestał naparzać w drzwi.
Komu, do cholery, przyszło do głowy wpadać w odwiedziny o czwartej nad ranem? Przyjaciel, kumpel od kielicha – już niewielu ich zostało. Połowa gryzie piach, inni wynieśli się z miasta. Obecnie w Dead River mieszkało więcej obcych niż znajomych.
No i masz, znowu się nad sobą użalał.
Ciapa, pomyślał. Miał brata w Sarasocie, który cały czas powtarzał mu, że na Florydzie życie jest zupełnie inne. Mieszkał z żoną na osiedlu jednorodzinnych domków (w ogródku miał wiatrak), jakąś milę od Siesta Key. Wpadł raz do nich w odwiedziny i jednego był pewien – nie czuli się samotni, co to, to nie. Goście przychodzili do ich domu o każdej porze, w dzień i w nocy. Spacerowali, jeździli na rowerach, a ludzie mający problemy z sercem albo krążeniem organizowali sobie inne zajęcia. Kiedy sąsiedzi widzieli, że nowi przyjezdni siedzą na ganku, zaraz przychodzili na piwo i pogaduchy. Chodzili na tańce, grali w golfa, jedli w restauracjach i klubach, sami organizowali spotkania i składkowe kolacje.
Ale to nie było życie dla niego.
Po pierwsze, bez przerwy grzało jak cholera, a on był jednym z tych, co doceniali każdą porę roku, nagie gałęzie drzew w styczniu i zieleń liści w maju. Lubił nawet zimę i to taką, podczas której mróz odbierał z ranna oddech, pot leciał ciurkiem przy odśnieżaniu, a w kominku trzaskały polana.
Za to na Florydzie istniał tylko upał; upał przez jedną trzecią czasu przyjemny, przez jedną trzecią trochę uciążliwy, a przez jedną trzecią generujący istne kłęby pary – brodziło się w chmurach własnego potu. No i nie uważał się za zbyt towarzyską osobę.
Pewnie, czasem przychodziło mu na myśl, że nie byłoby źle wyjść gdzieś i poznać jakąś kobietę, na Florydzie wydawało się to proste. Nikt na tym osiedlu nie trwał długo w kawalerstwie czy panieństwie. Należało tylko chadzać na tańce i kolacje – ale do tego trzeba mieć zacięcie. Jemu nie chciało się nawet podejść do tych cholernych drzwi.
Nałożył szlafrok, wsunął na bose stopy klapki i poczłapał do korytarza. Zapomniał włączyć wcześniej automatyczny halogen na ganku, więc zrobił to teraz i otworzył drzwi.
– Vic.
W snopie jasnego światła stał Vic Manetti. W zaparkowanym na ulicy radiowozie siedział ktoś jeszcze, ale z tej odległości Peters nie potrafił rozpoznać twarzy.
Manetti był tutaj „nowy”, choć piastował urząd szeryfa już od dwóch lat. Dla tutejszych długo jeszcze będzie „nowym”, bo przyjechał z Nowego Jorku.
– Wybacz, że cię budzę, George.
– Nic się nie stało.
Peters szanował tego człowieka. Od czasu do czasu wychylał z nim kilka głębszych w Caribou, wypytywał, co działo się w mieście, aby być ze wszystkim na bieżąco, i odniósł wrażenie, że to dobry glina. Spokojny, miał głowę na karku i był dokładny. W takiej pipidówie jak Dead River nie wypadało prosić o nic więcej.
A jednak Peters odniósł wrażenie, że Manetti jest niespokojny i przyszedł z czymś ważnym.
– Muszę z tobą pogadać, George – powiedział.
– Domyślam się. Wejdziesz?
– Właściwie to miałem nadzieję, że ty zabierzesz się z nami.
Widział, jak Manetti przestępuje z nogi na nogę i bije się z myślami, szukając odpowiednich słów. Znalazł je po chwili.
– Chciałbym, żebyś rzucił na coś okiem. Potrzebuję twojej ekspertyzy.
– Ekspertyzy? – powtórzył i uśmiechnął się mimowolnie.
To jedno z tych słów, których nie usłyszysz w Dead River.
– Muszę cię jednak ostrzec, nie jest pięknie.
I wtedy Petersa dopadło przeczucie – może zrozumiał, co Manetti miał na myśli, mówiąc ekspertyza – a w jego głowie zapaliła się lampka ostrzegawcza i zdał sobie sprawę, że chyba wie, o co może chodzić. Miał jednak nadzieję, że tym razem jest w błędzie.
– Daj mi chwilę.
Wszedł z powrotem do sypialni, zrzucił szlafrok i klapki, a z szuflady wyciągnął starannie złożoną koszulę – Mary pragnęła, żeby zachował porządek, nawet gdy pije – i sięgnął pod łóżko po buty. Poszedł do kuchni, otworzył lodówkę i wyciągnął stamtąd karton soku pomarańczowego. Zaspokoił pragnienie.
Skierował się do łazienki, opłukał twarz wodą i wyszczotkował zęby. Twarz, którą zobaczył w lustrze, wyglądała na sześćdziesiąt sześć lat, a nawet jeszcze trochę więcej.
Wrócił do sypialni i wyciągnął z szuflady swój portfel. Na komodzie stało jej zdjęcie. Uśmiechała się do niego starzejąca się, ale nadal urodziwa kobieta. Fotografię zrobiono na długo przed atakiem raka.
Z przyzwyczajenia, jak zwykle wybity z równowagi przez to zdjęcie, otworzył górną szufladę i podniósł kaburę z tkwiącą w niej trzydziestką ósemką, zanim uświadomił sobie, iż nie będzie mu potrzebna. Mógł śmiało zostawić pukawki młodziakom.
Vic czekał na niego w radiowozie. Policjantem, którego wcześniej nie rozpoznał, okazał się Miles Harrison. Znał go od dziecka, Miles przez jakiś czas był nawet ich gazeciarzem, ale z jakiegoś powodu miał trudności z trafieniem w ganek. Grad przekleństw sypał się pod jego adresem każdej zimy.
Przywitał się, zapytał Milesa, co u rodziców (wszystko w porządku, dziękuję), i wsiadł tylnymi drzwiami. Ruszyli. Kiedy tak patrzył przed siebie na dwie sylwetki zniekształcone nieco przez zbrojone szkło, pomyślał, że to dziwne miejsce dla byłego szeryfa.
Pół godziny później wypita wcześniej szkocka podeszła mu do gardła, ledwie mógł się opanować, kiedy to zobaczył. Kuchnia wyglądała jak cholerna rzeźnia.
Gdy tylko spojrzał na to, co zostało z tej kobiety oraz opiekunki, od razu zrozumiał, z czym mają do
czynienia. W sumie wiedział już wcześniej, kiedy tylko zobaczył kałużę moczu na schodach prowadzących na ganek… ktoś oznaczył to miejsce.
Domyślał się, że Manetti też już wszystko rozgryzł.
– No to już wiesz, czemu po ciebie przyjechałem – powiedział.
Peters skinął głową.
– Dostaliśmy zgłoszenie od matki opiekunki.
Nazwa się Nancy Ann David, w marcu skończyła szesnaście lat. Matka mówiła, że jak tylko zrobiło się naprawdę późno, telefonowała tutaj, ale nikt nie odbierał. Spróbowała jeszcze kilka razy, zaczęła się martwić i wtedy zadzwoniła na policję.
– A kobieta?
Spojrzał na leżące na podłodze zwłoki. Tak jak ciało opiekunki, były nagie i pozbawione kończyn. W klatce piersiowej ziała dziura – ktoś połamał tej kobiecie żebra, otworzył ją i wyciągnął z niej serce.
Miała rozłupaną czaszkę, a w środku brakowało mózgu. Wnętrzności walały się po podłodze.
– To Loreen Ellen Kaltsas. Trzydzieści sześć lat, w separacji. Mąż nazywa się Dean Allan Kaltsas.
Zwinęliśmy go, już z nim rozmawiałem. Wygląda na to, że niezbyt im na sobie zależało, przyznał się zresztą, że zdarzyło mu się od czasu do czasu podnieść na nią rękę. Ale nie sądzę, aby istniało jakieś powiązanie pomiędzy nim a tym bajzlem, wydawał się cholernie wstrząśnięty zaginięciem dziecka.
– Przypomnij mi, ile miało lat.
– Osiemnaście miesięcy. Nie ma po niej żadnego śladu. Zero krwi w kojcu i w jej pokoju. Nic.
Zrobił krok nad kałużą krwi i moczu i podszedł do leżącej na stole dziewczyny. Zwłoki badał Max Johnson, koroner.
– Cześć, George.
– Witaj, Max.
– I jak ci się to podoba, co? Historia się powtarza?
– Chryste, Max. Oby nie.
Zmusił się, aby spojrzeć na ciało. Dziewczyna, prócz rąk i nóg, nie miała też praktycznie lewej piersi, spora jej część została odcięta.
– Mamy kolejną rundę i myślę, że powodem jest to, czego tutaj nie ma, George. Wszystkie te smakowite kąski, jeśli łapiesz, o czym mówię. Wygląda znajomo, co nie?
Nie odpowiedział.
– Przyczyna zgonu?
– Cholera, George. Wyrwali jej serce.
Spojrzał w otwarte niebieskie oczy opiekunki. Nancy Ann David musiała być śliczną dziewczyną. Może nie wybitnie piękną, ale ładną. Na pewno miała jakiegoś chłopaka. Kogoś, komu będzie jej brak.
– A kobieta?
– Uderzenie w głowę, prawdopodobnie siekierą albo toporkiem. Zmarła na miejscu.
Wyszedł z kuchni i skierował się do salonu, gdzie czekał na niego Manetti. Wyszli razem przed dom, potrzebował powietrza. Vic zaproponował mu papierosa. Wziął i zapalił.
Niebo zaczynało już się rozjaśniać tym ładnym blaskiem wczesnego poranka. Świergot ptaków zastąpił cykanie świerszczy.
– I co myślisz? – zapytał Manetti.
Peters wyłapał w jego słowach pewien podtekst.
Jesteś jedynym, który pamięta tamte zdarzenia. Jedynym, który będzie wiedział na pewno, czy to oni. Pozostali albo stracili tamtej nocy życie, albo wyjechali z miasta do miejsc, gdzie nie będą nękały ich okropne wspomnienia za każdym razem, kiedy wejdądo lasu albo pójdą na kamienistą plażę.
Powinien był zrobić to samo.
Gdyby nie Mary, może by i wyjechał, ale ona urodziła się w Dead River i nie chciała słyszeć o przeprowadzce.
Nocne koszmary nadal przekazywały mu jedną tylko wiadomość – uciekaj, spieprzaj stąd. Złe sny przychodziły nieproszone praktycznie każdego dnia, gasił je więc w zarodku dwiema lub trzema szklankami szkockiej. Gdy zamykał oczy, widział wyraźnie nagiego chłopca, który biegnie ku niemu, on krzyczy, żeby się zatrzymał, ale tamten nadal pędzi i wtedy rozlega się ryk strzelb, wszystkie grzmią naraz i…
A teraz, kiedy Mary nie żyje, nie miał już rodziny. Miasto wypełniło się obcymi ludźmi. Powinien był wyjechać. Nadal może.
Pierdolić upał w Sarasocie. Mieli tam przecież klimatyzację.
– Jakiś naśladowca, prawda? – Manetti próbował przekonać samego siebie.
Peters spojrzał na niego. Szeryf wyglądał na zmęczonego, a jego chude, przygarbione ciało wyglądało jak znak zapytania. Manetti też miał już swoje lata.
– Po jedenastu latach, Vic? Naśladowca? Po jedenastu latach?
Rzucił papierosa na ziemię. Smród zwłok i krwi nadal drażnił jego nozdrza, dym z fajki nie mógł z nim rywalizować. Z tym i innym odorem, który męczył go niczym niechcąca się zagoić rana. Taka, która pewnie nigdy się nie zabliźni.
Zakrwawiona kobieta skacząca z klifu… podrzynająca swoim nożem gardło Danielsa od ucha do ucha…
– Wiesz, co myślę? – zapytał.
Przydeptał nadal tlącego się w trawie papierosa i spojrzał na rysujące się w oddali wzgórza. Szare, ale widoczne. Prowadziły przez las do klifów, a potem do morza. Nie tak znowu daleko.
Nasłuchiwał ptasich treli. Orzeźwiający dźwięk budzącego się dnia, niezawodny i prawie namacalny, tak jak poranne słońce, pomógł mu zebrać siły.
– Myślę – powiedział – że ostatnim razem nie wybiliśmy wszystkich, a ci, co uciekli… wrócili.



Dodano: 2012-02-29 16:54:37
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj pakiet książek Fortnite


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"


 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS