NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abnett, Dan - "Uniwersum Marvela. Avengers: Wszyscy chcą rządzić światem"

Zamiatin, Jewgienij - "My"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Nieściur, Sławomir - "Blokada"

 antologia - "Opowieści niesamowite z języka angielskiego"

 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

Linki

Friedman, C.S. - "Nadejście nocy" (wyd. 2)
Wydawnictwo: Mag
Cykl: Friedman, C.S. - "Trylogia Zimnego Ognia"
Tytuł oryginału: When True Night Falls
Tłumaczenie: Zbigniew Królicki
Data wydania: Maj 2008
Wydanie: II
ISBN: 978-83-7480-092-1
Oprawa: miękka
Format: 135x205
Liczba stron: 552
Cena: 35,00 zł
Rok wydania oryginału: 1993
Tom cyklu: 2



Friedman, C.S. - "Nadejście nocy"

Michaelowi Whelanowi,
który swą piękną sztuką
przywołuje do życia sny.

Autorka dziękuje Toddowi Drunagelowi za uratowanie rozdziału drugiego przed komputerowym niebytem, oraz Markowi Sunderlinowi za kilkakrotne wybawienie jej z komputerowego piekła. (Czasem świat bez technologii bywa bardzo pociągający!). Ponadto szczególne podziękowania należą się Danielowi Barrowi, za nadanie wyżej wymienionemu formy w stopniu wykraczającym poza zakres obowiązków.


Prolog

Nie wierzę, że to robimy.
Dowódca wyprawy, Leonid Case, leżał wyciągnięty na wilgotnej ernańskiej ziemi, zaciskając pięści. Cały ten plan to szaleństwo, pomyślał. Ukradkowe opuszczenie osady, nocna wędrówka przez las, a teraz krycie się w tej kotlince, jakby był jakimś nocnym drapieżnikiem, czekającym na ofiarę... Prawdę mówiąc, bardziej zwariowaną rzeczą była tylko sytuacja, w wyniku której się tutaj znalazł. A także człowiek, który do niej doprowadził.
Do diabła z Ianem! Do diabła z jego urojeniami! Czy osadnicy nie mieli dość problemów? Czy nie wystarczy, że ludzie giną tutaj – umierają – w sposób przeczący całej ludzkiej wiedzy? Czy Ian musiał jeszcze pogłębiać ten koszmar?
Case czuł, że ogarnia go czarna rozpacz, a jej śladem nadciąga strach. Nie mógł sobie na to pozwolić. Był odpowiedzialny za losy tej wyprawy, co oznaczało, że inni liczyli na niego – jego rozsądek, umiejętność oceny, a przede wszystkim na zimną krew. Nie mógł poddać się rozpaczy, tak samo jak nie mógł okazać swej wściekłości z powodu zachowania głównego botanika. Czasem jednak wydawało się, że to ponad jego siły. Bóg wie, że był przygotowany na dobre i złe, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jakie kłopoty mogą czekać nowo założoną kolonię... ale nie spodziewał się czegoś takiego.
Już trzydzieści sześć ofiar. Trzydziestu sześciu jego ludzi. I nie wystarczy powiedzieć, że nie żyją: zginęli okropną, przerażającą śmiercią, przekraczającą ludzkie wyobrażenie. Pamiętał zamrożone ciało Sally Chang, tak kruche, że kiedy próbował je podnieść, rozsypało mu się w rękach na kawałki. I zwłoki Wayne’a Reinhardta, które, kiedy go znaleźli, wyglądały jak bryła obciągniętej skórą galarety. Albo Faren Whitehawk... To najbardziej przerażający przypadek, pomyślał Case. Wcale nie dlatego, że był odrażający: zwłoki Farena były kompletne, mięśnie jeszcze elastyczne, a twarz prawie pogodna. Jednak w jego ciele nie pozostała nawet kropla krwi, wyssanej przez dwa niewielkie nakłucia na karku. A przynajmniej tak stwierdzili lekarze ekspedycji. Chryste w niebiesiech! Spoglądając na te ślady – nierówne i zaczerwienione, pokryte na brzegach zakrzepłą krwią – wiedział, że stanęli przed czymś, na co nie byli przygotowani. Potwory wywodzące się z Ziemi, ich własne koszmary obleczone w ciało i rzucone przeciwko nim... Jak walczyć z czymś takim? Od czego zacząć? Kiedy trzy noce później Carrie Sands została zabita przez jakiegoś skrzydlatego stwora, który dopadł ją, gdy spała, Case nie zdziwił się, gdy jej chłopak opisał zabójcę jako stworzenie podobne do występujących w hinduskiej mitologii. I żywiące się koszmarnymi snami, o ile pamiętał Case. Tyle że tym razem nie poprzestało na snach.
Jezu Chryste. Kiedy to się skończy?
Trzydziestu sześciu martwych z ponad trzech tysięcy kolonistów, którzy przeżyli hibernację i podróż na tę planetę, aby stanąć w promieniach obcego słońca oraz oddać się ciałem i duszą budowie nowego świata. Jego świata. Teraz wszystko to było zagrożone. Do licha, przecież statek powinien był to przewidzieć! Miał badać każdą z napotkanych planet, aż nie będzie wątpliwości, najmniejszych wątpliwości, że koloniści mogą bezpiecznie na niej osiąść. Jeśli nie, zgodnie z programem miał szukać następnego układu. Teoretycznie była to w pełni dopracowana procedura, mająca uchronić ziemian przed tysiącem przewidywalnych niebezpieczeństw pozaziemskiej kolonizacji. Przed konkurencyjnymi drapieżnikami. Nieprzyswajalnymi białkami. Wahaniami klimatu.
Kluczowym było słowo „przewidywalnych”.
Case spojrzał na bezgwiezdne nocne niebo – tak czarne, tak puste, tak bardzo obce – i przeszedł go dreszcz. Co zrobił ziemski statek kolonizacyjny, kiedy zbadał tysiąc układów – a może dziesiątki tysięcy – i nadal nie znalazł świata nadającego się dla jego podopiecznych? Czy przyszedł czas, kiedy jego mikroukłady zaczęły się zużywać i mechaniczne zdziecinnienie wymusiło wybór niezgodny z ideałem? Czyżby wszystko to było winą programistów, którzy nie przewidzieli, że statek może lecieć tak daleko i tak długo, nie znajdując odpowiedniej planety? „Leć” – nakazali mu – „badaj każdą napotkaną planetę, a jeśli nie nadaje się do wyznaczonego celu, uzupełnij paliwo i leć dalej”. Case pomyślał o nocnym niebie Erny, tak upiornym z braku gwiazd. Co taki program mógł zdziałać, gdy zabrakło mu opcji? Kiedy następny krok wyprowadziłby go poza granice galaktyki, w rejony tak puste, że mógłby dryfować przez wieczność, nie znajdując następnego słońca i źródła paliwa? Czy miał na oślep rzucić się w tę otchłań, obojętny na perspektywę wieczystej samotności? Czy też wielokrotnie analizował ostatnią kandydatkę, raz po raz, aż w końcu jego obwody zdołały wysnuć logiczny wniosek, że w tak rozpaczliwej sytuacji jest to jedyne możliwe wyjście? I tak, dziesiątki tysięcy lat świetlnych od Ziemi, prawie cztery tysiące kolonistów w końcu zbudziły się z wielowiekowego snu.
Nigdy się nie dowiemy, pomyślał ponuro Case. Statek znajdował się teraz wysoko nad nimi niczym dodatkowy księżyc, okrążając udręczoną planetę. Zabrali ze sobą wszystkie dane, każdy nanosekundowy zapis dziewięćdziesięcioletnich badań, a on przeglądał go tak często, że czasem wydawało mu się, iż zna każdy bit na pamięć. I co z tego? Nawet gdyby znalazł w tych wynikach jakiś ślad niebezpieczeństwa, co by im to dało? Nie mogli wrócić. Nie mogli wezwać pomocy. Tak daleko od centrum galaktyki nie mogli nawet zasięgnąć rady u swych ziomków. Programiści statku już dawno umarli, tak samo jak społeczeństwo, które ich stworzyło. Zadawszy Ziemi pytanie, koloniści musieliby czekać ponad czterdzieści milionów lat na odpowiedź – o ile rodzinna planeta by jeszcze istniała i zechciała odpowiedzieć. Kto wie, co się z nią stało w ciągu tych tysiącleci, przez które statek szukał domu? Ta otchłań czasowa była zbyt ogromna, zbyt przerażająca, by się nad tym zastanawiać. Ponadto nie miało to sensu, powiedział sobie Case. Liczył się tylko
fakt, że byli tu sami, teraz i na zawsze. Dla kolonistów Ziemia przestała istnieć.
Ułożył się wygodniej w porośniętej mchem rozpadlinie, będąc aż nazbyt świadomym zapadającej wokół ciemności. Ten mrok był gęsty, zimny i złowrogi, równie niepodobny do ziemskiej nocy, jak blask tego nowego słońca do ciepłych promyków Sol. Przez chwilę poczuł tęsknotę za domem, wzmocnioną świadomością faktu, że ten znany mu już nie istnieje. Koloniści wybrali sobie swój raj, po czym przekonali się, że czyha w nim wąż, ale nie było już odwrotu. W przypadku ponownej hibernacji śmiertelność przekraczała osiemdziesiąt sześć procent.
Usłyszał jakiś szmer za plecami i zdrętwiał. Lewą ręką sięgnął po broń, wyobrażając sobie rozmaite skrzydlate stwory, które zaraz się na niego rzucą. Tymczasem to była tylko Lise, która przyszła dotrzymać mu towarzystwa. Powitał ją skinieniem głowy i przesunął się na bok, robiąc jej miejsce. W płytkiej kotlince ledwie było dość miejsca dla nich obojga.
Lise Perez, lekarka. Dzięki Bogu, że tu była. Kilka nocy temu uratowała mu życie, w okolicznościach, które wspominał z dreszczem ­zgrozy. Prawie zdołała uratować Toma Benneta, kiedy to „coś” przedarło się przez ogrodzenie od wschodu i wtargnęło do jadalni, a na pewno nie pozwoliła mu schwytać nikogo innego, dopóki kucharz nie odciął intruzowi łba tasakiem. Była kompetentna, zawsze opanowana i miała nosa do kłopotów. Już od miesiąca przyglądała się Ianowi Casce. Niech ją za to Bóg błogosławi.
– Jak długo jeszcze? – szepnął.
Spojrzała na zegarek.
– Pół godziny. – Potem popatrzyła na niego. – Przyjdzie wcześniej – zapewniła.
Gdyby sprowadził go tutaj ktoś inny – gdyby ktoś inny choć zaproponował mu, żeby tu przyszedł, stając się idealnym celem dla każdej koszmarnej bestii z upiornego repertuaru tej planety – Case w najlepszym razie roześmiałby mu się w twarz. Jednak zaproponowała mu to Lise, a on jej ufał, czasem nawet bardziej niż samemu sobie. Sprawę Iana należało załatwić. Nie było innego wyjścia. Case powinien był go zamknąć, kiedy to wszystko się zaczęło, ale postanowił dać mu szansę wyleczenia i teraz płacił za tę decyzję.
– Posłuchaj – szepnęła. – Nadchodzi.
Kiwnął głową i zauważył, że chociaż ubrała dostatecznie ciemną kurtkę i spodnie, to jej blada skóra lśni jak latarnia w blasku księżyca. Powinni byli o tym pomyśleć. Mógł wysmarować jej twarz węglem, sadzą albo czymś innym. Uczynić czarną, jak jego własna, żeby mogli niepostrzeżenie skradać się przez noc. Teraz już za późno, pomyślał. Przeklął w duchu swoją nieostrożność i gestem kazał Lise pochylić głowę, tak żeby trawa zasłoniła jej twarz.
Wkrótce miała zapaść głęboka noc. Za niecałe pół godziny. Case powtarzał sobie, że to zupełnie zwyczajne zjawisko, że nawet na Ziemi gęste chmury czasem przesłaniają gwiazdy i księżyc, pogrążając wszystko w gęstych ciemnościach, ale wiedział, że to coś więcej. Już raz poczuł jej prawdziwą moc na otwartej przestrzeni, kiedy zgasił lampę, pozwalając ogarnąć się ciemności – tak absolutnej, tak bezgranicznej, że w porównaniu z nią bladły wszystkie mroki Ziemi. Na samo wspomnienie dreszcz przebiegł mu po plecach. Teraz w całym obozie palą się już lampy, jasne światła odpędzające cienie potrójnej nocy. Jakby same światła mogły pomóc. Jakby ściany mogły powstrzymać węża, nie dopuścić, by odczytał ich najskrytsze myśli, a potem obrócił przeciwko nim ich obawy, a nawet marzenia.
Słuchając kroków nadchodzącego Iana, wspominał tę noc, kiedy „to” przyszło po niego, jak wąż, który przybrał postać anioła. Pamiętał, jak w mgnieniu oka zapomniał o strachu, sceptycyzmie, a nawet wrodzonej ostrożności, jakby nigdy nie istniały. Ponieważ z mroku wyszedł jego syn – syn! – młody i zdrowy jak dziesięć lat wcześniej, zanim Case utracił go w wypadku. I w tym momencie w sercu dowódcy nie było lęku czy podejrzenia ani cienia wątpliwości. Miłość wypełniła go z taką siłą, że zadrżał i łzy popłynęły mu po policzkach. Wyszeptał imię syna, a ta postać ruszyła ku niemu. Wyciągnął rękę, a to stworzenie dotknęło go – dotknęło! Było ciepłe, żywe i rozpoznawał je po dotyku, zapachu oraz tysiącu innych znaków. Chryste w niebiesiech, jego syn znów żył! Case otworzył ramiona i przytulił chłopca, ukrył twarz w jego włosach (czując ich znajomy zapach – nawet ten był taki sam) i zapłakał, dając upust fali gwałtownych emocji, bezgranicznemu żalowi, miłości i tęsknocie...
Ona go uratowała. Lise. Przyszła, zobaczyła i natychmiast zrozumiała. I zareagowała. Jakoś zdołała zabić lub odpędzić tego stwora, a potem zaciągnąć Case’a do izby chorych. W samą porę. Później, kiedy doszedł do siebie i odzyskał mowę, zapytał, co widziała. A ona odparła spokojnie: „Pożerał cię. Od środka. To właśnie robią wszystkie te stworzenia, w taki czy inny sposób. Żerują na nas”.
Teraz słyszał w oddali głuchy pomruk nadjeżdżającego pojazdu, wibrowanie baterii słonecznych przy podskokach na nierównej murawie. Ian. To na pewno on. Te pojazdy okazały się niebezpieczne – dwa eksplodowały przy uruchamianiu, a trzy dalsze po prostu nie chciały działać – lecz Ian należał do nielicznych, którzy potrafili się nimi posługiwać i którym nie sprawiały żadnych niespodzianek. Również jego broń działała doskonale, podczas gdy pistolety innych zacinały się i psuły, natomiast wyposażenie laboratorium... No tak, niewątpliwie botanik wiódł cudowne życie. Tylko jakim kosztem?
Oczami duszy Case zobaczył stos trupów, który Lise odkryła pewnej nocy, śledząc Iana. Małe ssaki, kilka ptaków, jaszczurka... Wszystkie rozpłatane, poćwiartowane i ukryte w ciernistych zaroślach na skraju lasu. Kiedy Case zapytał o to Iana, botanik nawet nie próbował się wykręcać czy bronić, ale rzekł po prostu: „We krwi jest moc. To moc ofiary. Nie rozumiesz? Tak działa ta planeta. Ofiara jest siłą, Leo”.
Ofiara jest siłą.
Pojazd znalazł się już w polu widzenia i Case dostrzegł siedzącą za sterami postać. W świetle lamp błysnęły rozwiane, rude włosy – znak firmowy Iana Caski. Z tyłu pojazdu leżało coś owiniętego kocem – żywe lub nie. Mierząc wzrokiem ten nieruchomy kształt, Case z zimnym dreszczem niepokoju pomyślał: „To może być człowiek”. Może być. Nie widział wyrazu twarzy Lise, ale założyłby się, iż myślała o tym samym.
„Krew jest życiem”, głosił Stary Testament. Lise pokazała mu ten cytat w biblii należącej do Iana, podkreślony dwiema czerwonymi liniami na stronie z zagiętym rogiem. Zastanawiał się, czy Casca zaznaczył ten fragment przed czy po rozpoczęciu się tego koszmaru.
Pojazd wjechał już na polanę. Kilka sekund później Ian zahamował i wyłączył silnik. Ostry warkot motoru ucichł, pozostawiając ciszę tak głęboką, że oddech przybyłego wydawał się w niej rykiem. Nawet owady ucichły, jakby i one obawiały się zapadających ciemności.
Case mocniej ścisnął rękojeść broni. Czekał.
„Stare sposoby będą skuteczne” – oznajmił Ian. Zdjął z części bagażowej używaną do zbierania okazów torbę, której miękkie boki wybrzuszyły się, kiedy ją postawił. Wyjął z niej długi pasek czerwonego materiału i płócienny worek. „Musimy tylko nauczyć się nimi posługiwać”. Zawiesił sobie ten pasek na szyi tak, że końce opadły po obu jej stronach, aż do łydek. Na powierzchni materiału lśniły namalowane symbole: geometryczne wzory otoczone hebrajskimi literami, starożytnymi egipskimi hieroglifami, być może astrologicznymi znakami... Case ze zdumieniem pokręcił głową, gdy tamten sięgnął do worka i wyjął garść białego proszku. To szaleństwo było tak dokładne, tak celowe, tak starannie przemyślane... I to czyni je tym niebezpieczniejszym, pomyślał Case. Nieostrożny szaleniec już dawno zostałby schwytany.
Lise dotknęła jego ramienia. Odwrócił się, popatrzył na nią i ujrzał jej pytające spojrzenie. Kręciła głową.
Jeszcze nie.
Znów się odwrócił, by obserwować botanika, który teraz za pomocą przesiewanego przez palce białego proszku kreślił na ziemi krąg. Kiedy skończył, zaczął rysować bardziej skomplikowane figury, przy czym ręce drżały mu ze strachu lub podniecenia. Jeden z tobołów na pojeździe zaczął się poruszać i Case usłyszał cichy jęk.
Człowiek, pomyślał. Nie ma wątpliwości.
Zacisnął zęby, ale nie ruszył się z miejsca. Jeszcze nie. Na Ernie nie było więzienia, a jeśli tak pójdzie dalej, to nawet nie zdążą żadnego wybudować. Gdyby szaleństwo Iana okazało się niebezpieczne, dla dobra kolonii trzeba będzie się go pozbyć. Zlikwidować, tak jak wycina się rakowatą narośl, żeby uratować zdrową tkankę. A jako sędzia, prokurator i kat, Case musiał mieć całkowitą pewność, że postępuje słusznie.
Krąg był już prawie ukończony, tak samo jak wszystkie znaki, które botanik do niego dodał. Wsypał resztę proszku do worka, zawiązał go i odstawił. Case spiął się, gotowy interweniować w tej samej chwili, gdy Ian ruszy po swoich jeńców. Jednak botanik tylko cofnął się, stanął w środku nakreślonego kręgu i zamknął oczy. Przez moment stał tak, jakby się do czegoś przygotowywał. O co mu chodzi? – zastanawiał się Case. W jaki sposób zamierza zapanować nad tym brutalnym, nieprzewidywalnym światem? Gdyby to było takie łatwe – gdyby wystarczało nakreślić kilka znaków na ziemi, wyrecytować jedno czy dwa stare zaklęcia, żeby znikły wszystkie problemy...
Przez chwilę Case pożałował, że nie podziela złudzeń botanika. Zastanawiał się, czy sam nie uciekłby się do rozlewu krwi, gdyby naprawdę wierzył, że umożliwi to przetrwanie kolonii. Ludzkiej krwi? To było niepokojące pytanie i nie miał zamiaru głębiej tego przemyśliwać. Niech Bóg broni, aby kiedykolwiek miał odkryć, że skorupa jego moralności jest równie cienka i krucha jak ta, która chroniła zdrowe zmysły Iana Caski...
Botanik poruszył się. Powoli, głęboko oddychając, uniósł ramiona i w końcu otworzył oczy. W świetle reflektorów ledwie było widać jego twarz, lecz mimo to Case dostrzegł skupienie w jego oczach i lśniący na czole pot. Casca zaczął na pół mówić, na pół śpiewać. Case wychwycił kilka słów podobnych do łacińskich, przeplatanych innymi, które mogły być greckimi, hebrajskimi lub aramejskimi. Jakby zebrał wszystkie prastare języki Ziemi i wyszukał w nich potrzebne mu słowa, po czym przypadkowo je zmieszał, naprędce tworząc ten rytuał. Słowa mocy, pomyślał Case. Przez jedną nieprzyjemną chwilę zastanawiał się, czy to możliwe, aby Ian miał rację i by w czarnoksięskiej spuściźnie Ziemi kryła się prawdziwa moc, objawiająca się na tym międzygwiezdnym forum... Jednak jęk dobiegający spod koców przywrócił go do rzeczywistości i Case mocniej ścisnął rękojeść pistoletu. Nawet gdyby tak było, pomyślał ponuro, cena jest zbyt wysoka.
Nagle Ian znieruchomiał. Zapatrzył się w noc. Całe jego ciało naprężyło się, zesztywniało.
– Usłysz mnie, Erno – zaintonował. – Składam ci tę ofiarę. Oferuję ci to, co dla nas najcenniejsze: naszą życiodajną krew. W zamian proszę o jedno: przyjmij nas. Uczyń nas częścią ciebie. Próbowaliśmy być ­obcymi na twej ziemi i twoje stwory pokonały nas. Teraz uczyń nas częścią tego świata, jak są nią te stworzenia. A w zamian... ofiaruję ci krew Ziemi. Dusze tej kolonii, teraz i zawsze.
Zamknął oczy i Case’owi wydawało się, że botanik zadrżał.
– Zechciej je przyjąć – szepnął Ian. – Przyjmij je do siebie.
Ponownie opuścił ręce. Przez chwilę stał w milczeniu – może czekał na odpowiedź? Case zobaczył, że jeden z worków na pojeździe zaczyna się ruszać, jakby coś chciało się zeń uwolnić. Najwidoczniej Ian także to zauważył. Ten ruch wyrwał go z transu i botanik powoli ruszył w stronę pojazdu. Przeszedł przez nakreśloną linię, wychodząc z kręgu kabalistycznych znaków, które tak starannie stworzył. Idąc, wyjął zza pasa nóż.
To wystarczyło Case’owi. W mgnieniu oka zerwał się na równe nogi, a Lise za nim. Kiedy skoczyła, żeby przeciąć drogę tamtemu i nie dopuścić go do pojazdu, dowódca zajął pozycję na skraju polanki i wycelował broń w jego serce.
– Wystarczy – powiedział. – Koniec zabawy, Casca. Nie ruszaj się.
Botanik zachwiał się, jakby słowa Case’a nie tylko go powstrzymały, ale również wytrąciły z transu. Odwrócił się do dowódcy i wytrzeszczył oczy, jakby usiłował przyjąć do wiadomości jego obecność.
– Leo – rzekł w końcu i ruszył ku niemu. – Jak się...
– Nie ruszaj się! – rozkazał Case. – I trzymaj ręce tak, żebym je widział.
Spojrzał na Lise i skinął głową. Lekarka klęczała na platformie pojazdu, oglądając worki.
– Żadnych gwałtownych ruchów, słyszysz? Stój tam, gdzie jesteś i nie odzywaj się.
Lise przecięła sznur na jednym z worków i odsłoniła zamkniętą w nim ofiarę.
– I co? – zapytał Case.
– To Erik Fiedler. – Wyciągnęła rękę, sprawdziła puls nieprzytomnego mężczyzny. – Żyje.
Szybko przesunęła się do drugiego worka i również go rozwiązała.
– Liz Breslav. Nieprzytomna. Widzę siniaki i ślady uderzenia na skroni... Bez aparatury nie mogę ocenić jej stanu. Musimy zabrać ją z powrotem na statek.
Minęła co najmniej minuta, zanim zdołał umieścić oba te nazwiska we właściwym kontekście, a kiedy mu się to udało, spochmurniał. Ian aż nazbyt dobrze wybrał swoje ofiary. Z nadejściem głębokiej nocy pozostali koloniści zamknęli się w swych prowizorycznych kabinach, szukając wątpliwego bezpieczeństwa w gromadzie. Trudno byłoby Ianowi zwabić jednego czy dwóch z nich w odosobnione miejsce, a jeszcze trudniej ogłuszyć i niepostrzeżenie wywieźć z obozu. Jednak Fiedler i Breslav pełnili tej nocy wartę, co oznaczało, że znajdowali się o dobry kilometr od obozu, pilnując statku i jego zawartości. Byli szczególnie łatwym celem, pomyślał Case, dla wroga nie będącego wytworem Erny – jak oczekiwali – lecz jednym z nich. Sprytnym człowiekiem, który pod jakimś pretekstem nawiązał z nimi rozmowę, a potem ogłuszył niespodziewanym uderzeniem od tyłu. Case zacisnął usta i starannie wymierzył.
– To dla mnie wystarczający dowód.
W oczach Iana pojawiło się nagłe zrozumienie. Zrozumienie i strach.
– Leo, posłuchaj...
– Jesteś oskarżony o stwarzanie zagrożenia dla kolonii – powiedział spokojnie Case. – I uznany winnym.
Ścisnęło go w piersi – mocny i zimny uścisk. Z trudem zdołał dokończyć:
– Zostajesz skazany na śmierć.
To nie jest zabójstwo, powiedział sobie. To resekcja. Usunięcie chorej tkanki.
Ian musiał umrzeć, by pozostali mogli żyć. Czy to morderstwo?
Nazwij to ofiarą.
– Posłuchaj – protestował botanik. – Nie wiesz, co robisz...
– Nie? – rzucił gniewnie Case. Czubkiem buta kopnął nakreśloną przez niego linię, przerywając kredowy krąg. – Do diabła, człowieku! Nie jesteśmy jakimś prymitywnym plemieniem potrzebującym szamana, lecz kolonią rozpaczliwie walczącą o byt! Mam zbyt wiele innych kłopotów, żebym jeszcze miał obawiać się moich własnych ludzi!
– A ilu ludzi możesz jeszcze stracić? – zapytał botanik. – Wiesz równie dobrze jak ja, że straty rosną w postępie geometrycznym. Ile trzeba nocy, zanim liczebność kolonii zmniejszy się w stopniu uniemożliwiającym utrzymanie należytego zasobu genów?
– Dwa ziemskie miesiące – odparł szorstko dowódca. – Wcześniej nauczymy się walczyć z tymi stworami. Znajdziemy sposób, żeby...
– Erna wytworzy nowe szybciej, niż nadążycie je zabijać! A jeśli nauczycie się zwalczać jeden rodzaj, następny będzie inny. Nie rozumiesz, Leo, że walczycie z planetą, z całą planetą! Jakaś siła kontroluje miejscową ekosferę, utrzymując ją w równowadze. Ona nie wie, jak ma nas wchłonąć. Nie wie, jak nas do niej włączyć. Jednak wciąż próbuje.
Drżącą ręką odgarnął z czoła kosmyk włosów, który niemal natychmiast znów opadł.
– Leo, ta planeta była doskonała. Nie znała suszy, głodu, żadnych cyklów obfitości i głodu, jak na naszej Ziemi... Tylko pomyśl! Cała ekologia w idealnej równowadze – prawdziwy raj. A potem pojawiliśmy się my. I zagroziliśmy naszą obecnością tej harmonii...
– I myślisz, że twoje rytuały to zmienią? – spytał ostro Case.
– Myślę, że staną się narzędziem. Środkiem porozumienia. To wyzwanie, nie rozumiesz? Musimy naznaczyć tę siłę ziemską symboliką, żebyśmy mogli ją opanować. Ujarzmić, Leo! Jeśli nie zdołamy tego zrobić, równie dobrze możemy już teraz zwijać manatki. Ponieważ cała nasza technika nie powstrzyma siły, która kontroluje prawa natury.
– Chcesz ją powstrzymać, zabijając? Nakarmić ją krwią?
– Ofiara jest najstarszym i najpotężniejszym symbolem, jaki mamy – powiedział mu Ian. – Pomyśl! Kiedy pierwotny człowiek chciał ułagodzić bóstwa, składał na ołtarzu swoich pobratymców. Gdy Bóg Izraelitów chciał wystawić na próbę lojalność Abrahama, zażądał od niego ofiary z jego ciała i krwi. Mojżesz ocalił swój lud przed gniewem anioła śmierci, znacząc drzwi domów krwią zwierząt. A kiedy Bóg wyciągnął do człowieka rękę na znak swego boskiego przebaczenia, stworzył z siebie syna, który sam złożył się w ofierze. Ta jest pomostem między człowiekiem a nieskończonością i możemy to wykorzystać, Leo. Wierzę, że w ten sposób położymy kres zabijaniu. – A kiedy Case nie odpowiedział, Casca dodał z rozpaczą: – Nie rozumiesz...
– Rozumiem – odparł spokojnie Case. – Aż za dobrze. – Lekko przesunął lufę pistoletu. – Odsuń się od pojazdu.
– Nie zdołasz tego powstrzymać. Już się zaczęło. Ofiara...
– Została odwołana, tu i teraz. Odsuń się od pojazdu.
Ian przez chwilę tylko spoglądał na Case’a, a potem na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
– Myślałeś, że zamierzam ich zabić – szepnął ochryple, z niedowierzaniem. – Sądziłeś, że zamierzam zabić moich towarzyszy...
– A co miałem pomyśleć? – warknął Case. – Wywiozłeś ich z obozu. Chciałeś złożyć ofiarę, a potem ruszyłeś do nich z nożem w ręku. Sam powiedz, jakie powinienem wyciągnąć wnioski!
Botanik rozchylił palce i nóż upadł mu pod nogi.
– Chciałem ich uwolnić – powiedział. – Przywiozłem ich tutaj, żeby nie stała im się krzywda... dowódco.
Case pokręcił głową.
– Zapominasz, że byliśmy tutaj. Słyszeliśmy twoje słowa: „Ofiaruję ci krew Ziemi...”.
Urwał i oniemiał. Ujrzał oczy tego człowieka i kryjące się w nich szaleństwo.
I zrozumiał.
O mój Boże...
Niebo na wschodzie rozjarzyło się łuną pożogi. Case odwrócił się twarzą w tym kierunku i podmuch potwornej eksplozji wycisnął mu powietrze z płuc. Osiem kilometrów dalej płomienie z rykiem tryskały w górę, rozświetlając niebo blaskiem tysiąckrotnie jaśniejszym od błyskawicy. Zrozpaczony Case zachwiał się, gdy owiał go gorący podmuch, niosący smród spalenizny.
– Ty głupcze! – syknął dowódca. – Ty przeklęty głupcze!
Statek. Widział go oczami duszy, nie dumną ceramiczną kapsułę lądownika, lecz poszarpaną i poczerniałą skorupę, chmurę popiołu i dymu, w jaką zmienił się sprzęt komputerowy, laboratoryjny i biologiczny... Płomienie unoszące się nad morzem magmy, jeziorem stopionego metalu, w którym szybko tonęły wszystkie ich nadzieje, wspomnienia i sny... całe ich dziedzictwo. Wszystko przepadło. Wszystko.
Roniąc z oczu gorące łzy, zdołał utrzymać się na nogach. Wokół opadał płonący pył, kawałki metalu i plastiku zwęglone straszliwym wybuchem. Case osłonił dłonią oczy i dostrzegł Iana Caskę – z rękami złożonymi jak w modlitwie i straszliwą ekstazą na twarzy. Wycelował i strzelił. Raz, dwa, tyle razy, ile miał pocisków w magazynku, aż iglica bezsilnie trzasnęła w pustej komorze. Nawet wtedy wciąż naciskał spust. Nie był w stanie opanować wściekłości i nawet widok podziurawionej kulami piersi i czaszki botanika nie pohamował szalejącej w nim furii i rozpaczy.
Dopiero Lise chwyciła go za rękę i wyjęła mu pistolet z drżącej dłoni. Jasne włosy miała przyprószone popiołem, a policzek, w który uderzył ją odłamek, zakrwawiony.
– Straciliśmy go – szepnął ochryple Case. – Straciliśmy wszystko. Zdajesz sobie z tego sprawę? Wszystko, co mieliśmy...
Jak zawsze pragmatyczna, szepnęła:
– Mamy jeszcze obóz. Kilka pojazdów. Dwa generatory...
Pokręcił głową.
– To za mało. Nie zdołamy ich naprawić. O mój Boże, Lise... – Trzęsły mu się ręce. Płonący odłamek upadł na ziemię przed nim i zgasł w ­wilgotnej trawie. Case usiłował zebrać myśli, ułożyć jakiś plan. Czyż nie to było jego obowiązkiem? – Będziemy musieli spisać wszystko, co wiemy. Wszystkie dane, jakie zdołamy sobie przypomnieć... zanim ludzie zapomną. Przelać je na papier, zapisać wszystko, co wiemy...
– Nie zechcą tego robić. – Powiedziała to cicho, ale gdy tylko te słowa padły z jej ust, zrozumiał, że ma rację. – Przede wszystkim będą potrzebowali broni. Bezpieczeństwa. Nie zechcą tracić czasu na zapisywanie suchych faktów, kiedy coś może ich pożreć.
– To nie jest strata czasu...
– Ja to wiem. I ty także. Tylko czy oni to rozumieją?
Zamknął oczy. Odgłos eksplozji odbijał się echem w jego mózgu rytmicznym pulsowaniem niepowetowanej straty.
– A zatem utracimy wszystko, co mamy – wyszeptał. – Wszystko, czym jesteśmy.
Nic nie potrafiła na to odpowiedzieć. Mogła go tylko objąć, podczas gdy niebo zapełniło się czarnym popiołem ich marzeń. Pyłem całopalnej ofiary Caski, pozostałością ich ziemskiego dziedzictwa.
W blasku ognia wyglądało jak krew.


ZIEMIA OBIECANA

1
Raport Damiena Kilcannona Vryce’a, Rycerza Złotego Płomienia, Ascendentnego Bractwa Ziemi-Gwiazdy.
Do Patriarchy Jaxoma IV, Ojca Świętego Wschodnich Krain, Strażnika Praw Proroka.
Podpisany i zapięczętowany piątego dnia marca, roku 1247 po Ofierze.
Przewielebny Ojcze!
Z radością zmieszaną z niepokojem piszę do Ciebie piątego dnia marca, z portowego miasta Sattin. Z radością, ponieważ mogę w końcu donieść, iż nasza misja w krainie rakhów zakończyła się sukcesem. Okrutna czarodziejka, która wysysała z tego rejonu życie i siły została odesłana przed oblicze Stwórcy, a hordy jej sług również zostały rozbite. (Dzięki Bogu, który pozwala na takie zwycięstwa!). Z niepokojem, gdyż doszedłem do przekonania, iż coś znacznie groźniejszego zwróciło w końcu swe spojrzenie na krainy ludzi. I obawiam się, że nasze niedawne zwycięstwo, z takim trudem wywalczone, może okazać się zaledwie wstępem do o wiele krwawszej bitwy.
Pozwól jednak, że po kolei zdam Ci sprawę z wydarzeń.
Opuściliśmy Jaggonath piątego października 1246 roku, we troje: ja, mistrzyni Wiedzy Ciani z Faraday oraz jej dobry przyjaciel i asystent, Senzei Reese. Zapewne pamiętasz, iż ta dama została zaatakowana w jej pracowni przez trzy podobne do demonów stwory, które swą obrzydłą Sztuką pozbawiły ją pamięci i cennych umiejętności. Ustaliliśmy, że te stwory nadeszły z ziemi rakhów i zechcą tam powrócić. Postanowiliśmy pojechać za nimi do tego tajemniczego kraju i zniszczyć je, uwalniając w ten sposób damę od ich złowrogiego wpływu, a krainy ludzi od zagrożenia.
Wiesz, że skierowaliśmy się do Kale, zamierzając wynająć tam łódź i przeprawić się z tego portu do krainy rakhów. Taka wyprawa oznaczała pięć dni męczącej podróży, lecz nocami byliśmy względnie bezpieczni w warowniach. Ponieważ nasi wrogowie najwyraźniej prowadzili nocny tryb życia, w tym czasie nie groziło nam niebezpieczeństwo. Podczas podróży kilkakrotnie udzielałem pomocy jako kapłan i uzdrowiciel. Pewnego dnia, po tragicznej śmierci młodego chłopca, spotkałem człowieka, który od tej pory miał nam towarzyszyć, niejakiego Geralda Tarranta.
Jak mam opisać człowieka, który później odegrał tak ogromną rolę w naszym przedsięwzięciu? Elegancki. Wyniosły. Ujmujący. Niebezpieczny. Pozbawiony wszelkich skrupułów. Załączam rysunek jego postaci, ale żaden szkic nie odda istoty rzeczy. Co do jego motywów... Pozwolę sobie rzec, iż uważam go za zdolnego do zaaranżowania tej sytuacji – torturowania dzieciaka, aż dusza nieszczęśnika opuści ciało, pozostawiając pustą powłokę – tylko dlatego, by zobaczyć klęskę uzdrowiciela.
Chociaż dysponował wielką mocą – a może z powodu tego – staraliśmy się go unikać, dopóki mogliśmy. Jednakże w Kale okazało się to niemożliwe. Prądy fae były tam zbyt silne i groźne, aby którekolwiek z nas mogło użyć Sztuki, co oznaczało, że nie mogliśmy dłużej wykorzystywać fae ziemi do lokalizowania nieprzyjaciół. Ponadto nie znaliśmy miejscowych zwyczajów, co okazało się dodatkowym utrudnieniem. W końcu, pomimo złych przeczuć, byliśmy zmuszeni polegać na Tarrancie i muszę przyznać, że oddał nam wówczas znaczne usługi.
We czwórkę popłynęliśmy do portu Morgot, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć łódź i kapitana, który spełni nasze życzenia. Wtedy spadło na nas nieszczęście. Wrogowie zastawili na nas zasadzkę, podwoiwszy swoje siły, po tym jak otrzymali posiłki, ale dzięki Bogu udało nam się odeprzeć atak. Gdy jednak opadł kurz, odkryliśmy, że w wyniku potyczki w Morgot stanęliśmy przed znacznie groźniejszym przeciwnikiem w osobie naszego tajemniczego kompana. Podczas bitwy Tarrant zaatakował Ciani, brutalnie pozbawiając ją resztek sił i pamięci. Kiedy próbowaliśmy jej pomóc, powalił nas i porwał ją, gdy leżeliśmy bezsilni, w głąb Zakazanej Puszczy, siedziby istoty zwanej Łowcą.
Ruszyliśmy z Senzeim za nim – ranni, wyczerpani, lecz zdecydowani uratować Ciani, zanim odda ją Władcy Puszczy. Wjechaliśmy w tę mroczną krainę, gdzie drzewa splatają się tak ciasno, że słońce nigdy nie oświetla ziemi, gdzie wszystko co żywe – lub półżywe, niezupełnie martwe – istnieje tylko po to, by służyć straszliwemu tyranowi. W końcu dotarliśmy do cytadeli w sercu Puszczy, czarnej twierdzy wzorowanej na zamku Merentha, siedziby Łowcy i jego sług. Tam, ku naszemu zdumieniu, odkryliśmy prawdziwą tożsamość naszego kompana...
Pragnąłbym znaleźć delikatniejsze słowa, Wasza Świątobliwość, które złagodziłyby cios, jakim będzie ta straszliwa wiadomość. Chciałbym, aby takie słowa istniały. Pozwól, że powiem po prostu: stwór znany Ci jako Łowca, który dla rozrywki poluje na kobiety i stworzył to okropne królestwo Zakazanej Puszczy, niegdyś był znany pod innym nazwiskiem. To neohrabia Merenthy, Gerald Tarrant. Prorok naszej wiary.
Tak, Wielebny Ojcze, Prorok nadal żyje – jeśli można nazwać życiem taką potworną egzystencję. Założyciel naszego Kościoła tak bardzo obawiał się śmierci, że w końcu zaprzedał swoją duszę za nieśmiertelność, a teraz tkwi uwięziony w tym pozagrobowym świecie między życiem a śmiercią, przez cały czas walcząc o utrzymanie równowagi. Jakiż człowiek mógłby w ten sposób przetrwać wieki, nie mogąc żyć ani umrzeć, zawdzięczając swoje istnienie praktykom tak okrutnym, że legendy opisują go jako demona? Wyczuwam w nim nadal tlącą się iskrę człowieczeństwa, ale głęboko ukrytą. On zaś wierzy – może słusznie – że okazanie ludzkich uczuć oznacza dla niego pewną śmierć. A piekielni sędziowie nie słyną ze współczucia.
Nie chciał dłużej ukrywać swego nazwiska i dumnie nam je wyjawił, sycąc się naszym zmieszaniem. Twierdził nawet, iż nadal służy Kościołowi, chociaż nie mam pojęcia, co przez to rozumiał. Powiedział, że pozwoli nam opuścić Puszczę i kontynuować wyprawę. Ponadto oznajmił, że przyłączy się do nas i będzie nam towarzyszył, dopóki krzywdziciele lady Ciani nie zostaną unicestwieni. Tłumaczył swoje pobudki, używając takich słów, jak „honor” i „obowiązek”, lecz kryło się pod nimi coś innego. Łowca przestrzega swoistego kodeksu, który po części opiera się na honorze i próżności, a także na tradycjach Odnowicieli – i używa go jako tarczy broniącej resztek jego człowieczeństwa. Ten kodeks, wyjaśnił, teraz związał go z nami – najwidoczniej wbrew jego woli. Oddał swą złowrogą moc na nasze usługi, dopóki nie uwolnimy Ciani spod wpływu prześladowców. Nie mieliśmy w tej kwestii nic do powiedzenia.
Gdybym był sam, może sprzeciwiłbym się temu. Sam być może wolałbym bez broni stawić czoło naszym wrogom niż sprzymierzyć się z taką złowieszczą mocą. Jednak nie byłem sam, a moi towarzysze nie podzielali mojej odrazy. Jeszcze nigdy tak wyraźnie nie zdawałem sobie sprawy z przepaści dzielącej nas, synów Kościoła, z rzeszą pogan. Chciałbym znaleźć sposób, by wyjaśnić im, że lepiej umrzeć, mając czystą duszę, niż plamić się takim grzechem. Moi towarzysze jednak bardziej pragnęli wykorzystać jego moc, niż obawiali się jej natury, i w końcu byłem zmuszony spełnić życzenie Łowcy.
We czwórkę podążyliśmy na wschód, do portu Sattin – podróżując nocami, ponieważ słońce jest zabójcze dla wiecznego ciała Łowcy. Tam gdzie wody Żmii zwężają się tak, że można niemal dostrzec drugi brzeg, znaleźliśmy kapitana skłonnego zaryzykować i przewieźć nas na skalisty brzeg krainy rakhów. Jednak nie było to jedyne niebezpieczeństwo, jakie tam na nas czyhało. Ziemie rakhów otacza bariera, za którą nie działa Sztuka. Człowiek przekraczający ten Baldachim, podlega działaniu dziwnej, chaotycznej siły, doprowadzającej niemal do utraty zmysłów... Wystarczy powiedzieć, że wciąż prześladują mnie okropne wspomnienia tego rejsu. Przeprawiliśmy się i szczęśliwie wylądowaliśmy na brzegu krai­ny rakhów, za co dziękuję Bogu, gdyż był to nie lada cud.
Ruszyliśmy na zachód tym skalistym wybrzeżem, do ujścia rzeki Achron. Tam skręciliśmy na południe, w głąb lądu. Podróżowaliśmy po górzystym terenie, co kosztowało nas wiele trudu, a ponadto nabieraliśmy pewności, że ktoś – lub coś – nas obserwuje. Kilka nocy później nastąpiło trzęsienie ziemi, które miało katastrofalne skutki: dwa z naszych koni zginęły i gdyby nie pomoc Tarranta, utonąłbym w bystrzynach Achronu. Jeszcze gorsze było to, że w decydującej chwili pozostaliśmy bezbronni, ponieważ właśnie wtedy zaatakowali nas rakhowie.
W bibliotece Waszej Wielebności znajdują się informacje o pochodzeniu tych drapieżników. Załączam kilka szkiców obrazujących ich obecny wygląd. Chociaż ewolucja zmusiła ich do przyjęcia ludzkiego kształtu, nie są naprawdę ludźmi. Ich inteligencja, która dorównuje naszej, wydaje się toczyć nieustanne zmagania ze zwierzęcym dziedzictwem, czyniąc ich nieprzewidywalnymi i często gwałtownymi. Nigdy nie zapomnieli tego, co uczynił – lub zamierzał im uczynić – człowiek, i wspomnienie tej rzezi pozostaje w ich pamięci tak świeże i realne, jakby próba zagłady ich gatunku miała miejsce zaledwie kilka dni temu. Prawdę mówiąc, zostaliśmy przy życiu tylko dlatego, że ich ciekawość na chwilę przezwyciężyła gniew i zabrali nas jako jeńców do swego obozu. Do tego listu dołączyłem notatki na temat tego obozowiska oraz trochę obserwacji dotyczących ich społeczności. Prosiliśmy, żeby nas puścili, a władająca naszym językiem kobieta z kasty khrastów tłumaczyła nasze słowa, ale jak można walczyć z tak głęboko zakorzenioną nienawiścią? W końcu uratował nas cel naszej wyprawy, ponieważ demony, które ścigaliśmy, uderzyły również tam, a okaleczone dusze, które pozostawiły za sobą, spoglądały na nas pustymi oczyma rakhów, przez zasłonę rakhijskich łez. Wykonując naszą misję, mogliśmy się przysłużyć także im.
Przydzielili nam przewodnika, należącą do kasty khrastów kobietę imieniem Hesseth. Nasza współpraca układała się z trudem, szczególnie ze względu na mordercze skłonności Tarranta. Jednak przewodniczka poprowadziła nas przez rozległe równiny ziemi rakhów, negocjując po drodze z różnymi wrogo nastawionymi plemionami, i szybko zrozumieliśmy, że bez niej nigdy nie zdołalibyśmy tamtędy przejechać. Nie w obliczu nienawiści żywionej od tylu wieków przez tak liczne i nieprzyjazne plemiona.
Wiedzieliśmy już, że ścigane przez nas demony sprzymierzyły się z czarownikiem-człowiekiem i robiliśmy co w naszej mocy, żeby go zmylić. Przez jakiś czas udawało nam się to, a potem, pośród okrytych śniegiem gór ziemi rakhów, zaatakował nas. Senzei Reese oddalił się od nas i zginął okropną śmiercią – niechaj jego dusza zazna spokoju w tym pogańskim życiu pozagrobowym, jakie dla siebie stworzył. Tarrant o włos uniknął śmierci i w końcu tylko wspólne działanie oraz siła Świętego Ognia, który mi powierzyłeś, pozwoliła nam dotrzeć do granic włości naszego wroga.
Tam, za radą Hesseth, poszukaliśmy pomocy u miejscowego plemienia rakhów, których przodkowie w czasach drastycznych zmian klimatycznych (prawdopodobnie małej epoki lodowej siódmego wieku) zeszli pod ziemię, gdzie od tego czasu pozostawali. Przesyłam notatki i liczne rysunki. Zauważysz, iż całkowicie przystosowali się do mrocznego środowiska i teraz niewiele przypominają ich żyjących na powierzchni pobratymców. To dowodzi, jak szybko postępuje ewolucja na tej planecie, kiedy nie przeszkadza jej człowiek.
Wykorzystując ich podziemne korytarze, dotarliśmy na nieprzyjacielskie terytorium. Tam dowiedzieliśmy się, że przywódcą krzywdzicieli Ciani był człowiek, ogarnięta żądzą władzy kobieta „ze wschodu”, która więziła adeptów i żerowała na ich duszach, przez ich cierpienia filtrując moc ziemi. W końcu obróciliśmy to szaleństwo przeciwko niej, wykorzystując jej obsesję, by ukryć nasze zamiary i wyzwalając całą związaną przez nią siłę. Nastąpiło trzęsienie ziemi, które zniszczyło jej twierdzę i zabiło wiele jej sług, a fala fae ziemi, jaka zawsze towarzyszy takim wstrząsom, utopiła ją w zabójczym nadmiarze tej mocy, której tak bardzo pożądała czarodziejka.
Dzięki łasce Boga i sile Świętego Ognia, Ciani, Hesseth i ja uszliśmy z życiem z ruin cytadeli tej szalonej kobiety. Łowca miał mniej szczęścia. Zmuszony wybierać między nieuchronną śmiercią z rąk naszych wrogów i prawie pewną w promieniach słońca, zdecydował się na to drugie i uwolnił nas z pułapki, poświęcając własne życie. Niech Bóg obdarzy mnie taką odwagą w ostatnich chwilach mego życia, abym równie godnie potrafił stawić czoło mojemu losowi. Dzięki poświęceniu Tarranta Ciani w końcu była wolna i odzyskała wszystkie swoje poprzednie umiejętności. Rozpoczęliśmy długą podróż powrotną do domu, do krain ludzi.
Chciałbym, aby mój list w tym miejscu się kończył.
W chwili, gdy kreślę słowa tego raportu, rakhowie polują na ostatnie z tak zwanych „demonów”, wyzwalając swą ziemię spod ich wpływu. Tyle że nie były to demony, Wasza Świątobliwość. To Hesseth odkryła prawdę, że nasi wrogowie w rzeczywistości byli rakhami, przeistoczonymi w monstra przez czyjś złowrogi wpływ. Jakaż istota celowo zmodyfikowała tubylczy gatunek, tłumiąc jego naturalne odruchy i zmuszając go do żerowania na duszach innych? I jaki miała cel, ograniczając je do prowadzenia nocnego trybu życia, tak że słoneczne promienie stały się dla nich zabójcze? Obawiam się odpowiedzi na te pytania, Wasza Świątobliwość. Jakieś zło zakorzeniło się na wschodzie, od wieków trawione głodem, cierpliwie zmieniające dzieło samej Natury – i musimy szybko rozprawić się z tym przeciwnikiem, zanim wyciągnie wnioski ze swej ostatniej klęski. Zanim będzie miał szansę kontrataku.
Wyruszam na wschód, do portów wybrzeża, aby poszukać przeprawy przez Nowatlantydę. Ciani mówi, że w jej rodzinnym mieście są marynarze, którzy za odpowiednią cenę zaryzykują taką podróż, oraz sponsorzy, którzy ją sfinansują, jeśli dostrzegą potencjalne korzyści. Sądzę, że zdołam zebrać załogę. W przeszłości pięć wypraw próbowało przeprawić się przez ocean i być może niektóre z nich zdołały znaleźć bezpieczny port na tych niespokojnych wodach. Jeśli tak, to modlę się, aby Bóg ochronił ich przed czyhającym tam złem i uczynił ich naszymi sprzymierzeńcami. Jeśli nie... wtedy bitwa będzie znacznie zacieklejsza, Wasza Świątobliwość. Czyż nie Ty powiedziałeś, iż czasem jednemu człowiekowi może się udać tam, gdzie nie podoła cała armia ludzi?
Hesseth popłynie ze mną. Mówi, że to jej prawo i obowiązek. Z podziwem patrzę na taki przejaw altruizmu – być może rakhijskiego, a zarazem typowo ludzkiego. Natomiast co do upadłego Proroka... Ten o włos uniknął śmierci i sam nie wiem, czy za to dziękować, czy też żałować, że świat musi nadal cierpieć jego istnienie. Gdybym zdołał wykorzystać dla naszych celów taką moc, jaką on dysponuje, nasze szanse sukcesu wzrosłyby tysiąckrotnie.
„Każ złu służyć słusznej sprawie – pisał Prorok – a na zawsze zmienisz jego naturę”. Modlę się, aby w jego przypadku tak się stało.
Tak więc, Wasza Świątobliwość, gdy tylko zapieczętuję ten list (i znajdę godnego zaufania posłańca, co w tym mieście nie jest łatwe), wyruszę do Faraday. Jeśli dopisze mi szczęście, znajdę statek i załogę gotową wypłynąć na wiosnę, przed nadejściem sztormów. Muszę jednak działać szybko. Proszę Waszą Świątobliwość o błogosławieństwo, jeśli nie dla mnie, to dla mojego przedsięwzięcia. Głęboko żałuję, że nie mogę wrócić do Jaggonath i poprosić o nie osobiście, uklęknąć przed Tobą zgodnie z tradycją zakonu i odnowić moje śluby przed podróżą, ale nie pozwala mi na to brak czasu. Kto wie, jakie nowe zło może spłodzić chory umysł istoty, która żywi się okaleczonymi duszami? Wiem, że zaaprobowałbyś moją misję i usprawiedliwił ten pośpiech, gdybyś mógł. Tak więc zapieczętuję ten list i wyślę go do Jaggonath, dołączając doń wszystkie informacje, jakie zebrałem w ciągu ostatnich miesięcy. Niechaj dobrze Ci służą. Jeśli Bóg pozwoli, wrócę i osobiście je uzupełnię.
Pozostając Twoim i Jego posłusznym sługą,
Damien Kilcannon Vryce
R.Z.P., A.B.Z.G.

***

Niczym uosobienie gniewu, w milczeniu i gwałtownie Ojciec Święty Jaggonath przeszedł od biurka do okna i z powrotem. Ledwie zerknąwszy na Damiena, ponownie podjął tę wędrówkę. Kroczył sztywno, w powiewnej szacie, rozwiewającej się jak chorągwie na wietrze.
W końcu tamy puściły.
– Jak śmiesz – syknął. Nie mówił głośno, ale tak gniewnie, że wprost ogłuszająco. – Jak śmiesz wyruszać samowolnie, przysyłając mi coś takiego... jakby miało mi to wystarczyć!
Oskarżycielskim gestem trącił leżący na biurku pakiet. List od Damiena. Jego notatki. Prawie dwucentymetrowej grubości stosik notatek z podróży po krainie rakhów. Zapiski na temat Łowcy.
– Jakby papier miał cię uwolnić od twoich obowiązków! Jakby notatki i rysunki mogły zastąpić właściwą procedurę!
– Wasza Świątobliwość. – Damien przełknął ślinę, powstrzymując rosnący gniew. Z trudem zmuszał się, by mówić spokojnie, i powstrzymywał wybuch oburzenia. Z pewnością nie zasłużył na takie traktowanie. Wiedział jednak, że częściowo odpowiadała za to otaczająca ich fae, której prądy zostały zmienione przez Patriarchę i usiłowały sprowokować Damiena do wybuchu. Mimo to świadomość tego wcale nie ułatwia mi sprawy, pomyślał ponuro. Gdyby uległ i dał się sprowokować – lub jeszcze gorzej, gdyby odważył się użyć osłony w obecności Patriarchy – byłoby to równoznaczne z zawodowym samobójstwem. Dlatego mówił spokojnym, cichym, a nawet pokornym głosem. – Proszę, byś rozważył...
– Już rozważałem – przerwał mu ostro Patriarcha. – Przez całe tygodnie. Od kiedy otrzymałem twoją pierwszą wiadomość. Nieustannie rozważałem i sytuacja wydawała mi się coraz gorsza. – Z drwiącym zdumieniem pokręcił głową. – Naprawdę sądzisz, że nie odgadnę, co zamierzałeś? Myślałeś, że nie zrozumiem, dlaczego przysłałeś ten list?
– Czułem, że mogę nie wrócić – odparł Damien. – Pomyślałem, że powinieneś znać wszystkie fakty na wypadek, gdyby Łowca powrócił beze mnie i gdybyś musiał się z nim rozprawić...
Niebieskie oczy mierzyły go nieubłaganym spojrzeniem.
– Nie o to chodzi i dobrze o tym wiesz. Chodzi o to, że nie wróciłeś tutaj. O ignorowanie mojego autorytetu. Nie chodzi o to, czy przysłałeś mi raport, czy nie, ale o to, że wysłałeś go, zamiast przybyć tutaj osobiście. I myślę, że obaj wiemy, dlaczego to zrobiłeś.
Oskarżenie, wyraźne i dobitne. Damien zacisnął pięści. Serce zaczęło mu bić tak mocno, że nie mógł się skupić. Był o krok od tego, by wszystko stracić. Wszystko. Wystarczy, że powie niewłaściwe słowo, użyje niezręcznego kłamstwa, a zawali się całe jego życie. Patriarcha dysponował taką władzą.
– Czas był niezwykle istotnym czynnikiem – rzekł w końcu Damien, starannie dobierając słowa. – Usiłowałem wyjaśnić to w moim liście. Zamierzałem...
Patriarcha przerwał mu machnięciem ręki.
– Zamierzałeś, wielebny Vryce, uniknąć osobistego kontaktu ze mną. Myślisz, że nie wiem dlaczego? Obawiałeś się, że jeśli poprosisz o urlop na załatwienie tej sprawy – co powinieneś uczynić wedle nakazów hierarchii naszego Kościoła – odmówię ci go. I słusznie. – Zimnym i przeszywającym jak magiczny ogień spojrzeniem mierzył kapłana. – A może obawiałeś się, że pozwolę ci wyruszyć... ale zażądam, byś wybrał sobie lepszych sprzymierzeńców.
Damien powoli zaczerpnął tchu i pomyślał: No tak. A więc o to chodzi. Nie o to, że nie wrócił do Jaggonath, ani o jego raport, a nawet nie o to, że działał bez zgody zwierzchnika... Tylko o to, że zechciał podróżować z jednym z najgorszych demonów tego świata. Ze złem tak subtelnym i wyrafinowanym, że mogło skazić nawet duszę kapłana i jego marzenia. A poprzez tego kapłana być może także Kościół.
Czy to możliwe? Czyżby ten proces już się zaczął, gdzieś w głębi jego duszy, gdzie nie chciał zaglądać? Oczami wyobraźni ujrzał uśmiech na twarzy Łowcy i kroplę krwi w kąciku jego ust. Wzdrygnął się na wspomnienie tego zła, tego budzącego zgrozę kontaktu. Jednak Gerald Tarrant posiadał moc, a oni po prostu jej potrzebowali. Wykorzystanie jej, mówił sobie, jest warte każdej ceny. Nawet ryzyka moralnego zepsucia.
A może nie?
Musimy mieć go po naszej stronie, powtarzał sobie. W przeciwnym razie opanuje nas jeszcze większe zło. Czy to nie usprawiedliwia takiego przymierza?
Nagle jednak nie był tego taki pewny. Nagle nie był pewny niczego. Łatwo mu było o tym mówić, kiedy od kilku miesięcy nie widział Geralda Tarranta. Jednak słowa Patriarchy, wzmocnione przez fae, obudziły żywe i przerażające wspomnienia. Dusza Łowcy, stykająca się z jego duszą. Zło, wkradające się w najgłębsze zakamarki jego serca, duszy i wiary. Pozostawiające skazę, tkwiącą tam jak zadra; wspomnienie łączącej ich siły. Co powiedziałby na to Patriarcha? Gdyby wiedział, że Damiena i Łowcę połączyła taka dozgonna więź?
– Uczyniłeś to ze strachu – oskarżył go Patriarcha. – Czyż nie? Obawiałeś się, że przejrzę twoje kłamstwa...
– To nie były kłamstwa...
– A więc półprawdy! Uniki. Niedopowiedzenia. Wychodzi na to samo, Vryce! – Uderzył pięścią w raport. – Napisałeś, że Senzei Reese umarł, ale nie wyjaśniłeś w jaki sposób! Nie wspomniałeś, że w ostatnich chwilach swego życia zniszczył świętą relikwię, którą ci powierzyłem. Zmarnował skarb z naszej przeszłości. Zmarnował! A ten Łowca...
– Mogę wyjaśnić...
– Co? Że połączył was los? Że przez wzgląd na wasze partnerstwo nie grzeszył w twojej obecności? – Oczy Patriarchy spoglądały oskarżycielsko, palące jak zimny ogień Łowcy. – Uratowałeś mu życie – ­kontynuował Patriarcha. – Kiedy wrogowie go pochwycili, spętali i skazali na śmierć, uwolniłeś go. Ty. Myślałeś, że się nie dowiem? – zapytał. – Czy dlatego przysłałeś mi ten... ten... – Usiłował znaleźć odpowiednie określenie i w końcu wykrztusił: – Tę parodię raportu? W nadziei, że nigdy nie poznam prawdy?
Damien rozpaczliwie usiłował znaleźć jakieś słowa – protestować, prosić... cokolwiek – ale jak miał odpowiedzieć na taki zarzut? Kiedy pisał to sprawozdanie (ślęcząc nad każdym słowem, tysiąc razy zastanawiając się nad każdym zdaniem), nie spodziewał się, że Patriarcha pozna prawdę. Teraz jednak zrozumiał, że go nie docenił. Patriarcha był urodzonym magiem, chociaż o tym nie wiedział. Tak więc fae, naginająca wedle jego woli reguły prawdopodobieństwa, zesłała mu kogoś, kto poinformował go o wszystkim. Damien powinien był to przewidzieć. Powinien się przygotować...
– Uratowałeś mu życie – powtórzył Patriarcha potępiająco i z osobistą urazą. – Dla niego zdradziłeś twoją wiarę i lud. Oraz samego Boga, który osądzi nas wszystkich! Teraz jesteś odpowiedzialny za każdy zły uczynek, jaki popełni Łowca, zanim spotka go zasłużona kara. Rany, jakie za jego przyczyną odniósł Kościół, na nowo zaczną krwawić, ponieważ go ocaliłeś. Ponieważ umożliwiłeś mu dalszą egzystencję.
Wojowniczo ruszył naprzód. Zaskoczony Damien cofnął się odruchowo. Gruba wełna białej szaty plątała mu się wokół kostek. Gruby złoty kołnierz, symbol Porządku Złotego Płomienia, kłuł go w szyję końcami rzeźbionych płomieni. Damien czuł na karku zimny dotyk metalu. Dlaczego go włożył? Czyżby sądził, że ten symbol osłoni go przed gniewem Patriarchy? Jeżeli tak, to bardzo się pomylił.
– W imieniu Jedynego Boga – oznajmił Patriarcha – sprawuję władzę nad tą ziemią i nad tobą. – Zamilkł na chwilę, pozwalając, by ten fakt zapadł Damienowi w pamięć. – I w imię boże zamierzam z niej teraz skorzystać. W imieniu tysięcy tych, którzy oddali życie dla odkupienia tego świata, przekładając śmierć nad upadek. W imię męczenników naszej wiary, którzy służyli Kościołowi w najczarniejszych godzinach i nigdy nie zachwiali się w swej wierze, choć stawali w obliczu straszliwszych niebezpieczeństw, niż ty czy ja możemy sobie wyobrazić. W imieniu tych, wielebny Damienie Vryce, oraz przez wzgląd na ich najświętszą pamięć, zwalniam cię teraz ze służby...
Damien rozpoznał słowa ceremonii i przestraszył się.
– Ojcze Święty, nie...
– W ich imieniu usuwam cię teraz ze społeczności kapłanów oraz Porządku, którego jesteś...
– Nie...!
Patriarcha wyciągnął rękę i zanim Damien zdążył zareagować, zacisnął palce na złotym kołnierzu.
– Damienie Kilcannonie Vryce, niniejszym usuwam cię z łona naszego Kościoła oraz wszystkich jego zakonów, teraz i na zawsze.
Mocno szarpnął, z siłą jaką nadaje tylko wściekłość. Metal skaleczył do krwi kark Damiena, zanim ozdobne ogniwa pękły. Patriarcha zabrał mu kołnierz, rzucił na podłogę i gniewnie zdeptał obcasem delikatny naszyjnik.
– Nie nadajesz się do naszej społeczności – powiedział. – A może nawet do żadnej innej – dodał jadowicie.
Damien przez chwilę spoglądał na Patriarchę, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Ogarnęła go rozpacz i poczucie bezsilności. Co mógł na to powiedzieć? Patriarcha sprawował absolutną władzę. Nawet Święta Matka, Matriarcha zachodnich krain, musiała uszanować i respektować taką decyzję. Co oznaczało, że nie Damien był już kapłanem. A to z kolei oznaczało, że był... nikim. Ponieważ nagle uświadomił sobie, że poza Kościołem właściwie nie istnieje. Cała jego osobowość była zdefiniowana przez słowa Proroka, przez kościelną hierarchię.
Co teraz zrobi? Kim będzie? Ściany wydawały zamykać się wokół niego i z trudem łapał oddech. Krew płynęła mu z ran na karku i spływała na ramiona, plamiąc białą szatę. Tworzyła czerwoną plamę w kształcie kołnierza. Dlaczego włożył ten symbol, który zwykle tak rzadko nosił? Co go skłoniło do takiego kroku? Zazwyczaj gardził takimi...
Zazwyczaj?
W głowie miał zamęt. Z trudem usiłował pozbierać myśli.
Coś jest nie tak. Jakoś. Nie tak...
Próbował przypomnieć sobie, jak doszło do tego spotkania, ale nie zdołał. Przeszłość była mroczną otchłanią, teraźniejszość morzem rozpaczy. Nie mógł się skupić.
Jak się tu dostałem? Po co przyszedłem?
Obrazy zaczęły rozmywać mu się w oczach: kołnierz i Patriarcha. Białe szaty, jakich nigdy nie nosił. Oraz jakiś fakt, kryjący się za tym wszystkim, coś, co wyczuwał, ale nie umiał zdefiniować...
To złudzenie, pomyślał. Nic więcej.
I nagle komnata zaczęła znikać. Z początku powoli, jak wystrzępiony na brzegach gobelin. Potem coraz szybciej. Leżący na podłodze kołnierz zamigotał i znikł. Szata Patriarchy, dotychczas koloru kości słoniowej, obróciła się w płomień, a potem w nicość. Komnata...
...zmieniła się w kajutę statku. Jego statku. „Złotej Chwały”.
– O mój Boże – szepnął. Serce waliło mu jak młotem, a gardło wciąż ściskał strach. Leżał przez chwilę w milczeniu, drżąc, powoli wracając do rzeczywistości, czekając, aż ta przegna przerażenie. Nasłuchując odgłosów, które łączyły go z teraźniejszością: trzeszczenia nasmołowanych desek, cichego plusku fal o dziób statku, łopotu żagli na wietrze. Kojące, znajome dźwięki. Budziły go już z podobnych koszmarnych snów, w podobne noce. Jednak tym razem nie pomagały. Tym razem trzymający go w kleszczach strach nie puszczał. Drżenie nie ustawało.
Ponieważ to było zbyt bliskie prawdy, pomyślał. Ponieważ ten koszmar może jeszcze stać się prawdą. Co pomyślał sobie Patriarcha, kiedy przeczytał jego raport? Czy wziął go za dobrą monetę, czy też przejrzał subtelny wybieg? Jakie powitanie czeka Damiena, kiedy w końcu wróci do Jaggonath?
Nie powinienem był ryzykować. Nie powinienem niczego ukrywać. Jeśli kiedyś się dowie...
Obawa legła mu na piersi ciężkim, duszącym brzemieniem. Próbował rozwiać ją logicznym rozumowaniem – jak robił to już wielokrotnie, noc po nocy w czasie tej niekończącej się podróży – lecz tym razem sam rozsądek nie wystarczał. Ponieważ ten lęk miał realne podstawy. Ten koszmar mógł się jeszcze urzeczywistnić.
Po chwili zrezygnował, wyczerpany, pozwalając, by znów całkowicie zawładnął nim strach. To był jego dar dla towarzysza podróży, który pożądliwie zaspokajał teraz swój głód. Tego, który zainspirował ten sen, a więc powinien go wykorzystać.
Niech cię szlag, Tarrancie.

***

Cicha noc. Jasna Domina nad głową, fale cicho omywające kadłub z różo­dębu. Spokój – jeśli nie w jego duszy, to przynajmniej wokół.
Podszedł do wiadra i spryskał twarz zimną odsoloną wodą, zmywając pot. Wilgotna koszula lepiła mu się do ciała i na nocnym wietrze szybko zmarzł. Dygocząc, Damien wziął wiszący na haku koc i narzucił go sobie na ramiona.
Skąpany w blasku Dominy pokład lśnił od bryzgów morskiej wody. Żagle lekko łopotały, w odpowiedzi na podmuchy bryzy. Damien przez chwilę tylko spoglądał na morze, głęboko oddychając. Czarne jak atrament fale marszczyły wody, spokojne i ciche. Damien spróbował użyć Sztuki, ale – jak zwykle – na próżno. Fae ziemi kryła się zbyt głęboko pod powierzchnią ocea­nu, żeby mógł z niej skorzystać.
Równie dobrze moglibyśmy być teraz na Ziemi, pomyślał. Tam też nie ma mocy, więc pewnie nie zauważylibyśmy różnicy. Jednak było to kulawe porównanie i dobrze o tym wiedział. Na Ziemi mknęliby po wodzie z szybkością, na jaką nigdy nie pozwoli rozwój techniki na tej planecie. Bezduszna technologia, tajemnicza moc. Tutaj, na Ernie, zgubiłaby ich jeszcze przed wypłynięciem z portu, gdy wątpliwości i obawy pasażerów wniknęłyby w wodoszczelny kadłub i zaczęły swą niszczycielską działalność. Na długo przed rozpoczęciem rejsu fae spowodowałaby pierwsze subtelne zmiany, zwiększając tarcie jednych części o siebie, zmieniając mikroskopową strukturę innych. Na Ziemi taka siła nie działała. Tutaj zgubiłaby ich wszystkich, zanim wypłynęliby z portu.
Otuliwszy się kocem, ruszył na dziób. Nie wątpił, że zastanie tam Łowcę, tak jak nie wątpił, że ten próbuje – kolejny raz – znaleźć choć ślad fae w atramentowoczarnych wodach. Więź między nimi stała się tak silna, że czasami przypominała telepatię. I chociaż Łowca zapewniał, że to wrażenie ustąpi z czasem, gdyż przy braku prądów fae każdy ślad mocy wydaje się tysiąckrotnie silniejszy, Damiena prześladowała myśl, że to złowrogie oddziaływanie będzie musiał znosić do końca życia.
Sam mu to zaproponowałeś.
Tak, ale nie miałem innego wyboru.
Tarrant stał na dziobie statku niczym dumna i elegancka figura dziobowa. Nawet po pięciu miesiącach podróży wyglądał równie czysto i świeżo jak tej nocy, gdy wypłynęli z Faraday. To nie lada osiągnięcie w krainie pozbawionej fae ziemi, pomyślał Damien. Ile cennej energii zużył Łowca na utrzymanie swego wizerunku? Podchodząc bliżej, spostrzegł, że Tarrant wyjął miecz i jedną dłoń zaciska na jego zimnym ostrzu. Wchłaniał fae tej broni, aby podtrzymać swoje życie. Nawet z daleka Damien widział, że ten złowrogi blask, niegdyś oślepiający, przygasł do mglistej poświaty. Kapłan zdołał podejść na odległość metra, zanim zimny ogień zaczął ścinać w lód krople wody na jego dłoniach. Zasoby złowrogiej energii, jakie niegdyś zawierała ta broń, teraz były na wyczerpaniu.
Tarrant odwrócił się do niego, przez chwilę nie potrafiąc ukryć swoich uczuć. W jego oczach widniał głód, mroczny i pierwotny. Potem znikł ukryty pod gładką maską i Łowca, skinąwszy głową, wepchnął zaczarowane ostrze do pochwy, gasząc jego blask. W świetle księżyca można było dostrzec, ile sił kosztowała go ta podróż. A może ta upiorna bladość była u niego czymś zupełnie naturalnym? Damien stwierdził, że nie pamięta.
Stanął obok niego, opierając się o sięgający do pasa reling. W milczeniu spoglądali na ocean. W końcu Damien mruknął:
– Ten był paskudny.
– Wiesz, że potrzebuję strachu.
– Bardziej niż ktokolwiek.
Łowca zachichotał.
– Uodporniłeś się na większość moich sztuczek, wielebny Vryce. Z początku wystarczyło mi zasiać w twoim umyśle pewne sugestie i pozwolić, by samoistnie rozwinęły się w koszmary. Teraz, jeśli chcę cię przestraszyć – na dostatecznie długą chwilę, żeby pożywić się tym strachem – muszę być bardziej... twórczy.
– Taak. Wiem – westchnął ciężko Damien. – Chciałbym tylko, żeby cię to tak cholernie nie cieszyło.
Ocean pod nimi był gładki i spokojny. Tylko łagodne wybrzuszenie i odrobina piany znaczyły miejsce, gdzie dziób „Złotej Chwały” ciął jego toń. Łowca odwrócił się i zapatrzył w wodę, szukając choć odrobiny fae.
– Widzisz coś? – zapytał w końcu Damien.
Tarrant się zawahał.
– Światełko tak słabe, że może być tylko wytworem mojej wyobraźni. Albo pierwszym zwiastunem prądu podchodzącego pod powierzchnię. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że znajdujemy się teraz nad szelfem kontynentalnym, gdzie wody są płytsze. Niedostatecznie płytkie, żeby skorzystać z fae – dodał. – Nawet dla mnie.
– Wkrótce jednak to się zmieni.
– Wkrótce – przytaknął. – A jeśli są tam ludzie...
Nie dokończył, lecz w jego głosie słychać było głód. „Nasycisz się” – dopowiedział w duchu Damien. „Torturując i zabijając kobiety, tak jak kiedyś w Puszczy. Ilu niewinnych zginie dlatego, że cię tu sprowadziłem? Ponieważ nakłoniłem cię, żebyś tu przybył?”.
Tym razem jednak ta myśl nie wywołała poczucia winy i odbiła się pustym echem, ponieważ, patrząc teraz na Łowcę, widział nie tylko istotę żywiącą się strachem innych, ale i czarodzieja, który ciałem i duszą oddał się niebezpiecznemu przedsięwzięciu. Przypomniał sobie sztorm, który przetrwali w połowie podróży, kiedy wiatr smagał pokład, a gnane nim fale przelewały się przez dziób, z huraganową siłą tłukąc w statek gniewnymi bryzgami piany. Pamiętał, jak pomyślał wtedy, iż już po wszystkim, że zaryzykowali o jeden raz za dużo i ten równikowy sztorm przed nadejściem nocy połknie statek. A wtedy pojawił się Tarrant. Odważył się wyjść, korzystając z pochmurnego dnia, chociaż skóra poczerwieniała mu od słabych promyków słońca, które przedarły się przez chmury. W szarpanych i rozdzieranych wiatrem jedwabiach, długimi palcami przytrzymując się olinowania. A potem wyciągnął miecz – ten miecz – i zrodzony ze Sztuki zimny ogień trysnął w górę, w samo serce sztormu. Następną spadającą na statek falę ściął mróz i deski pokładu pokryły się lodem. W górze jakaś lina trzasnęła z hukiem wystrzału i w kawałkach spadła na pokład, grzechocząc jak rozbite szkło. Łowca nie zwracał na to uwagi. Mróz pokrył mu włosy, tworząc jakby aureolę, gdy Tarrant pchał fae coraz wyżej i wyżej, w samo serce burzy – szukając tego jednego słabego punktu, który pozwoliłby mu odegnać sztorm lub osłabić jego siłę. Damien wiedział, że było to prawie niemożliwe zadanie, ale jeśli ktoś potrafił tego dokonać, to tylko Tarrant.
Niewiarygodne, lecz sztorm powoli słabł. Nie ustał, w żadnym razie, gdyż siły takiego żywiołu nie da się powstrzymać za pomocą Sztuki, ale zmienił swój kierunek, tak że jego centrum przeszło nieco na północ od nich. Lodowate fale przestały spadać na pokład. Porwane liny zwisały, a nie powiewały na wietrze. Tarrant natomiast...
Upadł, gdy chmury na niebie w końcu się rozeszły, przeszyte włócznią słonecznego światła. Damien chwiejnie doskoczył do niego, ślizgając się na pokrytym lodem pokładzie. Własnym ciałem osłonił Tarranta przed światłem, jednocześnie usiłując oderwać jego dłoń od olinowania. Jednak tamten zaciskał palce stalowym chwytem, tak że Damien musiał wyjąć z kieszeni nóż i przeciąć liny, żeby go uwolnić. Potem jak najszybciej zataszczył adepta pod pokład, gdy w tym czasie niebo nad głową powoli rozjaśniało się zabójczym światłem...
Patrząc teraz na Tarranta, wspominał ten dzień i myślał: Gdyby nie ty, zginęlibyśmy wszyscy. Cztery tuziny ciał gnijących na dnie morza, nie wykonana misja. Nasz wróg mógłby swobodnie realizować swoje ­zamiary. Czy to nie jest warte poświęcenia jednego życia czy dwóch? Skąd można wiedzieć? Jak to osądzić?
Spojrzenie wyblakłych oczu nie odrywało się od niego. Zimne, tak zimne spojrzenie. Sprawdzające jego reakcję. Oceniające jego duszę.
– Kiedy brałem cię na pokład, znałem cenę – rzekł w końcu Damien. Fale cicho pluskały o kadłub statku.
Da Bóg, a zdołam się z tym pogodzić.



Dodano: 2008-05-07 15:55:58
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"


 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS