NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kloos, Marko - "Punkt uderzenia"

Sanderson, Brandon - "Do gwiazd"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Card, Orson Scott - "Statki Ziemi"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cykl: Card, Orson Scott - "Powrót do domu"
Tytuł oryginału: The Ships of Earth
Tłumaczenie: Kamil Lesiew
Data wydania: Październik 2011
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7648-944-5
Oprawa: miękka
Format: 142 x 202 mm
Liczba stron: 352
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 1994
Tom cyklu: 3



Card, Orson Scott - "Statki Ziemi" #2

Rozdział 1
Część 2

Trzeciej nocy na pustyni rozbicie namiotów poszło sprawniej. Wszyscy uzmysłowili już sobie, które obowiązki muszą wykonać, a których mogą uniknąć. Rasa z pogardą zauważyła, że Mebowi i Obringowi udawało się trwonić ponad połowę czasu na „pomaganie” ich żonom w pracach, które i bez tego były dziecinnie łatwe – inaczej Lalya i Kokor wcale by się ich nie podjęły. Nie żeby Lal nie przejawiała czasem ochoty na zakasanie rękawów, ale dopóki Kokor i Sevet nie parały się niczym forsownym, dopóty nie miała zamiaru robić więcej niż one. W końcu Lal była niegdyś uznaną aktorką, w czasach gdy Kokor i Sevet wciąż niemrawo wyśpiewywały swoje dziecinne piosenki. Rasa wiedziała, jak pracuje móżdżek Lal: najpierw pozycja w hierarchii, potem ludzka przyzwoitość.
Ale przynajmniej była zdolna do przyzwoitości! Na kogo wyrośli ci ludzie, których uczyłam i wychowałam? Ci, którzy są zbyt samolubni, by w końcu nie zmącić naszego spokoju, jak i ci tak ulegli wobec Nadduszy, że o nich lękam się nawet bardziej.
Nie są już moimi podopiecznymi, upomniała się w duchu. Teraz odpowiadam tylko za to, by dostatecznie naprężyć linki namiotów i tym samym zapobiec ich zdmuchnięciu przez pierwszy lepszy powiew.
– I tak zawalą się na naprawdę silnym wietrze, choćbyś bardzo się starała – zauważył Elemak. – Więc nie musisz ich naciągać aż tak mocno, jakby miały wytrzymać uderzenie huraganu.
– Jedynie zwykłej pustynnej burzy?
Gdy Elemak odezwał się ponownie, Rasa poczuła, że pot spłynął jej do oka i szczypie. Próbowała otrzeć go rękawem, który jednak okazał się jeszcze bardziej wilgotny, choć uszyty ze zwiewnego muślinu.
– Ta praca wymaga precyzji i wylania litrów potu, niezależnie od temperatury powietrza – skomentował Elemak. – Pozwól, że ci pomogę.
Podczas gdy on naprężał linkę namiotową, Rasa zawiązała węzeł na wbitym w ziemię śledziu. Dobrze wiedziała, że Elemak z łatwością mógłby zrobić to sam, bez pomocy w przytrzymywaniu linki. Od razu zorientowała się w jego zamiarze – chciał się upewnić, że Rasa nauczy się właściwie wykonywać powierzone zadanie, okazując zaufanie i jednocześnie nie odbierając jej satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku.
– Dobrze sobie radzisz – pochwaliła Rasa.
– Węzły to żadna sztuka, jeśli już nauczysz się, jak je prawidłowo wiązać.
– Ach tak, węzły. A nie starasz się raczej zadzierzgać więzów?
Odpowiedział jej uśmiechem i Rasa domyśliła się, że naprawdę docenił jej pochwałę.
– To również, lady Raso.
– Jesteś przywódcą mężczyzn – ciągnęła Rasa. – I mówię to nie jako twoja macocha ani nawet bratowa, ale jako kobieta, której dane było zasmakować władzy. Przy tobie nawet ci leniwi krępują się otwarcie stronić od pracy.
Pominęła milczeniem fakt, że na razie udało mu się co najwyżej skupić pełnię władzy we własnych rękach, że dotychczas żaden z członków grupy nie przyswoił sobie jego lekcji, więc gdy nie było go w pobliżu, praca zamierała. Niewykluczone że tylko tyle nauczył się o rządzeniu przez te wszystkie lata, gdy przewodził karawanom. Lecz jeśli chciał sprawować władzę nad tą wyprawą (a Rasa nie była na tyle głupia, by sądzić, że Elemak ma zamiar pozwolić ojcu na coś więcej poza tytularnym zwierzchnictwem), będzie musiał opanować znacznie bardziej zaawansowane metody poza zwykłym uzależnianiem ludzi od swojej pomocy. Istotą przywództwa, mój drogi niedoświadczony władco, jest nauczenie podwładnych samodzielności, a mimo to przekonanie ich do dobrowolnego poddania się twojej woli. Dopiero wtedy przestrzegać będą zasad, które im wpoiłeś, nawet jeśli odwrócisz wzrok. Ale nie mogła głośno wygłosić tych poglądów; młodzian nie był jeszcze gotowy, by wysłuchać podobnych rad. Zamiast tego więc raczyła go kolejnymi komplementami z nadzieją podbudowania jego pewności siebie do poziomu, aż będzie skłonny nadstawić ucha konstruktywnym sugestiom.
– Co więcej, córy me wykłócają się i narzekają znacznie rzadziej, niż to bywało w czasach, gdy wiodły beztroskie życie.
Elemak zrobił marsową minę.
– Wiesz niezgorzej ode mnie, że wielu uczestników tej wyprawy najchętniej z miejsca wróciłoby do Basiliki. I głowy nie dam, czy nie podzielam ich zdania.
– Ale nie wracamy – rzuciła Rasa.
– Zaprzepaścilibyśmy puentę, gdybyśmy wrócili do miasta pod rządami Moozha po tym, jak z wielką pompą nas stamtąd odprawił.
– I niewykluczone że postradalibyśmy życie – dodała Rasa.
– Przecież Nafaia oczyszczono z zarzutu zabójstwa mego ukochanego przyrodniego braciszka Gaballufixa.
– Z niczego go nie oczyszczono – zaprotestowała Rasa. – A skoro już o tym mowa, to ciebie również nie, synu mego małżonka.
– Mnie?! – Jego twarz przybrała surowy wyraz i zapałała lekkim rumieńcem. Niedobrze, że tak wyraźnie okazywał emocje. To cecha nieprzystająca przywódcy.
– Chciałam tylko uzmysłowić ci, że powrót do Basiliki jest wykluczony.
– Zapewniam cię, lady Raso, że gdybym zapragnął wrócić tam przed ponownym spotkaniem z ojcem, dopiąłbym swego. Może i po dotarciu do obozowiska jeszcze powezmę taki zamiar, kto wie.
Pokiwała głową.
– Cieszę się, że nocami pustynne powietrze nieco się ochładza. Jesteśmy w stanie znieść piekielny skwar za dnia tylko dzięki temu, że mamy pewność, iż noc będzie dla nas łaskawsza.
Elemak się uśmiechnął.
– Zakląłem pogodę specjalnie z myślą o tobie, lady Raso.
– Rozmawiałam dzisiaj z Shedemei.
– Wiem.
– Względem bardzo poważnej kwestii – ciągnęła Rasa – która bez trudu mogłaby rozsadzić naszą kolonię. Mówię, rzecz jasna, o seksie.
To słowo wzbudziło czujność Elemaka.
– Tak? – zapytał jednak spokojnie.
– A szczególnie o kwestii małżeństw.
– Jak dotąd wszyscy niezgorzej dobrali się w pary – skomentował Elemak. – Żaden mężczyzna nie zapada w sen niezaspokojony, czego nie można powiedzieć o uczestnikach większości moich karawan. A jeśli chodzi o ciebie, Hushidh i Shedemei, niedługo dołączycie do swych mężów lub do tych, którzy wkrótce nimi będą.
– Niektórzy wolą podboje od samej kopulacji.
– Wiem. Ale nie mają wielkiego wyboru.
– A mimo to ten czy ów wciąż przebiera w żywym towarze, choć niby już dokonali wyboru.
Zauważyła, że Elemak usztywnił plecy i kark, pozorując spokój, choć faktycznie miał ochotę zadać pytanie, które nosił w sercu. Niepokoił się o swoją ukochaną Eiadh, którą dopiero co poślubił. Nie spodziewała się, że już zaczął się zamartwiać.
– Trzeba ich powstrzymać przed cudzołóstwem – dokończyła.
– Nie twierdzę, że mierzyłem się z tym problemem. Dotychczas mężczyźni z moich karawan pozostawali samotni do czasu dotarcia do miasta, a nawet wtedy większość zadawała się z nierządnicami.
– A ty nie?
– Teraz mam żonę – tłumaczył Elemak. – Młodą i poczciwą niewiastę.
– Dobrą żonę dla młodego i poczciwego męża.
Lekki uśmiech przemknął mu po twarzy.
– Prędzej czy później młodość przemija.
– Ale czy będzie dobrą żoną za pięć lat? Za dziesięć?
Dziwnie na nią spojrzał.
– A skąd ja mam to wiedzieć?
– Wypadałoby o tym pomyśleć, Elya. Jaką będzie żoną za pięćdziesiąt lat?
Wyraźnie osłupiał. Widocznie wcześniej nie przemyślał tej kwestii, a teraz nawet nie potrafił udawać, że było inaczej – tak bardzo zaskoczyło go to pytanie.
– Shedemei zwróciła moją uwagę na fakt, że tutaj, na pustyni, nie damy rady zachować zwyczajów małżeńskich z Basiliki. Tam żyło mnóstwo ludzi, a nas jest jedynie szesnaścioro. Osiem par. Gdybyś zostawił Eiadh na rzecz innej, to jak myślisz, kto byłby jej kolejnym mężem?
Rasa oczywiście wiedziała – i wiedziała, że Elemak też ma tego świadomość – że prawdopodobnie Eiadh zdecydowałaby się nie przedłużyć z nim kontraktu, a nie odwrotnie. Tak czy owak, pytanie pozostawało identyczne – z kim by się Eiadh związała?
– A co z dziećmi? – ciągnęła Rasa. – Wkrótce się urodzą. Gdzie będą się uczyć? Przecież nie będzie szkół. Wychowają je matki. I kolejni mężczyźni, niekoniecznie ojcowie.
Zauważyła, że Elemak zaczyna pojmować wydźwięk jej niewesołych przepowiedni. Wiedziała doskonale, co najbardziej go zaniepokoi, i nie wahała się wykorzystać tej wiedzy. Zresztą sprawy, przed którymi go przestrzegała, stanowiły realny problem.
– Sam widzisz, Elemaku, że dopóki jest nas tylko szesnaś­cioro, by w ogóle przetrwać na pustyni, musimy trzymać się razem, zachowując względny porządek. Tak więc małżeństwa muszą trwać dozgonnie.
Nie spojrzał jej w oczy, ale targały nim sprzeczne uczucia.
– Ciągłe waśnie doprowadziłyby nas do zguby – ciągnęła Rasa. – Podobnie jak wzajemne pretensje i animozje, nieustannie będziemy wszak żyli w bardzo zwartej społeczności. Ludzie muszą się dowiedzieć, że ich obecni partnerzy pozostaną u ich boku do końca życia.
Elemak położył się na dywanie, który stanowił swoistą „podłogę” namiotu.
– A czemuż mieliby dać mi posłuch w tej kwestii? Pomyślą, że robię to tylko dlatego, by zazdrośnie strzec Eiadh. Przypadkiem wiem, że reszta już teraz po cichu do niej wzdycha z nadzieją na czynienie jej awansów, spodziewając się, że za kilka lat nasze małżeństwo dobiegnie końca.
– Musisz więc przekonać ich do uznania argumentów przemawiających za dozgonnym, monogamicznym związkiem. By zrozumieli, że nie robisz tego wyłącznie dla własnych korzyści.
– Przekonać ich? – Zaniósł się śmiechem, krótkim, urwanym, pełnym goryczy. – Wątpię, czy zdołam ugadać choćby samą Eiadh.
Rasa widziała wyraźnie, że rychło pożałował swej ostatniej uwagi. Nierozsądnie ubrał w słowa swoje prawdziwe uczucia. Tego nie powinien wyznawać nikomu.
– W takim razie może perswazja to nieodpowiednie określenie. Trzeba im pomóc zrozumieć, że jest to prawo, którego musimy przestrzegać, by ustrzec naszą wielką rodzinę przed rozpadem, przed emocjonalną zawieruchą i fizycznym rozlewem krwi. I że jest to niezbędne w takim samym stopniu, jak zachowanie ciszy podczas każdego dnia podróży.
Elemak wstał i nachylił się w jej stronę. W jego oczach tliły się uczucia. Gniew? Strach? Boleść? A może coś innego, czego nie potrafię odgadnąć? – zastanawiała się Rasa.
– Lady Raso – zaczął – czy te pożądane przez ciebie prawo jest na tyle ważne, by dla niego zabić?
– Zabić? Właśnie zabijania najbardziej się obawiam. Właśnie tego trzeba nam unikać.
– Gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie piasek. Nawet gdy dotrzemy do obozowiska ojca, wciąż będzie nas otaczała tylko pustynia. A ona rządzi się własnymi prawami, które przewidują tylko jedną karę za każdy występek. Śmierć!
– Mówisz od rzeczy – zaperzyła się Rasa.
– Czy skrócisz kogoś o głowę, czy zostawisz go samego jak palec na pustyni, na jedno wyjdzie. Tutaj wygnanie równa się wyrokowi śmierci.
– Ale w życiu nie miałam na myśli aż tak dotkliwej kary.
– Zastanów się, lady Raso. Gdzie będziemy więzić przestępców podczas naszych całodziennych podróży? Któż znajdzie czas, by podjąć się funkcji strażnika? Oczywiście zawsze pozostaje chłosta, ale wtedy musielibyśmy radzić sobie z rannymi…
– Może raczej za karę odebrać im jakiś przywilej? Czegoś ich pozbawić? To byłoby niczym grzywna, którą stosowali w Basilice.
– A czego chciałabyś ich pozbawić, lady Raso? Jakimi przywilejami cieszy się którykolwiek z nas? Gdybyśmy odebrali delik­wentowi rzecz mu potrzebną – bo ja wiem, buty albo wielbłąda – to i tak dozna uszczerbku, a do tego podróżowałby wolniej i naraziłby nas wszystkich na niebezpieczeństwo. A gdyby zdecydować się na coś zbędnego i pozbawić go na przykład majątku, to przepełniłaby go głęboka uraza i musielibyśmy użerać się z osobą, której ufać niepodobna. Nie, lady Raso, jeśli wstyd nie odstraszy ludzi od łamania prawa, to jedyną znaczącą karą może być tylko śmierć. Delikwent nigdy nie stanie się recydywistą, a reszta zrozumie, że traktujemy sprawę poważnie. Każda inna kara będzie miała skutek odwrotny: winowajca wróci na drogę przestępstwa, a pozostali nie będą przestrzegali prawa. Dlatego twierdzę, że zanim zdecydujesz się na ustanowienie takiej normy na czas naszej wyprawy, powinnaś rozważyć, czy warto za łamanie takiego prawa zabić.
– Ale przecież nikt nie da wiary, że naprawdę zabijesz każdego winnego, nieprawdaż?
– Tak myślisz? Z doświadczenia wiem, że najtrudniejsze w karaniu człowieka podczas podobnych wypraw jest poinformowanie wdowy i osieroconych dziatek, dlaczego delikwent nie wrócił do domu.
– Och, Elemaku, nawet przez myśl mi nie przeszło…
– Nie tobie jednej. Ale ludzie pustyni wiedzą o tym aż za dobrze. Zresztą gdy porzucasz winnego na pustyni, zamiast zabić go na miejscu, to nie pozostawiasz mu żadnej nadziei – wielbłąda, konia, nawet kropli wody. Pętasz skazańca, by szybko dopadły go zwierzęta. Gdyby przeżył dość długo, może znaleźliby go bandyci. Wtedy zginąłby w wielkich męczarniach, a umierając, powiedziałby im, gdzie się znajdujesz, ilu was jest, jak wielu wystawiacie wartowników i gdzie trzymacie wszystkie kosztowności. A to nie koniec. Wyśpiewałby im, jak pieszczotliwie nazywa swoją kobietę, jak przezywacie strażników, co ukryci w mroku bandyci wykorzystaliby w celu wprowadzenia zamętu w twoich szeregach, by uśpić czujność twoich towarzyszy. Zdradzi im nawet…
– Przestań! – wybuchła Rasa. – Mówisz mi o tym z premedytacją.
– Wydaje ci się, że życie na pustyni sprowadza się do upału i chłodu, namiotów i wielbłądów, do wypróżniania się na piasek i nocowania na dywanikach zamiast na łóżku. A ja ci mówię, że życie, które ty, ojciec i ten poczciwina Nafai wybraliście dla nas…
– To Naddusza je dla nas wybrała!
– …jest najtrudniejsze z możliwych, bo otaczać nas będzie niebezpieczny i okrutny świat, w którym zawsze czujesz nieświeży oddech śmierci na plecach, gdzie trzeba być gotowym zabić, by utrzymać ład i porządek.
– Wpadnę na inny pomysł – upierała się Rasa. – Sposób radzenia sobie z małżeństwami…
– Ależ nie! Będziesz się głowić, zastanawiać, ale koniec końców wysnujesz jedyny słuszny wniosek. Jeśli ta szaleńcza kolonia ma przetrwać na pustyni, musi być w zgodzie z tutejszym prawem. A to oznacza, że kobiety pozostaną wierne swoim małżonkom… albo zginą.
– To samo mężczyźni, jeśli będą cudzołożyć – dopowiedziała Rasa, pewna że Elemak nie mógł mieć wszak na myśli tego, iż tylko kobiety podlegać będą karze.
– Ach, rozumiem. Gdyby obie strony złamały to matrymonialne prawo, chcesz, żeby oboje ponieśli śmierć, tak? No i kto tu jest teraz żądnym krwi potworem, hm? O wiele łatwiej możemy sobie pozwolić na rezygnację z kobiety niż mężczyzny. Chyba że sugerujesz, bym przeszkolił Sevet lub Kokor w sztuce walki? Chyba że twoim zdaniem Lal lub Shedemei w istocie poradzą sobie z załadunkiem namiotów na grzbiety wielbłądów.
– Podsumowując, w twoim męskim szowinistycznym świecie kobiety będą ponosić ciężar odpowiedzialności za…
– Basilikę zostawiliśmy daleko w tyle, lady Raso. Kobiety kwitną w społeczności dojrzałej i silnej. A tu cóż, piasek i długo, długo nic. Nie, wystarczy chwila zastanowienia, by pojąć, że ograniczenie kar do kobiet stanowi pewniejszą zachętę do poszanowania prawa. Bo jakiż mężczyzna zdecyduje się na szeptane ukradkiem „Kocham cię”, jeśli obie strony będą świadome tego, że tak naprawdę znaczy to: „Ma ochota, by cię wygrzmocić, jest tak przemożna, że nie obchodzi mnie twa śmierć”? Jakie będą wtedy szanse, że jego zaloty się powiodą? Gdyby jednak zalotnik chciał siłą dopiąć swego, to ona krzyczałaby wniebogłosy – i nie z rozkoszy, tylko z przerażenia, bo w końcu chodziłoby o jej życie. I jeśli pojmiemy gwałciciela na gorącym uczynku, a ona wyraźnie sprzeciwiała się współżyciu, to oczywiście wtedy na śmierć skażemy mężczyznę. Rozumiesz już? To prawo pozbawi uroku nawet zgoła niewinny romans.


Wychodząc z namiotu, Elemak z trudem powstrzymał się od śmiechu na widok zbolałego oblicza Rasy. Och, tak, ona wciąż się łudzi, że ma władzę, nawet teraz, chociaż o przetrwaniu na pustyni wiedziała tyle co nic, nieustannie narażała innych na niebezpieczeństwo przez ciągłe gadanie, przez te wątpliwe mądrości, którymi jakże chętnie się dzieliła, w końcu przez roztaczaną wokół aurę autorytetu. Może i w Basilice, gdzie kobiety zniewalały mężczyzn zwyczajami i zasadami dobrego wychowania, gdzie mogła podejmować decyzje, na które ludzie przystawali, udawało jej się utrzymać pozory władzy. Ale tutaj przekona się niedługo – już zaczęła to dostrzegać – że brakuje jej niepohamowanej żądzy władzy. Chce rządzić, ale uchyla się od trudnych wyborów, które za tym idą.
A więc – jak to kiedyś mawiali – „i nie opuszczę cię aż do śmierci”. Lecz któraż kobieta mogłaby zaspokoić silnego mężczyznę przez więcej niż rok czy dwa lata? Od samego początku zakładał, że Eiadh będzie jego pierwszą żoną, po prostu pierwszą. I spełniłaby się w tej roli – stanowiłaby ozdobę jego pierwszego basilikańskiego domostwa, powiłaby mu pierworodnego, a potem by się rozeszli. Elemak przewidywał nawet, że jego dzieci będą się uczyć u Rasy, w końcu dobrze radziła sobie z wychowaniem młodzieży; w tej dziedzinie objawiała swe prawdziwe talenty. Lecz by spodziewać się po nim tego, że dobrowolnie wytrzyma z Eiadh, gdy ta ślicznotka zestarzeje się i obrośnie sadłem…
Tyle że się okłamywał, wiedział o tym w głębi serca. Mógłby udawać, że nie chce zachować Eiadh na całe życie, ale tak po prawdzie to jedynym uczuciem, którym ją darzył, było pragnienie. Niepohamowana żądza posiadania, której nie rokował nadziei na ostudzenie. To uczucia Eiadh, a nie jego, były podatne na zmianę. Ona tak bardzo podziwiała Nafaia, gdy sprzeciwił się temu watażce Moozhowi i odrzucił propozycję objęcia funkcji konsula. Wielce żałosne – bardziej imponował jej Nafai, bo zrezygnował z władzy, niż własny mąż, który wszak posiadał władzę i nie wahał się robić z niej użytku. Lecz cóż, była kobietą, zwyczajowo wychowaną w mistycznej wierze w Nadduszę, a skoro Nafai okazał się „wybrańcem”, tylko zyskiwał na atrakcyjności w jej oczach.
A co do Nafaia… Elemak wiedział nie od dziś, że Nafai miał Eiadh na oku. Po części ożenił się z nią dlatego, że tym sposobem dopiekł temu smarkaczowi. Niechaj nawet weźmie ją za żonę później, ale wpierw ta piękność urodzi Elemakowi dziecko albo i dwa. To Nafaiowi uzmysłowi jego miejsce w szeregu. Lecz od niedawna Eiadh rzucała ukradkowe spojrzenia na tego gołowąsa. Co za cholerny niefart, że to jemu dane było zabić Gaballufixa! I właśnie to ją nęciło! Zakochała się w złudnej sile Nafaia. Otóż, Eiadh, droga Edhya, ma oblubienico, wiedz, że ja zabiłem już wcześniej, i to nie bezbronnego pijaczynę leżącego na ulicy, o nie. Uśmierciłem żądnego krwi i kosztowności rabusia, który miał chrapkę na moją karawanę. I jestem gotów powtórzyć ten wyczyn.
Mogę zabić ponownie, a Rasa zdążyła już się zgodzić, że bywa to zasadne. Prawo pustyni, o tak, to ono położy kres ambicjom Nafaia. Rasa jest przekonana, że jej ukochany synalek pod żadnym pozorem nie złamie prawa, więc zgodzi się – jak i reszta – że niesubordynację karać należy śmiercią. A wtedy… Nafai okaże nieposłuszeństwo, bez dwóch zdań. To takie proste, takie przewidywalne. Wtedy będę mógł go uśmiercić i tak samo jak Nafai usprawiedliwiał zabójstwo Gabyi, powiem, że robię to dla dobra ogółu!
Tamtej nocy, gdy zimna kolacja ciążyła im na żołądkach, a chłodny nocny wiatr zagnał ich do namiotów, Elemak przydzielił Nafaiowi pierwszą wartę. Wiedział, że Nafai, biedactwo, doskonale zdaje sobie sprawę, kto czeka na Elemaka w jego namiocie. Że Nafai marznie w mroku rozświetlanym jedynie blaskiem gwiazd, wyobrażając sobie, jak Elya bierze w ramiona nagą Eiadh, jak rozpalone i wilgotne powietrze skrapla się na płótnie namiotu. Wiedział też, że Nafai słyszy przytłumione westchnienia rozkoszy dobywające się z ust Eiadh. A wyłoniwszy się z namiotu, wciąż mokry od potu i zapachu jej ciała, Elemak wiedział, że Nafai przełknie gorzką pigułkę, wracając do siebie – gdzie jedynym pocieszeniem będzie niezgrabne, bezkształtne ciało wodnej wieszczki Luet. Elemaka aż kusiło, by wprowadzić w życie prawo zaproponowane przez Rasę, albowiem wtedy to Nafai by się zestarzał, ciągle oglądając się na Eiadh, wiedząc jednak, że ta piękna kobieta po grób będzie żoną Elemaka i że nigdy, przenigdy nie będzie jego.


Dodano: 2011-10-06 12:45:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS