NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Diuna. Bitwa pod Corrinem"
Wydawnictwo: Rebis
Cykl: Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Legendy Diuny"
Tytuł oryginału: The Battle of Corrin
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
Data wydania: Wrzesień 2009
ISBN: 978-83-7510-105-8
Oprawa: twarda z obwolutą
Format: 128 x 197
Rok wydania oryginału: 2004
Tom cyklu: 3



Herbert, Brian & Anderson, Kevin J. - "Diuna. Bitwa pod Corrinem"

Pamiętacie tę dawną satyrę Andrzeja Mleczki na władze Polski Ludowej: „Panowie, spieprzyliśmy wszystko, co było do spieprzenia. Teraz możemy oddać władzę”? Zastanawiam się, czy można by odnieść te słowa do duetu Herbert Junior & Anderson, który również nie przestanie pisać kolejnych Diun, dopóki nie wyeksploatuje całkowicie tego uniwersum? Następne pytanie – czy w ogóle da się je wyeksploatować? Recenzja ta będzie nie tylko moją opinią na temat „Bitwy pod Corrinem”, ale również podsumowaniem całościowej refleksji nad „Legendami Diuny” a nawet szerzej – tego jak oceniam całą dotychczasową duetu gospodarującego spadkiem po Franku Herbercie.
Gdybym w tym miejscu, w największym skrócie, punkt po punkcie, streścił wam fabułę „Legend Diuny”, być może uznalibyście, że to wcale nie brzmi głupio, nieskładnie i nie-diunowato. Sam plan wydarzeń spełnia kanoniczne wymogi – ostatecznie dochodzi do rozstrzygnięcia konfliktu ludzi i myślących maszyn, a skutki tejże wojny są podstawą dla nowego ładu w galaktyce. Pojawią się znane wszystkim fanom Diuny organizacje oraz technologie. Poznajemy również powody, dla których układ sił wygląda tak, a nie inaczej – w tym wytłumaczenie odwiecznej wrogości między rodami Atrydów i Harkonnenów czy monopolu Gildii. Problem w tym, że w przełożeniu tego na konkretne słowo pisane i narrację wychodzi to miałko, a miejscami wręcz infantylnie. Szczególnie postacie, czyli największe tuzy w znanym wszechświecie, często długowieczne, zachowują się jak dzieciaki w piaskownicy, starające się odgrywać rolę dorosłych i poważnych. A to strzelają fochy, a to doznają teatralnych wzruszeń – jakakolwiek próba nadania ich działaniom ciężaru psychologicznego spełza na niczym. A przecież w oryginalnej Diunie za każdą decyzją, planem stało nie tylko widzimisię, ale złożona wypadkowa interesów i planów poszczególnych graczy.
Mimo ponad 700 stron ostatniej części trylogii, autorzy mają problemy z upchnięciem tak wielu osobistych wątków poszczególnych bohaterów – zwłaszcza przy dziwnym założeniu, że powstawanie wszystkich elementów budujących świat, jaki znamy z pierwszej Diuny, musimy obserwować koniecznie „od kuchni”, oczyma bohaterów. Ci z kolei stanowią nieomal jedną wielką rodzinę. Oczywiście więzy krwi w Diunie zawsze odgrywały znaczącą rolę, ale tam był to rezultat długoletniego planu genealogicznego – w „Legendach…” zaczyna nabierać to znamion autopastiszu. Szczególnie widać to na przykładzie założycieli kluczowych dla świata organizacji – oto przykładowo nieśmiertelny (w przenośni i dosłownie) bohater trylogii, Vorian Atryda, przypomina sobie, że gdzieś ma wnuczkę, która z kolei okazuje się przyszłą założycielką Bene Gesserit, na dodatek zupełnym przypadkiem będącą w związku małżeńskim z założycielem Akademii Suk. Rachunek prawdopodobieństwa jest zatem w tym samym miejscu, gdzie klimat starej Diuny – czyli gdzieś poza tą książką.
Największą swobodę autorski duet miał przy kreacji głównych antagonistów prequelu, czyli myślących maszyn oraz cymeków – i tutaj niestety zawiódł na pełnej linii. Większość scen z Omniusem, zbiorczym umysłem maszyn, wywarła na mnie żenujące wrażenie – nie ma w nim, nic nieludzkiego czy strasznego. Pojawia się natomiast nadęta poza i tendencyjne frazy pokroju: „Jak człowiek śmie mi mówić, ile mogę się nauczyć? – rzekł wszechumysł grzmiącym głosem.”1). Nie mogłem opędzić się od skojarzeń z Czarnoksiężnikiem z Oz – i nawet nie potrzeba Toto, który odsłoniłby leciwego hochsztaplera za kurtyną, żeby wiedzieć, że to nie jest maszyna, a już tym bardziej myśląca. Jeśli chodzi o cymeki, to po prostu posłużę się ilustracją z angielskiego wydania „Krucjaty przeciw Maszynom” i utnę temat – „transformersom”2) w Diunie mówię stanowcze NIE.
Z drugiej strony rozumiem trudną sytuację obu autorów, mających świadomość znajdowania się w cieniu Franka Herberta i ostrej weryfikacji, jakiej należy się spodziewać po fanach starego cyklu. Dlatego też zdecydowali się na opcję minimum, trochę na zasadzie „miernie, ale wiernie”. W istocie, z punktu widzenia kanoniczności ciężko ich krytykować, bo nie wychodzą poza ostrożne dorabianie genealogii do tego, co wymyślił Frank Herbert. Nie jestem pewien, czy można ich posądzić o to, że popełniają ten sam błąd, co George Lucas, który zjawisko mocy w uniwersum Star Wars postanowił wytłumaczyć stężeniem midichlorianów we krwi – w tym przypadku roztrwanianie magii starego uniwersum bardziej bazuje na wynudzeniu czytelnika, a nie na odarciu z tajemniczości. Nie ma tu żadnej herezji, jest tylko przeciwne ekstremum – przesadzona ostrożność i asekuranctwo opisu przeszłości uniwersum Diuny.
Recenzja skoncentrowała się na krytyce płytkości kreacji i sposobu gospodarowania bohaterami, bo jest to w moim przekonaniu największa wada stylu „nowych Diun”. Na dobrą sprawę niektórych z bohaterów (np. najemników z Ginaza) w ogóle mogłoby nie być, przygody innych dałoby się swobodnie okroić. Z kolei główne wątki same z siebie również się nie bronią, a zasadnicze dla świata zdarzenia potrafią porazić banalnością ich przedstawienia. Abstrahując od tego, to poziomie „historycznym” otrzymaliśmy jednak trzymający się kupy opis epickiej batalii i to jest główną zaletą cyklu. W recenzji poprzedniej części serii „Krucjaty przeciw Maszynom”, wyraziłem zaniepokojenie, iż autorzy nie wytłumaczyli przeszłości świata Diuny ażeby móc napisać kolejne książki. Dzisiaj wiem, że wątki z „Legend Diuny” wrócą, ale w przyszłości tegoż świata, to znaczy w rozbitej na dwie części „Diunie 7”, kończącej właściwy cykl. I nie jest to fakt wywołujący mój entuzjazm. Książkę tę polecam czytelnikom, którym nie wystarczają skrótowe opracowania historii świata Diuny, czują się dobrze w konwencji typowej space-opery (oraz klasycznych oper mydlanych), lub są maniakami przepięknie wydanych książek. Wydanie Rebisu to zdecydowana czołówka kunsztu wydawniczego na naszym rynku, a jednocześnie plaster miodu, kuszący żeby zebrać całość nowego wydania, zarówno oryginalnych Diun, jak i twórczości recenzowanego tu duetu. Wydaje mi się jednak, że ilość i jakość elementów jakie wnoszą do przedstawionego świata Brian Herbert i Kevin J. Anderson, jest nieporównywalna do ilości kartek i ceny ich książek. W którą stronę zachodzi ta dysproporcja – wyciągnijcie wnioski sami.


1) „Bitwa pod Corrinem”, strona 193.



Autor: Adam Ł Rotter


Dodano: 2009-12-27 23:29:11
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Ł - 23:19 28-12-2009
Ps. " i nawet nie potrzeba Toto [...]" - oczywiście nie miałem na myśli kolegi redaktora. ; )

nosiwoda - 08:05 29-12-2009
"jednocześnie plaster miodu, kuszący żeby zebrać całość nowego wydania, zarówno oryginalnych Diun, jak i twórczości recenzowanego tu duetu" -> no, właśnie. <wzdycha> Właśnie dlatego kupię ten ostatni tom, mimo że mam go już w oryginale... Damn you, Rebis.

Jakub Cieślak - 19:54 29-12-2009
"tego jak oceniam całą dotychczasową >>chyba pracę?<< duetu gospodarującego spadkiem po Franku Herbercie.

Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS