NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

Ukazały się

Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"


 Brooke-Hitching, Edward - "Atlas nieba. Najwspanialsze mapy, mity i odkrycia we wszechświecie"

 Parker, Natalie C. - "Morski ogień"

 Martin, George R.R. - "Starcie królów" (wersja ilustrowana)

 Ćwiek, Jakub - "Kłamca 4. Kill'em all" (wnowienie)

 King, Stephen - "Doktor Sen" (wyd. filmowe)

 Gulakowski, Jewgienij - "Długi wschód na Ennie"

 Reeve, Philip - "Gobliny"

Linki

Briggs, Patricia - "Pocałunek żelaza"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Mercedes Thompson
Tytuł oryginału: Iron Kissed
Data wydania: Październik 2010
ISBN: 978-83-7574-282-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 205 mm
Liczba stron: 408
Cena: 36,00 zł
Seria: Obca Krew
Tom cyklu: 3



Briggs, Patricia - "Pocałunek żelaza" #1

O'Donnell

Adres O’Donnella znalazłam w książce telefonicznej. Mieszkał w Kennewick, nieopodal Olympii, w niewielkim domu z zadbanym ogródkiem frontowym i białym płotem ogradzającym podwórko od tyłu. Te zbudowane z pustaków segmenty były niezwykle popularne w okolicy. Niedawno ktoś wiedziony mylnym przekonaniem uznał, że pomalowanie elewacji na niebiesko i zamontowanie okiennic złagodzi nijaki charakter budynku.

Przejechałam obok, zatrzymując spojrzenie na żółtej taśmie policyjnej umieszczonej na drzwiach tego, oraz sąsiadujących po obu stronach domów.

Znalezienie odpowiedniego miejsca do zaparkowania zajęło mi trochę czasu. W takiej okolicy ludzie szybko zwracają uwagę na obce samochody. Wreszcie stanęłam na placyku przy pobliskim kościele.

Założyłam obrożę, na której widniał adres i numer telefonu Adama. Jedna wizyta w schronisku nauczyła mnie doceniać ten środek ostrożności. Nie przypominałam co prawda psa, ale w mieście nie było krewkich rolników skłonnych strzelać do mnie bez sprawdzenia obroży.

Znalezienie miejsca do przemiany stanowiło nieco większe wyzwanie. Schronisko jeszcze bym zniosła, jednak nie zamierzałam dać się aresztować za publiczne obnażanie. W końcu trafiłam na pusty dom z tabliczką agencji nieruchomości na froncie i otwartą szopą na narzędzia w ogródku.

Stamtąd do celu dzieliło mnie kilka przecznic. Na szczęście ogrodzenie dobrze osłaniało podwórko O’Donnella, bo musiałam przemienić się z powrotem i wyjąć przyczepione do obroży wytrychy.

Pomyślnym zrządzeniem losu lato nie spieszyło się z odejściem i noce były jeszcze ciepłe, bo trochę trwało nim całkiem goła, uporałam się wreszcie z zamkami. Samuel nauczył mnie posługiwać się wytrychem, gdy miałam czternaście lat. Od tamtej pory nie korzystałam z tej umiejętności zbyt często – ledwie kilka razy, gdy zatrzasnęłam kluczyki w samochodzie.

Zaraz po otwarciu drzwi umieściłam wytrychy z powrotem pod obrożą. Na szczęście porządna taśma klejąca nie straciła przyczepności.

Pralnia znajdowała się w korytarzu zaraz przy wejściu, a szczęśliwym trafem na suszarce leżał brudny ręcznik. Użyłam go do wytarcia drzwi, klamki, zamka i wszystkiego, czego dotykałam. Nie wiedziałam, czy można zidentyfikować też ślady bosych stóp, więc na wszelki wypadek przetarłam też miejsca, gdzie stawałam, sięgając po ręcznik. Po skończeniu cofnęłam się na próg i rzuciłam gałgan z powrotem na suszarkę.

Drzwi przymknęłam, nie zatrzaskując ich jednak, po czym przybrałam znów postać kojota, kuląc się przed wzrokiem świadków, których nie było. Miałam całkowitą pewność, że nikt mnie nie widział. Łagodny powiew przyniósłby ze sobą zapach przyczajonego gdzieś człowieka. Mimo to nie opuszczało mnie wrażenie, że jestem obserwowana, zupełnie jakby dom był świadom mojej obecności. Nieprzyjemne uczucie.

Podkuliwszy niewygodnie ogon, skupiłam się na zadaniu, żeby jak najszybciej mieć je za sobą. Niestety, w przeciwieństwie do domów nieludzi, ten kipiał od świeższych i dawniejszych zapachów. Policja, technicy kryminalni, to oczywiste, jednak nawet wcześniej bywało tu wielu gości.

Nie przypuszczałam, że taki odpychający prostak jak O’Donnell mógł mieć aż tylu przyjaciół.

Wśliznęłam się do pierwszego pomieszczenia z brzegu, które okazało się kuchnią i natłok zapachów z korytarza przerzedził się znacznie. Trzy, cztery słabe nuty, plus O’Donnell i jakiś mężczyzna używający wyjątkowo kiepskiej wody kolońskiej.

Szafki były pootwierane, wysunięte szuflady prawie wisiały na końcach prowadnic. Na blacie leżała sterta ścierek.

Może Pan Koloński przeszukiwał dom w ramach śledztwa? No, chyba że O’Donnell był typem trzymającym naczynia w nieporządnych piramidach tylko po jednej stronie półek, a środki czystości na podłodze przy otwartej, ziejącej pustką szafką pod zlewem .

W nikłej poświacie księżyca ciemnił się czarny proszek, pokrywający płaszczyzny drzwiczek i blatów. Doszłam do wniosku, że to substancja, za pomocą której policja wyodrębnia odciski palców – telewizja jest świetnym narzędziem edukacyjnym, a w dodatku Samuel był uzależniony od tych tasiemcowych seriali o technikach kryminalnych.

Przesunęłam wzrokiem po podłodze, lecz nie dostrzegłam niczego ciekawego. Niewykluczone, że przesadziłam z tym wycieraniem śladów stóp na linoleum.

Pierwszy pokój, znajdujący się naprzeciwko kuchni, był niewątpliwie sypialnią O’Donnella. Osoby bywające w kuchni gościły i tutaj, włącznie z Panem Kolońskim.

To pomieszczenie też ktoś przeszukiwał w pośpiechu. Zawartość szuflad wyrzucono na łóżko, a komodę przewalono na bok. Każdą kieszeń spodni wywleczono na lewą stronę.

Zastanawiałam się, czy policja zostawiłaby po sobie taki bałagan.

Wycofawszy się do korytarza, ruszyłam do kolejnego pokoju. Na podłodze królowały trzy wywrócone do góry nogami stoliki karciane. Rozbite szyby w oknie zaklejono taśmą policyjną. Ktoś, kto narobił takich szkód, musiał być wściekły i stawiałam, że nie należał do szeregów policji.

Lawirując między odłamkami szkła, podeszłam do okna. Należało do tych nowoczesnych, plastikowych, z podnoszoną dolną częścią. Cokolwiek w nie uderzyło, prawie wypchnęło ramę ze ściany.

Jednak już wcześniej wiedziałam, że sprawca dysponował wielką siłą. Koniec końców oderwał ofierze głowę.

Porzuciłam okno na rzecz sprawdzenia reszty pokoju. Mimo panującego tu bałaganu, w rzeczywistości nie było co oglądać – trzy stoliki, jedenaście składanych krzeseł... Spojrzałam znowu na okno dochodząc do wniosku, że jedno z nich, ciśnięte z wielką siłą, mogłoby uczynić takie szkody.

W kącie, pod sporym wgnieceniem w ścianie, leżało dziwnie znajome metalowe ustrojstwo. Przyjrzawszy się bliżej, odkryłam, że to stara frankownica. Ktoś z jej pomocą wysyłał stąd masowo korespondencję.

Zniżyłam nos, koncentrując się na tym, co mi przekazywał. Pomieszczenie to odwiedzało wiele osób, więcej niż kuchnię czy sypialnię. Zapachy tłoczyły się tutaj tak samo, jak w korytarzu i przy tylnym wejściu.

Większość domów posiada charakterystyczny zapach, na który składa się wiele czynników, na przykład aromaty używanych środków czystości lub brak powyższych czy woń ciał mieszkających w nim ludzi. Ten pokój pachniał inaczej niż pozostałe. Bywało w nim – powiodłam wzrokiem po krzesłach – dziesięcioro, może dwanaścioro osób i to na tyle często, by zostawić po sobie trwały ślad.

Świetnie, pomyślałam. Biorąc pod uwagę sposób, w jaki potraktował mnie O’Donnell, każdy z jego znajomków mógł chcieć go zabić. Jednakże – spojrzałam znów na okno – wśród gości nie zidentyfikowałam żadnego nieczłowieka czy innego legendarnego stworzenia, zaś zwykły człowiek nie zdemolowałby w ten sposób futryny, ani tym bardziej nie oderwałby O’Donnellowi głowy.

Mimo wszystko zapamiętałam wszystkie zapachy stałych gości.

Skończywszy obwąchiwanie pomieszczenia, postanowiłam przejść do pokoju, który zostawiłam sobie na koniec z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli istniała groźba, że ktoś mnie zobaczy, to właśnie przez wielkie, wychodzące na ulicę okno salonu. Po drugie, nawet ludzki nos mógł bez trudu powiedzieć, że właśnie tam zabito O’Donnella, a ja miałam serdecznie dość rzezi i odoru krwi.

Myślę, że bardziej strach przed tym, co tam zastanę, skłonił mnie do ponownego odwiedzenia sypialni, bo na pewno nie przeczucie, że coś pominęłam.

Kojot, a przynajmniej ja, ma nie więcej niż pół metra w kłębie. Prawdopodobnie dlatego nie spojrzałam wcześniej na wiszące w sypialni obrazy. Na pierwszy rzut oka wydały mi się plakatami. Do tego wniosku przystawał rozmiar, kształt, tanie czarne ramy oraz pleksi. Poza tym panował tu większy mrok niż w rozjaśnionej księżycem kuchni. Jednak stojąc w drzwiach, miałam lepszy widok na ściany.

Rzeczywiście, były to plakaty, i to wyjątkowo ciekawe jak na pracownika ochrony zatrudnionego przez ASN.

Pierwszy przedstawiał odziane w niedzielną sukieneczkę dziecko. Dziewczynka miała jasne, kręcone włosy, okrągłą buzię, zadarty nosek i różowe usteczka. Siedziała w ogrodzie na marmurowej ławce i spoglądała na trzymany w ręku kwiat. Nad zdjęciem widniał wytłuszczony napis „Strzeż dzieci”. Pod spodem, mniejszy informował o spotkaniu inicjatywy obywatelskiej Świetlana Przyszłość, mającym odbyć się osiemnastego listopada, przed dwoma laty.

Podobnie jak Stowarzyszenie Johna Laurena, Świetlana Przyszłość również głosiła hasła antynieczłowiecze. Zrzeszenie to jednak było mniejsze i osadzone w nieco innej klasie społecznej. Członkowie SJL, jak Ryan, wywodzili się z warstw bogatej inteligencji. Poparcie finansowe zdobywali, organizując bankiety i turnieje golfowe. Świetlana Przyszłość natomiast działała na bazie tradycyjnych pikników z namiotami, na których sympatycy bawili się, wysłuchiwali przemówień, po czym wrzucali pieniądze do puszczonego w obieg kapelusza.

Pozostałe afisze wyglądały podobnie, różniły się jedynie datami. Trzy z nich zaprojektowano na zloty w Tri-Cities, jeden na spotkanie w Spokane. Plakaty skomponowano profesjonalnie i wydrukowano na błyszczącym papierze.

Szablony, domyśliłam się, drukowane w siedzibie głównej bez dat i miejsc, które później w miarę potrzeb nanoszono dermatografem.

Dom O’Donnella musiał być jedną z kwater organizacji. Stąd maszyna do masowej wysyłki korespondencji oraz tylu przychodzących.

Zamyślona, powędrowałam do salonu. Ostatnio widziałam chyba zbyt wiele krwi, bo to nie ona, choć rozbryzgana w wielkiej ilości i z rozmachem, była pierwszą rzeczą, jaka uderzyła mnie po wejściu.

Moją uwagę od razu przyciągnęła znajoma woń, przesączająca się spod odoru krwi i śmierci, zupełnie niepasująca do tego miejsca. Coś, co pachniało podobnie jak las w domu nieczłowieka. Zaraz potem zdałam sobie sprawę, że cokolwiek to jest, posiada ogromny ładunek magii.

Znalezienie źródła okazało się jednak bardziej problematyczne. Miałam wrażenie, jakby bawiło się z moim nosem w ciepło-zimno, dając mi znaki intensywnością natężenia magii. Wreszcie zatrzymałam się przy solidnej, szarej lasce, wetkniętej w kąt za drzwiami razem z inną, dłuższą, misternie rzeźbioną i pachnącą zwykłym tworzywem sztucznym.

Na pierwszy rzut oka podpora niczym się nie wyróżniała, choć na pewno była stara. Po chwili zdałam sobie sprawę, że rączkę wykonano nie ze stali, a ze srebra i że widnieje na niej słabo niewidoczny grawer. Niestety, w pokoju panował mrok, a nawet ja nie widziałam tak dobrze, żeby rozróżnić szczegóły.

Przedmiot ten mógł mieć równie dobrze wymalowany fluorescencyjną farbą napis „Ważny Trop”. Przez chwilę intensywnie rozważałam zabranie laski, ale doszłam do wniosku, że skoro przetrwała rewizję mordercy i policji, raczej nikt jej stąd nie wyniesie.

Podporę otulał aromat dymu drzewnego oraz tytoniu fajkowego. Uznałam, że O’Donnell wykradł ją z domu leśnego nieczłowieka.

Zostawiwszy laskę w spokoju, wróciłam do przeszukiwania reszty salonu.

Wzdłuż ścian ciągnęły się wbudowane regały, zapełnione głównie płytami DVD oraz kasetami video. Jeden przeznaczono na kolorowe gazety, które mężczyźni czytali „dla ciekawych artykułów”, po czym spierali się na temat różnic między artyzmem i pornografią. Sądząc po zdjęciach na okładkach, magazyny z dolnej półki w ogóle zarzuciły pretensje do jakiegokolwiek artyzmu.

Inny regał posiadał w dolnej części drzwiczki. Górne półki pozostawały prawie puste, jeśli nie liczyć kilku... kamieni. Rozpoznałam sporą druzę ametystową i wyjątkowo piękny okaz kwarcu. O’Donnell kolekcjonował minerały.

Na odtwarzaczu DVD leżało otwarte pudełko filmu „Nasz cudowny samochodzik”. Jakim cudem ktoś taki jak O’Donnell mógł być fanem Dicka Van Dyke’a? W głowie mignęła mi myśl, czy O’Donnell zdążył przed śmiercią obejrzeć film.

Prawdopodobnie właśnie ten moment zadumy sprawił, że usłyszałam skrzypienie desek podłogowych uginających się pod stopami nieżyjącego mieszkańca tego domu.

Także inni ludzie, ci całkiem ludzcy ludzie, widują duchy. Może nie tak często i nie w świetle dnia, ale jednak. Ponieważ na miejscach zbrodni w rezerwacie nie pojawiły się żadne duchy, założyłam podświadomie, że i tu ich nie będzie. Nic bardziej mylnego.

Do pokoju wsnuł się cień O’Donnella. Podobnie jak w przypadku wielu duchów i on nabierał ostrości w miarę, jak się na nim skupiałam. Dostrzegałam szwy na niebieskich dżinsach, ale jego twarz stanowiła zamazaną plamę.

Zaskomliłam, lecz minął mnie, nie zaszczycając spojrzeniem.

Tylko niewielka część duchów potrafi nawiązać kontakt z żyjącymi w takiej formie, jak przed śmiercią. Nie zdawałam sobie sprawy, że rozmawiam z duchami, dopóki nie przyłapała mnie na tym mama, pytając, do kogo mówię.

Inne duchy z kolei powtarzają czynności, do których nawykły za życia. Czasem także reagują, ale zwykle nie da się z nimi prowadzić dialogu. Nieopodal miejsca, gdzie się wychowałam, pewien duch rolnika co rano wychodził, by nakarmić krowy, które pozdychały pół wieku wcześniej. Czasami zauważał mnie i machał ręką lub witał skinieniem głowy, zupełnie jak człowiek pozdrawiający przechodnia. Kiedy jednak próbowałam go zagadnąć, nie przestawał wykonywać swojej pracy, jakbym dla niego nie istniała.

Trzecią grupę stanowią te zrodzone w tragicznych okolicznościach. Przeżywają własną śmierć, dopóki całkiem nie znikną. Czasem trwa to kilka dni, w innych wypadkach mogą powtarzać scenę nawet przez całe wieki.

O’Donnell nie widział mnie, mimo że stałam przed jego nosem, nie należał więc do tej pierwszej, przydatnej kategorii duchów.

Mogłam jedynie obserwować, jak podchodzi do regału z kamieniami i dotyka czegoś na górnej półce. Przedmiot stuknął o półkę z płyty wiórowej. O’Donnell stał przez chwilę, całkowicie skupiony na obiekcie, muskając go palcami.

Poczułam rozczarowanie. Jeśli powtarzał tylko czynność, która wykonywał co dnia, niczego ciekawego się nie dowiem.

Naraz jednak drgnął, jakby zaalarmowany dźwiękiem, którego ja nie słyszałam, po czym ruszył szybko do drzwi. Usłyszałam skrzypienie zawiasów, choć prawdziwe skrzydło, wyraźniejsze od zjawy, ani drgnęło.

Wyglądało na to, że O’Donnell nie jest duchem „nawykowym”. Usiadłam wygodniej, gotowa na oglądanie sceny zabójstwa.

Na pewno znał swojego gościa. Traktował go ze zniecierpliwieniem, lecz po krótkiej rozmowie cofnął się, wpuszczając przybysza do środka. Nie widziałam tego drugiego – nie był martwy – podobnie jak nie słyszałam nic poza stukotem i skrzypieniem desek, odgłosami będącymi echem rozgrywających się tu wydarzeń.

Obserwując zachowanie O’Donnella, domyśliłam się, że morderca podszedł wprost do regału. Mowa ciała gospodarza wskazywała na rosnącą wobec przybysza wrogość. Jego pierś zaczęła unosić się gwałtownie, uczynił też porywczy gest ręką, po czym ruszył agresywnie w stronę intruza.

Naraz coś chwyciło go za ramię i gardło. Nieomal widziałam kształt dłoni na bladej skórze O’Donnella. Wyglądała na ludzką. Zanim jednak zdołałam lepiej się przyjrzeć, atakujący dowiódł, że nie ma w nim krzty człowieczeństwa.

Wszystko potoczyło się niewiarygodnie szybko. W jednej chwili O’Donnell był cały i żywy, a w następnej jego ciało podrygiwało i wiło się na podłodze, zaś głowa toczyła się w podskokach, lądując tuż pod moimi łapami. Tym razem ujrzałam twarz O’Donnella wyraźnie. Oczy zachodziły mgłą, lecz usta poruszały się, formując słowo, któremu brakło mocy tchu. Na obliczu dominował nie strach, a gniew, jakby ofiara nie zdążyła sobie uświadomić, co się stało.

Nie jestem mistrzem w czytaniu z ruchu warg, ale w tym wypadku odniosłam sukces.
„Moje”.

Drżałam jeszcze przez kilka minut po odejściu zjawy O’Donnella. Nie była to pierwsza śmierć, jaką widziałam – morderstwo to jedna z najczęstszych przyczyn narodzin ducha. Raz nawet sama odcięłam komuś głowę – to najlepszy sposób na zabicie wampira. Nie zrobiłam tego jednak w tak brutalny sposób, choćby dlatego, że nie miałam tyle siły, by ją oderwać.

Wreszcie otrząsnęłam się przypominając, że mam sporo do zrobienia, a w każdej chwili ktoś mógł zorientować się, że po miejscu zbrodni biega sobie kojot. Przytknęłam nos do dywanu ciekawa, czego mogę się dowiedzieć.

Wyodrębnienie jakiegokolwiek zapachu z przesiąkniętych krwią O’Donnella tkanin i ścian, okazało się nie lada wyzwaniem. W rogu pokoju złowiłam słaby ślad należący do Wujka Mike’a, ale ulotnił się tak szybko, że mimo ponownego, dłuższego obwąchiwania, nie zdołałam go znowu wychwycić. Pan Koloński także przebywał w salonie, podobnie jak gospodarz, Zee oraz Tony. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że Tony był wśród policjantów dokonujących aresztowania. Ktoś zwymiotował przy drzwiach frontowych, ale świadczył o tym tylko odór, gdyż miejsce dokładnie wytarto.

Poza tym panował tu ruch zapachowy, jak w centrum handlowym. Kręciło się zbyt wiele osób, by cokolwiek wywnioskować. Mogłabym wyniuchać konkretny ślad, ale rozróżnić wszystkie... Raczej niemożliwe.

Poddałam się, wracając do kąta, gdzie wcześniej wyczułam obecność Wujka Mike’a. Chciałam sprawdzić, czy uda mi się wychwycić woń jeszcze raz lub przynajmniej odkryć, jakim sposobem udało mu się zostawić tak nikły trop.

Nie wiem, jak długo myszkowałam w tym miejscu, nim podniósłszy głowę, ujrzałam kruka.


Dodano: 2010-10-30 00:09:51
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj przygody Lennarta Malmkvista


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"


 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

 Dick, Philip K. - "Nasi przyjaciele z Frolixa 8"

 Bardugo, Leigh - "Trylogia Grisza"

 Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

 Pullman, Philip - "Zorza Polarna"

 Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS