NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

Pullman, Philip - "Zorza Polarna"

Ukazały się

Ćwiek, Jakub - "Kłamca 4. Kill'em all" (wnowienie)


 King, Stephen - "Doktor Sen" (wyd. filmowe)

 Gulakowski, Jewgienij - "Długi wschód na Ennie"

 Reeve, Philip - "Gobliny"

 Ketchum, Jack; Lee, Edward - "Zaburzenia snu"

 Ketchum, Jack - "Babski wieczór"

 Maszczyszyn, Jan - "Necrolotum"

 Walewska, Bożena - "Pięść"

Linki

antologia - "Księga wojny"
Wydawnictwo: Runa
Data wydania: Maj 2011
Wydanie: I
ISBN: 978-83-89595-77-5
Oprawa: miękka
Format: 160×240mm
Liczba stron: 480
Cena: 39,50 zł



antologia - "Księga wojny" #5

Łukasz Orbitowski
Kanał

Przed wieczorem znaleźli wśród ruin rannego Polaka. Miał dwadzieścia pięć lat i był przerażony. Joseph kazał mu obciąć obie dłonie i popędzić go przed siebie. Fritz to zrobił. Chłopak przeszedł ze sto metrów, nim upadł. Powstańcy zgromadzili się w ruinach czarnego domu, jedli fasolę i ciemny chleb. Było bardzo cicho.
— Tej nocy powinno być spokojnie. — Heinz zerknął za okno. Jego czarny mundur zlewał się ze ścianą.
— Nie wiadomo — odparł Joseph. Jadł powoli.
Fritz tylko mruknął, grzebiąc przy radiostacji. Wyniósł ją spomiędzy trupów. Nie chciała działać, a on nie wiedział dlaczego.
— Będziemy tak tkwili? — zapytał Anton.
— On mówi, że noc powinna być spokojna — odparł Joseph.
— A jak nie, to co?
— Gówno — mruknął Fritz.
Zapalili. W progu stanęła Marika z osmalonym, dymiącym czajnikiem w ręku. Popatrzyła na każdego z nich, jak tylko kobieta potrafi, na Heinza dłużej. Nalała herbaty. Joseph zabronił używać świeczek, ale noc była jasna, dymy ustąpiły, przez zdruzgotane okna wlewało się światło księżyca, od płonących domów, tam, daleko, biła czerwona mgiełka.
— Można by iść na północ — zastanawiał się Heinz.
— Tam są Francuzi — rzucił Anton.
Kucał, kubek z herbatą trzymał w obu dłoniach.
— Na północ kraju, nie miasta. Poszlibyśmy naokoło, wydostaniemy się — tłumaczył Heinz, wymachując papierosem. — Tu już się na nic nie przydamy. Miasto padło.
Fritz wzruszył ramionami.
— A co, do cholery, jest na tej twojej północy?
— Wojna. Guderian. Nie słyszałeś?
— Kogo? Radia? Szwajcarii?
— Na przykład — rzucił Heinz.
— Tam nic nie ma.
Heinz poszukał wzrokiem sojuszników. Marika chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej odwagi. W ogóle mówiła niewiele. Stanęła blisko Heinza, tak że prawie mogła go dotknąć.
— Czekamy na rozkazy. — Joseph wstał, odstawił kubek z herbatą na parapet, oparł się o ścianę, skrzyżował nogi, ręce włożył do kieszeni.
Anton myślał chwilę, nim zapytał:
— Kapitanie?
— Tak.
— Kto nam teraz rozkazuje?
Fritz trącił butem milczące radio.
— Poczekamy do rana — odparł Joseph.
Heinz się ożywił. Herbata go rozgrzewała. Z szarą, dziobatą twarzą i gorącymi oczami, w czarnym mundurze Rottenführera SS kojarzył się z wojennym cwaniakiem, takim, co przedrze się przez każdy szaniec, przepełznie tam, gdzie chce, przyniesie uśmiech i zwycięstwo.
— Najchętniej przyjmowałbym rozkazy od Leya. Robert Ley to jest ktoś.
— Znowu… — westchnął Fritz — A jak ci powiem, że ten twój Ley to dureń i moczymorda?
— Może i moczymorda. Ale dureń nie.
— O co ci chodzi z tym Leyem? — zapytał Anton.
Joseph nie chciał tego słuchać. Ciągle się o nim mówiło. Wielki doktor Robert Ley. Człowiek duch. Taki połknie granat i wysra go w kwaterze wroga bez żadnej szkody dla siebie. Zorro w partyjnym mundurze. Dzieci uratowane przez Leya. Odbite domy. Ocaleni więźniowie. Oficerowie wroga zastrzeleni albo zarżnięci, w chwili kiedy szczali lub leżeli na Niemkach. Ley — władca upiorów. Ley — król skrytobójców.
— Robert Ley dostał w łeb albo gdzieś się zagrzebał. Ludzie gadają bzdury. Jak o Himmlerze.
— O! — Fritz się ucieszył. — Co z Himmlerem?
— Ten mały Max, no, ten, co mu oko przestrzelili, mówił, że Himmler ma redutę w Alpach, gdzie może się bronić i dwadzieścia lat — odrzekł niespodziewanie Anton — Całe forty na szczytach. Z jedzeniem, winem i kobietami.
— Czemu więc ten Max tam nie został? — mruknął Joseph. Zerknął na zegarek. — Już czas. Rano ruszamy.
— Rano, ale dokąd? — zapytał Heinz.
Joseph nie odpowiedział. Trwali chwilę w ciszy, popijając herbatę. Tylko Fritz zgarbił się znów nad radiem, dłubał w nim wielkimi palcami, wydawało się, że zaraz coś w nim zmiażdży. Anton rozglądał się. Szukał kąta, w którym mógłby rozłożyć śpiwór.
— Może to prawda — odezwała się Marika.
— Co prawda? — mruknął Heinz.
— Z Robertem Leyem. Czy może być tak, że wszyscy o czymś mówią i to jest nieprawda?
Posłuchaj Goebbelsa z Zurychu, pomyślał Joseph, ale nic nie powiedział.
— Słyszałam — ciągnęła Marika — że Ley ma świeże siły poza miastem. Tylko czekają, aż wreszcie ruszy Mussolini. I jeszcze... — szukała słów — to nie może być kłamstwo, ludzie widzieli na własne oczy. Wielkie magazyny broni. W podziemiach pod miastem. Takiej jeszcze nie było. Nowe karabiny. Działa, ledwo co zrobione. I jeszcze więcej. Cudowna broń.
Heinz otoczył ją ramieniem. Pierwszy raz pozwolił sobie na coś takiego.
— Jeśli jest ta broń, to czemu jeszcze jej nie dostaliśmy?
— Kto wie? — rzucił ze Anton swojego posłania. — Gdzieś sobie leżą te spluwy, tylko ich wynieść nie ma komu? Bo jak? Pod nosem Polaków?
— Ludzie bredzą tak, gdy nie wiedzą, co robić — powiedział Joseph w pustkę.
— Może rzeczywiście tak jest? — zaryzykowała Marika — albo nie ma inżynierów do obsługi tych nowych karabinów.
— Ha! — warknął Fritz. — Nie masz inżyniera, nie masz i broni.
Zapadła cisza. Anton odwrócił się na bok twarzą do ściany. Joseph kiwnął na Fritza i ten zainstalował się w oknie, ogromny, jeszcze rosnący na tle tężejącej nocy. Brudne palce splótł na MP-38.
— Wyruszamy przed świtem — oznajmił Joseph.
Pozdrowił wszystkich uniesieniem dłoni. Mały palec miał czarny i martwy. Pociągnął za sobą plecak w głąb budynku, między szkło i kamienie. Znalazł rozbity sekretarzyk i wielkie łóżko z nadpaloną pościelą. Leżał na nim gruz, chwycił więc kołdrę za rogi i ściągnął, pospiesznym gestem przetarł ręką dziurawy materac i owinął się kocem. Nim zasnął, słyszał, jak koty buszują po ruinach, jak coś daleko trzeszczy i jęczy, jak strzały wybrzmiewają i cichną w pieśni ognia.




Dodano: 2011-05-17 21:35:21
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"


 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

 Dick, Philip K. - "Nasi przyjaciele z Frolixa 8"

 Bardugo, Leigh - "Trylogia Grisza"

 Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

 Pullman, Philip - "Zorza Polarna"

 Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS