NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zembaty, Wojciech - "Głodne Słońce. Ołtarz i krew"

Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Keyes, Daniel - "Kwiaty dla Algernona" (Kolekcja Wehikuł czasu)


 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa" (Kolekcja Wehikuł czasu)

 Niven, Larry - "Pierścień" (2019)

 King, Stephen - "Smętarz dla zwierzaków"

 Jordan, Robert - "Oko Świata" (wersja filmowa)

 Zychla, Marek - "Sitko"

 Chokshi, Roshani - "Aru Shah i koniec czasu"

 Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Imprezy

Dni Fantastyki 2019 r.
Od: 2019-07-05
Do: 2019-07-07

Linki

Crowley, John - "Dæmonomania"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Crowley, John - "Ægipt"
Tytuł oryginału: Dæmonomania
Tłumaczenie: Joanna Bogunia, Dawid Juraszek, Anna Klimasara
Data wydania: Wrzesień 2010
Wydanie: I
ISBN: 978-83-89951-002-9
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 650
Cena: 49,99 zł
Rok wydania oryginału: 2000
Wydawca oryginału: Bantam Press
Seria: Rubieże
Tom cyklu: 3



Crowley, John - "Dæmonomania" #4

4

Ludzkie życie uporządkowane jest według siedmioletnich cyklów licząc od pojawienia się dziecka na ziemi do dnia albo nocy, kiedy odchodzi. Cykle, które kolejno tworzą falę, falę ze szczytami i przepaściami, wzlotami i upadkami; można wykreślić je na papierze, prostą sinusoidę, ze współrzędnymi x i y, którymi są Czas i Amplituda, o wierzchołkach przy 7, 14, 21, 28, 35.
Rodzimy się pośrodku fali; ruszamy w dół i sięgamy dna w wieku ponad trzech lat. potem ruszamy w górę. W połowie drogi na szczyt docieramy do poziomej linii, która dzieli tę sunącą falę lat na dolne i górne połowy; rok, w którym przekraczamy tę linię nazywamy Rokiem Przejściowym Wznoszenia. Przynajmniej tak to nazwał najbliższy współczesności odkrywca czy też wynalazca tego cyklu. Rok Przejściowy Wznoszenia to rok pełen nadziei, a przynajmniej oczekiwania; czas gromadzenia i sortowania nowym i ciekawych rzeczy, pora zdobywania nowych perspektyw. Jak daleko sięgnie nim dojdzie do szczytu zależy od szczęścia i świata, a może także od naszych własnych wysiłków.
Rose Ryder obudzona lecz nie ubrana siedziała w bezruchu na krawędzi wąskiego łóżka w domku nad rzeką Shadow. Rose znajdowała się u progu Roku Przejściowego Wznoszenia, zmierzając ku wyżynom 28. U jej stóp na podłodze sypialni leżało wiele kartek papieru z narysowanymi falami czy też cyklami przeciętymi poziomą linią; to ona je narysowała cyrklem i linijką. Wypadły nocą z łóżka gdzie je zostawiła, a teraz patrzyła na nie niewidzącym wzrokiem. zaczynał się kolejny cudownie bezobłoczny dzień, dziesiąty z rzędu, rozpalający Faraways do letnich temperatur jeszcze przed południem.
Zanim jeszcze fala sięgnie szczytu siedmioletniego, dusza albo osoba już zdąży się poznać, zdąży się uczynić na tyle na ile potrafi władcą otoczenia, przynajmniej konceptualnie – wie, być może, że nie ma władzy, niemniej wie. w wieku siedmiu lat wiem, że jestem dzieckiem; wiem, czym dziecko jest i co robi, wiem jak używać sznurówki i segregatora; spryciulka. W wieku lat czternastu odstawiam zabawki, mam włosy w miejscach, w których nie było ich wcześniej i nie dziwi mnie to, potrafię nazwać choć niekoniecznie ujrzeć własną przyszłość. W ten sposób osiągam to, co na kartkach u stóp Rose nazwano Okresem Stabilizacji.
W przypadku swoim i aktualnego cyklu Rose nie myślała, że go osiągnęła. Nie wiedziała ani nie wyobrażała sobie, co może się stać, a co zatrzyma jej ruch w górę, ale nie sądziła dzisiaj, że będzie celebrować swoje dotarcie do stabilizacji.
Oczywiście wiedziała, że „góra” i „dół” na wykresach nie miały koniecznego zabarwienia emocjonalnego, samopoczucie nie musiało polepszać się w drodze ku górze ani pogarszac w dół. Opadanie u dołu cyklu – dawna pewność skruszona, zalew nowych danych, oderwanie od dawnego siebie, niewiedza, co czeka w drodze w górę – może być dość ekscytujące i ciekawe. Okej, powiedziała do siebie (albo do Mike’a Mucho, autora systemu, który ochrzcił mianem Klimakteriów, na którego studiowaniu spędziła tyle tygodni; dawnego kochanka i wciąż przełożonego w „Lesie”, gdzie oboje – choć Rose już ledwo, ledwo – pracowali): okej, ale w drodze ku górze powinnam przynajmniej czuć.
Czuć co?
Nie rozpadać się, przynajmniej; powinnam być zwarta, w ruchu; powinnam wiedzieć kim jestem, i że istnieję. Przynajmniej.
Wczoraj wiedziała kim jest i kim będzie. Była studentką literatury amerykańskiej i angielskiej, pracowała głównie z językiem, była nauczycielką, a na pewno miała nią być. Szkoła językowa w Limie poszukiwała takiej osoby, o czym Rose przeczytała w piśmie w zeszłym tygodniu w pracy, i Rose zmieniała się w tę osobę od tamtej pory odrobinkę co dzień. Dobrze mówiła po hiszpańsku (znała szkolną hiszpańszczyznę). Mieszkała z pewną rodziną, miała własny pokój na górze wysokiej miejskiej kamienicy, zrazu była trochę przestraszona i samotna, ale potem zaczęła odkrywać miasto i spotykać młodzież, chodzić na wybrzeże i w góry. Na lekcjach uczyła młodych ludzi, którzy chcieli zostać stewardami albo celnikami, wszyscy byli łagodni i doskonale wychowani, pochodzili jakby z innej epoki, a przynajmniej z innej dekady. W towarzystwie tych i innych ludzi, których spotkała doświadczała przygody za przygodą, które można było z wyprzedzeniem wyczuć choć nie nazwać i nie wróciła ta samą drogą, jeśli w ogóle wróciła.
Przez wiele dni obecność tej osoby w jej wnętrzu ogrzewała ją niczym rozwijające się dziecko, albo tak jak wyobrażała sobie, ze dziecko ogrzewa kobietę. A dziś rano obudziła się i stwierdziła, że ta osoba zniknęła. Może zmarła; na pewno zniknęła, pozostawiając zimną pustkę zamiast siebie, okropną zimną pustkę, którą wcześniej była wypełniła. Lima wydawała się równie odległa i niegościnna jak księżyc. Skserowana strona z pisma, gdzie znalazła ogłoszenie, spoglądała na nią ze stolika przy łóżku, także zmarła, nie pokazywała nic, albo tylko okrutny żart.
Trup.
Kolejny trup. Przyjdzie dzień, kiedy wszyscy którzy mają umrzeć umrą, a ona zostanie sama.
Bosą stopą odwróciła kartkę leżącą na podłodze. Rok Przejściowy Wznoszenia stał się teraz zboczem prowadzącym ku dolinie, wzgórze bagnem. Jakie to miało kurwa znaczenie. Też przecież umarło.
Pierce (który – może nie na serio, nie była w stanie ocenić – zaoferował jej pomoc w przedzierzgnięciu systemu Mike’a w książkę, poradnik czy coś takiego) zapytał ją dlaczego akurat krzywa, jakież to nudne, jakie dwuwymiarowe, dlaczego nie spirala, po której wspinamy się niczym po górze; co siedem lat docierając do tych samych miejsc lub etapów, tyle że jeden poziom wyżej, i wszystko jest inaczej.
Dlaczego wyżej? Nie zapytała go o to wcześniej, ale pytała teraz. Dlaczego wyżej? Dlaczego wspinaczka?
Elektryczny zegar buczący na stoliku nie umarł, jako jedyny wciąż pozostawał wśród żywych i dzięki niemu Rose mogła się przekonać, że była już spóźniona, bardzo spóźniona. Myśl o jeździe górską drogą do „Lasu” paraliżowała ją, mimo nadziei jakie z tym wiązała, z tym dniem, tą okazją. Próbowała zmusić się do niepokoju, robiła się coraz później, przez cały czas myśląc, że byłby to idealny dzień, żeby się zgubić, jechać na północ, znaleźć centrum handlowe, w którym nigdy nie była. Pójść do fryzjera. Myśląc o tym, wyobrażając sobie, że to robi, miała wrażenie nurkowania, ześlizgiwania się po tym zboczu, Roku Przejściowym Opadania, dno poza zasięgiem wzroku; i przez jeszcze jakiś czas nie poruszyła się.
W międzyczasie poranna mgła nad Blackbury podniosła się jak odkryty koc; w swoim małym żółtym domku nad rzeką, nieco ukrytym i podobnym do leża pośród sumaków o gorzejących gałęziach Pierce pracował na pełnych obrotach. Ktoś podsłuchujący na zewnątrz usłyszałby nierytmiczny stukot maszyny elektrycznej, którą wyniósł na ganek; skrzypienie kuchennego krzesła na którym siedział rozlegające się kiedy przerywał, by pomyśleć lub odpocząć.
Zaczął od anegdoty.
Pewnego ranka 1666 roku tuż po Bożym Narodzeniu, sławny holenderski medyk i naukowiec Johann Friedrich Schweitzer, znany jako Helvetius, miał gościa – małego bezbrodego mężczyznę w zwykłych szatach z akcentem wskazującym na szkockie pochodzenie. Sypał śnieg, gość wszedł nie wycierając butów. Oznajmił, że w traktatach Helvetiusa wyczytał, iż jest sceptykiem w kwestii transmutacji alchemicznej i Helvetius przyznał, że w istocie nigdy nie widział dowodu na jej prawdziwość. Nieznajomy pokazał mu „pudełeczko z kości słoniowej, z którego wyjął trzy ciężki kawałki Kamienia, każdy wielkości orzecha włoskiego”. Powiedział, że nie może dać ich Helvetiusowi, ale pozwolił mu przyjrzeć się bliżej jednemu z nich, a Helvetiusowi udało się zdrapać kawałek materii, podczas gdy nieznajomy mówił o mocy kamieni i w jaki sposób wszedł w ich posiadanie. Kiedy mężczyzna wyszedł obiecując powrót, Helvetius wydobył materię kamienia spod paznokcia i przeprowadził z nią kilka eksperymentów kierując się wskazówkami z rozmowy z nieznajomym. Bez powodzenia. Kiedy nieznajomy wrócił nie bez wahania przekazał Helvetiusowi kawałek kamienia wielkości nasiona rzepy; kiedy Helvetius wyraził niepokój, że to zbyt mało, mężczyzna wziął fragment, przełamał go na pół i oddał tylko połowę „owiniętą w niebieski papier”: wedle jego słów to wystarczy. I rzeczywiście, tego samego wieczora, żona Helvetiusa – która była adeptką Sztuki – namówiła go, by wypróbował i razem udało im się przemienić pół uncji ołowiu w złoto, które, kiedy Helvetius dał je do oznaczenia, okazało się być pierwszej próby.
Karetka zawróciła, kartka opuściła maszynę, tost z tostera, dobra robota; Pierce wkręcił kolejną. Chociaż potrafił ręcznie pisać szybko i schludnie, nigdy nie nauczył się pisać na maszynie, walił w klawisze po kolei palcem wskazującym, jak gdyby rąbał drwa, z językiem między wargami, w południe zwykle odsuwał maszynę wyczerpany, napisawszy najwyżej cztery czy pięć stron.
Do pracy Pierce wkładał wielki stary szlafrok, który należał do jego wujka Sama, doktora Oliphanta, który już nie żył. Była to bogata szata, dar dla lekarza od kogoś komu uratował życie (nie, na pewno nie, Pierce zapomniał co to było), której Sam nigdy nie nosił. Była ciężka niczym szata liturgiczna, z grubego drobnoprążkowego sztruksu na zewnątrz i podszewki z fioletowego atłasu. Pierce zawsze nosił ją na lewo, ponieważ dotyk atłasu miał za nieprzyjemny; wykończenie na zewnątrz było tak samo doskonałe, szwy delikatne, kołnierz szeroki, rękawy obszerne. Pasek gdzieś się zgubił, Pierce zastąpił go szerokim, skórzanym. Rose na początku śmiała się widząc szlafrok z tym pasem.
„Relacja ta”, stukał, „wyróżnia się z kilku powodów. Po pierwsze jest wysoce drobiazgowa; nie ma atmosfery bajki czy legendy, którą zwykle mają relacje z napotkania tajemniczych mistrzów. Po drugie alchemik zostawia Helvetiusa samego z materią transmutacyjną, aby go wypróbował: oszuści i szalbierze podówczas niezwykle liczni zawsze sami nadzorowali eksperymenty i potrafili na wiele sposobów imitować wytworzenie złota. Po trzecie, co najbardziej zaskakuje, nieznajomy nie żądał pieniędzy – nie chciał żadnej inwestycji, żadnego złota, które obiecywałby rozmnożyć. Przeciwnie – znika i więcej się nie pojawia.”
Wystukując tę bardzo dobrze znaną opowieść Pierce po raz pierwszy zauważył niczym powieściowy detektyw przeglądający dowody pewien fakt obecny w opowieści cały czas, ale którego dotąd nie brał pod uwagę; pomyślał, że widzi wyjaśnienie tego, co się stało. Kontynuował jednak tak jak zamierzał wcześniej.
„Wydawałoby się więc, że mamy dwie konkluzje do wyboru: albo Helvetius kłamie, albo naprawdę potrafił wytworzyć złoto.
Wiemy dziś, że złoto to pierwiastek, tak samo jak ołów; dlatego jednego nie da się przemienić w drugi podgrzewając wraz z trzecim, czymkolwiek by to trzecie było. Pozostaje więc możliwiosć, że Helvetius kłamał spektakularnie, lecz przekonująco oraz bez widocznego powodu (nigdy więcej nie próbował wytworzyć złota).
Istnieje jednak jeszcze jedna możliwość. Najmniej prawdopodobna, a w rzeczywistości całkowicie absurdalna: że Helvetius naprawde potrafił zrobić złoto tym sposobem, ale że dzisiaj już tego nie potrafimy, ani tą ani inną metodą. Nie dlatego, że zapomnieliśmy jak to się robi, chociaż to robiliśmy, albo przestaliśmy wierzyć, że potrafimy, choć to robiliśmy, ale dlatego, że złoto nie jest tym czym kiedys było, ziemia nie jest tym czy kiedyś była, ani ogień nie jest tym czym kiedyś był.”
Podniósł ręce z klawiatury.
Śnieżny dzień, 1666 rok. W wyobraźni Pierce’a każda z dziesięciu cyfr miała własny kolor, miała go odkąd pamiętał, nie wybierał ich, ale utrwaliły się w jego umyśle: szóstka jest biała. Śnieg na butach mistrza; pudełko z kości słoniowej z połyskującą zawartością. Żona w bieli u szczytu schodów: mężu, co tam masz?
Żona: to właśnie rzuciło się w oczy Pierce’owi, kiedy relacjonował opowieść. Żona wprawna w Sztuce. A jeśli działała w porozumieniu z rzekomym bezimiennym mistrzem? Byłaby zdolna oszukać męża, w jakiś sposób sprawić, że znalazło się na stole, razem z tym drugim czekać na rozwój sytuacji, Bóg wie co; intryga nigdy nie przyniosła owoców. Facet wyjechał z miasta, żona trzymała język za zębami.
Pierce zastanawiał się przez chwilę nad przypisem; zdecydował jednak, że go nie doda. Miał misję – znaleźć na stronach swojej książki dowód, że świat był kiedyś inny niż jest teraz; najdrobniejszą opowieść, czy fakt, trywialny, lecz niepodważalny, który roznieciłby ogień w sercach czytelników, ogień pewności, a przynajmniej podsunąć im możliwość. Nie obiecywał, że każdy fakt, który poda będzie nie do ruszenia, prawdę powiedziawszy z jego własnej filozofii wynikało, że być taki nie może. Ale nie do niego należało wykazywanie własnych paradoksów. Qui non intellegit, aut taceat aut discat: jeśli nie rozumiesz, zamknij się albo naucz się.
„Może być tak, że co druga relacja o wytworzeniu złota za pomocą ognia – są ich setki, prawie wszystkie sprawiające wrażenie wariantów kilku podstawowych tematów, niczym stare wątki komediowe – a może nawet każda, jest fałszywa, jest efektem kłamliwości, pobożnych życzeń, kumulujących się błędów opowiadania z drugiej ręki, zabawa historii w głuchy telefon, popychająca opowieści w kierunku przejrzystości, dziwów, albo morału. Być może to jest jedyna prawdziwa, którą znamy, jedyna, która przedarła się przez zaporę postępującego Czasu, która fałszowała wszystkie inne i dotarła do nas niczym sługa Hioba z wraku minionego świata: ja sam uszedłem, by ci o tym donieść.”
Pierce dzielił swoich czytelników na trzy rodzaje. Po pierwsze byli ci, którzy oczekiwali jakiejś ogromnej i ostatecznej przemiany świata odkad specyficzna rewolucja kilka lat wczesniej objęła cały naród i świat; czasami (jak franciszkańscy heretycy dawnych epok) żyli oni jak gdyby stary świat już się skończył, a nowy zaczął. Na wzgórzach wokół żyły całe plemiona i grupy rodzinne takich ludzi zamieszkujących stare farmy, mieszkających w jaskiniach i domkach na drzewie; książki takie jak on planował składały się na całość ich lektury. Następnie była młodzież, spora grupa, która Pierce wyobrażał sobie na rozdrożu czasu, na którym zawsze młodzież staje, gdy zyskuje pewność, stuprocentową pewność, że ujrzy a może stworzy świat inny niż ten, w którym przyszli na świat. Pamiętał swoją własną pewność. Były wreszcie odwieczne i niezniszczalne niedobitki nadziei, które można znaleźć w każdej epoce, ci którzy wyczuwają przemianę, jak gdyby dzięki szóstemu zmysłowi, albo genom, zawsze czytają znaki i nigdy nie nudzą się i nie zniechęcają, przez całe życie z drżeniem wypatrując tego co przyjdzie.
To tym (potencjalnie) licznym czytelnikom Pierce chciał pokazać New Age, Nową Erę, której świt zauważą jako pierwsi, którą mogą mieć nadzieję współtworzyć, Nową Erę, która dla każdego z osobna będzie być może inna. I ukaże im także odejście Starej Ery, której koniec nie każdy zauważy i którą kiedyś, kiedy wszystko będzie takie jak będzie a nie takie jak jest, będzie można dostrzec tylko dzięki najbardziej wytrwałej archeologii mentalnej.
Oczywiście (jak zwykle w przypadku eschatologii w typie tej, którą tworzył teraz Pierce) ta Nowa Era byłaby w ważnej mierze Starą Erą powracającą, epoką dawnych możliwości, tak jak ta zła Stara Era przemijająca teraz była kiedyś Nową Erą: erą twórców i niszczycieli, mężczyzn (najwyraźniej wszyscy byli mężczyznami) z całego świata, którzy ten świat ujednolicili, którzy sami z pomocą jedynie Praw, które odkryli zmienili to, co krzywe w proste, a to co chropawe w gładkie, a przecież nie zdobyli dla nas tego, co potrzebowaliśmy: a może właściwiej byłoby powiedzieć, że to, czego potrzebowaliśmy (to, czego potrzebowali czytelnicy Pierce’a) było nie do spełnienia za pomocą środków, w których byli władaniu.
A kiedy ich świat przeminął (tak jak teraz zdawał się przemijać, Pierce miał całą szufladę pełną wycinków z gazet, niemożliwości, których nie dało się wyjaśnić, dziur w coraz bardziej cieknącym dachu Wielkiej Nauki – tak o nich myślał), odkryliśmy lub stworzyliśmy nowe Prawa a na ich bazie zbudowaliśmy świat innego rodzaju: więcej nawet, Pierce miał wyjaśnić, że to odkrywanie i tworzenie było samo w sobie nowym światem.
„Hegel twierdzi, że sowa Minerwy wylatuje tylko o zmierzchu. Chodziło mu o to, że dopiero w okresie upadku natura epoki staje się dla nas jasna. O zmierzchu świata, który zamieszkujemy, do niektórych na cichych miękkich skrzydłach przybędzie osobliwe zrozumienie: że wszystko nie zawsze było takie, jak jest, i dlatego oni sami nie muszą być zawsze tacy jakimi byli. Według Hegla to zrozumienie już samo jest znakiem, że noc naprawde nadchodzi, że być może będzie nam dane ujrzeć poranek.”
Hegel wyłączał Naturę z dramatu istnienia i stawania się, który był udziałem Weltgeist – ducha świata, ludzkiej zbiorowości. Duch świata mógł zmienić nasze rozumienie natury, ale nie samą zatwardziałą bezmyślną materię. Pierce proponował coś wprost przeciwnego: że natura także się zmienia i że wielkie jej zmiany powodują także naszą zmianę; lub też że my i ona (tak naprawdę nie różniący się od siebie) ewoluujemy razem, a Słońce-Ojciec okrążając wielką Ziemię od tysiącleci przemieszcza się do swojego nowego miejsca pośrodku okręgu zataczanego przez małą Ziemię akurat w latach kiedy bohaterowie myśli odkrywali go właśnie tam. Teraz tam właśnie jest i zawsze był; nie ma zaś żadnego dowodu i nie będzie, że kiedyś go tam nie było.
Pierce spekulował, że być może było wiele takich Er, niektóre krótkie, inne długie, niektóre możliwe do rozpoznania przeszłości, inne nie. Ostatnia, poprzedzająca obecną skończyłaby się mniej więcej w czasie kiedy Helvetius otwierał drzwi mężczyźnie w pelerynie. Następna epoka kończyła się właśnie teraz, kiedy Pierce o niej pisze, kiedy wzywa czytelników, by go wysłuchali. Ponieważ właśnie w okresach przejściowych przypadających między erami – kiedy prawa dawnego świata słabną i przestają obowiązywać a prawa nowego jeszcze się nie umocniły – w naszych umysłach pojawia się myśl, że czas jest kowalny, że przyszłość można kształtować, że nic nie jest stałe: potem skrzydło nas trąca i to jedyny zew, jaki usłyszymy.
Pierce czuł się w pewien sposób bezpieczny spekulując o istnieniu ogromnych zmian w naturze spraw, co do których żadnego dowodu nie można było po fakcie znaleźć. Czy sam w to wierzył? Nie, nie całkiem, jeszcze nie. W (tak naprawdę rzadkich) momentach, gdy w pełni pojmował o czym mówił, przestawał pisać i zamierał w milczącym zdumieniu własną impertynencją, lub też śmiał się w głos, albo też odkładał pracę na kolejny dzień, niepewny i przestraszony. Nie, zdawało mu się, że te pierwsze dygoty nadchodzącej epoki, które tak wielu wyczuwało w istocie przeminęły, nie zmieniając świata ani na jotę; nie pojawiły się żadne katastrofy, ani żadne wybawienia; drogi wciąż prowadziły tam gdzie zawsze, życie składało się z ciężkiej pracy, wszystkie możliwości pozostawały takie same.
Nie oznaczało to, że nie dzielił z czytelnikami tęsknoty, bez względu na jej źródło czy nazwę, za przyszłością urządzoną inaczej niż przeszłość; za powrotem wszystkiego, co zostało utracone; za tym, by epoka, w której miał swoje miejsce, była inna niż ta, leżała daleko za nią lub tuż przed. Nie wymyśliłby tego czegoś, gdyby nie znał jej smaku. Zakładał jednak – czym miał zamknąć książkę – że ta tęsknota, czy też nadzieja prawdziwa i namacalna jak teraz i w przeszłości, należy do wnętrza a nie zewnętrza: że zewnętrze pozostaje takie jak zawsze było, lecz wewnątrz epoki zawsze rozpadają się i odnawiają; że żadne istnienie nie jest wolne od tych wstrząsów; że dla jakichś serc każda chwila to zmierzch sowy Minerwy. Koniec końców będzie to bajka do stosowania ogólnego; prawda o ludzkiej naturze, a nie o historii.
De te fabula.
W ten sposób będzie mógł sprzedać książkę bez względu na to co stanie się ze światem. Tamten bystry chłopiec ze szkoły St. Guinefort’s, który rozsypał przed nim talię kart i spytał, jaka jest jego ulubiona; a kiedy Pierce odpowiedział (w sumie na chybił trafił), że to walet karo, chłopiec rozłożył talię kupkami rewersem ku górze i kazał Pierce’owi wybierać karty stosując złożony rytuał dopóki na łóżku nie została jedna; dużo wahania i misterium, być może nie wyszło, a potem obrócił kartę i istotnie był to walet karo; dopiero dużo, dużo później chłopiec pokazał Pierce’owi talię składającą się z samych waletów karo. Pierce spytał co by się stało, gdyby wybrał na przykład królową kier? Dałbym sobie spokój, usłyszał odpowiedź; ale prawie każdy wybiera waleta karo.
Wybiło południe, Pierce z wiklinowej etażerki obok (na patio było jeszcze biuro, krzesło i huśtawka w pasiastej tapicerce) wyjął butelkę scotcha i nalał sobie do szklanki na dwa palce.

Parking przy Centrum Psychoterapii „Las” pękał w szwach od samochodów, wielu całkiem ładnych, należących do rodziców i małżonków, którzy przyjechali zabrać rezydentów (nigdy „pacjentów”) z powrotem w obręb życia, z którego uciekli lub zostali tutaj wygnani. Eks-rezydenci pakowali przenośne radia, pudła książek i nagrań oraz zielone plecaki na siedzenia lub do bagażników foxów i jaguarów, albo patrzyli jak robią to ich rodzice; niektóre rodziny już emanowały rosnącym napięciem – Rose Ryder wyczuwała to przechodząc obok. Przy kamiennym wejściu do pokrytego gontem głównego budynku, niegdyś rodzinnego ośrodka wypoczynkowego (niektórzy rezydenci nazywali go teraz ośrodkiem wypoczynku z dala od rodziny), personel żegnał się z podopiecznymi, którzy zakończyli program, niektórzy mieli łzy w oczach, inni byli pełni energii i radośni, wszyscy czuli się lepiej. Rose musiała kilkakrotnie przystawać by kogoś uścisnąć lub dać się uścisnąć na pożegnanie, jej pośpiech przy tym zdradzał nieszczerość. Do widzenia. Nie zapomnij napisać. Na pewno będzie super.
Wreszcie uwolniła się i weszła na schody wieży po zachodniej stronie budynku, na szczycie której znajdował się punkt obserwacyjny, rozległy pokój który niegdyś był otwartym tarasem następnie zabudowanym szklanymi ścianami. Spóźniłam się. Parła w górę, wciąż górę wzdłuż czterech ścian budowli, zostawiając ziemię daleko w dole. Spirala: co piętro wraca w to samo miejsce, tylko wyżej.
Zatrzymała się. Nasłuchiwała. Widziała, że drzwi do punktu obserwacyjnego są zamknięte. Jeśli nie wyrobisz się na rano, nie musisz wcale przychodzić: Mike uprzejmy ale stanowczy, kiedyś tylko udawał, że potrafi mówić podobne rzeczy ze spokojną mocą, ale tym razem nieoczekiwanie, naprawdę potrafił. Tutaj się tego nauczył.
Krążyła ku górze, okrążając to, czego się bała. Łatwo powiedzieć, że zapomniała, a potem zapomnieć, że tak naprawde nie zapomniała. A Mike machnąłby na to ręką, machnąłby na nią.
Słyszała teraz głos przebijający się przez drzwi u szczytu schodów, to był Ray Honeybeare, mówił cicho. Przylgnęła policzkiem do drzwi wdychając woń sosny i lakieru i wsłuchała się w słowa; czekała na przerwę podczas której mogłaby pchnąć drzwi; czekała, aż coś co ją przyciąga pokona to co ją odpycha.
Otwarła drzwi i wślizgnęła się do środka patrząc w podłogę. Pośród osób siedzących po turecku na podłodze był Mike, który na jej widok z uśmiechem stuknął dłonia w miejsce obok siebie. Ray Honeybeare siedział na krawędzi krzesełka z włókna szklanego, pochylony do przodu; jego ogrom równoważyła niezwykła delikatność. Zauważył Rose, ale nie dał nic po sobie poznać, nie przestał mówić.
– Nie będę więc spekulował o końcu – ciągnął – ani o bożych planach co do przyszłości świata. Nie mam także większej ochoty słyszeć waszych spekulacji w tej mierze. Ale wiem jedno: wiem, że epoka, przez którą teraz mkniemy nie ma odpowiednika w historii. To epoka nieskończonych możliwości, na dobre i na złe. Epoka, kiedy Królestwo Boże znajduje się bardzo blisko naszej starej ziemi, być może nie przybywa, by zapanowac tu na zawsze, być może pozwoli nam tylko rzucić okiem. To epoka, kiedy dzieje się także straszliwe zło, epoka walki Boga z Diabłem, Diabłem, który widzi szansę, by wiele osiągnąć i robi co w jego najgorszej mocy, tak, najgorszej mocy, by wykorzystać tę szansę.
Rose podniosła wzrok na Raya uśmiechając się nieśmiało na wypadek, gdyby odwzajemnił spojrzenie. Rzeczywiście. Poczuła się przenikliwie badana, chociaż uśmiechał się sympatycznie. Był wielki, zarazem wysoki i ciężki, oraz stary, choć ile liczył wiosen trudno było zgadnąć; na twarzy miał sieć drobnych pęknięć, jak gdyby rozbiła się kiedyś na kawałki i została na powrót cierpliwie sklejona; w jej przestworzu jego rysy zdawały się małe: niezbyt szerokie nozdrza, cienkie wargi, małe prawie bezbrewe oczy koloru lodowatego błękitu. Oczy te zdolne były do czegoś o czym czytała dotąd tylko w książkach lecz dopiero u Raya zobaczyła naprawdę: migotały. Kiedy obracał wielką głowę, pobłyskiwały jak gdyby łapiąc światło niczym oszlifowany brylant.
– A my: jaka jest nasza rola? My, jako pracownicy w dziedzinie zdrowia psychicznego, co mamy robić w tej epoce, jaka jest nasza funkcja, nasze zadanie? Otwórzmy księgę i poczytajmy.
Wyćwiczonym gestem wyjął czarnooprawny skórzany tom z rozdętej teczki leżącej na podłodze i otworzył. Rose zobaczyła liczne zakładki i karteczki o różnych kolorach.
– Ewangelia wg św. Łukasza 10 – powiedział.
Wielu zgromadzonych otwarło podobne książki, wokół Rose rozszumiały się jesienne liście. Przypomniała sobie teraz, że Mike kazał jej wziąć biblię (Nowy Testament) i zacisnęła puste dłonie. Ray Honeybeare odchrząknął.
– Oto Jezus wysyła siedemdziesięciu swoich uczniów przed sobą dwójkami. Siedemdziesięciu ludzi to dużo. Mówi, że posyła ich jako robotników, by zebrali plon, ale mówi też przecież, prawda, że posyła ich niczym jagnięta między wilki. I mówi im, że tam, gdzie zostaną odrzuceni, powinni oczyścić nawet stopy z kurzu tych miast i powinni dać jasno do zrozumienia, że Królestwo Boże jest blisko i że zostaną wymierzone srogie kary; tam zaś, gdzie zostaną przyjęci dobrze, mają leczyć chorych. Nie ma wątpliwości, że tak zrobili; ale w jaki sposób? Po powrocie mówią zaraz do Jezusa, spójrzmy, 10:17 „Panie, przez wzgląd na Twoje imię, nawet złe duchy nam się poddają”.
Przyjrzał się zgromadzonym wyłuszczywszy swoje racje (widać to było w jego twarzy i oczach), teraz czekał aż oni załapią.
– Złe duchy – ciągnął łagodnie. – Nawet złe duchy. – Przeczytał: – „Wtedy rzekł do nich: «Widziałem szatana, spadającego z nieba jak błyskawica. Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi.”
Nie ma co do tego wątpliwości, mówiły jego oczy. A wszyscy milczeli rozumiejąc, a może nie rozumiejąc, gdy odezwał się z nagłą siłą (Rose drgnęła z zaskoczenia lub winy).
– Leczyli chorych wypędzając z ich wnętrza złe duchy. To kazano im czynić, i dlatego zostali nazwani zbieraczami plonu, a zarazem owcami pośród wilków. Dlatego wrócili i powiedzieli – nie powiedzieli Panie, położyliśmy dłonie na tych ludziach, albo Panie, daliśmy tym ludziom pigułkę, albo Panie, zadaliśmy tym ludziom gadającego lekarstwa jak nam kazałeś. Powiedzieli, że złe duchy choroby podlegają nam w Twoim imieniu. A Jezus odpowiedział, ze mogą wypędzić te demony, a Wróg nie będzie mógł ich skrzywdzić. To jest to. – Zamknął księgę, ale jej nie odłożył. – Mówiłem to już wcześniej, ale powtórzę. Wokół was są choroby i nieszczęścia, wszędzie wokół was tutaj i gdzie indziej, gdzie trafiacie codziennie. Słyszeliście nie raz, jak mówię, że posiadacie władze na chorobą i cierpieniem. A żeby posiadać tę władze musicie zgodzić się co do jednego. Co do jednego. Musicie uwierzyć, że to dzieje się teraz. – Uniósł księgę. – Musicie uwierzyć, że to dzieje się teraz. tak jak działo się wtedy i że Królestwo Boże jest blisko. To wszystko. Jeśli wierzycie, że to dzieje się teraz, wiecie do kogo mówi każda strona i każdy wers tej starej księgi, wiecie jak brzmi obietnica i wiecie, co macie zrobić.


Dodano: 2010-08-23 22:53:01
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nie ma czasu"


Wygraj "Czarcie słowa"


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s08e01)


 Wywiad z Edem McDonaldem

 Polska fantastyka 2019 r. - co nas czeka?

 Nightflyers - książka i serial

 Naomi Novik o "Mocy srebra"

Recenzje

Howard, A.G. - "Alyssa i obłęd"


 Fletcher, Charlie - "Ostatni"

 Scalzi, John - "Upadające imperium"

 Lovecraft, H.P. - "Nemezis i inne utwory poetyckie"

 Vonnegut, Kurt - "Śniadanie mistrzów"

 antologia - "17 podniebnych koszmarów"

 antologia - "Harda Horda"

 Le Guin, Ursula K. - "Nie ma czasu. Myśli o tym, co ważne"

Fragmenty

 Schwab, V.E. - "Vicious. Nikczemni"

 Lawrence, Mark - "Koło Osheim"

 Górski, Piotr - "Reguła zakonu"

 Zembaty, Wojciech - "Głodne Słońce. Ołtarz i krew"

 Świerczek-Gryboś, Magdalena - "Openminder"

 Le Guin, Ursula K. - "Nie ma czasu. Myśli o tym, co ważne"

 Majka, Paweł - "Jedyne: Ścieżki krwi"

 Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS