NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bester, Alfred - "Gwiazdy moim przeznaczeniem" (Wehikuł czasu)

Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 2 (twarda okładka)

Ukazały się

Kozak, Magdalena - "Minas Warsaw"


 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Hufflepuff)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Gryffindor)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Slytherin)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Ravenclaw)

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 2 (twarda okładka)

 Roanhorse, Rebecca - "Wyścig do słońca"

Linki

Ringo, John & Williamson, Michael Z. - "Bohater"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Ringo, John - "Posleen"
Tytuł oryginału: The Hero
Data wydania: Lipiec 2008
ISBN: 978-83-7418-180-8
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 304
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 2004



Ringo, John & Williamson, Michael Z. - "Bohater" #5

5

Kiedy kokon spłynął i Thor otworzył oczy, zobaczył Darhela. Wyprostował się i przeciągnął, choć właściwie nie czuł takiej potrzeby. Dla sekcji upływ czasu był niezauważalny, a poza tym hiberzyna tłumiła wszelką aktywność na poziomie komórkowym i nie odczuwali żadnego zmęczenia ani napięcia.
Tirdal wyglądał tak samo, jak przed ich zaśnięciem, za to podporucznik i sanitariuszka byli zdenerwowani. Kobieta podawała żołnierzom antidotum na hiberzynę, a porucznik sprawdzał, czy wszyscy dochodzą do siebie tak jak trzeba. Hiberzyna nigdy nie dawała żadnych znaczących skutków ubocznych, ale ponieważ sposób jej działania nadal pozostawał tajemnicą – jako że nie była wytworem ludzi – wciąż traktowano ją z dużą ostrożnością.
Wszyscy pozostali otworzyli oczy i rozejrzeli się wokół. W ich pojęciu nic się nie stało. Jedynym, który jakoś zareagował, był Goryl, wyraźnie zadowolony, że wydostał się z kokonu. Zaraz po przebudzeniu zsunął się z wyściółki i usiadł na kratownicy podłogi, byle tylko znaleźć się jak najdalej od pryczy.
Dzwon sprawdził czasomierz w nanokompie w głowie i zmarszczył czoło. Byli w stazie przez trzy miesiące, a podróż miała trwać tylko półtora miesiąca. Skąd takie opóźnienie?
– Co się stało z rozkładem, do cholery? – spytał ostro.
– Sytuacja z Blobami trochę się skomplikowała – odparł pilot ze zmartwionym wyrazem twarzy. – W sektorze doszło do kolejnego dużego starcia i najwyższe dowództwo chce wiedzieć, czy powstaje tutaj nowy front. Z powodu walk nie mogliśmy wykonać skoku z zaplanowanego układu i musieliśmy skoczyć poza tunelem, a potem uzupełnić paliwo przed drugim skokiem. Przy okazji znaleźliśmy gniazdo piratów, które udało nam się oczyścić. Na Rubieży nie ma chwili spokoju – dodał, krzywiąc się.
Dzwon nic nie odpowiedział, jedynie też się skrzywił.
– Co do lokalnych informacji – ciągnął pilot – będziemy sprawdzać anomalię wokół drugiego olbrzyma gazowego, kiedy sekcja będzie na powierzchni planety. Poza tym zmierza ku nam drugi niewidzialny desantowiec jako wsparcie.
Dzwon pokiwał głową, ale nie zadawał żadnych pytań. Pewnie za drugim statkiem leci co najmniej grupa uderzeniowa – całkiem możliwe, że w układzie jest ich jeszcze z tuzin – ale on nie musi wiedzieć nic więcej oprócz tego, kto może ich odebrać. Nie wiadomo, czy Bloby przesłuchują więźniów i czy w ogóle ich biorą, ale zasady bezpieczeństwa wciąż obowiązują: im mniej wiesz, tym mniej możesz zdradzić.
– Przyszła aktualizacja misji – dodał podporucznik – i standardowy update wiadomości. Oznaczyłem je jako pilne, jeśli chcecie się podłączyć i je ściągnąć. Idę zająć się przygotowaniami do zrzutu.
– Dzięki – rzucił Dzwon już do jego pleców. Pomyślał, że pilot jest jeszcze jednym typem z Marynarki, który nie chce lub nie potrafi zrozumieć żołnierzy Armii i nie chce się z nimi zadawać. Cóż, ta niechęć była obustronna.
Żołnierze zaczęli przeglądać nagłówki, sprawdzając, co ich ominęło w ciągu jednej czwartej roku, a tymczasem Tirdal usadowił się w fotelu desantowym. Dzwon zauważył, że sanitariuszka zerka na Darhela z ukosa, i uznał, że należy ją o to wypytać na osobności. Dał znak ręką Sziwie, by zatrzymał całą resztę wewnątrz małego statku, a sam wyskoczył z pomocą pola na pokład na górze.
Podporucznik był zdenerwowany i co chwila oglądał się przez ramię, jakby się bał, że ktoś go podsłuchuje.
– Co się dzieje? – spytał Dzwon.
– Cóż, nie będzie tego w żadnym pakiecie danych, ale w ostatnim starciu Republika straciła sporo okrętów. Bloby zatrzymały się na myśliwcach, ale nieźle skopały nam tyłki. Jeśli wezmą się za myśliwce, będziemy tkwić po uszy w gównie.
– Jest aż tak źle?
– Aż tak – przytaknął porucznik. – Poza tym Darhel strasznie dziwnie się zachowywał. Ćwiczyliście z nim przed odlotem?
– Bardzo krótko. A czemu pan pyta?
– Był dziwny. Trzymał się na osobności, z nikim się nie zadawał i ćwiczył na siłowni pancernika. Wszyscy denerwowali się w jego obecności i już pierwszego dnia jeden z kosmicznych próbował sprowokować go do bójki.
– I jak to się skończyło? – spytał nagle zaniepokojony Dzwon.
– Darhel się nie dał. Zlekceważył zaczepki, mimo że tamten go popchnął, i po prostu go wyminął.
– To wszystko? – Dzwon spodziewał się, że Darhel będzie w takiej sytuacji walczył. Człowiek z SGZ na pewno by tak zrobił.
– No, niezupełnie. Darhel podszedł do sztang, założył ciężarki i zaczął raz za razem wyciskać prawie pięćset kilogramów, jakby to nic nie ważyło. Wszyscy zaniemówili i po prostu sobie poszli, i to był koniec całej awantury.
– Cholera – zaklął cicho Dzwon.
– To nie wszystko. Potem Darhel rzadko bywał w siłowni razem z innymi, ale kiedy już tam był, zawsze ćwiczył w ciążeniu dwa przecinek pięć – musiał je zmniejszać nawet dla specjalistów od wysokiego ciążenia, kiedy przychodzili – i zawsze wyciskał pięć albo sześć razy tyle co inni. Ludzie się wystraszyli; nikt z nas nie miał pojęcia, że ci cholernie Darhelowie są tacy silni.
– Ja też nie – odparł Dzwon, również zaskoczony. Odwrócił się i zszedł z powrotem na dół. To coś, o czym koniecznie należy pamiętać i o co należy zapytać w stosownej chwili. Cholera, nikt nie wie o Darhelach tyle, ile powinien. Obcy mogliby uczyć wywiad, jak dochowywać tajemnic.
– Są jakieś wieści? – spytał, wchodząc do ładowni.
– Oprócz spraw wojskowych – odparł Sziwa – które prasa jak zwykle poprzekręcała, Sojusz Układów Solariańskich pogrąża się w filozoficznym letargu. Nie w tym rzecz, że nie widzą zagrożenia ze strony Tslek, po prostu mają je gdzieś. Ich ambasador wyraził zaniepokojenie, ale twardo powtarza, że SUS nie będzie się angażował w „regionalny konflikt”. Moglibyśmy przepuścić następną większą ofensywę, żeby dać im nauczkę.
Sziwa wyciągnął się na tyle wygodnie, na ile pozwalała na to ciasna koja.
– Czasem się zastanawiam, czy SUS to ludzie, czy Indowy – powiedział Dzwon.
Indowy byli nieszkodliwą, dobroduszną rasą naukowców, którym żądza walki była zupełnie obca. Kiedy ludzie zostali wciągnięci w wojnę, Indowy ginęli miliardami, a mimo to wciąż zachowywali pokojowe nastawienie do innych. To była kwestia genów.
– Jak to? – spytał Tirdal.
Biorąc pod uwagę napięcie narastające wokół osoby Darhela, Dzwon był wdzięczny, że ma okazję z nim porozmawiać.
– Co wiesz o historii ludzkości, odkąd... – zawahał się, wiedząc, że nie może powiedzieć „odkąd pogoniliśmy was, darhelskie bydlaki” – zapewniliśmy sobie byt jako jedna z ras galaktyki?
– Bardzo mało.
– No cóż, przedstawię ci to w skrócie.
– Tak jest, sir. – Darhel sprawiał wrażenie, że jest gotów wysłuchać go uważnie i wszystko zapamiętać. Może rzeczywiście tak było.
– Ziemi i Barwhon udało się zniszczyć do końca posleeńską zarazę. Miały wystarczającą liczbę mieszkańców, by przeczesać całe planety i wybić dzikich. Niedługo potem ich populacje znów zaczęły się liczyć w miliardach. Tymczasem większość światów Rubieży była odcięta po drugiej stronie głównej fali Posleenów. Pamiętaj, że zatrzymaliśmy tylko małe natarcie; w tym samym czasie kwadryliony obcych posuwały się w innych kierunkach.
– Dlatego daliśmy wam technologię, której sami nie mogliśmy użyć, żebyście mogli niszczyć całe systemy gwiezdne.
– Rubież, a konkretnie Federacja, powstała z tych planet, które wtedy zdobyliśmy i które teraz tworzą bufor między SUS i Posleenami Tular, jedynymi, którzy się opamiętali, kiedy zabiliśmy ich całe miliardy. W każdym razie kiedy Ziemia została odbudowana, zapragnęła wrócić do normalności.
– Do normalności? – spytał Tirdal.
– Tak, postanowili przestać walczyć – powiedział Dzwon. – Twierdzą, że to nie jest dla nas naturalne.
Zapadła cisza, a kiedy Darhel się odezwał, w jego głosie było więcej zaniepokojenia niż kiedykolwiek, odkąd go poznali.
– Walka jest dla ludzi nienaturalna? Przecież wasze siedem milionów lat ewolucji to jedna wielka krwawa bitwa. Spotykaliście agresywne zwierzęta, mieliście braki zaopatrzenia, kiepską technologię wytwarzania żywności i okropne środki łączności. Na wiek przed naszym pojawieniem się eksterminowaliście czterdzieści milionów własnego gatunku. A podczas Lat Śmierci wymordowaliście ponad piętnaście milionów członków mojej rasy.
– Och, a więc coś o nas wiedzieliście, kiedy się poznaliśmy – powiedział Sziwa, ignorując drugą część wypowiedzi Tirdala. – Zawsze tak podejrzewaliśmy.
– Nigdy się tego nie wypieraliśmy.
– Nie – powiedział wolno Sziwa – ale i nie potwierdzaliście.
– Tak czy inaczej – podjął Dzwon – Ziemia i SUS próbują wrócić do modelu życia trochę podobnego do życia Indowy. Brak przemocy, technologia tylko jako narzędzie, koncentracja na filozofii... Jak my to nazywamy?
– Arystotelesowskiej – podpowiedział mu Sziwa.
– Dzięki – uśmiechnął się kapitan. – A my na Rubieży stawiamy czoła dzikim Posleenom i potencjalnym obcym zagrożeniom, takim jak Tslek.
– A więc tworzycie dwie odrębne kultury w ramach jednej rasy?
– Więcej niż dwie – odparł Sziwa. – Różnimy się pod każdym względem.
– To interesujące – powiedział Darhel. Wszyscy czekali na dalszy ciąg, ale on tylko znowu zrobił wyczekującą minę.
– Dlatego się podzieliliśmy – podjął Dzwon – i dlatego Michia Mentat była zajęta produkowaniem broni do walki z Posleenami i nie wzięła udziału w rebelii. I bardzo dobrze, bo to by sprowokowało Ziemię do drastycznych posunięć, a w tej sytuacji uznała tylko, że jesteśmy kosztownym kłopotem.
– Dlatego mamy mało własnych sensatów – wtrącił Sziwa. – Mentaci są wciąż niedostępni, wciąż zajmują się własnym rozwojem intelektualnym i duchowym i nie interesuje ich przyziemny świat drapieżników i atomówek.
– Mógłbym ich polubić – powiedział Tirdal, wywołując tymi słowami wybuch śmiechu.
– A więc – powiedział Sziwa – spodziewam się, że w nadchodzącej wojnie będziemy uczestniczyli my, może Tular, może trochę Darhelów – wszyscy przeciwko Tslek – a Ziemia będzie sobie siedziała na tłustej dupie i próbowała za naszymi plecami podkopać naszą kulturę.
– Myśli pan, że jest aż tak źle, kapitanie? – spytał Goryl.
– Tak – odparł kapitan. – Jeśli coś nie przeważy szali na naszą stronę, Tslek wciągną nas nosem. Och, do cholery z tym. Jak Grendelsi radzą sobie w deathballu?
Niedługo potem nadszedł czas, aby przejść z przedziału osobowego do kapsuły desantowej. W małym kulistym statku żołnierze siedzieli w kręgu, twarzami do siebie; fotele grawitacyjne przymocowane były do ścian, a sprzęt i broń leżały między nimi. Żołnierze przeglądali wyposażenie i sprawdzali, czy jest odpowiednio solidnie umocowane przed czekającym ich runięciem w atmosferę planety-celu.
Tirdal siedział najbliżej dowódcy i za przykładem pozostałych mocował swój plecak i broń, a Dzwon zerkał na niego, zastanawiając się, czego jeszcze nie wie o Darhelach, a powinien wiedzieć. On i wszyscy inni mogli się opierać jedynie na wynikach testu sprawnościowego Tirdala, które rzeczywiście robiły wrażenie, ale czy mogli mu ufać? „Nigdy się tego nie wypieraliśmy”. „Nie, ale i nie potwierdzaliście”. Jakie tajemnice kryją się w tych złoto nakrapianych oczach?
Kiedy wszyscy zaczęli już zapinać pasy, Dzwon przypiął swój sprzęt, sprawdził rzeczy pozostałych, przechodząc wzdłuż foteli – całe pięć kroków – a potem zrobił kolejne okrążenie i sprawdził uprzęże. Wreszcie kiwnął głową, opadł na fotel i także zaczął się zapinać. Kiedy skończył, wetknął kabel w gniazdo hełmu.
– Do pilota, jesteśmy gotowi do zrzutu.
– Zrozumiałem. Wszystkie stanowiska w gotowości – zabrzmiała odpowiedź. Klapa włazu opadła ze szczękiem i zassała się. Cokolwiek ma się stać, nie ma już odwrotu. Być może to sprawa psychosomatyczna, ale Dzwon zawsze miał wrażenie, że wraz z zamknięciem włazu w środku robi się duszno. Kapsuła miała specyficzny plastikowo-chemiczny zapach, do którego nigdy nie można było się przyzwyczaić.
Niewykrywalny statek leciał torem balistycznym, udając kometę czy jakiś inny fragment kosmicznego śmiecia. Niemal czarne zewnętrze kadłuba pochłaniało lub odbijało wiązki systemów wykrywania. Planeta-cel miała jednego dużego, obracającego się wokół niej satelitę. Plan zakładał ostre hamowanie w cieniu satelity, relatywnie do planety, a potem przemknięcie obok niej z niższą prędkością, tak by siła ciążenia wypchnęła statek znów poza układ. Gdyby któraś z tych trajektorii została wykryta, będzie wyglądała na trasę przelotu meteoru. Tuż po hamowaniu wszystkie systemy wyłączą się i statek stanie się dziurą w kosmosie. Na pokładzie zapanuje mikrograwitacja, ale dla żołnierzy nie będzie to nic nowego – już ćwiczyli w takich warunkach. Taki stan będzie trwał około jednego dnia, a potem w strefie niskiej orbity statek zrzuci kapsułę. Kapsuła będzie hamować na początku silnikami, potem zaś już samym tarciem atmosferycznym.
Wiązało się z tym kilka niebezpieczeństw. Jeśli na „tylnej” stronie satelity są jakieś czujniki, mogą wykryć manewr hamowania – a będą mogli się o tym przekonać tylko w jeden sposób: widząc lecącą w ich stronę nieludzko szybką rakietę Blobów. Przy sporym ułamku prędkości światła nie będzie to trwało długo.
Wróg mógł także zestrzelić kapsułę prewencyjnie. Gdyby nie fakt, że obawiał się wykrycia, chętnie zestrzeliwałby każdy meteor, który teoretycznie mógł być statkiem desantowym. Jak dotąd taka technika zrzutów sprawdzała się za każdym razem, kiedy ją stosowano – tak przynajmniej żołnierzom było wiadomo – chociaż sekcje i statki bez przerwy znikały z nikomu nieznanych przyczyn.
Spadanie w stronę układu było potwornie nudne. Ktoś opisał kiedyś wojnę jako „długie okresy nudy przerywane chwilami grozy”, i choć była to prawda, nie oddawała nadziei, jaka towarzyszyła owej nudzie, że jakaś akcja ją przerwie, a zarazem – że żadnej akcji nie będzie. W tej chwili jakakolwiek akcja oznaczałaby natychmiastową, nieuniknioną śmierć, dlatego wszyscy woleli nudę.
Najlepszym wyjściem był sen, ale nie da się spać w nieskończoność, zwłaszcza w mikrograwitacji. Każdy z żołnierzy zamierzał spać przez jakieś cztery godziny – w ten sposób zostawało im prawie dwadzieścia godzin, kiedy można było jedynie się zamartwiać.
Lala słuchała dance’u ze stroboskopami na wyświetlaczu hełmu, co najwyraźniej wystarczyło, by wprowadzić ją w trans. Fretka i Sziwa obserwowali ją przez chwilę, mrucząc coś pod nosem i kręcąc głowami. Dziwna laska. Fretka śledził wiadomości, a kiedy czuł się już znudzony rzeczywistością, przeskakiwał do fikcji, czyli oglądał filmy. Sziwa przedzierał się przez dziesiątki programów dokumentalnych o różnych planetach, przyswajając w zadziwiającym tempie wiadomości z dziedziny biologii, historii, sztuki i kultury. Zakres jego wiedzy był wprost oszałamiający.
Sztylet gapił się w ścianę. To była kolejna z jego masek... albo osobowości. Nikt nie wiedział, jak jest naprawdę, i nikt nie chciał ani nie śmiał spytać. Sztylet był na swój własny pokręcony sposób tak samo dziwny jak Lala. Cholera, wszyscy oni byli dziwni, ale nie można służyć w SGZ i być normalnym. Jedyną rzeczą, która ich wszystkich łączyła, był wysoki próg odporności na ból i niewygody.
Goryl ani na chwilę nie wyłączał wizji i fonii full surround. Nie chciał nawet myśleć o rzeczywistości, dopóki był zamknięty w tej kulistej trumnie. Dlaczego ktoś z taką fobią w ogóle zgłosił się do służby, tego nikt nie wiedział, ale trzeba przyznać, że zawsze potrafił nad sobą zapanować. Siedzący obok niego Thor czytał książki w staromodny sposób – tekst na ekranie. Powieści historyczne, fantasy, podróżnicze, romanse, przygodowe, geekpunk i wszystko to, co wpadło mu w ręce. Dzwon podejrzewał, że Thor byłby o wiele lepszym żołnierzem, może nawet oficerem, gdyby od czasu do czasu przeczytał coś innego niż fikcja. Wszystko to, co czytał, było eskapizmem, ale jeśli pomagało mu zapanować nad sobą, kapitan nie miał nic przeciwko temu. Nieważne, jak daleko ucieka od rzeczywistości, byle jego zmysły dobrze działały w polu i żeby celnie strzelał.
Tirdal był wielką niewiadomą i wszyscy oprócz Sztyleta zerkali na niego ukradkiem. Wydawał się całkowicie spokojny i wpatrywał się martwym wzrokiem w Sztyleta, jakby przeszywał go na wylot. Lekki, enigmatyczny uśmiech, który wykrzywiał mu usta, trochę ich niepokoił – czy Darhel zupełnie się wyłączył? Medytuje? A może kipnął? – ale nikt nie chciał zapytać. Sztylet tak samo gapił się przed siebie martwym wzrokiem, jakby chciał nim przebić ścianę na wylot. Obaj wyglądali po prostu upiornie.
Dzwon mógł tylko martwić się o swoich żołnierzy, misję, testy gotowości bojowej, które trzeba było przeprowadzić, wojnę lub nie oraz o takie drobiazgi, jak jego własne szanse na awans czy przeżycie. Jego myśli tak długo się zapętlały, aż wreszcie uświadomił sobie, że miele w głowie wciąż to samo, nie dochodząc do żadnych wniosków, i że nie uda mu się zasnąć. Misja wspaniale się zaczynała.
Po dłuższym czasie wzdychania, kręcenia się, jęków, okrzyków frustracji, przeciągania się i bezcelowego myślowego dryfowania w słuchawkach kapitana rozległ się głos pilota.
– Sprawdzić sprzęt i potwierdzić zabezpieczenia. Przygotować się do hamowania i mikrograwitacji.
Kokony spowiły żołnierzy tak samo jak poprzednio, ale tym razem wszyscy byli obudzeni.
Deceleracja uderzyła w nich jak młot, kiedy statek zaczął walczyć, by wytracić prędkość, do której rozpędził się podczas podejścia. Przeciążenie wynosiło około sześciuset G, ale odczuwalne jedynie sześć. Kompensatory pracowały pełną mocą, by choćby tyle osiągnąć, ale wszyscy żołnierze SGZ czuli się miażdżeni jak piloci myśliwców atmosferycznych. Na szczęście fotele pomagały skompensować przeciążenie, utrzymując ciśnienie płynów, by krew dopływała do rdzenia kręgowego i mózgu.
Thor próbował ukryć zdenerwowanie.
– Nie jest tak źle. Pamiętacie zrzut na Haley? – Głos miał nieco zduszony z powodu ciśnienia.
– To był pierwszy czy drugi raz, jak się porzygałeś? – spytał Fretka. On też usiłował zachowywać się swobodnie i też mu to nie wychodziło.
– Fretka, czy... to nie wtedy... mnie... obrzygałeś? – spytała Lala. Jak to często bywa z kobietami, gorzej znosiła przeciążenie, ale nikt nie pamiętał, żeby chociaż raz się porzygała.
– Tirdal, jak u ciebie? – spytał nieco z wysiłkiem Dzwon.
– Dobrze – odparł Darhel. – Ile trwa ta faza?
W jego niskim, spokojnym głosie nie było śladu napięcia.
– Jeszcze około dziewięciu minut – powiedział kapitan, wywołując na wyświetlaczu monitory fizjologiczne żołnierzy. Wszyscy byli zestresowani i mieli podwyższone odczyty. Goryl jak zwykle w zamkniętej przestrzeni panikował: puls 125, respiracja 41, wszystkie inne wielkości wskazujące na ból albo stres, ale Goryl był do tego przyzwyczajony i wiedział, jak sobie z tym radzić, więc Dzwon nie zwracał na to uwagi. Odczyty Darhela mieściły się w wyraźnie określonej normie. Częstość bicia serca 186 była u niego „dolną normą”, a wykresy alfa miał... dziwne, ale również w normie. Wszystko to świadczyło, że Darhel w ogóle się nie boi. A może fizjologia jego rasy jest zupełnie inna? Tak, to musi być to. Żadna istota nie może w ogóle nie reagować na tak nienaturalny stan.
Hamowanie zakończyło się bez żadnego ostrzeżenia i zapanowała mikrograwitacja. Kokony wycofały się do pozycji wyjściowej i wszyscy oprócz Tirdala usiedli w swoich fotelach. Sądząc po dobiegających z hełmu Fretki wrzaskach i odgłosach wystrzałów, zwiadowca włączył pakiet rozrywkowy, a Lala zaczęła kiwać głową w rytm swojej muzyki i wykonywać różne gesty, niektóre nieco prowokujące. Sziwa nie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy zanim stała się zbyt wysoka i chuda, nie pragnęła być tancerką. Nie była brzydka, ale przy takim wzroście i tak długich kończynach nie mogłaby utrzymać równowagi niezbędnej w tańcu. Widać było, że w fotelu jest jej za ciasno.
– Co czytasz, Thor? – spytał Sziwa, chcąc przerwać ciszę.
– Nową powieść Deviego Weavera „Pył sukcesu” – odparł z entuzjazmem Thor. – Walki międzygalaktycznych flot kosmicznych. Polityka państwowa, użeranie się z administracją, kretynizm władz i wybuchające okręty. Chyba opiera się to trochę na bitwach morskich z czasów napoleońskich i drugiej wojnie światowej na starej Ziemi.
– Podoba ci się?
– Ogólnie tak. Polityka mnie nie interesuje, ale lubię wybuchające okręty.
– A czytałeś kiedyś o bitwach morskich starożytnych Greków i okrętach wiosłowych?
– Nie, to brzmi dość nudno.
Sziwa westchnął i zaczął się zastanawiać nad jakąś inną przynętą. Jako jedyni w tym towarzystwie czytelnicy powinni mieć jakąś wspólną płaszczyznę.
Nawet Sztylet przestał się gapić przed siebie martwym wzrokiem i włączył jakąś strzelaninę. Inną niż Fretka, z rzadszymi i bardziej przemyślanymi wystrzałami, ale wrzaski dobiegające z jego hełmu były tak samo paskudne. Na twarzy mężczyzny szybko pojawił się uśmiech, a jego żylaste ciało co jakiś czas sztywniało, gdy instynktownie napinał mięśnie do skoku czy biegu.
Nie było żadnych odgórnych poleceń. Żołnierze mieli po prostu wyluzować się i przygotować na to, co ma nastąpić, mogli więc spać do woli i zasysać z foteli posiłki w formie pasty.
– Sziwa – powiedział Dzwon, przerywając rozmyślania – przelećmy jeszcze raz scenariusz, a potem ludzie będą mogli rzucić okiem na mapy, kiedy je dostaniemy, i przygotować się do wyładunku.
– Tak jest, sir! – odparł Sziwa zadowolony, że może się czymś zająć, zamiast biernie czekać, i wywołał ekran taktyczny.
Jakiś czas później, kiedy żołnierze przejrzeli już szkice map sporządzonych na podstawie zdjęć z przelatujących sond i wszyscy oprócz Tirdala wyrazili na ich temat niepochlebne opinie, statek zaczął drugi przelot, gotów zrzucić ich na powierzchnię planety. Kapsuła znajdowała się w wyrzutni zamontowanej prostopadle do toru lotu statku. Pilot przesłał wszystkim na ekrany wykres trajektorii, z punktem odpalenia zaznaczonym czerwonym X. Obecne położenie na krzywej lotu zaznaczono niebieską kropką, a w prawym górnym rogu wyświetlaczy zegar odliczał czas do zrzutu. Fotele znów opatuliły żołnierzy i wszyscy – prawie wszyscy – zesztywnieli.
Kiedy statek zbliżył się do punktu odpalenia, żołnierze wstrzymali oddech i napięli mięśnie. Ten etap zrzutu był związany ze zmianą wektora, która miała istotny wpływ na ludzką umysłowość, a poza tym mieli świadomość, że jeśli popełnią błąd, rozbiją się lub polecą w pustkę. W tym drugim przypadku ratunek byłby trudny, w pierwszym – niemożliwy.
Kiedy zegar pokazał zero, a niebieska kropka doszła do X, rozległo się głośne ŁUP! i sprężony wodór i pływ magnetyczny wyrzuciły ich ze statku na nową trajektorię prowadzącą do planety. Przeciążenie było bardzo duże, lecz krótkie (może dziesięć G przez dwie sekundy), a potem powróciła mikrograwitacja.
Kapsuła weszła na orbitę eliptyczną, która miała ich wprowadzić pod odpowiednim kątem w atmosferę, skąd mogliby rozpocząć lot. Od tej chwili dzieliła ich blisko godzina mikrograwitacji. Znów włączono gry i muzykę. Żaden żołnierz SGZ nigdy nie przyznałby się, że się boi podczas zrzutu, ale jednak większość się bała.
Pierwszy dotyk atmosfery zaszeptał złowrogo na polu otaczającym kapsułę i zaczął się właściwy zrzut. Lot przez atmosferę był takim przeżyciem, że żółtodzioby moczyły się w spodnie, a nawet doświadczeni żołnierze czuli się nieco zdezorientowani. Konieczność kamuflażu uniemożliwiała manewry z użyciem silników. Statek spadał jak kamień, z włączonymi polami siłowymi, które chroniły go oraz jego zawartość przed atmosferyczną plazmą wytwarzaną przez tarcie „powierzchni” statku o rozrzedzoną atmosferę. Z zewnątrz wyglądał jak meteor. Wewnątrz lot przypominał jazdę kolejką górką skrzyżowaną z lataniem tuż nad ziemią samolotem pilotowanym przez wariata na prochach. Kapsułą rzucało na boki, obracało, szarpało i miotało z różnym natężeniem i prędkością. Im głębiej spadali, tym bardziej rosła temperatura wnętrza, ponieważ nie było jak oddawać gromadzonej energii. Od zderzeń z gęstszymi obszarami atmosfery wszystkim szczękały zęby, hełmy uderzały o grodzie, a kolana o sprzęt. Nikt nic nie mówił, jedynie co chwila po każdym bolesnym uderzeniu rozlegały się stęknięcia i jęki. Czasem ktoś zaklął. Żołnierze mieli zamknięte oczy, ale nie ze strachu, lecz by zmniejszyć dezorientację. Za taki lot uzależnieni od adrenaliny cywile chętnie zapłaciliby nawet bardzo duże pieniądze.
Ale to wszystko było niczym w porównaniu z finałem.
Pod pokrywą chmur „skrzydła” przekształciły się w hamulce spowalniające kapsułę do „rozsądnej” prędkości. Gdyby nie tłumiki inercyjne, załoga mogłaby zostać zmiażdżona przez gwałtowną decelerację. Tylko dzięki długoletniej praktyce nikt nie zwrócił obiadu. Kapsuła pędziła do góry nogami z prędkością pięciu tysięcy metrów na sekundę, a w następnej chwili leciała nosem w dół poniżej lokalnej prędkości dźwięku. Kiedy wreszcie znalazła się nad oceanem, wpadła w fale przy wtórze wściekłego syku pary. Nie było to lądowanie jako takie, raczej kontrolowana katastrofa.
Hamulce znów przesunęły się w polach siłowych i zmieniły w małe płetwy. Jednocześnie włączyły się koła łopatkowe niskiej mocy. Pozostały etap zrzutu miał się odbywać pod wodą, z niewielką prędkością. Proces był półautomatyczny: Dzwon wskazywał trasę, a SI kapsuły zajmowała się resztą, dzięki czemu można było się obyć bez załogi, zwłaszcza że większa część tej procedury była albo zbyt skomplikowana dla człowieka-pilota – na przykład zrzut i hamowanie – albo zbyt prosta i nudna, by go angażować.
Kapsuła nie miała opływowego kształtu, lecz jej pola siłowe mogły bez trudu przyjąć dowolny kształt. Ale prędkość dźwięku w wodzie jest o wiele mniejsza niż w powietrzu, a fale dźwiękowe zdarzają się pod wodą rzadko i prawie nigdy nie są zjawiskiem naturalnym, dlatego po przebyciu wielu lat świetlnych w kilka dni i wielu tysięcy kilometrów w kilka minut, w ostatnim etapie pokonanie kilkuset kilometrów miało im zająć wiele godzin.
Żołnierze oddziałów specjalnych przechodzą długie, nużące szkolenia, a potem już w praktyce uczą się, jak pozostać przy zdrowych zmysłach, nic nie robiąc. Każdy z nich ma swój własny sposób radzenia sobie z tym problemem. Dobry oddział to taki, którego członkowie nauczyli się nie doprowadzać siebie nawzajem do szału irytującym zachowaniem, na przykład głośnym oddychaniem czy miarowym poruszaniem nogą, tak że po dziesięciotysięcznym razie jeden ma ochotę rozłupać drugiemu czaszkę. Tirdal był pod tym względem wielką niewiadomą i wszyscy podświadomie zdradzali lekki niepokój, czy nie zakłóci ich dobrze sprawdzonych układów.
Kapsuła wykorzystywała najcichszy napęd, jaki potrafiła wytworzyć technologia Republiki. W miarę jak ocean robił się coraz płytszy, a wybrzeże bliższe, prędkość musiała spadać, gdyż nawet delikatne odgłosy byłyby bardzo ryzykowne. Z tego samego powodu w kabinie panowała cisza. Kiedy już włączono obwody izolacyjne hełmów i od tego momentu można było rozmawiać przez przewodowy interkom, by jeszcze bardziej zmniejszyć poziom niekontrolowanych emisji, wszyscy byli zadowoleni, że męczarnie wreszcie się skończyły i że dzięki rozmowie będzie można choćby na kilka chwil uciec od rozmyślań o grożących im niebezpieczeństwach.
Tylko Sztylet i Tirdal milczeli.
– Wylądowaliśmy – powiedziała Lala.
– Znów wykiwaliśmy kostuchę – dodał Thor.
– Aha – mruknął Goryl i jego tętno spadło poniżej 120. Kiedy ekran przed oczami zasłaniał ciasnotę kapsuły, a w uszach słychać było głosy towarzyszy, dawał sobie radę. Dałby sobie radę nawet w ciasnej skrzynce – tak było na szkoleniu – ale jeśli mógł wykorzystać technologię i ułatwić sobie zadanie, chętnie to robił. – Ile jeszcze do wybrzeża, kapitanie?
– Trzydzieści siedem godzin – odparł Dzwon. – Macie mapę.
Wyświetlił ją Gorylowi i zostawił łącze otwarte dla pozostałych.
– Omijamy ten półwysep, wpływamy tutaj do zatoki i wynurzamy się w delcie rzeki. Miejmy nadzieję, że nie będzie zbyt bagnista. Przedostaniemy się w tym punkcie, jakieś dwadzieścia klików w górę rzeki, i stamtąd zaczynamy.
Omawiany punkt był znany już wcześniej, ale dokładne dojście mieli opracować dopiero wewnątrz układu, po zapoznaniu się z terenem.
– Spory kawałek do przejścia – zauważył Thor. To nie była skarga, ledwie stwierdzenie faktu. – Goryl, dasz radę z tą swoją skrzynią botów?
– Jasne – odparł zwalisty żołnierz, odruchowo napinając twarde jak głaz bary. Boty nie były lekkie ani poręczne, ale w miarę posuwania się naprzód ładunek miał się zmniejszać.
– Kto idzie na szpicy? – spytała Lala. Zawsze interesowały ją szczegóły.
– Chcę znów puścić przodem Thora – odparł Sziwa – Tirdal drugi, ty trzecia jako wsparcie ogniowe, potem Goryl, kapitan i Sztylet. Ja i Thor idziemy na końcu, pilnujemy waszych tyłków.
Rozległy się pomruki zgody i jedno czy dwa „tak”.
– Dobra – ciągnął sierżant – teraz będą osobiste uwagi. Możecie ze sobą rozmawiać.
Kilka chwil później jego głos rozległ się w słuchawkach Tirdala.
– Tirdal, słyszysz mnie?
– Słyszę, Sziwa – odparł Darhel. – Co powinienem wiedzieć?
– Bardzo dużo. Pamiętaj, że jesteś numerem trzecim w hierarchii dowodzenia. Jeśli ja zginę, zajmujesz moje miejsce, choć trzeba przyznać, że to nie będzie łatwe przy tej publice.
– Jako specjalista nie przywykłem do odgrywania aktywnej roli przywódczej. – Głos Tirdala brzmiał jeszcze bardziej dźwięcznie przez mikrofony i filtry.
– Masz odpowiedni stopień i odpowiednie przeszkolenie. Lepiej, żebyś się sprawdził w tej roli – odparł z naciskiem Sziwa. Jeszcze tylko tego brakuje, żeby ten cholerny Darhel teraz wymiękł.
– To prawda. Dam sobie radę, jeśli oni sobie dadzą.
– Dadzą. – Sziwa miał nadzieję, że Thor i Sztylet nie będą niczego utrudniać. Zapisał sobie w pamięci, żeby im o tym przypomnieć. – Jeśli stracimy też kapitana, będziesz musiał pokierować misją.
W jego głosie słychać było wyraźnie, że nie jest najszczęśliwszy, mając na takim stanowisku niewiadomą, obcego, Darhela, ale patrząc na sprawę rozsądnie, musiał przyznać, że nikt inny nie nadawałby się do tego lepiej niż on. Lala była sprawnym żołnierzem, lecz towarzyskim dziwolągiem, i nie posłuchaliby jej. Sztylet był wariatem, a przynajmniej takiego udawał, i żołnierze baliby się go bardziej niż Blobów. Thor i Fretka nie mieli doświadczenia, a Goryl miał na głowie boty.
– Jeśli będę musiał, dam sobie radę – zapewnił Tirdal. – Znam podstawy taktyki. Znam sprzęt. Wiem, że dowódca powinien być pewny siebie i wydawać rozkazy, a nie urządzać głosowania. Skończyłem podoficerski kurs dowodzenia.
– Tam też miałeś maksymalną notę, tak?
– Tak.
– Maksimum punktów to nie to samo co doświadczenie, dlatego przypomnij sobie wszystko, co powinieneś wiedzieć, na wypadek, gdybyś był potrzebny.
– Tak jest, sierżancie.
– Jest jeszcze jedna rzecz – powiedział Sziwa, krzywiąc się. To nie był łatwy temat. – Darhelowie nie myślą tak samo jak ludzie.
– To prawda – zgodził się Tirdal. – Do czego nawiązujesz?
– Ludzie i Darhelowie współistnieją od tysięcy lat – przez sto lat byliśmy niemal waszymi niewolnikami – a my przez ten czas nie dowiedzieliśmy się o was prawie niczego. Wiemy tylko, że macie zasadniczo inne podejście do wielu spraw niż ludzie, zgadza się? I nie najlepiej się dogadujemy. Bez urazy, to tylko spostrzeżenie.
– Ogólnie to wszystko prawda. – Głos Tirdala był jeszcze bardziej wyprany z emocji.
– Musisz pamiętać, że działamy tutaj na ludzkich warunkach – powiedział ostrożnie Sziwa. – Będziesz musiał spróbować działać tak jak my, a nie jak Darhel.
– O co konkretnie chodzi?
– Cholera, nie wiem, jak to dyplomatycznie ująć. Z naszego doświadczenia wynika, że Darhelowie często wycofują się, kiedy robi się gorąco. – Nie użył słowa „tchórzostwo”, ale zawisło ono w powietrzu. – Nie narażają życia dla grupy. Nie są skłonni walczyć do ostatka, jeśli nie mają czego osobiście zyskać. My, ludzie, kiedy jesteśmy w opałach, walczymy za siebie nawzajem. Dlatego muszę zapytać: czym będziesz się kierował, kiedy zaczną padać trupy?
– Jestem tutaj po to, żeby wykonać zadanie, a żeby je wykonać, zrobię wszystko, co będzie konieczne – odparł Tirdal. Jeśli nawet poczuł się urażony, nie było tego słychać w jego głosie. – Trudno to wyjaśnić człowiekowi. Dla Darhela być w takim miejscu jak to i robić to, co my robimy, to filozoficzny wybór. Gdybym był w stanie zwrócić się przeciwko tej filozofii, nie byłoby mnie tutaj. Nie jestem tu ani dla ciebie, ani dla Lali. Jestem tylko i wyłącznie po to, żeby wykonać zadanie. I wykonam je najlepiej, jak potrafię.
– To dobrze – powiedział Sziwa. – Nie tylko z tobą będę o tym rozmawiał. Wszyscy muszą wiedzieć, że wymiękanie to najszybszy sposób, żeby umrzeć. Pewnie o tym wiedzą, ale i tak im przypomnę. I w ten sposób dochodzimy do sedna sprawy.
– Tak? – spytał Tirdal. Z powodu hełmu nie widać było, jak zastrzygł uchem.
– Kto wzywa lądownik? – spytał sierżant. – Żeby kapsuła wystartowała, musi dostać polecenie. Teoretycznie zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś posika się w gacie ze strachu i da nogę. Gdyby dostał się do kapsuły, reszta zostałaby tutaj uwięziona. Nie wiem, jak to jest z Darhelami, ale strach to część ludzkiej natury, wada bardzo pospolita i trudna do wyeliminowania, dlatego tylko dowódca może wezwać lądownik.
– Rozumiem – odparł Tirdal. – Ludzie mają dwa rodzaje cech charakteru: te, które okazują na zewnątrz i z których korzystają, i te, które w sobie chowają, których się boją i których nie potrafią kontrolować. Przez to, że nie rozmawiają o tych negatywnych cechach, są narażeni na utratę kontroli nad samym sobą i uciekanie się do instynktów. Nie jesteście aż tak bardzo rozwinięci, jak wam się często wydaje.
Ton jego głosu nie był właściwie oskarżycielski, ale mimo to jego słowa mocno Sziwę zabolały.
– Wracając do naszej rozmowy – powiedział – kapsuła nie będzie reagować na polecenia kogoś, kto nie dowodzi. Będzie co jakiś czas kontaktować się z naszymi czujnikami medycznymi i odleci jedynie wtedy, kiedy otrzyma rozkaz od najstarszego stopniem. Młodsi stopniem będą ignorowani. A czasami... fakt, że młodszego stopniem żołnierza nie ma na pokładzie, też musi być zignorowany, jeśli tego wymaga powodzenie misji. Dlatego dowodzący może mieć problem natury moralnej do kwadratu, kiedy wszystko trafi szlag.
– To ostrzeżenie czy rozkaz? – spytał Tirdal.
– Jedno i drugie – odparł Sziwa. Jego wyrazu twarzy również nie było widać spod hełmu.

* * *

Następny do rozmowy był Sztylet. Za nim też nikt nie przepadał, ale trzeba przyznać, że był bardzo dobry w swojej robocie.
– Ten cholerny elf ma być numerem trzecim?
– Dość tego, Sztylet – warknął Sziwa. – Musisz to przełknąć. Zresztą i tak nie powinno do tego dojść.
– Jasne, chyba że wszystko szlag trafi, ale wtedy możemy założyć, że obaj tego nie dożyjemy.
– Sztylet, przestań – upomniał go jeszcze raz Sziwa.
– Och, nie będzie z tym żadnego problemu. Może będziemy mieli szczęście i Darhel zginie jako pierwszy.
– Sztylet!
– Luz, sierżancie. Nie zamierzam go sprzątnąć, tylko rozważam różne ewentualności.
– On zajmie się swoją robotą, a ty swoją. Capiche?
– Nie ma sprawy.
Sztylet zawsze stwarzał problemy, ale potrafił robić swoje i robił, nawet jeśli czasami doprowadzał dowódców do szału.
Sziwa rozmówił się po kolei z pozostałymi. Goryl niczym się nie przejmował; był specjalistą i jechał z nimi tylko po to, żeby wykonać swoją robotę.
– No, miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie – powiedziała Lala. – I że jest tak dobry, na jakiego wygląda.
Thor i Fretka tylko coś wymamrotali – wiedzieli, że i tak stoją nisko w hierarchii. Kiedy Sziwa skończył, zameldował się Dzwonowi.
– Rozmawiałem ze wszystkimi, sir.
– Tak, słyszałem – padła odpowiedź.
– Myśli pan, że jest dobrze?
– Chyba tak. Sztylet jest zdenerwowany i próbuje udawać twardziela, ale reszta nie powinna sprawiać kłopotów. Tirdal wydaje się równie gotowy jak pozostali.
– Cóż, taką mamy sytuację, sir, i to musi nam wystarczyć.
– Będzie dobrze – zapewnił go Dzwon.
– To dlaczego jestem cały roztrzęsiony?
– Też się denerwujesz.
– Jasne, to na pewno przez to. Chyba trochę poczytam, dopóki nie dotrzemy na miejsce. – Sziwa nigdy nie bywał roztrzęsiony. Całą swoją karierę zbudował na spokoju i opanowaniu.
– Dobrze, sierżancie. Kiedy się prześpimy, przejrzymy jeszcze raz dane wywiadu, powiedzmy od drugiej do siódmej.
– Tak jest, sir. Powiem im.
Nawet Sztylet grał teraz w jakąś grę. Podróż trwała za długo, żeby mógł utrzymać swoją maskę. Thor i Fretka zaczęli grać we dwóch. Coś takiego należało pochwalić – ćwiczyli koordynację działań. Nie było to tak dobre jak symulator treningowy, ale co interakcja, to interakcja. Goryl nie odrywał wzroku od ekranów – wolał patrzeć na cokolwiek, byle nie na ciasną kabinę. Lala na zmianę grała i słuchała muzyki.
Jedynie Tirdal nie uruchomił żadnych programów hełmu. Wyglądał tak, jakby medytował; jego wskazania biometryczne były na samym dole darhelskiej normy. Po trzech godzinach, kiedy Lala przełączała się z gry na muzykę, zobaczyła, że nadal siedzi nieruchomo, ale w czerwonej poświacie lamp kapsuły widać było, że jego czujne oczy są otwarte.
– Co robisz, Tirdal? – spytała na ogólnej częstotliwości.
– Rozmawiam z wielorybami – odparł, odwracając się lekko w jej stronę.
– To bardzo zabawne, Tirdal – mruknął Sziwa. – Nie wiedziałem, że Darhelowie rozumieją ludzkie poczucie humoru.
On też miał włączony ogólny obwód.
– Tylko częściowo – odpowiedział Tirdal.
– No, nieważne, ale jeśli mamy działać jako zespół, musisz bardzo się starać dopasować do pozostałych. Jeśli to, co robisz, to jakaś prywatna sprawa, powiedz nam i nie będziemy więcej pytać, ale jeśli nie, mów prawdę. Musimy cię poznać tak samo jak ty nas. A więc co robisz?
– Głównie medytuję. To mi pomaga skupić się na zadaniu. Poza tym mój... Zmysł... nastraja się na Tslek. – Była to niemal prawda.
– Słyszysz jakichś? – mruknął Sziwa.
– Ja nie tyle słyszę, co wiem, przeczuwam. Wyobraźcie sobie, że widzicie na horyzoncie światła miasta. To właśnie tego rodzaju wrażenie, dopóki nie podejdę wystarczająco blisko, żeby wychwycić jakieś szczegóły.
– Cholera, Tirdal – wtrąciła Lala – tyle to my sami potrafimy.
W jej głosie słychać było obrzydzenie.
– Oczywiście, że potraficie – odparł z niewzruszonym spokojem – ale kiedy się zbliżymy, lokalne formy życia i ich otoczenie zagłuszą wasze zmysły, podczas gdy moje się wyostrzą. Wyszukam pojedyncze osobniki i będę mógł określić ich stan umysłu tak samo wyraźnie, jak teraz wyczuwam twoją frustrację spowodowaną faktem, że wczoraj w nocy nie udało ci się „podupczyć”.
Po chwili milczenia wszyscy parsknęli śmiechem, jednak szybko ucichli, kiedy uświadomili sobie, jak bardzo są otwarci na moce Darhela.
Thor szybko zmienił temat.
– Ile wynosi tutejsze ciążenie, sierżancie?
– Eee... Sto dwanaście procent ziemskiego, Thor – odparł Sziwa.
– To pewnie dlatego czuję się jak w domu.
– Jesteś z Ridloe? Tak, to pewnie przez to.
– Przypomina mi się Talin – wtrącił Goryl.
– To tam wygrałeś ten konkurs pieprzenia wieprza, tak, Goryl? – spytał Fretka.
– Zapasy z wieprzem – poprawił go Goryl.
– Jasne. Ja tam wiem, co widziałem. – Fretka zakwiczał, a pozostali się zaśmiali.
– Następnym razem sam możesz spróbować. Te genetycznie zmodyfikowane dziki są cholernie zawzięte.
– Nie, dzięki – odparł Fretka, nie znajdując żadnej dowcipnej riposty. To był kawał świni, a Goryl nie był nawet pijany. Postanowił po prostu spróbować miejscowej rozrywki i po kilku chwilach tarzania się w błocie cisnął dzikiem o mur, ogłuszając go. Nawet miejscowi byli pod wrażeniem.
Rozmowy znów ucichły. Nikt nie zadawał Tirdalowi więcej pytań – bali się odpowiedzi.
Godzina pierwsza w nocy była oficjalną porą snu. Lala i Goryl jeszcze trochę wytrzymali, natomiast pozostali zaczęli zamykać oczy i zasypiać, mimo że ciasnota i pionowa pozycja – ani wygodna, ani naturalna dla ludzi – a także (jak dotąd) brak ruchu bardzo im to utrudniały. Ale jakiś odpoczynek był konieczny. Od wybrzeża dzieliły ich jeszcze godziny, a może dni drogi, i nawet niespokojny sen był lepszy niż żaden.
Mogliby skorzystać z rozmaitych narkotyków i technik, które stosowano w przeszłości do „wymuszania” snu, nie wspominając już o takich, które eliminowały potrzebę snu, „nudę”, problemy z klaustrofobią i różne inne stresy związane z metodami podróżowania SGZ, jednak większość z nich – z wyjątkiem hiberzyny – wywoływała długoterminowe skutki uboczne, dlatego żołnierze SGZ unikali dostępnych im środków chemicznych i po prostu „zaciskali zęby”, a hiberzynę brali tylko podczas długich podróży międzyukładowych.
O siódmej obudził wszystkich dzwonek i głos Sziwy.
– Pobudka, chłopcy i dziewczęta. Mamy kolejny wspaniały, pełen wrażeń dzień w SGZ. Dzień bez bólu to jak dzień bez słońca! Zaczniemy od śniadanka: jajka na grzankach i kawka Celebes Kalosi...
– Cholera jasna, sierżancie, wystarczy! – warknął Thor. Udało mu się zasnąć dopiero o czwartej i nie czuł się wypoczęty.
– Przestanę, jak wszyscy mi się zameldują. Sztylet?
– Yo – nadeszła nieco zduszona odpowiedź.
– Lala?
– Jestem – powiedziała i ziewnęła. Głos miała niemal seksowny, gdyby nie chrypa.
– Fretka?
– Jestem, skoro muszę.
– Goryl?
– Słyszę.
– Tirdal?
– Nie śpię. – Darhel wydawał się jak zawsze czujny.
– Dobra, nie mamy jajek na grzankach, ale mamy coś ciepłego. Na lądzie nie będziemy mieli, dlatego jedzcie, póki można. Jeszcze tylko dwadzieścia godzin plastikowego żarcia i wygodnych łóżeczek.
– „Wygodnych” – jęknął Fretka. – Moim zdaniem Armia i Marynarka tworzą sitwę, żeby te cholerne kapsuły były tak niewygodne i żebyśmy wychodzili z nich z radością, choćby to miało oznaczać śmierć.
– No i sekret się wydał – odparł Sziwa. – Wychodzi na to, że będziemy musieli cię stuknąć, żeby to się nie rozeszło.
Przy wtórze dalszych narzekań wszyscy wyciągnęli z plecaków swoje racje polowe. Po otwarciu opakowania umieszczony w nim katalizator podgrzewał jedzenie. Jeśli marudzący żołnierz to zadowolony żołnierz, to ich morale faktycznie było bardzo wysokie.
– Kto się zamieni na tuńczyka z kluskami? – spytała Lala.
– Mam kurczaka z ryżem – odparł Goryl. – Może być?
– Proszę – powiedziała z ulgą. Tuńczyk z kluskami to nie jest jedzenie dla ludzi – nadaje się tylko do przesłuchiwania jeńców. Poczuła obrzydliwy zapach rumiankowej herbaty Goryla, ale nic nie powiedziała. Jeśli dzięki temu chłopak może się odprężyć, ona jakoś to zniesie. Ale jakim trzeba być masochistą, żeby pić rumiankową herbatę?
Tirdal miał darhelskie racje. Widać było, że są inne.
– Darhelowie nie mogą jeść ludzkiej żywności, Tirdal? – spytał Dzwon. Do tej pory myślał, że mogą.
– Możemy – odparł Tirdal. – Musimy tylko unikać kilku enzymów, ale większość tego, co wy jecie, ja też mogę.
– To dlaczego masz specjalne racje? – spytał Thor.
– To pożywienie roślinne, które ma maksymalną wartość odżywczą. Unikamy mięsa.
– Nie możesz jeść mięsa czy nie chcesz? – spytał z kolei Sztylet.
– Mogę i jadłem, ale wolę nie jeść.
– Boisz się skrzywdzić niewinną krówkę? – dociskał go snajper.
– Podaj mi swój kawałek – odparł Tirdal. Widać było, że zamierza podjąć wyzwanie.
– Jasne. – Sztylet rzucił mu swoją porcję. Darhel złapał ją i po krótkiej chwili wahania ugryzł. Jego twarz była kompletnie pozbawiona wyrazu, gdy zęby – najwyraźniej przeznaczone do radzenia sobie z mięsem – bez żadnego wysiłku rozgryzały wysuszony plaster mięsa. Potem Darhel powoli je przeżuł, połknął i rzucił resztę z powrotem Sztyletowi. – Zadowolony?
– Nie ma problemu – powiedział tamten. – Tak się tylko zastanawiałem.
Nie on jeden. W ramach szkolenia żołnierze SGZ przechodzili kurs przetrwania, kiedy to jedli robaki, węże i wszystko, co tylko napotkali na swojej drodze. Gdyby się okazało, że Tirdal nie chce bądź nie może jeść mięsa, to by oznaczało, że prześliznął się przez kurs, niezależnie od tego, co było w jego oficjalnych aktach.
Ale widać było, że jedzenie mięsa go stresuje – a przynajmniej dostrzegł to Sztylet. To pasuje do plotki, że Darhelowie nie potrafią zabijać, pomyślał, i dlatego zmusili ludzi szantażem, żeby to oni stawili czoła Posleenom. Co by nie mówić, Darhel jest drugoligowcem.
– Daj spokój, Sztylet – wtrąciła Lala. – Wiesz, że ja potrafię zjeść wszystko, co przede mną postawisz, a też nie lubię smaku ssaków. Ohyda.
– Tak się tylko zastanawiałem – powtórzył.
Nikt nie skomentował ilości jedzenia, jaką wrzucił w siebie Tirdal. Może jadał rzadko, ale za to dużo. Może był zdenerwowany i jadł, żeby się uspokoić. Może miał szybszy metabolizm – wszak wspominał, że to żywność „wysokoenergetyczna” – a może po prostu był łakomy. Zresztą to nie było zbyt ważne, a poza tym nikt nie chciał o to zapytać, zwłaszcza że po zagrywce Sztyleta atmosfera była napięta.
Poranek upłynął sekcji na przeglądaniu danych i wykonywaniu izometrycznych ćwiczeń w miejscu. Kapsuła była zbyt mała, żeby więcej niż dwóch żołnierzy poruszało się w niej jednocześnie, a nawet wtedy mogli co najwyżej chodzić w kółko. Ciasnota była jedną z tych rzeczy, do których ich przygotowano podczas szkolenia, ale to wcale nie znaczy, że było im przyjemnie. Po obiedzie większość włączyła w hełmach obrazy otwartych przestrzeni, by zwalczyć klaustrofobię, która po tylu godzinach zamknięcia zaczynała już wszystkim dokuczać. Tylko Goryl nie wyłączał obrazów nawet podczas spania i jedzenia.
– Płyniemy na północ i to już ostatni etap, jeśli to kogoś interesuje – poinformował Dzwon i wszyscy włączyli mapy. – Zatoka to formacja lodowcowa; to ciekawe, bo przecież jesteśmy na trzydziestym siódmym stopniu szerokości geograficznej. Klimat jest tutaj trochę dziwny. Zatoka jest głęboka i wąska, a delta rzeki dość solidna i niezbyt bagnista, więc powinno się łatwo maszerować. Na razie nie mam dobrego obrazu wybrzeża, więc załóżmy, że jest gęsto porośnięty roślinnością. Jeśli nie, tym lepiej dla nas.
– A teraz wszyscy chodźmy spać – zaproponował Sziwa. – Obudzimy się, zjemy coś i wyłazimy na brzeg. Kiedy zapada zmierzch, sir?
– Jeśli prześpimy sześć godzin i zostawimy sobie dwie na jedzenie i przygotowania – powiedział Dzwon – wyjdziemy na brzeg akurat o zmroku.
– Słyszeliście – powiedział Sziwa. – No to dobranoc.



Dodano: 2008-08-01 14:07:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Bitwę bliźniaków"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper"


 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Flamma, Adam - "Wiedźmin. Historia fenomenu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Trzeci front"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Jordan, Robert - "Wojownik Altaii"

 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Fragmenty

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Dworakowski, Witold - "Wieczny buntownik"

 Ziębiński, Robert - "Dzień wagarowicza"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS