NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abercrombie, Joe - "Bohaterowie" (2019)

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści" (oprawa twarda)

Ukazały się

Siwiec, Tomasz - "Muchy"


 Siwiec, Tomasz i Jakub - "Krwawy połów"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Nieugięty"

 Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

 Lebbon, Tim - "Milczenie"

 Śmigiel, Łukasz - "Daemon"

 Black, Holly - "Królowa niczego"

 Jameson, Hanna - "Ostatni"

Linki

Kołodziejczak, Tomasz - "Czarny Horyzont"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Kołodziejczak, Tomasz - "Ostatnia Rzeczpospolita"
Data wydania: Sierpień 2010
ISBN: 978-83-7574-274-9
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 280
Cena: 31.90 zł
seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Kołodziejczak, Tomasz - “Czarny Horyzont” #3

Trebusz

Trebusz jegrów odpalił pierwszy strzał. Pocisk suicydalny pomknął ku Polsce.
To takie maszyny przyniosły zagładę Bonn i Wrocławiowi, Lyonowi i Kopenhadze, a niewypały z ich pocisków powodują czasem ewakuacje całych dzielnic i miasteczek. Bomby samobójców, straszliwa nazwa nadająca nowe znaczenie określeniu „wojna psychologiczna”.
Kajetan widział nagrania z Kopenhagi. Nie wiadomo, czemu z tego właśnie miasta pozostało aż tyle zapisów, dlaczego tam akurat najwięcej ludzi stosunkowo długo wytrzymało atak i zdołało kręcić te straszne rzeczy dziejące się wokół. Tak, nagrania z prywatnych kamer prowadzonych dłońmi świadomych operatorów były cenniejsze niż te z automatów przemysłowych czy policyjnych, rejestrujących po prostu wszystko to, co dostało się w ich pole widzenia. A te z Kopenhagi były najlepsze. Elfy twierdziły, że zdecydował o tym charakter miasta – spokojnego, przyjaznego, bezpiecznego. Nowoczesnego, ale przecież kameralnego, oferującego mieszkańcom i turystom czyste ulice, przytulne knajpki i spokojną, ludzkiego formatu architekturę, jakiej nie mają ośrodki przemysłowe, czy wieżowcowe „city” ośrodków biznesowych. Kopenhaga chroniła swych mieszkańców, dając niektórym z nich dodatkowe minuty czy nawet kwadranse. Wielu uciekło, inni, na własne nieszczęście, nie rozumiejąc co się dzieje, próbowali nagrywać wydarzenia.
I rejestrowali. Najczęściej ludzi wyskakujących z okien na bruk. Zazwyczaj najpierw słychać było trzask i szalony krzyk. Obraz gwałtownie przesuwał się – to obiektyw kamery szukał celu. Jeśli operator był szybki, a dom dostatecznie wysoki, udawało się czasem nawet ująć sylwetkę w locie. Jeśli nie – kamera rejestrowała tylko ostatni akord: tępy odgłos ciała uderzającego o bruk, a po chwili na ekranie pojawiał się trup. Były i inne zapisy. Ludzi rzucających się do kanału z Długiego Mostu. Samochodów na ulicy admirała Nielsa Juela, gwałtownie przekierowywanych na przeciwne pasy ruchu, wprost na czołowe zderzenia. I scena, która robiła na widzach najstraszniejsze wrażenie, może dlatego że rozgrywała się na jednej z najspokojniejszych ulic świata – Strøgecie. Tłum szlochających ludzi rzucał się na wystawy, tłukł szyby, i ciął sobie żyły lśniącymi w słońcu, szklanymi sztyletami.
Bomby samobójców.
Na co dzień człowiek tkwi bezpiecznie w batyskafie własnej woli i optymizmu. Kompozytowe pancerze psychiki zbudowane z dobrych wspomnień, pozytywnych emocji i nadziei na przyszłość chronią przed ciśnieniem kłopotów codziennego życia, przed głębinowymi monstrami żerującymi na dnie świadomości, przed bezkresnym mrokiem rozpaczy.
Ale czasami ludzie nie chcą żyć. Poddają się cierpieniu i samotności. Nie mogą pogodzić ze złem, którego doświadczyli lub które sami zadali. Tęsknią za ukochanym, który odszedł. Nienawidzą wszystkich, którzy żyją obok, a nie chcą odejść. I wtedy popełniają samobójstwa.
Bomby samobójców – artyleria barlogów – wywołują właśnie te najgorsze wspomnienia, pozbawiają marzeń, wymuszają skrajną pokutę za prawdziwe i wyimaginowane grzechy. Już sama obecność w pobliżu wystrzeliwującego je działa stanowiła śmiertelne zagrożenie, wystarczyła, by zmącić ludzki umysł i wypaczyć myśli Kajetana.
Wciąż leżał na posłaniu. Nie chciało mu się wstawać. Ani żyć. Zdradził swoich, uciekł zostawiając ich na pewną śmierć. Potem zdradził przybranego ojca. Odrzucił jego miłość, umknął, nie szukając żadnych kontaktów. Okłamał też elfy, od których nauczył się tak wiele, a potem odszedł, by nie służyć pod ich komendą. Jest zły, zły, zły. Nie odnajdzie cienia siostry, nigdy już nie porozmawia z Anną Naa’Maar, nie złoży pokłonu królowi. A świat się skończy i wszyscy ludzie staną się niewolnikami barlogów. Jest zły. Ale przecież istnieje rozwiązanie. Sposób, by z tym wszystkim skończyć. Łatwy, tak szybki i tak prosty. Już nic nie zaboli. Krzywdy zostaną spłacone. Grzechy odpuszczone. To takie oczywiste. Oczywiste…
Zbyt oczywiste. Aż niegodne w swojej banalności, za proste, by odkupić zło, którego dokonał. Więc jednak nie może… nie powinien…
Mechanizmy obronne w umyśle Kajetana włączyły się, kiedy sięgał po pistolet. Jego myśli przegrywały, ale zaczął się modlić. Cicho, szeptem, początkowo zacinając się i powtarzając, odmawiał „Zdrowaś Mario”. Ciało przywracało władzę nad umysłem.
Zazwyczaj jest odwrotnie. Gdy zajmujesz się zwykłymi codziennymi sprawami i masz czas na ocenę i analizę sytuacji, to mózg decyduje o ruchu, o nacisku, o uderzeniu. Jednak wojownik ćwiczy ciało, by – kiedy zajdzie potrzeba – ono przejęło władzę nad umysłem. Żołnierz powtarza po tysiąckroć kata, by w realnej walce nie myśleć o unikach, tylko unikać. Wystrzeliwuje pociski do papierowych tarcz, by oko i dłoń sprzęgały się automatycznie. Co dzień odmawia modlitwy i bojowe mantry, by dostać ochronę i wsparcie, gdy tego najbardziej potrzebuje.
Tym razem ratunek przyszedł z ciała, ale nie z nóg dokonujących gwałtownego uskoku, czy ramion wbijających włócznię we wroga. Kajetana uratowało gardło, język i usta.
Gdy umysł Kajetana zapadał się, oczy lśniły od łez, a dłoń pełzła ku kolbie Walthera, zaczął się modlić. Powtarzany automatycznie rytm ciął straszne wspomnienia, niczym siekająca chaszcze maczeta w rękach sprawnego przewodnika. Odsłaniał krajobraz i światło. W czarne fotografie wepchnął kolory. Rozbrzmiał łagodną muzyką. Niósł uczucie bliskości i opieki, przyjaźni i oddania. Smak domowego obiadu przygotowywanego przez siostrę Roberta, Łucję. Zapach perfum, jakich używała Jadwinia, drobna, smagła brunetka, z którą ostatnio randkował. Pluszate ciepło dłoni dwuletniego Krzysia, syna jednego ze znajomych.
Imiona. Następny krok to imiona, bo za nimi kryją się twarze, głosy, oczy, umysły tych którzy go kochali i szanowali.
Ochronny batyskaf Kajetana niemal popękał, ale geograf recytował imiona swych przyjaciół i bliskich, a każde z nich było jak galon powietrza wtłoczony do skorupy okrętu podwodnego, pozwalał oddychać i jednocześnie wypychał z dna ku słońcu.
Dłoń dotknęła zimnej kolby pistoletu i zamarła w bezruchu. Z oczu wciąż płynęły łzy, a skurcz żalu zdawał się wykręcać wszystkie trzewia.
Ale Kajetan wrócił. Znów władał sobą. Nie był przecież bezbronnym, nieprzygotowanym mieszkańcem spokojnej Kopenhagi, bogatego Wrocławia, słonecznego Lyonu. Był jednym z najlepiej wyszkolonych przez elfów ludzi. Był posiadaczem potężnego artefaktu, nazywanego Kluczem Przejścia. Był królewskim geografem, wędrującym po granicach znanych światów. Był bratem, który wciąż szuka swej zagubionej siostry. Był żołnierzem. Odkrywcą. Kajetanem Kłobudzkim.
Nie, to jeszcze nie teraz. Magia została przełamana.

*****

Trebusz jegrów bardziej przypomina młyńskie koło z lunaparku niż średniowieczną maszynę miotającą, od której wziął nazwę. A jeszcze bardziej – jeden z tych starych i oczywiście nie działających projektów perpetuum mobile. Na sterczącym z ziemi pałąku osadzono zębatą tarczę wykonaną z ciemnego litego materiału. Zęby, których na obwodzie było dwadzieścia siedem, miały kształt ćwiartki koła, do każdego przymocowano pałąk na ruchomym łożysku, zakończony miskowatym łożem.
Szaleni wynalazcy, którzy w dawnych czasach próbowali zbudować wieczny motor, konstruowali takie zębatki z ruchomymi ciężarkami, licząc, że odpowiednie ułożenie pałąków zawsze będzie dawać na jednej połówce koła większy moment obrotowy, a to z kolei spowoduje wieczny ruch. Oczywiście, w świecie fizyki Newtona i Einsteina, w prostym uniwersum kwantów, barionów i superstrun, to nie mogło działać. Zawsze bowiem następował taki układ zawiasowanych pałek na zębach koła, że wstrzymywało ruch, zawracało i po pewnej liczbie wahnięć zatrzymywało się.
Ale czy te same prawa dotyczą maszyn ze świata wypełnionego magicznym eterem, Planu wysyconego fagami magii, syntezującymi moc z atomów cierpienia i cząstek strachu, tak jak wirus buduje swoje ciało z ludzkiego białka?
Więc może tarcza kręciła się zasilana jakimś źródłem energii, a może była w naszym świecie perpetuum mobile, generującym energię i do własnego ruchu, i do wyrzucania na wschód morderczych pocisków. Kiedy ząb docierał na górę koła, przymocowany doń pałąk znajdował się niemal w pionowym ustawieniu, a jego łyżeczkowate zakończenie sterczało dobre sześć metrów nad ziemią.
Wtedy jegrzy zamierali na moment, wyciągali ramiona w górę, układając ze swych ciał znaki rozkazów. Przez trebusz przebiegało lekkie drżenie i od łyżki odrywała się granatowa kula. Zachowywała się jak kropla wody w stanie nieważkości. Płynęła powoli, jej powierzchnia dygotała synchronicznie z rytmem koła. Sunęła w górę. Ponad bazę, drzewa i wzgórze.
Będzie tak szybować dalej, na wschód. Popychana wiatrem i słabym odrzutem własnej magii przeleci nad Zoną, Nową Odrą i Kresami. Fronty atmosferyczne przesuną ją na północ lub południe, przycisną do ziemi, lub podniosą ku chmurom.
Może nie dolecieć. Spłucze ją zwykły deszcz lub burza wywołana przez larowe czary płanetników. Dopadnie i rozproszy bojowy sokół-czatownik strzegący powietrznych granic Rzeczpospolitej. Wiatr zniesie na pustkowia, aż do wyczerpania energii. Albo zepchnie zbyt nisko i rozbije na jakimś bezludziu. Ale jeśli doleci i wyczuje ludzkie skupisko, sama zacznie opadać. Nad celem zmieni kształt, spłaszczy się wertykalnie, powiększy, zamieni w ciemnoniebieski naleśnik, popęka w nieregularną sieć, rozcapierzy. I opadnie.
A wtedy popełni samobójstwo każdy człowiek w obszarze jej działania, o ile nie jest zabezpieczony specjalnym strojem czy czarem, o ile nie nurkuje właśnie w basenie lub nie modli się w kościele. Przeżyją też dzieci, wszystkie do mniej więcej pierwszego roku życia. Tak jak pięć tysięcy małych Duńczyków w Kopenhadze i niemal dwa tysiące dzieciaków z dzielnicy Krzyki we Wrocławiu.
W powietrze wyleciał kolejny granatowy bąbel.


Dodano: 2010-08-20 11:29:40
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"


 King, Stephen - "Instytut"

 Flint, Eric - "1632"

 Simmons, Dan - "Zimowe nawiedzenie"

 Butcher, Jim - "Zmiany"

 Tolkien, J.R.R. - "Upadek Gondolinu"

 Cherezińska, Elżbieta - "Wojenna korona"

 Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"

Fragmenty

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

 Lebbon, Tim - "Milczenie"

 Maszczyszyn, Jan - "Necrolotum"

 Jensen, Danielle L. - "Królestwo Mostu"

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS