NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Moore, Stuart - "Marvel: Wojna domowa"

Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

Ukazały się

Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"


 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Larson, B.V. - "Flota Alfa"

 Przybyłek, Marcin Sergiusz - "Symfonia życia"

 Gwynne, John - "Zgliszcza"

 Bardugo, Leigh - "Oblężenie i nawałnica"

 Przechrzta, Adam - "Gambit Wielopolskiego" (Fabryka Słów)

 King, Stephen - "To" (druga okładka filmowa)

Imprezy

Copernicon 2019
Od: 2019-09-13
Do: 2019-09-15

Linki

Silverberg, Robert - "Czarnoksiężnicy Majipooru"
Wydawnictwo: Solaris
Cykl: Silverberg, Robert - "Majipoor"
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Data wydania: Październik 2009
Wydanie: II
ISBN: 978-83-7590-020-0
Liczba stron: 600
Tom cyklu: 4



Silverberg, Robert - "Czarnoksiężnicy Majipooru" #2

2

Wiadomość o nieuniknionej śmierci Pontifexa przebiegła cały niezmierzony Majipoor - od Pięćdziesięciu Miast Góry Zamkowej, przez ogromny Alhanroel, Morze Wewnętrzne, Wy¬spę Snu, z której błogosławiona Pani wysyła kojące sny, i dalej na zachód, ku wielkim miastom młodszego, dzikiego kontynen¬tu Zimroel, by dotrzeć wreszcie na spalony słońcem, upalny i pustynny południowy kontynent, Suvrael. Pontifex umiera! Pontifex umiera! Wśród miliardów obywateli Majipooru nie by¬ło chyba nikogo, kto nie czułby niepokoju spowodowanego bli¬ską śmiercią władcy. Niewielu pamiętało czasy, gdy Prankipin nie zasiadał jeszcze na żadnym z dwóch tronów królestwa, więc jakie będzie życie, gdy go zabraknie?
Obywatele Majipooru lękali się upadku znanej hierarchii, zakłócenia porządku, grożącego ich światu chaosu. Poprzednia zmiana władzy nastąpiła tak dawno, że niemal wszyscy zdążyli już zapomnieć, jak bezwzględnie krępują więzy tradycji. Skoro umiera najwyższy władca, wszystko jest możliwe. Obawiali się najgorszego, obawiali się strasznej przemiany świa¬ta, obejmującej jego lądy, jego oceany, jego najdalsze niebiosa.
Nie brakowało magów, gotowych wspomóc ich w tych trud¬nych czasach. W epoce Pontifexa Prankipina sztuka czarodziej¬ska rozwinęła się i zakwitła jak Majipoor długi i szeroki.
Kiedy młody, potężnie zbudowany diuk Prankipin z Halanx wstępował przed laty na tron Koronala, nikt nie przypuszczał, że świat pod jego rządami utonie w powodzi zaklęć i czarów. Sztuka magiczna zawsze była ważnym składnikiem życia Maji¬pooru, zwłaszcza w postaci interpretacji marzeń sennych. Przed rządami Prankipina urokowi magii, wykraczającemu poza tłu¬maczenie snów, oddawali się wyłącznie przedstawiciele najniż¬szych warstw społecznych: ogromna masa rybaków, tkaczy, zbie¬raczy drewna, farbiarzy, wytwórców rydwanów, garncarzy, kowali, sprzedawców kiełbasek, fryzjerów, rzeźników, akrobatów, żonglerów, wioślarzy, handlarzy suszonym mięsem smoków morskich i tak dalej, i tak dalej.
Ludzie ci tworzyli podstawę kwitnącej gospodarki planety. Wśród nich zawsze pleniły się sztuki tajemne, obrzędy często dzi¬kie i gwałtowne, towarzyszące wierze w potęgi i siły, których isto¬ty nie są w stanie pojąć zwykli śmiertelnicy. Wierni mieli swych proroków i szamanów, mieli amulety i talizmany, ucztowali, odprawiali rytuały, urządzali procesje, a ci, którzy zajmowali wyż¬szą pozycję społeczną: handlarze, właściciele manufaktur, wresz-cie stojący ponad nimi wszystkimi przedstawiciele arystokracji, nie widzieli w tym niczego szczególnie szkodliwego. Bardzo nie¬wielu arystokratów podzielało przesądy klas niższych.
W wyniku oświeconej polityki ekonomicznej Koronala Lor¬da Prankipina nastał na planecie złoty wiek handlu i bogactwa, a najczęściej bywa przecież tak, że wraz z dobrami mate¬rialnymi pojawia się poczucie niepewności i strach przed utra¬tą tego, co się zyskało, co prostą drogą prowadzić może do tęsknoty za nadnaturalną opieką. Poza tym bogactwu towarzyszy bezkrytyczne zaspokajanie własnych potrzeb, nienawiść do nu¬dy i chęć, nawet przymus eksperymentowania z rzeczami no¬wymi i tajemniczymi.
Wraz z bogactwem pojawiła się na Majipoorze nie tyl¬ko łatwowierność, lecz także zachłanność, nieuczciwość, leni¬stwo, okrucieństwo, zamiłowanie do nurzania się w rozkoszach ciała, do dzikich ekscesów i luksusu oraz wiele podobnych na¬łogów, przedtem niemal nieznanych. To także zmieniło zamieszkującą ten świat społeczność.
Tak więc w czasach Lorda Prankipina wiedzą tajemną zain¬teresowały się klasy wyższe, do czego przyczyniła się także wielka w owych czasach imigracja przedstawicieli ras Vroonów i Su-Suherisów, oddanych wierze we wróżby i przepowiadaniu przyszłości. Spryt owych magów wraz z przywiezionymi przez nich narzędziami spowodowały, że ludzie spragnieni cudów mo¬gli teraz oglądać rzeczy wspaniałe, acz naturze nieznane: gorgo¬ny i meduzy, salamandry i skrzydlate węże, pierzaste, plujące ogniem bazyliszki; poprzez buchające czarnym dymem szczeli¬ny i osłonięte białym światłem wrota przyglądali się także wszechświatom istniejącym poza wszechświatem, rządzonym przez bogów, półbogów i demony. Tak przynajmniej wydawało się tym, którzy dawali wiarę świadectwu własnych oczu, choć sceptycy twierdzili, że to wyłącznie oszustwo, iluzja. Z czasem jednak sceptyków było coraz mniej.
Talizmany i amulety noszono powszechnie i otwarcie, po¬wietrze przesycał zapach kadzidła, rósł popyt na olejki, który¬mi namaszczano odrzwia i progi w ochronie przed siłami zła. Modą wśród nowobogackich stało się zasięganie rady jasnowidzów w interesach i inwestycjach. Wkrótce co bardziej szacow¬ne spośród nowych kultów dotarły do intelektualnej i arysto¬kratycznej elity świata. Najpierw kobiety, lecz wkrótce także mężczyźni zaczęli najmować prywatnych astrologów i jasnowidzów. Wreszcie sankcji tej modzie udzielił sam Lord Prankipin, spędzając coraz więcej czasu w towarzystwie magów, proroków, taumaturgów. Na jego dwór ściągali czarodzieje wszelkiej ma¬ści, z których mądrości korzystał nawet w kwestiach związa¬nych ze sprawowaniem władzy.
Gdy Prankipin przeniósł się do Labiryntu, a nowym Koronalem został Confalume, magowie tak się już zadomowili na dworze, że nawet władca nie mógł się ich pozbyć. Czy postano¬wił utrzymać uprzywilejowaną pozycję czarodziejów ze szczere¬go wewnętrznego przekonania, czy też z wyrachowania, po to tylko by zachować status quo, tego nie zdradził nigdy nikomu, nawet swym najbliższym doradcom, w miarę upływu czasu stał się jednak równie fanatycznym zwolennikiem nauk tajemnych jak Pontifex. Ta jednomyślność władców sprawiła, że praktyki czarodziejskie stały się naprawdę powszechne.
A teraz, w tych niepewnych czasach czarna magia, niegdyś traktowana jako interesujące niewątpliwie, lecz przecież dzi¬wactwo, dostępna była milionom, miliardom dusz, czerpiących z niej pociechę, której łaknęły nie wiedząc, co może zdarzyć się jutro.
W Sisivondal, ruchliwym centrum handlowym - prze¬chodziły tędy karawany w drodze z zachodniego Alhanroelu do bogatych miast Góry Zamkowej - ludzie, chroniąc się przed demonami, które uwolnić mogła śmierć Pontifexa, uprawiali Rytuał Wiary.
Sisivondal nie odwiedzało się dla jego piękna i elegancji. Miasto zbudowano na rozległej, płaskiej nagiej równinie. Kto je opuszczał, mógł wędrować tysiące mil w dowolnym kierunku po tej samej pylistej, płaskiej, suchej równinie. Było to odpychające, szare miasto położone pośrodku odpychającej, szarej krainy, wyróżniające się wyłącznie tym, że spotykało się w nim kilkanaście uczęszczanych szlaków handlowych.
Niczym szprychy wielkiego koła, szlaki przecinające bezwod¬ną równinę schodziły się w Sisivondal: jeden prowadzący z wiel¬kiego, leżącego na zachodzie portu Alaisor, trzy biegnące z północy, trzy z południa i nie mniej niż pięć biegnących w stronę znaj¬dującej się daleko na wschodzie Góry Zamkowej. Bulwary i ale¬je miasta miały postać koncentrycznych kręgów, co ułatwiało przejście z jednego szlaku na inny. Wzdłuż dróg łączących kręgi zbudowano rzędy identycznych dziesięciopiętrowych, krytych płaskimi dachami magazynów, w których znajdowały się towary oczekujące transportu na miejsce przeznaczenia.
Jednym słowem Sisivondal było miastem nieatrakcyjnym, lecz koniecznym, i na takie też wyglądało. Ponieważ znajdowa¬ło się w tym regionie Alhanroelu, gdzie z wyjątkiem kilku zi¬mowych miesięcy deszcze w ogóle nie padały, brakowało w nim wspaniałych ornamentalnych ogrodów, tak charakterystycznych dla niemal wszystkich miast Majipooru. Monotonię szerokich ulic, smażących się w promieniach złotozielonego słońca, przery¬wały tylko posadzone gdzieniegdzie drzewa i krzaki, wybrane nie ze względu na urodę, lecz odporność, rosnące na ogół w pro¬stych rzędach wzdłuż krawężników. Były wśród nich przysadzi¬ste palmy camaganda o grubych gałęziach i zwisających dłu¬gich szarofioletowych liściach, ponure krzaki lumma-lumma wyglądające niczym porośnięte liśćmi głazy i rosnące tak wol¬no, że równie dobrze mogłyby być wyrzeźbione z kamienia, oraz kolczaste garavedy kwitnące raz na sto lat; podczas kwitnienia wypuszczały w niebo jeden złowrogi czarny kolec, trzykrotnie wyższy od człowieka.
Nie, nie było to ładne miasto, lecz tu narodził się Kult Wia¬ry, który dzięki Procesji Misteriów choć na krótki czas wpro¬wadzał na ponure ulice Sisivondal coś im zupełnie nieznanego - piękno.
A procesja ta weszła właśnie - z tańcem, śpiewami, okrzy¬kami - na Wielką Aleję Alaisor, pomiędzy rzędy identycznych magazynów. Na jej czele biegły dziesiątki młodych kobiet w nie¬pokalanie białych szatach, zasypujące ulicę jaskrawymi, szkarłatnozłotymi płatkami kwiatów halatinga, sprowadzonych za nieprawdopodobną wręcz cenę z Góry Zamkowej. Za nimi ta¬necznym krokiem podążali mężczyźni w kubrakach, w które wszyto błyszczące kawałki luster, ich zadaniem było opryskiwanie ulic aromatycznymi balsamami i olejami, dalej zaś z ty¬łu szli rzędami potężni mężczyźni, którzy w rytm dzikiej melo¬dii granej na kobzach i fletach krzyczeli: „Uczyńcie drogę rze¬czom świętym! Uczyńcie drogę rzeczom świętym!”.
Jako następna, postępując samotnie, pojawiła się przeraża¬jąca wręcz gigantka w czerwonych butach o podeszwach gru¬bych na stopę. W obu dłoniach niosła wielką rozgałęzioną różdż¬kę, którą w regularnych odstępach czasu podnosiła nad głowę. Z pleców wyrastały jej potężne czarne skrzydła, poruszające się powoli w rytm wybijany na bębnach przez dwóch zamasko-wanych doboszy, postępujących za nią w pełnej szacunku od¬ległości. Jako ostatni szli szóstkami kapłani kultu, z twarzami ukrytymi pod luźnymi czarnymi welonami - zarówno kobiety, jak i mężczyźni mieli ogolone i nabłyszczone głowy, które w kon¬traście z czernią welonów robiły wrażenie wyrzeźbionych z naj-czystszego marmuru.
Idący w pierwszych szeregach nieśli siedem przedmiotów, które wyznawcy Kultu Wiary uznawali za święte i pokazywali publicznie w sytuacjach wyjątkowych. Jeden z kapłanów niósł we wzniesionych dłoniach ozdobioną skomplikowanym orna¬mentem kamienną lampę przedziwnego kształtu, z której bił w niebo ryczący przeraźliwie, żółty na końcu płomień. Inny - ga¬łązkę palmową przeplataną pasmami złota układającymi się w kształt węża z rozwartą paszczą, kolejny - gigantyczną rzeź¬bę przedstawiającą ludzką dłoń ze środkowym palcem wygię¬tym w górę pod nieprawdopodobnym kątem, czwarty - srebrną urnę w kształcie kobiecej piersi, z której lał się na ulicę pozor¬nie niewyczerpany strumień parującego, pachnącego złotego mleka, piąty - ciężki drewniany wachlarz, którym kołysał w spo¬sób powodujący panikę w pierwszych rzędach gapiów, szósty - figurkę małego, tłustego, różowego bóstwa o twarzy pozbawionej rysów, siódmy uginał się pod ciężarem wielkiego męskiego człon¬ka wyrzeźbionego z długiej, wygiętej gałęzi fioletowego drewna.
- Wierzcie i módlcie się! - krzyczeli uczestnicy procesji, a gapie odpowiadali im:
- Wierzymy! Wierzymy!
Jako następni szli tancerze, lecz ci sprawiali wrażenie szalo¬nych, przeskakiwali z jednej strony ulicy na drugą, jakby z na¬wierzchni tryskały parzące ich płomienie; wydawali przy tym nie¬artykułowane okrzyki niczym wrzaski torturowanego potwora. Za nimi podążało dwóch potężnych, ponurych Skandarów, niosąc drąg, na którym wisiała Arka Misteriów, zawierająca podobno przedmioty najpotężniejsze i najważniejsze dla kultu, choć mia¬no je pokazać światu dopiero w jego ostatniej godzinie.
I wreszcie, jako ostatni, niesiony w mahoniowej lektyce wy¬kładanej złotem pojawił się przerażający wielki kapłan, zama¬skowany Posłaniec Misteriów. Był to nagi mężczyzna niezwykłego wzrostu. Muskularne ciało pomalowane miał z jednej strony na czarno, a z drugiej na złoto. Na głowie niósł wyobrażenie groźnie wyglądającego psa o żółtych oczach, długim smukłym pysku i ostrych, sterczących uszach. W jednej ręce trzymał cienką laskę ozdobioną złotymi rzeźbami przedstawiającymi kobry o rozpo¬startych kapturach i czerwonych oczach, w drugiej skórzany bicz.
Na jego widok gapie wznieśli radosny okrzyk, on zaś mijał ich, skinieniem głowy udzielając błogosławieństwa, czasami trzaskając z bicza. Za nim ludzie schodzili z chodników i dołą¬czali do procesji - ciężko pracujący mieszkańcy Sisivondal, tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi w ekstazie, szlochających, krzy-czących z radości, śmiejących się nieprzytomnie, wyciągających w górę ramiona, wpatrzonych w niebo, jakby z jego gigantycz¬nej kopuły nadejść miał znak, że oto okazano im miłosierdzie. Ślina ciekła im z ust, przewracali oczami tak, że widać było tyl¬ko białka. „Oszczędź nas!” - krzyczeli. „Oszczędź nas!”. Lecz czego miano im oszczędzić, kto miał im oszczędzić tego, czego się bali? Na te pytania tylko niewielu spośród nieprzeliczonych tłumów maszerujących po Wielkiej Alei Alaisor umiałoby udzielić odpowiedzi. A może nie potrafiłby jej udzielić nikt?

Tego samego dnia w wietrznym, położonym na szczycie wzgó¬rza na zachodnim brzegu Alhanroelu mieście Sefarad mała gru¬pa magów przybranych w pomarańczowe ornaty, komże z jaskrawofioletowego jedwabiu i żółte buty szła w stronę ostrej grani znanej jako Fotel Lorda Zalimoxa, spadającej wprost we wzburzone fale Morza Wewnętrznego. Było wśród nich pięciu m꿬czyzn i trzy kobiety, wszyscy dostojni i wysocy, roztaczający au¬rę godności i wielkości. Twarze ozdobili plamkami niebieskiego pudru, oczy obmalowane mieli jaskrawoszkarłatną farbą, w rę¬kach nieśli długie białe laski zrobione z żeber smoków morskich, ozdobione na całej długości tajemniczymi runicznymi znakami, którymi posługiwać się mieli podobno Starsi Bogowie.
Magowie prowadzili procesję mieszkańców miasta, szepczą¬cych modlitwy do owych nieznanych nikomu Starszych Bogów. W miarę jak zbliżali się do morza, coraz częściej wykonywali gest smoków, palcami dłoni naśladując bicie wielkich skórzastych skrzydeł, kiściami zaś wygięcie ich długich, potężnych szyj.
Wśród uczestników procesji do Fotela Lorda Zalimoxa wie¬lu należało do rasy Liimenów, najniższej warstwy w społeczno¬ści miasta, ludu o drobnej budowie ciała, szorstkiej skórze i twarzach znacznie szerszych niż długich, w których znajdowa¬ło się troje płonących niczym węgle oczu. Liimeni byli przede wszystkim prostymi rybakami i rolnikami, zamiatali ulice, sprzedawali kiełbaski. Od wieków uważali wielkie skrzydlate smoki, zamieszkujące morza Majipooru, za półbóstwa. W ich mi¬tologii smoki zajmowały miejsce pomiędzy śmiertelnymi rasa¬mi planety a bogami, którzy rządzili nią dawno, dawno temu, lecz z nieznanych powodów odeszli, pewnego dnia zaś wrócą i odbiorą to, co do nich należy. Dziś grupkami po pięćdziesięciu i stu Liimeni z Sefarad podążali nad morze, by błagać swych zaginionych bogów o przyspieszenie powrotu.
Nie byli jednak sami. Rozeszła się wieść, że do brzegu zbli¬ży się stado smoków. Zdumiewające, smoki bowiem rzadko pod¬pływały do tego wybrzeża Alhanroelu. Przekonanie, że oto na¬stąpił cud, że tajemnicze, wielkie stworzenia są w jakiś sposób zdolne do nawiązania kontaktu z zaginionymi bogami, o których przez wieki opowiadali coś tam Liimenowie, niczym pożar lasu rozprzestrzeniło się wśród wszystkich ras miasta. W procesji, zstę¬pującej skalną ścieżką na plażę, znaleźć można było nie tylko lu¬dzi, Hjortów i Ghayrogów, lecz także Vroonów i Su-suherisów.
Daleko wśród fal rzeczywiście coś było widać; może smoki?
- Widzę! - wykrzykiwali jeden do drugiego uszczęśliwieni pielgrzymi. - Cud! Oto smoki!
Czy rzeczywiście były to smoki? Krępe, szare kształty ni¬czym unoszące się na falach wielkie beczki? Ciemne, rozpostar¬te skrzydła? Tak, smoki! Być może tak, być może nie, być może to tylko złudzenie wywołane odblaskiem słonecznych promie¬ni tańczących na wzburzonych falach.
- Widzę je, widzę! - krzyczeli pielgrzymi aż do bólu gardeł, starając się wzbudzić w sobie i w innych rozpaczliwą pewność.
A na szczycie skały, znanej jako Fotel Lorda Zalimoxa, mago¬wie w jaskrawych ornatach i komżach podnieśli laski z gładkiej białej kości, jeden po drugim wyciągnęli je w stronę morza i uro¬czyście wypowiedzieli słowa w języku, którego nie rozumiał nikt:
- Maazmoorn... Seizimoor... Sheitoon... Sepp!
A stojący poniżej wierni wtórowali ogłuszającym krzykiem:
- Maazmoorn... Seizimoor... Sheitoon... Sepp!
Odpowiedział im jak zawsze rytmiczny huk bijących o brzeg fal, a taką odpowiedź każdy przecież mógł interpretować, jak mu się podoba.

W cudownym Dulorn, lśniącym niczym diament mieście z krystalicznego kamienia, które gadzi Ghayrogowie wybudo¬wali na zachodzie Zimroelu, występy Stałego Cyrku przerwa¬no w tych trudnych czasach, przeznaczając wielki, okrągły gmach na rzeczy świętsze od rozrywki.
Wszystkie - z wyjątkiem cyrku - budynki Dulorn były lek¬kie, przewiewne, lśniące i baśniowe. Ghayrogowie zbudowali swoje miasto z oślepiająco białego wapienia o dużym współ¬czynniku odbicia. W zastosowaniu tego materiału wykazali się niezwykłą pomysłowością, budując z niego smukłe, strzeliste wieże niezwykłych kształtów, wieloboczne niczym oszlifowane klejnoty, ozdobione wysuniętymi parapetami, niezwykłymi mi¬naretami i ukośnymi otworami strzelniczymi, a wszystko to by¬ło jasne niczym oświetlone przez błyskawice wybuchające w jaskrawych promieniach słońca.
Gmach Stałego Cyrku, znajdujący się po wschodniej stro¬nie miasta, przypominał jednak prosty, nieozdobny bęben, wy¬soki na dziewięćdziesiąt stóp i o średnicy tak wielkiej, że mógł pomieścić setki tysięcy widzów. Ponieważ Ghayrogowie o wężowych włosach i rozwidlonych językach sypiają sezonowo, przez kilka miesięcy w roku, a gdy nie śpią, jak nikt złaknieni są roz¬rywek, w cyrku odbywały się rozmaite przedstawienia - po¬dziwiano żonglerów, akrobatów, klaunów, treserów dzikich zwierząt, prestidigitatorów, lewitantów, pożeraczy żywych stwo¬rzeń... kilkanaście występów odbywało się naraz na wielkiej scenie i to bez przerwy, cały dzień i całą noc, przez okrągły rok.
Teraz jednak na scenie trwało przedstawienie cyrkowe zu¬pełnie innego rodzaju. Miasto, pod względem uroku i piękna nie mające równego sobie, uznało za świętą deformację, więc z całego Majipooru sprowadzono tu wszelkiego rodzaju potwor¬ki, które czczono; wierzono bowiem, że mają one coś wspólne¬go z mrocznymi siłami zagrażającymi światu.
Tak więc niczym półbogowie na scenie siedzieli teraz kar¬ły i giganci, ludzie o spiczastych głowach i żywe szkielety, gar¬busy i gnomy, genetyczne odpadki, potworki. W Dulorn można było obejrzeć każde straszne zniekształcenie, monstra, jakich nie sposób wyobrazić sobie nawet w najgorszych koszmarach każdej z ras: ludzi, Ghayrogów, Skandarów, Hjortów. Na scenie zgromadzono przedstawicieli ich wszystkich - dwóch Ghayro¬gów o ciałach zrośniętych plecami, od ramion do pośladków, tak że ich głowy i stopy skierowane były w przeciwnych kierun¬kach, kobietę o pozbawionych kości ramionach wijących się ni¬czym węże, mężczyznę, z którego płomieniście jaskrawej twarzy wyrastał pomarańczowy ptasi dziób, wygięty jak dziób milufty, lecz jeszcze drapieżniejszy. Był wśród nich mężczyzna o spłasz¬czonym ciele i płetwiastych ramionach, była czwórka chudych Liimenów zrośniętych giętką czarną pępowiną, mężczyzna o jednym oku umieszczonym pośrodku czoła i inny, o jednej nodze jak kolumna, wyrastającej z obu bioder, i jeszcze inny, którego ramiona kończyły się stopami, a nogi dłońmi...
Wszystko to można było oglądać z każdego sektora ogrom¬nej widowni, gdyż scena unosiła się na powierzchni jeziora rtę¬ci i obracała powoli na ukrytych łożyskach, wykonując pełne koło w nieco ponad godzinę. Podczas normalnych przedstawień w cyrku wszyscy siedzący na wznoszących się ku dachowi ławach, choćby nie ruszali się z miejsca, mieli szansę podzi¬wiać każdy występ, teraz jednak nie było mowy o przedsta¬wieniu.
To, co działo się tu teraz, uznano za święte, widzom więc pozwolono wejść na scenę, do czego w normalnej sytuacji nie mieli prawa. Porządku pilnował zespół Skandarów. Ustawiał wylewające się z trybun niespokojne tłumy gęsiego bolesnymi uderzeniami długich pałek i spędzał ze sceny, natychmiast gdy wyznawcy otrzymali błogosławieństwo. Widzowie czekali w ko¬lejce spokojnie, cierpliwie, by wstąpić na scenę, klęknąć przed wybranym groteskowym stworem, uroczystym gestem dotknąć jego kolana lub rąbka stroju... i wrócić na trybuny.
Tylko pięć miejsc, rozmieszczonych w równej odległości od siebie przy zewnętrznej krawędzi sceny i formujących czubki ramion gwiazdy, potworki natury i ich wielbiciele pozostawili wolne. Pozostawili je dla najświętszych ze świętych tego miej¬sca - pięciu postaci androginicznych, czyli takich, które mają i męskie, i żeńskie cechy płciowe, reprezentują przez to jed¬ność i harmonię kosmosu, czyli te jego cechy, które każdy z mieszkańców Majipooru pragnął zachować najbardziej.
Nikt nie wiedział, skąd wzięli się owi hermafrodyci. Nie¬którzy twierdzili, że pochodzili z Triggoin, na pół mitycznego miasta stojącego na północnym krańcu Alhanroelu, gdzie mieszkali wyłącznie magowie, inni słyszeli, że podobno urodzi-li się w Til-omon, Narabalu, Ni-moya czy jakimś innym mieście Zimroelu, jeszcze inni byli zdania, że ich ojczyzną jest daleki, pustynny Suvrael i miasto Natu Gorvinu. Nie brakowało także zwolenników któregoś z wielkich miast Góry Zamkowej, lecz chociaż spierano się o miejsce ich urodzenia, wszyscy wierzyli, że są pięcioraczkami spłodzonymi przez czarownicę bez udzia¬łu mężczyzny, wyłącznie dzięki potężnym zaklęciom.
Hermafrodyci byli delikatnymi, bladymi stworami wzrostu dziecka, lecz o ciałach najzupełniej dojrzałych. Trzech miało subtelne twarze kobiet i wyraźnie kobiece, choć niewielkie piersi, lecz także dobrze rozwinięte męskie genitalia, dwóch - muskularne męskie torsy, szerokie ramiona i płaskie piersi, a także szerokie kobiece biodra, pełne pośladki i uda, brako¬wało im jednak widocznego męskiego członka.
Nadzy, nieruchomi, nie zdradzający żadnych uczuć, herma¬frodyci dawali się podziwiać na scenie dzień i noc. Łączyła ich wyobrażona gwiazda, przed chciwymi rękami gapiących się na nich, zafascynowanych wiernych broniły ich widoczne kręgi czerwonego magicznego ognia - tej granicy nikt nie ośmielił się przekroczyć - oraz strażnicy, ponurzy Skandarzy z pałkami, czuwający na wypadek gdyby ktoś zdecydował się rzucić wy¬zwanie magii.
Hermafrodyci stali, obserwując zachwycony nimi tłum śle¬pymi oczami, cisi, nieporuszeni, obojętni niczym przybysze z zu¬pełnie innego wymiaru istnienia. A tymczasem obywatele Du¬lorn, tysiące i setki tysięcy przerażonych istot, którym obojętne było czy to dzień, czy noc, wypełniały gmach Stałego Cyrku, składały błagalnie ręce i głosami zdolnymi - jak się mogło wy¬dawać - przebić same niebo wykrzykiwały modlitwę identyczną z tą, którą wznoszono w Sisivondal: „Oszczędź nas... oszczędź!”.

Daleko, o pół gigantycznego kontynentu na południe, w mieście Narabal na Zimroelu, tam gdzie nie znano zimy, a tro¬pikalne rośliny wzrastały szaleńczo w wilgotnym upale, powstał kult biczowników. Mężczyźni w białych szatach, z naszytymi na nie jaskrawożółtymi pasami, biegali ulicami w szaleńczych podskokach, wymachując mieczami, pałkami, nożami. Od czasu do czasu przystawali, opuszczali głowy, na twarze spadały im dłu¬gie włosy, i tańczyli, skacząc najpierw na jednej nodze, potem na drugiej, wyginając wściekle szyje, z całej siły gryząc się w ra¬miona, lecz nie okazując cierpienia. Potem, z oczami błyszczą¬cymi zachwytem, cięli się nożami albo podstawiali nagie plecy kobietom, by chłostały je biczami z gałęzi thokki, w które wpleciono odłamki kości blavów. Krew rozcieńczona deszczem - w Narabalu bowiem z nieba płynęły nieustannie drobne kro¬pelki deszczu - spływała brukowanymi kanałami.
- Yamaghai! Yamagha! - krzyczeli mężczyźni; nikt nie wie¬dział, co oznaczały te słowa, uważano jednak, że pełne są mocy i że wykrzykując je człowiek staje się nieczuły na ból. - Yama¬ghai! Yamagha!

W wielkim, lśniącym Ni-moya, najwspanialszym z miast za¬chodniego kontynentu, które siedem tysięcy mil dzieliło od Du¬lorn, wierni wierzyli w oczyszczenie krwią byków - bidlaków. Setkami tłoczyli się w nowo wybudowanych podziemnych świątyniach, tłumnie zbierali się pod żelaznymi kratami, pokrywającymi te mroczne, duszne jamy, spoglądali w górę na magów w ozdobnych rytualnych strojach i złotych hełmach ozdobionych wiechciami złotych piór, którzy śpiewali uroczystą pieśń. Na kra¬ty wprowadzano ciężkie, powolne bidlaki, błyskały długie noże, do świątyni spływała jaskrawa rzeka krwi, a wierni odpychali słabszych, deptali ich, unosili głowy, pragnąc, by krew ta spły¬nęła im na twarze i języki, na dłonie i oczy, by przez ubranie do¬tarła do ciała. Jęcząc i krzycząc z dzikiej radości, przyjmowali ten święty sakrament, nabierali od niego siły, po czym szli dalej, niektórzy tańcząc, niektórzy zaledwie się wlokąc, zwalniając miejsce następnym, dla których zarzynano kolejne bidlaki.

Po przeciwnej stronie świata, w złotym Sippulgar na sło¬necznym wybrzeżu Alhanroelu, w pobliżu Stoien, czczono Czas, skrzydlatego węża bezlitośnie prącego przed siebie, o głowie zawsze głodnej, wszystkożernej jakkaboli. Płacząc, modląc się i śpiewając, przy akompaniamencie bębnów, cymbałów i zgrzytliwych rogów, ludzie obwozili jego podobiznę na ustawionej na kołach platformie, zrobionej ze świeżo wyprawionych skór volevanta rozciągniętych na szkielecie z zielonego drewna gabeli. Za uprzywilejowanymi, których dopuszczono do popychania platformy, szli nieuprzywilejowani obywatele pięknego miasta Sippulgar, odziani wyłącznie w przepaski na biodrach i sandały, o spoconych ciałach wymalowanych jaskrawymi barwami i nieprzytomnych twarzach zwróconych ku niebu.

W Banglecode, wysoko na Górze Zamkowej, najbardziej obawiano się spodziewanego zniknięcia księżyców, a zwłaszcza Wielkiego Księżyca. Niemal każdej nocy ktoś stwierdzał, że światło na niebie blednie, i wybiegał na ulicę krzycząc ze stra¬chu i zarażając innych paniką. Miasto miało jednak swych arcymagów, specjalizujących się w podtrzymywaniu księżycowe¬go światła. Gdy histeria osiągała największe natężenie, gdy ludzie płakali i bełkotali w przerażeniu, magowie ci pojawiali się na ulicach, grali na mosiężnych instrumentach, dmuchali w ogromne trąby, uderzali w cymbały i wznosili różdżki. „Śpie¬wajcie!” - krzyczeli i ludzie śpiewali. Powoli, bardzo powoli księżyce odzyskiwały blask, wierni zaś, płaczący z wdzięczno¬ści dla wybawców, wracali do domów.
Po czym następnej nocy wszystko się powtarzało.

- Jakże ciężkie nastały czasy, czasy misteriów i cudów - po¬wiedziała Kunigarda, Pani Wyspy Snu, a kapłanka Thabin Emilda, jej najbliższa towarzyszka, westchnęła tylko i skinęła głową, taka rozmowa bowiem powtarzała się często ostatnimi czasy.
Celem Pani z Wyspy Snu było niesienie pociechy i mądro¬ści umysłom śpiących milionów obywateli Majipooru, a teraz używała całej swej, niemałej przecież, siły w walce o przywróce¬nie ładu na świecie. Starożytne maszyny, zainstalowane w kamiennych komnatach, umożliwiały jej i kapłankom kierowanie do ludzi przesłań wzywających do cierpliwości, zaufania. Nie ma się czego bać, głosiły jej przesłania. Przecież nasz świat wie¬lokrotnie widział śmierć Pontifexów, a Prankipin zasłużył so¬bie na to, by odejść w spokoju. Koronal Lord Confalume przy¬gotowany jest na przyjęcie nowych obowiązków, jego miejsce zajmie kolejny, równie zdolny Koronal i świat pozostanie w wiecznej harmonii.
Tego Kunigarda była pewna i to głosiła każdej nocy, jej wy¬siłki jednak okazywały się płonne, gdyż sama była żywym przypomnieniem o zmianach, które muszą zajść, i wysyłane przez nią sny budziły poruszenie przez sam fakt, że była w nich obecna.
Czas Kunigardy jako Pani Wyspy Snu kończył się wraz ze śmiercią Pontifexa. Zgodnie z wielowiekową tradycją Panią Wy¬spy była matka Koronala lub jego najbliższa żyjąca krewna. Matka Lorda Confalume’a objęła władzę w chwili, gdy wstąpił on na tron, Prankipin był jednak Pontifexem tak długo, że umarła. Jej miejsce zajęła Kunigarda - najstarsza siostra Koro¬nala. Była Panią Wyspy Snu już dwadzieścia lat. Wkrótce prze¬każe obowiązki Lady Therissie, matce Lorda Prestimiona, na¬uczy ją sekretów maszyn pozostawionych przez starożytnych, a potem sama przeniesie się na Taras Cieni, gdzie tradycyjnie mieszkały zdetronizowane Panie Wyspy Snu. O tym wiedzieli wszyscy, lecz powiększało to tylko powszechne na świecie nie¬pokój i zwątpienie.
- Jedno jest pewne, w końcu zawsze zwycięży spokój i praw¬da - oznajmiła Thabin Emildzie Kunigarda. - Stary władca umrze, pojawi się nowy Koronal, a wraz z nim nowa Pani Wyspy, może i nie wszystko ułoży się od razu, ale czas naprawi błędy. Wierzę w to głęboko, Thabin Emildo, wierzę w to całą moją duszą.
- Ja również, Pani - odpowiedziała kapłanka, lecz przy tych słowach westchnęła i odwróciła głowę, by Pani Wyspy Snu nie dostrzegła w jej oczach smutku i zwątpienia.

Nikt nie potrafił oprzeć się fali magii i strachu. W tysią¬cach miast pewni siebie, energiczni magowie wystąpili mówiąc: „Oto droga zbawienia, oto zaklęcia, które przywrócą światu rów¬nowagę”, na co ludzie niepewni, smutni, głodni zbawienia od¬powiadali: „Tak, tak, pokażcie nam drogę”. Każde miasto mia¬ło swoje rytuały, lecz w istocie wszystko wszędzie było takie samo, procesje i dzikie tańce, wrzaskliwa muzyka fletów, ryk trąb. Znaki i proroctwa. Wszędzie w najlepsze kwitł handel ta¬lizmanami, także wstrętnymi i obrzydliwymi. Płynęły rzeki wi¬na i krwi. Kadzidła, wstrząsające obrzydliwości, monotonne śpiewy mistrzów Misteriów, ofiary składane demonom, adora¬cje bóstw. Błyszczące ostrza noży i świst przecinających powietrze batów. Co dzień pojawiał się nowy kult. Tak się właśnie działo, że wśród gorączki rodzących się codziennie nowych wie-rzeń miliardy mieszkańców ogromnej planety Majipoor ocze¬kiwały na koniec ery Pontifexa Prankipina i początek ery Pontifexa Confalume’a... i Koronala Lorda Prestimiona.


Dodano: 2009-11-02 14:10:33
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"


 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

 Ziębiński, Robert - "Stephen King. Instrukcja obsługi"

 Dukaj, Jacek - "Po piśmie"

 Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa"

 Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"

Fragmenty

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Jensen, Danielle L. - "Mroczne wybrzeża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS