NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abercrombie, Joe - "Kłopotliwy pokój" (oprawa twarda)

Manasypow, Dimitrij - "Droga stali i nadziei"

Ukazały się

Karnicka, Anna - "Paradoks marionetki. Sprawa Króla Demonów"


 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Żmije"

 Tremblay, Paul - "Głowa pełna duchów"

 Komuda, Jacek - "Zawisza. Czarne krzyże"

 Simmons, Dan - "Pieśń Bogini Kali"

 Erikson, Steven - "Ogrody Księżyca" (wyd. 3)

 Erikson, Steven - "Bramy Domu Umarłych" (wyd. 3)

 Kubasiewicz, Magdalena - "Wszystko pochłonie morze"

Linki

Komuda, Jacek - "Banita"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Marzec 2010
ISBN: 978-83-7574-159-9
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 240
Cena: 27,99 zł



Komuda, Jacek - "Banita" #1

Ars moriendi

Pili, jakby jutro miał być potop. Golili kielichy niczym panowie szlachta tureckie łby pod Chocimiem. Smoktali węgrzyna i małmazję jak wawelskie smoki. To była hulanka do ostatniego szeląga, do ostatecznego kredytu, do zastawu szabli, czapki czy sygnetu. Ze wszystkimi za pan brat i bez opamiętania.
Mieli mocne łby; choć zgięty wpół Żyd pachciarz wytoczył z loszku już trzecią beczkę wina, oni wyglądali dopiero na szlachciców pod dobrą datą, ale bynajmniej nie pijanych jak bela. Ich gardła były przepaściste, głowy mocne jak głaz; potrzeba było morza trunku, aby zmienić ich w bandę hałaśliwych moczygębów i opilców objawiających wszem wobec zawartość swego szlachetnego wnętrza.
Panowie bracia, którzy tego wieczora zajęli karczmę Utrata na Zasaniu, na stoku Lipowicy i Winnej Góry, pod sławetnym miastem Przemyśl, nie wyglądali na byle hałastrę z gościńca. To była służba i czeladź możnego pana, który sam osobiście zasiadał między nimi jak równy z równymi, pił taką samą miarą i wznosił toasty za zdrowie i gardła kompanów. Z pijackich toastów wynikało, że zwał się Mikołaj Potocki. A choć jego przodkowie senatorzy obrośli jak susły w tęgie brzuchy, starostwa, wsie i królewszczyzny, on przecież był zwinny, szczupły. Chadzał w karmazynowym żupanie spiętym w talii złotolitym pasem rycerskim. Sakiewkę miał ciężką jak worek grzechów sodomity i pewnie dlatego lekką ręką rozrzucał talary i dukaty.
Nietrudno było odkryć, że ci, którzy tak gorliwie stukali się pucharami w imię Potockiego, siedzieli w jego kabzie aż po same uszy, tylko im wystawały czuby i podgolone czupryny. Schlebiali mu tak nisko, kłaniali się tak uniżenie, że choćby skropił któregoś kijem albo dwóm pijącym zetknął głowy aż do wytryśnięcia guzów, mógł być pewien, iż zostanie to przyjęte żałosnym biadoleniem, ale nie gniewem.
Widać było jak na dłoni, że wieszali się u boku Potockiego nie tylko dla talarów z pańskiej szkatuły, ale też dla jego fantazji. Przy takim karmazynie przygód było jak mrówków, a okazji do zasług nagradzanych tłustymi wioskami i dzierżawami więcej niż murew na Krakowskim Przedmieściu podczas sejmu walnego.
Wreszcie jeden z kompanów – z wygolonym łbem, na którym jakaś szlachecka szabla wypisała pro memoria głęboką bliznę, skłonił się do ucha Potockiego. Uczynił to z równą pieczołowitością co grzesznik klękający przed proboszczem w czasie wielkanocnej spowiedzi. To, co powiedział panu, zginęło w pijackich krzykach. Nie było jednak niemiłe Potockiemu, bo ten roześmiał się od ucha do ucha, klepnął starego w zapadły policzek, pieszczotliwie poszarpał za siwego wąsa, a potem wstał.
Towarzystwo zaraz zerwało się na nogi, gotowe do spełniania nowych toastów. Potocki otrząsał się od nich jak od pcheł. Wychylił ostatniego kuśtyka za swe zdrowie i budząc wesołość panów braci, roztrzaskał naczynie na łbie jednego ze swoich – z takim rozmachem, że niski, kędzierzawy szlachetka aż przysiadł na ławie. A salwy śmiechu słychać było bodaj i w Kijowie.
Potocki przeszedł do drzwi wiodących do alkierza ścigany wiwatami kompanów. Po drodze przybił jeszcze kielich do gęby młodziankowi, klepnął w plecy innego, a stojąc prawie na progu, odwrócił się roześmiany.
– Mości panowie! Tylu do jednej panny?
– Uuuu-ha, ha! – zagrzmieli towarzysze Potockiego.
– Mój ty Kurdwanosiu, gdzie Rachmet-Gerej?
Można by sądzić, że chodziło o jakiegoś sługę, Murzyna albo Turczynka. Ale stary rękodajny Kurdwanowski podał panu długi, pleciony ze skóry bicz o rękojeści zwieńczonej gałką w kształcie ptasiej głowy.
Potocki potrząsnął nahajką, a wówczas korbacz zwinął się w jego ręku jak jadowity wąż.
Pan Mikołaj i sługa porozumieli się wzrokiem niczym król z rajfurem.
– To... bawcie się dobrze! – Kniaź błysnął w uśmiechu zębami. Znikł w alkierzu, a Kurdwanoś zamknął za nim drzwi, stanął na progu z miną cerbera i położył dłoń na szabli.
W narożnej izbie płonęły świece i latarnia. Łoże zaścielono poduchami i pierzynami. Jednak byłoby ono żałośnie puste, gdyby brakowało w nim nadobnej służki i nieodrodnej córy Kupidyna, pocieszycielki polskich rycerzy z ukrainnych stanic. Niewiasty zwanej miłośnicą lub skortezanką, lecz nie białogłową ani żoną, tych bowiem rycerze polscy jeszcze od czasów Bolesławów zażywali wyłącznie w celu przedłużenia rodu, pozostawiając sobie na uciechę wszelakie dziewki, przechodki, nałożnice i metresy.
Kurdwanoś, dawniej ogier sławny w całym powiecie, a dziś grzyb stary niczym świat, tym razem wybrał swemu panu inamoratę cudną jak niebiańska klacz. Doskonałą niczym wcielenie Cnoty Platona zamknięte w niewieścim ciele.
Czekała na łożu, z koroną kwiatów i warkoczami zaplecionymi na głowie. Półnaga, w zwiewnej koszuli, spowita w muślinowy welon. Jej oczęta były jak kruki, zęby niczym perły, a usta jakoby dorodne korale. Potocki pokiwał głową i pożałował, że nie ma talentu pana Daniela Naborowskiego, aby urodę tej dzierlatki opisać we fraszce albo figliku. Niestety, był aż zanadto dobrze świadom, że kiedy siadał do pisania na ciele kobiety, koniec końców – wychodziły mu tylko i wyłącznie pogrzebowe treny. Na razie jednak rozpiął hak rapci od szabli, odstawił broń pod ścianę. Za chwilę miał wszak użyć tego oręża, w które hojny Pan Bóg wyposażył każdego męża niezależnie od stanu, urodzenia i powagi (choć oczywiście nie wszyscy potrafili zeń korzystać).
Zbliżając się wolno do łoża, wbił wzrok w kurtyzanę i powiedział:
– Ukaż mi się, panno, ukaż twarz swoję. Oblicze, które prawie wyraża różą oboje.
A potem rzucił się w jej stronę, chcąc chwycić za welon, ale wymknęła mu się z chichotem niemal w ostatniej chwili. Wyłożył się jak długi na stosie poduszek, przetoczył na bok.
– Stój! Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa. Z twoją rumianą twarzą moja broda siwa... Zgodzi się znamienicie...
A jednak umknęła, kiedy ruszył w jej stronę. Przeskoczyła przez łoże, cisnęła mu w gębę poduszką; ledwie jej uniknął, opadając na kolana. Poducha wpadła na ławę, narobiła hałasu między dzbanami. Strąciła naczynie z winem; rubinowa struga rozlała się po świeżo wyszorowanych deskach.
– Nie igraj z ogniem, moja krasawico! – zawołał. – Prawda, że niewiasty są po aniołach najdoskonalsze. Jednak pamiętaj, że twój nadobny widok przywodzi mnie do rozpaczy.
– Zatem złap mnie i ukarz, mój wielki panie. – Zachichotała, prężąc piersi rozfiglowane niczym para jagniąt z zielonej łączki rozkoszy.
– Pijany byłem, ale wzięłaś mi sen cały oczu twych czarami! – wydyszał i rzucił się, by ją wreszcie pochwycić. Na próżno!
Poderwała róg pierzyny w górę, cisnęła mu ją na łeb, a potem uciekła spod ręki niczym przepióreczka. W ostatniej chwili złapał za muślinowy welon. Rozległ się trzask, kiedy rozdarł materiał na pół, zatrzymując dziewczę dwa kroki od siebie. Niestety, zanim zdołał do niej dobiec, wyrwała się jak fenicka klacz, pozostawiając welon w ręku pana Mikołaja, stanęła pod oknem zziajana, z włosami, po których osypywały się kwiaty z rozerwanego wianka.
Chciała pomknąć dalej. A wtedy Potocki strzelił kańczugiem, rzemień świsnął w półmroku, oplótł się wokół jej kibici.
Szerokimi ruchami, jak rybak wybierający sieć, przyciągnął ją do siebie.
– Dziś się złościsz, jutro będziesz się uśmiechała. I żal ci będzie, żeś tak długo próżnowała...
Wzbraniała się i szarpała, udając opór. Prawie uwierzył w jej starania. Szarpnął prawą ręką za kańczug, popchnął skortezankę, pozwalając, by wymknęła się na wolność. Dopiero po chwili pogonił za nią ciężko jak buhaj z wywieszonym językiem.
Kiedy pisnęła i chciała przeskoczyć nad łożem, strzelił z bicza po raz drugi. Złapał ją w locie, lekko jak turkawkę. Choć spadła na puchowe poduchy i pierzynę, uderzyła głową o drewniane wezgłowie łoża. Krzyknęła z bólu.
Tym razem już jej nie puścił. Dotarł do ladacznicy jak pająk po nitce. Chwycił za giezło, przytrzymał, osadził w miejscu niepokorną klacz.
Z metalicznym chrzęstem wysunął z rękojeści kańczuga sztylet. Trzymał go w prawej ręce.
To była jedna chwila. Jak uderzenie żmii...
Chlasnął ją po plecach, przecinając giezło na pół, zahaczając o jedwabistą skórę dzierlatki. Dziewczyna wrzasnęła, wygięła się w łuk. W jej ciemnych oczach dostrzegł strach, więc uśmiechnął się łagodnie.
– Mój panie! Nie! Nie tak się umawialiśmy!
– Serce moje, oczy twe są jak narzędzie grzechu – wymamrotał ponuro. – Nie oczy, lecz pochodnie dwie nielitościwe. Palą na popiół serca nieszczęśliwe.
Kiedy podniósł rękę z puginałem, zaczęła krzyczeć wniebogłosy. Szarpnęła się na łóżku, ale Potocki chwycił ją za gardło, obalił na śnieżnobiałe poduszki, na jaśki i wałki. Przycisnął jej plecy kolanem, unieruchomił.
– Nie, pomyliłem się – wydyszał schylony nad nią, rozgorączkowany, jakby właśnie brała go febra. – Nie oczy to, nie pochodnie... Gwiazdy, których jasne zorze błagają nagłym blaskiem rozgniewane morze. No, popatrz na swego Jachniczka. Patrz po raz ostatni!
Wzniósł ostrze do góry...




Dodano: 2010-03-10 17:12:10
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Anatomię pęknięcia"


Artykuły

"Kraina Lovecrafta" - książka a serial


 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

Recenzje

Komuda, Jacek - "Zawisza. Czarne krzyże"


 King, Stephen - "Później"

 Bazterrica, Agustina - "Wyborny trup"

 Swanwick, Michael - "Matka żelaznego smoka"

 Shute, Nevil - "Ostatni brzeg"

 Bardugo, Leigh - "Dziewiąty dom"

 Miela, Agnieszka - "Śmiech diabła"

 James, Marlon - "Czarny lampart, czerwony wilk"

Fragmenty

 Kornew, Paweł - "Żniwiarz"

 Kornew, Paweł - "Przeklęty metal"

 Novik, Naomi - "Mroczna wiedza"

 Kubasiewicz, Magdalena - "Wszystko pochłonie morze"

 Karnicka, Anna - "Paradoks marionetki. Sprawa Króla Demonów"

 Miela, Agnieszka - "Śmiech diabła"

 Pypłacz, Joanna - "Dwór na Martwym Polu"

 Kaczmarek, Tomasz - "Przedsionek piekła"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2021 nast.pl     RSS      RSS