NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

Ukazały się

Gwynne, John - "Zgliszcza"


 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Zahn, Timothy - "Ostatni rozkaz"

 Sanderson, Brandon - "Legion. Kłamstwa patrzącego"

 Johnson, Daisy - "Pod powierzchnią"

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Mortka, Marcin - "Miecz i kwiaty", część 3
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Mortka, Marcin - "Miecz i kwiaty"
Data wydania: Czerwiec 2010
ISBN: 978-83-7574-167-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 448
Cena: 32,90 zł
seria: Asy polskiej fantastyki



Mortka, Marcin - "Miecz i kwiaty", część 3

Gaston de Baideaux zniknął kilka dni temu

Legat papieski Adelard z Werony ujął pucharek z winem, a drugą dłonią leniwie przywołał służącego. Ten bez słowa wyrósł przy fotelu wysłannika rzymskiego i zabrał się za zbieranie naczyń. Jego towarzysz, równie cichy i dyskretny, ustawił wazę z owocami i podmienił karafkę z winem na pełną, a potem, jakby czytając w myślach swego suzerena, rozchylił szerzej okiennice. Do wnętrza komnaty wpadł ożywczy, chłodny wiatr znad morza. Adelard zapatrzył się w widoczną ponad dachami toń morza, migotliwą, zalaną czerwienią zachodzącego słońca.
– Cicho się zrobiło – powiedział, niespodziewanie przerywając ciszę.
– Co rzekliście, Wasza Świątobliwość? – zapytał Balian z Ibelinu i podniósł wzrok na dostojnika, z niechęcią otrząsając się z myśli o małżonce, której nie widział od wielu miesięcy. Ramię noszone na temblaku zakłuło znanym bólem.
– Że cicho się zrobiło. – Dłoń z pucharkiem wskazała wody przystani akkańskiej, na której unosiło się zaledwie kilka drobnych łodzi rybackich. – Jeszcze parę dni temu na tych wodach kotwiczyły statki Anglików, kilku republik italskich, obu zakonów, a teraz? Ledwie król Ryszard na wojnę pociągnął, a miasto ogarnęła cisza. Gdy tylko zakończą się prace w kościołach, które Saraceni na meczety obrócili, chyba tylko na dziwki przyjdzie nam liczyć.
– Wybaczcie, Wasza Świątobliwość, ale nie nadążam – zmarszczył brwi Balian. Pokręcił głową i służący legata, który właśnie zamierzał napełnić jego pucharek, skłonił się i odstąpił płynnie, niemalże bezszelestnie.
Baron z Ibelinu po raz kolejny obrzucił go ukradkowym, zaciekawionym spojrzeniem. Obaj usługujący im ludzie – ciemnowłosi, śniadoskórzy mężczyźni w trudnym do ustalenia wieku – natychmiast przykuli jego uwagę, ledwie wszedł do komnat zajmowanych przez papieskiego wysłannika. Twarze mieli zbyt harde i zacięte, a ruchy zbyt płynne, by byli tylko i wyłącznie służącymi. Jednocześnie w ich postawie brakowało typowej dla rycerzy nonszalancji, co jego zdaniem czyniło z nich niebezpiecznych przeciwników. Wykorzystywał teraz każdą dogodną sytuację, by się im przyjrzeć i wychwycić jak najwięcej szczegółów.
– No, ludzie mówią, że portowe dziwki już lamentują – z humorem oznajmił legat. – Ponoć król Ryszard zezwolił jedynie praczkom do swej armii dołączyć.
– Potwierdzacie, Wasza Świątobliwość, że ze wszech miar zasługujecie na zaufanie, którym was Ojciec Święty obdarzył. – Balian starannie zamaskował ironię w swym głosie. – Rzeczywiście znacie się na ludziach. Jak mało który sługa Kościoła.
– Cóż – uśmiech Adelarda pogłębił się, co oznaczało, że ironię wychwycił. – Wy, baronie, jak na zwierciadło syryjskiego rycerstwa przystało, dziwek nie dostrzegacie?
– Ależ dostrzegam. I z bata strzelam, by mi z drogi zeszły. Wybaczcie, Wasza Świątobliwość, żem niezbyt skory do rozwodzenia się w tej akurat sprawie. Pomyślałem, że zaprosiliście mnie tu w innym celu. Ważniejszym.
Zerknął przy tym kuso na legata, który uśmiechnął się nieznacznie. W trudny do określenia, niepokojący sposób przypominał mu służących, którzy zakończyli już sprzątanie ze stołu i znieruchomieli przy drzwiach.
W niczym nie był podobny do duchownych swego czasu, którzy albo bez umiaru oddawali się uciechom życia doczesnego, albo pogrążali w skrajnej ascezie. Podobnie jak jego ludzie, był człowiekiem szczupłym i wyprostowanym, w niemożliwym do określenia wieku. Znać było po nim, że kryje w sobie wielką sprawność i siłę fizyczną, choć Balian nie przypominał sobie, by legat kiedykolwiek dobył broni podczas oblężenia Akki. Długie, siwiejące włosy spinał srebrną klamrą, która zresztą stanowiła jedyny kosztowny element jego ubioru, składającego się z niewyszukanej szaty duchownej i zawieszonego na piersi krzyża. Bezustannie przygryzał wargi, co zwiastowało nieustępliwość i tłumione emocje, choć podczas niekończących się narad w kwestiach sukcesji, które ciągnęły się po upadku Akki, zawsze przemawiał łagodnym głosem i nigdy nie pozwolił sobie na wybuch. Znacznie bardziej niepokoiły jego oczy, czarne jak dwie krople atramentu, pozostające w ciągłym ruchu, nieustannie badające, przeszywające. Baron Ibelinu, choć był wytrawnym politykiem i negocjatorem, cieszył się w duchu, iż legat papieski siedzi zwrócony do niego bokiem.
– Powinienem był zapamiętać z naszych narad – powiedział w końcu – że nie zwykliście marnować czasu na zwykłe pogawędki. Coś mi mówiło, że ledwie król Ryszard opuści miasto, natychmiast powrócicie do kwestii, w której tak naprawdę sprowadziliście mnie z Rzymu.
– Nie wydaje mi się, byśmy mieli wybór, Wasza Świątobliwość – rzekł Balian. Nagle pożałował, że odpędził służącego chcącego napełnić jego pucharek, ale uznał, że podczas rozmowy z Adelardem lepiej zachować czysty umysł. – Mam wrażenie, że z każdą upływającą godziną nasza sytuacja staje się coraz gorsza. Narady...
Urwał. Odwrócił się tyłem do rozmówcy. Kłótnie syryjskiego rycerstwa, mistrzów obu zakonów oraz krzyżowców z Europy z chwilą przybycia królów Anglii i Francji nabrały gwałtowności, tym bardziej że ich przedmiotem stała się kwestia sukcesji. Podczas jesiennej zarazy śmierć zabrała Sybillę, małżonkę króla jerozolimskiego, Gwidona de Lusignan, tym samym pozbawiając go praw do korony. Markiz Konrad z Montferratu, któremu sprzyjała większość rycerstwa syryjskiego, uznał to za dobrą monetę, zwłaszcza że mógł liczyć także na poparcie króla Francji, Filipa. Zamieszanie wywołał gwałtowny sprzeciw władcy Anglii, Ryszarda, który nie przepadał za swoim francuskim sojusznikiem, a na dodatek był seniorem brata Gwidona, Gotfryda de Lusignan.
Baronowie syryjscy poczuli się rozdarci między stronnictwem Konrada i Filipa, którego, nawiasem mówiąc, w większości uznawali za swego seniora, a stronnictwem Ryszarda, który potwierdził swą sławę doskonałego wodza najpierw podporządkowaniem sobie Cypru, a potem tryumfalnym zdobyciem Akki. Rudowłosy Anglik, w przeciwieństwie do umiarkowanego, mało przedsiębiorczego Filipa francuskiego, wszem i wobec obnosił się ze swoim zamiarem doprowadzenia krucjaty do odbicia Jerozolimy. Narady i kłótnie, ku rosnącej frustracji Baliana, trwały dobrych parę dni, aż wreszcie postanowiono, że Gwidon zatrzyma swe berło aż do śmierci, a następnie przejdzie ono na ród Konrada, który do tego czasu będzie panował w Tyrze, Bejrucie i Sydonie. Miał on również otrzymać wtedy połowę dochodów Gwidona.
Balian z ulgą doczekał tej chwili, lecz ledwie ustalono kwestię sukcesji, a między królami Francji i Anglii wybuchł kolejny konflikt – schorowany Filip postanowił bowiem wracać do kraju, twierdząc, że zdobywając Akkę, spełnił swój chrześcijański obowiązek, na co wojowniczy Ryszard nie chciał się zgodzić. Podejrzewał, nie bez podstaw, że Filip wykorzysta jego nieobecność, by atakować angielskie włości we Francji. Legat papieski z werwą zabrał się za godzenie zwaśnionych monarchów, a zgorzkniały, sfrustrowany Balian spędzał dnie na modlitwach lub dzikiej jeździe konno po okolicy. Wreszcie Filip postawił na swoim i po podpisaniu stosownych paktów z Ryszardem, w których obiecał, że nie zaatakuje francuskich posiadłości Ryszarda, wsiadł na okręt, a rozgoryczony Anglik, uznawszy Francuza za tchórza i dezertera, stanął na czele armii, z którą wymaszerował w pole.
Wtedy to Adelard z Werony przypomniał sobie o Balianie i sprawie, o jakiej napisał do Rzymu.
– Narady wydawały się nigdy nie skończyć, prawda? – zapytał legat papieski z jeszcze szerszym uśmiechem. – Zaiste, prędzej człowiek by ogień z wodą pogodził niż pokłóconych nobili. Napatrzyłem się na wasze kuse spojrzenia, baronie, napatrzyłem. Zanim jednakowoż odsądzicie mnie od czci i wiary...
– Wybaczcie, ale dość mam tych czczych gadek, Wasza Świątobliwość – warknął niespodziewanie Balian, zaciskając pięści, aż w ranionym ramieniu odezwał się znów ból. – Wierzcie mi, nasłuchałem się ostatnio słów i dość już ich mam. Mdli mnie od nich. Walczę o Outremer odkąd potrafię się na koniu utrzymać i nic mi z tego nie przychodzi, nic! Bo każdy sojusznik, na którego natrafiam, jedynie gadać potrafi! Gadać i wykłócać się! Więcej czasu zmarnowaliśmy na wzajemnych sporach niźli na walce z Salah ad -Dinem, Wasza Świątobliwość!
A teraz, gdy odkryliśmy wroga o wiele groźniejszego od wszystkich sułtanów, szejków i bejów razem wziętych, nawet wy, możny wysłannik następcy świętego Piotra, jedyny, na którego liczyć mogę, wolicie nobili godzić aniżeli...
Urwał, jakby mu tchu zabrakło, równie gwałtownie jak zaczął, i machnął zdrową ręką, odwracając jednocześnie głowę. W pełni uświadomił sobie bowiem znaczenie swych słów – w istocie, poza nim, tajemniczym delegatem papieża o niepokojącym spojrzeniu, ściągniętym błagalnymi listami do Stolicy Apostolskiej, nie znał nikogo, kto by mógł mu w tej walce pomóc.
Uśmiech Adelarda z Werony pogłębił się, jakby duchowny czytał w myślach Baliana.
– Na szczęście dla nas wszystkich mylisz się, baronie... – zaczął głosem łagodnym, którym zwykł przemawiać do najbardziej wzburzonych rozmówców. Balian jednakże, który poznał go podczas niekończących się narad o przyszłość Outremer, nie dał się zmanipulować tak łatwo.
– A może tu chodzi o coś jeszcze innego, Wasza Świątobliwość? – syknął, zniżając głos. Jego oczy ziały teraz wściekłością. – Może wasi dostojni przyjaciele w dalekim Rzymie, z Ojcem Świętym na czele, wspólnie postukali się palcami w czoło, czytając niezgrabnie nakreślony list jakiegoś pulana, któremu najwyraźniej od słońca odbiło? Który śmiał przed diabłem w Ziemi Świętej ostrzegać?
Może to właśnie dlatego nie chcieliście ze mną wcześniej rozmawiać, co? Najpierw załatwmy sprawę sukcesji, potem pogódźmy monarchów, a na końcu, nim wrócimy do Rzymu, wyperswadujmy staremu baronowi jego zabobony! Tak to miało wyglądać?
– Nie, bynajmniej – odparł legat papieski, wyraźnie rozbawiony wybuchem Baliana. – W rzeczywistości, kilka osób z najbliższego otoczenia papieża odebrało wasze słowa jak majaki szaleńca, ale mnie poinstruowano, bym wziął je na poważnie.
– Tak? Przykro mi, Wasza Świątobliwość, lecz nie udało się wam. Gaston de Baideaux zniknął kilka dni temu.
– Nie. Nie zniknął. – Legat papieski upił łyczek wina, nie spuszczając wzroku z rycerza. – Jest pod dobrą opieką. Moją opieką.
– Co takiego? – osłupiał Balian.
– Nie zarzucajcie mi bezczynności, baronie. – Adelard odstawił pucharek i spojrzał prosto w błyszczące znużeniem oczy Baliana. – Nie zasypiam gruszek w popiele od chwili swego przybycia do Akki, panie. Zdołałem już kilka spraw rozgryźć; więcej, niż wam się wydaje.
Doprowadzę do zguby tego, kogo nazywacie wrogiem większym od wszystkich sułtanów razem wziętych.
Niespodziewanie drzwi uchyliły się i na progu stanął trzeci z ludzi legata, z pozoru podobny do pozostałych, ale rozczochrany, w kolczudze i z mieczem u boku. Na jego twarzy rozlewał się paskudny siniak, chwiał się, ale patrzył przytomnie, bez strachu.
– Wasza Świątobliwość, więzień uciekł – powiedział bez wstępów.
Adelard nabrał głęboko tchu, jakby szykując się do zadania serii pytań, ale wypuścił powietrze ze świstem i spojrzał na Baliana.
– Nazwałbym to boskim kaprysem, gdybym nie miał pewności, że Bóg w swej łasce i mądrości skrzętnie omija miejsca, po których stąpał Jego syn. Zbyt wiele na nich szaleństwa i namiętności. Nie lękajcie się, baronie. Nie wiem, w jaki sposób de Baideaux się wymknął, ale złapię tego skurwysyna. Złapię go, zanim doprowadzi do kolejnych, strasznych czynów.


Dodano: 2010-05-31 20:40:23
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"


 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS