NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szabałow, Denis - "Prawo do zemsty"

Cameron, Miles - "Straszny smok"

Ukazały się

Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"


 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Wyrocznia"

 antologia - "Ojciec"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie" (wyd. 2)

 Howey, Hugh - "Pył"

 Howey, Hugh - "Silos"

Linki

McDermott, J.M. - "Dzieci demonów"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cykl: McDermott, J.M. - "Psia ziemia"
Tytuł oryginału: Never Knew Another
Tłumaczenie: Kamil Lesiew
Data wydania: Styczeń 2012
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7839-027-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 300
Cena: 32,00 zł
Rok wydania oryginału: 2011
Wydawca oryginału: Night Shade Books
Tom cyklu: 1



McDermott, J.M. - "Dzieci demonów" #2

ROZDZIAŁ I
Fragment 2

Moja matka, Wędrowiec z gór, opowiedziała mi o miastach na długo przed tym, nim w jakimś byłam. Powiedziała, że Erin Błogosławiona powierzyła wszystkim stworzeniom i roślinom trzy zadania: jeść, spać i kochać. Lecz przeklęła ludzkość, obdarzając ją inteligencją, i od tej pory żaden człowiek nie jadł spokojnie, nie spał spokojnie ani nie kochał z prostotą ryb. Większość zapomniała już o tej klątwie, pogrążona w tym, co uznają za naprawdę ważne, gdzieś w ich mieście, które dla nich jest naprawdę ważne. Dla nich klątwa, która oderwała ich od ziemi, stała się błogosławieństwem. Tacy są mężczyźni i kobiety budujący miasta.
Gdzie zaczyna się miasto? Gdzie się kończy?
Zanim wyszłam za mąż i zdecydowałam się na jedno królestwo i jedną watahę, sporo podróżowałam. Pewnego razu zobaczyłam bramę stojącą pośrodku łąki. Nic, jedynie trawa aż po horyzont. Ściągnęłam z pleców wilczą skórę, by przemienić się w młodą kobietę. Wstałam. Zapytałam strażnika, gdzie jest miasto, to miejsce, którego nigdzie nie widziałam i nigdzie nie czułam. A strażnik delikatnie odsunął mnie od siebie i powiedział, że miasto zaczyna się w miejscu, gdzie stoję.
Podróżowałam do różnych miast. Zwykle pozostawałam poza obrębem murów, włócząc się na trasie teatr-tawerna-dom-park. Wszyscy napotkani nazywali siebie obywatelami, choć nikt z nich w życiu nie był wewnątrz murów własnego państwa.
Niegdyś przechodziłam przez miasto o siedemnastu murach, z których każdy kolejny coraz trudniej było pokonać, z niepisanymi regułami ubioru i łapówek wymaganymi do przedostania się z jednej sfery do drugiej, od rogatek do świątyni w centrum.
Nie wiem, co czyni miasto tym, czym jest. Nigdy się tego nie dowiem. Wiem tyle, że ludzie żyją tam stłoczeni ciasno obok siebie i nazywają się jego obywatelami.
Urodziłam się w jaskini. Gdy stopami po raz pierwszy dotknęłam ziemi, kłuły mnie igły sosnowe. Skały były zimne, przejmowały dreszczem. Woda była orzeźwiająca. Powietrze czyste niczym śnieg. Zrozumiałam, że każde drzewo walczy o promienie słoneczne wśród koron, ale to dzieje się tak wolno, że panuje pozorny spokój.
Tak też myślałam o miastach – każdy człowiek jest jak drzewo, wspina się byle wyżej od innych, by sięgnąć słońca. Przypadek zasiał nasiona, a one wyrosły na duże drzewa. Wszyscy w mieście byli jak dziwaczny las.
Mój mąż i ja przybyliśmy do miasta, którego nie będę nazywać Wilczą Ziemią, lecz Psią Ziemią. Tak bowiem nazywa się ludzkie miasto w języku wilczych stad.
***
Trzy dni wędrowaliśmy na południe, przez mokradła, nim dotarliśmy do głównego traktu. Szliśmy powoli, ciągnąc za sobą ciężką skrzynię z czaszką w prymitywnym zaprzęgu. Obraliśmy ludzką drogę ku miastu, przez trawy na poboczu, by uniknąć starych kolein, które mogłyby rozerwać złączone żerdzie.
Mury zobaczyliśmy z daleka. Były wyższe niż wzgórza. Poza ich obrębem stały niewielkie budynki połączone ścieżkami. Kiedyś te nowe zabudowania otoczy mur, wyższy niż poprzedni.
Dalej, za ludzkimi osadami, ciągnął się las. Drzewa są cierpliwe. Oddają całą ziemię w ręce uzurpatorów, wiedząc, że prędzej czy później ją odzyskają.
To miasto nazywamy mianem nadanym mu przez naszą watahę. Wilki mówią, że to Psia Ziemia. Psy błąkają się tu po ulicach, nurzają się w stertach śmieci i przepędzają koty z ganków. Wysikują na piasku granice swego rewiru. Wszędzie je czuć. Czemu psy trzymają się miejsca zamieszkanego przez agresywne małpy, to dla wilków zagadka, ale psie gówna i szczyny odstręczają naszych braci od miasta. Dla złej wilczej ziemi to nawet dobrze. Na polach jest niezgorzej, ale znacznie lepiej pomiędzy wzgórzami, gdzie emerytowani żołnierze otrzymują grunty, próbując wykroić zagony w nieprzystępnym terenie. Zostają tam na tyle długo, by stracić owce na rzecz wilków i widzieć, jak uprawy marnieją. Z nastaniem wiosny odsprzedają działki królowi i znikają z naszych ziem. Wracają do miasta, jak się domyślam. Zostawiają chaty, które chronią wilki od nocnych deszczy. Zostawiają też psy, ale one uciekają do lasu, gdy nadchodzi wataha, dziczeją i zdychają samotnie. Potrafią żyć tylko w miastach, wśród ludzi, a nie na zalesionych wzgórzach.
Mój mąż i ja żyjemy tam, gdzie te wzgórza i daleka awangarda miasta wzajemnie napierają na siebie, na płynnej granicy między nimi, służąc ludziom i zwierzętom zarazem. Niektórzy rolnicy wciąż uparcie walczą tu o przetrwanie, siejąc pszenicę. Tej trzodzie służymy najczęściej. W miejskim kościele nie ma miejsca dla wilków. Ani dla Wędrowców.
Opuszczając znajome lasy, zastanawiam się, ile czasu minie, nim będziemy mogli zawrócić do domu. Skazę trzeba wyplenić. A ziemię uleczyć. Jak długo to potrwa? Jesteśmy Wędrowcami, wiemy niejedno. Na skórze człowieka potrafimy wyczuć zapach jego życia, a czasem i śmierci. Czujemy upływ życia dokoła, tak jak senty przepowiadają przyszłość ze swoich koanów, lecz nie widzimy w metaforach jak we śnie. Postrzegamy świat świętymi oczami, czujemy zapach tajemnic tej ziemi. Tak wiele wiemy tylko dlatego, że zostaliśmy wychowani na sługi Erin. Potrafimy zespolić się z pamięcią umarłych. Potrafimy naciągnąć wilcze skóry na plecy i biegać z watahą. Jednak pomimo całej naszej wiedzy, pomimo naszych darów nie mieliśmy pojęcia, jak długo potrwa wyplenienie tej skazy i wytropienie reszty potomków demona oraz ich popleczników.
***
Przy okazałych bramach Psiej Ziemi strażnicy kontrolowali wszystkie ładunki, wszystkie furgony i wozy – nawet nas. Szturchali bydło i przesypywali ziarno pszenicy. Wbijali miecze w skrzynie w poszukiwaniu kontrabandy. Byli poważni i bardzo czujni. Coś musiało się stać, skoro nawet naszą skrzynkę dokładnie przeszukali.
My dwoje, z naszymi skrzynkami w skrzynkach owiniętych w skórę i konopie, ciągniętych na żerdziach, wydawaliśmy się mali. Powiedzieliśmy strażnikowi, że lepiej nie interesować się zawartością, bo mamy tam czaszkę demona. Nie posłuchał. Pozwoliliśmy mu otworzyć pierwszą skrzynkę. Zanurzył miecz w drugą. Nadział się na kość. Uszy mu pobladły, zacisnął szczęki. Widać nie pierwszy raz dotykał kości swym ostrzem. Nie miał już wątpliwości.
Powtórzyliśmy mu, że to czaszka demona. Dotknęliśmy liściem krawędzi ostrza tam, gdzie otarła się o kość. Liść zwiądł w tym miejscu. Powiedzieliśmy strażnikowi, żeby schował miecz do pochwy i oczyścił go w świątyni Erin, nim przypadkowo kogoś zadraśnie. Potaknął, blady jak kreda.
– Skąd to macie? – zapytał.
– Znaleźliśmy nieopodal czerwonej doliny – odparłam. – Nosił taki sam mundur jak twój. Kapral ludzi króla, leżał martwy w lesie.
– Aha. Założę się, że to ten zdrajca.
– Kto? I gdzie znajdziemy jego rodzinę i znajomych?
Znałam imię tego demonowego pomiotu, ale chciałam usłyszeć je od niego. Mógł podać inne i naprowadzić mnie na głębszą prawdę o tym utraconym życiu. Nawet dobre wspomnienia nikną, stając się nieprawdą, a ja musiałam je przejrzeć. Tu był dom Jony, tu minęły wszystkie dni jego życia. Gdziekolwiek spojrzałam, czułam jego przeszłość w niewyraźnej smudze miriad déjà vu.
Strażnik spuścił wzrok na buty.
– Zabijecie jego krewnych?
Wzruszyłam ramionami.
– Jeśli mają w swych żyłach krew demona, przekażemy ich ludziom króla, będą spaleni na stosie z błogosławieństwem Kościoła Imama. Chyba że znajdziemy ich w lasach. Wtedy my musimy ich zabić, to nasze zadanie.
Próbował nie patrzeć mi w twarz. Był taki młody. Pochyliłam się nieco, by napotkać jego spojrzenie.
– Nie wiem, co zrobimy z jego rodziną i przyjaciółmi, ale na pewno będziemy co do joty przestrzegać prawa tego miasta – ciągnęłam. – Przekażemy każdego grzesznika waszym ludziom.
Skinął głową. Już miał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Odchrząknął.
– Znałem tego kolesia za życia – przyznał. – Nie za dobrze, raczej tak z widzenia. Nikt nie wiedział, że był demonem. Nazywał się Jona.
– Może i był dobrym człowiekiem, gdzieś w głębi pod skazą Elishty, lecz w demonowym pomiocie zło narasta, oni z każdym dniem coraz bardziej mu się poddają, aż w końcu stają się… – nie dokończyłam, zachęcając żołnierza, by sam dośpiewał sobie resztę. Czekałam i czekałam.
– …zdrajcami – odezwał się w końcu. – Tak, rozumiem. Nazywał się Jona, lord Joni. Jego matka mieszka w mieście, ale nie wiem gdzie. Chodzą słuchy, że sierżant Nicola Calipari go zabił. Sierżant… no cóż, nie wiem, gdzie jest, ale jeśli chcecie go znaleźć, możecie popytać ludzi. Wszyscy znają Calipariego. Więcej nic nie wiem.
– Dziękuję. Jak dobrze znałeś Jonę?
Kątem oka zerknął na skrzynkę między żerdziami. Zmarszczył brwi.
– Przelotnie. Kilka razy byliśmy razem na patrolu, ale potem został przeniesiony do jednostki Calipariego, a ja tutaj. Nigdy mnie nie zawiódł. Wydawał się równie dobry jak każdy.
– I pewnie był taki przez jakiś czas. Jeśli giną, zanim skaza za bardzo na nich wpłynie, mogą uniknąć zesłania na potępienie w Elishcie, dołączając do swych niegodziwych ojców.
Parsknął.
– Naprawdę wierzysz w te brednie?
– W co wierzę, to moja sprawa – ucięłam dyskusję. – Jak cię zwą? Chcę wiedzieć, bo może będę musiała cię odszukać, zadać ci więcej pytań.
– Christoff. Kapral Christoff. Bez nazwiska. Rodziców nie znałem. Sam wybrałem sobie imię.
– Miło mi cię poznać. – Skłoniłam głowę. – Mojego imienia nie sposób wypowiedzieć bez wilczego języka, więc wybacz, że zachowam je dla siebie. Gdzie się modlisz?
– Nigdzie.
– A czy kiedykolwiek gdzieś się modliłeś?
– Mój sierociniec był prowadzony przez świątynię. Ale nie Erin. Imama.
– I nie wracasz tam?
– Nie. Gdy jesteś dorosły, dają ci wolną rękę. Słuchaj, nie mam czasu na pogaduchy.
– Pytam tylko dlatego, że musisz oczyścić swoje ostrze w świątyni. Imam jest trochę droższy niż Erin, a to nie twoja wina, że wykonywałeś swoje obowiązki. – Wyciągnęłam do niego woreczek monet.
Niepewnie otworzył rękę. Normalnie wyglądałoby to na bezwstydną próbę przekupstwa w biały dzień. Położyłam woreczek na jego dłoni i zamknęłam jego palce, nie pozwalając ich rozewrzeć.
– Jeśli świątynia będzie musiała zniszczyć miecz, powiedz im, że Wędrowcy Erin przysłali cię, byś oczyścił ostrze, a dadzą ci inne.
Monet było więcej niż na oczyszczenie ostrza. Reszta starczy na pogrzeb, którego zapach czułam na jego skórze. Przyciągnęłam go bliżej siebie.
– Nie zaszkodziłoby zapalić świecy dla Jony – wyszeptałam. – My wszyscy, każdy z nas, szukamy światów, które wylewają się przez szczeliny w naszych zmysłach. Zapal świecę dla przyjaciela. Poczciwi ludzie mogą przeniknąć przez wiele barier. Miej wiarę, Christoffie. Miej wiarę w cokolwiek.
Przytaknął. Mam nadzieję, że modlił się przed nadejściem choroby. Mam nadzieję, że zapalił świecę i modlił się za czyjąś duszę, nim skaza wyszła z jego skóry i zmusiła do błagań o własne życie pewnej długiej nocy.
Koleje naszego losu, naszych wędrówek za życia już nigdy się z nim nie przetną. Czułam zapach rychłej śmierci. Dzień wcześniej nadział się na coś ostrego – gwoździe z drewnianej skrzyni albo poszczerbiony świecznik. Metal głęboko go zranił. Zwęszyłam tężec, który niebawem go uśmierci. Gdybym pocałowała go w policzek, poczułabym to w smaku jego potu.
Domyślałam się, że na jego pogrzeb przyjdzie jakaś dziewczyna, by płakać gorzkimi łzami. Jej miłość będzie się wylewać z kącików oczu przez wiele tygodni. Żal mi tych biednych stworzeń, tych młodych kochanków, ich historii skazanej na zapomnienie. Sięgam do wspomnień demona, podczas gdy dobrzy ludzie po cichu żyją i umierają, i nikt nie bada ich pamięci w poszukiwaniu dobrych uczynków. Po Christoffie nic się nie ostanie, może z wyjątkiem cierpiącej dziewczyny.
Christoffie, poczułam całe twoje życie niczym burzową chmurę.
Te miasta, z wszystkimi rysami i pęknięciami widocznymi jak na dłoni, rozdzierają me serce smutkiem straconych szans. Za dużo widziałam. Nikt z tu obecnych nie próbował wieść prostego żywota. Christoffie, żałuję, że nasze zadanie cię nie obejmuje, że nie mogę pomóc tobie ani żadnemu z twych braci udręczonych przez klątwę miast Erin. Odór śmierci czuć tu wszędzie, a ja i mój mąż jesteśmy bezsilni. Możemy tylko oczyścić ziemię. I modlić się. Za stracone uczucia i stracone dusze.
Erin Błogosławiona, pozwól nam szybko wypełnić zadanie. Sprowadź nas z powrotem do lasu, gdzie śmierć jest tym samym co życie. Obdarz nas znowu miejscem, gdzie jedyna rozkosz to jeść trochę więcej w zimowe miesiące.


Dodano: 2012-01-16 17:50:18
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj ilustrowany "Silmarillion"


Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS