NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

Zelazny, Roger - "Pan Światła" (Zysk i S-ka)

Ukazały się

Burroughs, Edgar Rice - "Zagubieni na Wenus"


 Farmer, Philip J. - "Odyseja Greena"

 Smith, E.E. Doc - "Szary Lensman"

 Saulski, Arkady - "Krew kamienia"

 McClellan, Brian - "Krew Imperium"

 Watts, Peter - "Ognisty deszcz"

 Kristoff, Jay - "Bezświt"

 Kain, Dawid - "Wszystkie grzechy korporacji Somnium"

Linki

Scalzi, John - "Wojna starego człowieka" (ISA)
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Wojna starego człowieka
Tytuł oryginału: Old Man's War
Data wydania: Maj 2008
ISBN: 978-83-7418-179-2
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 320
Cena: 29,90 zł
Rok wydania oryginału: 2005
Tom cyklu: 1



Scalzi, John - "Wojna starego człowieka" #2

ROZDZIAŁ DRUGI
Nairobi wystrzeliło spod naszych stóp i zaczęło się gwałtownie zmniejszać; podeszliśmy do ściany wyglądającej jak w szybkiej windzie (bo właśnie tym w istocie jest „pęd fasoli”) i patrzyliśmy na oddalającą się Ziemię.
– Z góry wyglądają jak mrówki! – zagdakał stojący obok mnie Leon Deak. – Jak czarne mrówki!
Odczułem silną pokusę otwarcia okna i wyrzucenia przez nie Leona. Niestety, nie było okna, które mógłbym otworzyć; „okna” pędu fasoli zbudowane były z tych samych zawierających diament kompozytów, co reszta przezroczystej platformy – przez jej ściany i sufit widać było również to, co zostawało w dole. Platforma była hermetyczna, co mogło się przydać za parę minut, kiedy znajdziemy się na takiej wysokości, że otwarcie okna spowodowałoby wybuchową dekompresję, czyli nagłe niedotlenienie tkanek i śmierć.
Tak więc Leonowi nie był pisany nagły i zupełnie nieoczekiwany powrót w objęcia Matki Ziemi. Tym gorzej. Leon przyczepił się do mnie w Chicago jak gruby, opity piwskiem i bachorami kleszcz; zdziwiło mnie, że ktoś, kogo krew w połowie składa się ze świńskiego tłuszczu, mógł dożyć wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Połowę lotu do Nairobi spędziłem słuchając jego pierdnięć i mrocznych teorii na temat rasowej struktury kolonii. Pierdnięcia były najprzyjemniejszą częścią tego monologu; nigdy dotąd tak bardzo nie zależało mi na kupieniu uprzyjemniających lot słuchawek.
Miałem nadzieję pozbyć się go, wybierając pierwszą łodygę z Nairobi. Wyglądał mi na gościa tego typu, który będzie potrzebował odpoczynku po ciężkim, całodniowym wydalaniu gazów. Nie miałem tego szczęścia. Perspektywa spędzenia następnych sześciu godzin w towarzystwie Leona i jego pierdów była ponad moje siły; gdyby platforma pędu fasoli miała okna, mógłbym przez nie wyrzucić Leona, albo wyskoczyć samemu. Zamiast tego pozbyłem się jego obecności mówiąc mu jedyną rzecz, którą mógł pojąć – powiedziałem mu, że muszę sobie ulżyć. Leon wyraził zgodę. Oddaliłem się, idąc teoretycznie w stronę toalet i rozglądając się za miejscem, w którym Leon nie mógłby mnie znaleźć.
Zadanie nie było łatwe. Platforma łodygi miała kształt obwarzanka o średnicy trzydziestu paru metrów. „Dziura” w obwarzanku, którą platforma wślizgiwała się po łodydze, miała średnicę około sześciu metrów. Lina przewodu musiała być niewiele cieńsza – mogła mieć jakieś pięć i pół metra średnicy – jak się zastanowić to niezbyt dużo jak na kabel przewożący konsolę pełną ludzi na odległość dobrych kilku tysięcy kilometrów. Pozostała część platformy zapełniona była wygodnymi lożami, w których można było siedzieć i gawędzić; były tam także małe przestrzenie, w których podróżni mogli oglądać filmy, grać w gry i jeść. Były też oczywiście specjalne miejsca przy wielu oknach, przez które widać było Ziemię, inne łodygi po bokach i Stację Kolonialną w górze.
W całości platforma przypominała hall niezłej klasy hotelu, niespodziewanie wystrzelony z wielką prędkością w stronę orbity geostacjonarnej Ziemi. To otwarcie wnętrza ze wszystkich stron stanowiło jednak pewien problem – trudno było się tu ukryć. Na pierwsze wystrzelenie nie było zbyt wielu chętnych – ludzi było za mało, żeby można było się między nimi ukryć. W końcu zdecydowałem się na kupno czegoś do picia w kiosku położonym blisko środka platformy, dokładnie z przeciwnej strony miejsca, w którym zostawiłem Leona. Nie mógł mnie widzieć, to było najlepsze miejsce, bym i ja mógł go nie widzieć przez jak najdłuższy czas.
Opuszczenie Ziemi było dla mnie irytujące pod względem fizycznym – dzięki zdolności Leona do bycia obrzydliwym i odstręczającym; ale pod względem emocjonalnym opuszczenie ojczystej planety okazało się zadziwiająco łatwe. Rok przed odjazdem zdecydowałem, że zaciągnę się do KSO; od tej pory trzeba się było po prostu zająć przygotowaniami i pożegnaniami. Kiedy dziesięć lat wcześniej razem z Kathy zdecydowaliśmy, że zaciągniemy się oboje, przepisaliśmy nasz dom na naszego syna Charlie’go, tak, żeby mógł go przejąć bez urzędowego zatwierdzenia testamentu. Poza tym Kathy i ja nie posiadaliśmy nic drogocennego, po prostu kupę drobiazgów i rupieci, jakie zbiera się przez całe życie. Większość ładnych rzeczy została rozdana rodzinie i przyjaciołom w ciągu ostatniego roku; resztą później miał zająć się Charlie.
Zostawienie ludzi nie było o wiele cięższe. Zwykle reagowali na wiadomość o wyjeździe różnymi tonacjami zdziwienia i smutku; ponieważ każdy wie, że po zaciągnięciu do Kolonialnych Sił Obrony nigdy już nie wrócisz. Ale nie jest to równoznaczne ze śmiercią. Ludzie wiedzą, że gdzieś tam wciąż żyjesz; psiakrew, być może nawet po jakimś czasie dołączą tam do ciebie. To trochę tak, myślę sobie, jak setki lat temu, kiedy ktoś, kogo ludzie znali, zatrzymywał wóz i ruszał na zachód. Ludzie trochę płakali, tęsknili za nim, i wracali do swoich codziennych zajęć.
W każdym razie powiedziałem wszystkim o tym, że opuszczam Ziemię na rok przed wyjazdem. To dużo czasu, żeby powiedzieć to, co ma się do powiedzenia, żeby załatwić różne sprawy i zawrzeć z niektórymi ludźmi pokój. W ciągu roku miałem kilka posiedzeń ze starymi przyjaciółmi i rodziną, w czasie których rozgrzebywaliśmy stare rany i popioły dawnych bitew; w większości przypadków wszystko skończyło się dobrze. Parę razy prosiłem o wybaczenie za rzeczy, które nie wywoływały we mnie poczucia winy; raz znalazłem się w łóżku z kimś, z kim w innej sytuacji bym się tam nie znalazł. Ale żeby dać ludziom właściwe zakończenie, robisz to, co musisz robić; dzięki temu oni czują się lepiej, a ciebie nie kosztuje to zbyt wiele. Wolę raczej przeprosić za coś, co nie miało dla mnie znaczenia, i zostawić na Ziemi kogoś, kto mi dobrze życzy, niż pozostać upartym i zostawić tego kogoś z nadzieją, że jakiś obcy wyssie mój mózg. Możecie to nazwać karmiczną asekuracją.
Najbardziej obchodził mnie Charlie. Jak wielu ojców i synów, mieliśmy swoje słabsze momenty; ja nie byłem najuważniejszym ojcem, on nie był najbardziej samodzielnym i zdecydowanym życiowo z wszystkich synów świata – po trzydziestce wciąż błąkał się po świecie bez wyraźnego celu. Kiedy dowiedział się, że Kathy i ja chcemy się zaciągnąć, prawie wpadł w szał i zaczął na nas krzyczeć. Przypomniał nam, że protestowaliśmy przeciwko Wojnie Subkontynentalnej. Przypomniał nam nasze własne nauki, że przemoc nie jest właściwym rozwiązaniem żadnego problemu. Przypomniał nam, że kiedyś daliśmy mu szlaban na cały miesiąc za to, że zabawiał się strzelaniem do celu z Billem Youngiem – oboje zresztą uznaliśmy, że to trochę dziwne, kiedy trzydziestopięciolatek wyciąga takie rzeczy z przeszłości.
Śmierć Kathy zakończyła większość z naszych walk; po prostu dlatego, że obaj – on i ja – uznaliśmy, że rzeczy, o które się kłóciliśmy, nie miały żadnego znaczenia. Ja byłem wdowcem, on kawalerem, i przez jakiś czas mieliśmy tylko siebie. Niedługo potem poznał i poślubił Lisę; w jakiś rok później został ojcem i ponownie wybrano go na burmistrza – wszystko w czasie jednej, zwariowanej nocy. Charlie dość późno rozwinął skrzydła, ale kiedy już to zrobił, okazało się, że naprawdę nieźle szybuje. Odbyliśmy we dwóch posiedzenie, w czasie którego (szczerze) przeprosiłem go za różne swoje niedociągnięcia i pomyłki, i równie szczerze powiedziałem mu, jak dumny jestem z mężczyzny, którym się stał. Potem usiedliśmy z piwem na werandzie i oglądając, jak mój wnuk Adam bawi się na trawniku tenisową piłką, dość długo rozmawialiśmy o różnych niezbyt ważnych sprawach. Rozstawaliśmy się w dobrym nastroju i z miłością, tak jak powinni żegnać się ojciec z synem.
Stałem przy kiosku, ściskając w ręku kolę, myśląc o Charliem i jego rodzinie, kiedy usłyszałem zrzędliwy głos Leona, któremu odpowiadał inny – niski, ostry i kobiecy. Wbrew sobie wyjrzałem zza kiosku, Leonowi najwyraźniej udało się dopaść jakąś bogu ducha winną kobietę. Na pewno dzielił się z nią teraz jakąś idiotyczną teorią, którą akurat w tym momencie chciał obwieścić światu jego świński móżdżek. Moja rycerskość przeważyła nad chęcią ukrycia się; chciałem interweniować.
– Po prostu chodzi mi o to – mówił Leon. – Że to nie fair. Pani, ja i każdy inny Amerykanin, żeby polecieć w kosmos musimy czekać, aż będziemy starsi od gówna, podczas gdy wszyscy ci mali Hindole dostają bilet do nowych światów jak tylko nauczą się rozmnażać. To znaczy cholernie szybko. To po prostu nie fair. Pani się to wydaje fair?
– Nie, właściwie to nie jest w porządku – odpowiedziała kobieta. – Ale podejrzewam, że dla nich nie jest w porządku to, że starliśmy Nowe Delhi i Bombaj z powierzchni ziemi.
– I o to mi właśnie chodzi! – triumfalnie zaryczał Leon. – Stuknęliśmy kurdupli atomówkami! Wygraliśmy tę wojnę! Zwycięzcy powinni coś dostać za wygraną. A proszę spojrzeć, co się stało. Przegrali, ale to oni zaczęli kolonizować kosmos, a my możemy tam się wybrać tylko pod warunkiem, że zaciągniemy się, żeby ich chronić! Przepraszam, że tak mówię, ale czy nie jest powiedziane w Biblii: „Pokorni, cisi posiądą Ziemię?” Moim zdaniem to raczej przegranie cholernej wojny czyni cię pokornym i cichym.
– Nie sądzę, żeby to wyrażenie znaczyło to, co ty przez nie rozumiesz, Leon – powiedziałem, podchodząc do nich.
– John! Oto człowiek, który wie, o czym mówię – powiedział Leon, szczerząc się na mój widok.
Kobieta obróciła się do mnie.
– Zna pan tego dżentelmena? – spytała tonem, który mówił, że jeśli znam, to znaczy, że ze mną jest coś nie tak.
– Spotkaliśmy się w drodze do Nairobi – odpowiedziałem lekko unosząc brew żeby zaznaczyć, że nie był moim towarzyszem podróży z wyboru. – Jestem John Perry.
– Jesse Gonzales – przedstawiła się.
– Miło mi – odpowiedziałem, i zwróciłem się do Leona. – Leon, coś ci się pomyliło. Te słowa pochodzą z Kazania na Górze i brzmią,: „Błogosławieni niech będą pokorni i cisi, albowiem to oni posiądą ziemię”. To, że posiądą, to miała być nagroda, a nie kara.
Leon zamrugał, potem prychnął.
– Nawet jeśli tak, to jednak my ich pobiliśmy. Skopaliśmy ich małe brązowe dupy. To my powinniśmy kolonizować wszechświat, nie oni.
Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, ale Jesse mnie ubiegła.
– Błogosławieni niech będą ci, którzy znoszą prześladowania, albowiem ich jest królestwo niebieskie – powiedziała do Leona, patrząc jednak na mnie.
Leon gapił się na nas przez dobrą minutę, a potem powiedział:
– Nie mówicie poważnie. W Biblii nie ma nic na ten temat, że my powinniśmy ugrzęznąć na Ziemi, podczas gdy banda brązowych, którzy nawet nie wierzą w Jezusa, dziękuję bardzo, zapełni galaktykę. I na pewno nie jest tam powiedziane, że powinniśmy tych gnojków w tym czasie chronić. Chryste, mój syn był na tej wojnie. Jakiś mały hindol odstrzelił mu jedno jądro! Jedno z jego jaj! Zasłużyli sobie na to, co dostali, sukinsyny jedne! I nie mówcie, żebym był teraz zadowolony z tego, że będę ratował ich marne dupy gdzieś tam w koloniach.
Jesse mrugnęła do mnie.
– Chciałbyś teraz zręcznie na to odpowiedzieć? – zapytała.
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu – powiedziałem.
– Skąd, proszę bardzo – odparła.
– „Zaprawdę powiadam wam, kochajcie swoich nieprzyjaciół” – zacząłem cytować. – „Błogosławcie tym, którzy was przeklinają, czyńcie dobro tym, którzy was nienawidzą, i módlcie się za tych, którzy was mściwie prześladują; Wtedy będziecie dziatkami Ojca swego, który jest w niebiesiech: Bo to przez niego słońce wschodzi nad dobrym i nad złym, on zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych.”
Leon poczerwieniał jak homar.
– Wam obojgu pomieszało się w pieprzonych dyniach – powiedział, i odstąpił od nas na tyle szybko, na ile pozwoliły mu zwały tłuszczu.
– Dzięki, Jezu – powiedziałem. – Tym razem dosłownie mam to na myśli.
– Jesteś całkiem niezły w cytowaniu Biblii – powiedziała Jesse. – W poprzednim życiu byłeś ministrantem?
– Nie – odpowiedziałem. – Ale mieszkałem w mieście, w którym było dwa tysiące mieszkańców i piętnaście kościołów. Życie było łatwiejsze, jeśli umiało się mówić tym językiem. A poza tym nie trzeba być człowiekiem religijnym, żeby doceniać Kazanie na Górze. A jak ty się wytłumaczysz?
– Lekcje religii w katolickiej szkole – powiedziała. – W dziesiątej klasie dostałam nagrodę za uczenie się tekstów biblijnych na pamięć. To zadziwiające, co twój mózg może przechowywać w magazynie przez sześćdziesiąt lat, z drugiej strony ostatnio, kiedy wychodzę ze sklepu, często nie pamiętam gdzie zaparkowałam.
– Cóż, w każdym razie pozwól mi przeprosić za Leona – powiedziałem. – Ledwo go znam – jednak na tyle, żeby wiedzieć, że jest idiotą.
– „Nie sądźcie, żebyście nie byli osądzeni” – powiedziała Jesse i wzruszyła ramionami. – On zresztą tylko wypowiada na głos to, w co wielu ludzi głęboko wierzy. Myślę, że jest głupi, i nie ma racji, ale to nie znaczy, że go nie rozumiem. Chciałabym, żeby była dla mnie inna droga do kolonii niż czekanie przez całe życie i na koniec zaciągnięcie się do wojska. Gdybym mogła zostać kolonistką, kiedy byłam młodsza, na pewno bym nią została.
– A więc nie zaciągnęłaś się, żeby przeżyć żołnierską przygodę – powiedziałem.
– Oczywiście, że nie – trochę pogardliwie odpowiedziała Jesse. – Czy ty zaciągnąłeś się dlatego, ponieważ bardzo chcesz walczyć na jakiejś wojnie?
– Nie – odpowiedziałem.
Pokiwała głową.
– Ani ja. Podobnie jak większość z nas. Twój przyjaciel Leon na pewno nie zaciągnął się dla uroków służby – on nie znosi ludzi, których będziemy chronić. Ludzie zaciągają się, ponieważ nie są gotowi na śmierć i nie chcą być starzy. Zaciągają się, ponieważ w pewnym wieku życie na Ziemi przestaje być ciekawe. Niektórzy zaciągają się, żeby przed śmiercią zobaczyć jakieś nowe miejsce. Ja sama właśnie dlatego się zaciągnęłam. Nie po to, żeby walczyć, chcę znowu być młoda. I chcę po prostu zobaczyć, jak to jest być gdzie indziej. – Odwróciła się i wyjrzała przez okno – Oczywiście, w moich ustach to musi brzmieć zabawnie. Wiesz, że do wczoraj przez całe swoje życie nie opuściłam stanu Teksas?
– Nie musi ci być z tego powodu przykro – stwierdziłem. – Teksas to duży stan.
Uśmiechnęła się.
– Dziękuję. Tak naprawdę nie jest mi przykro z tego powodu. To jest po prostu zabawne. Kiedy byłam dzieckiem, czytałam wszystkie powieści z serii „Młodego Kolonisty”, oglądałam programy na ten temat i marzyłam o założeniu hodowli arkturiańskiego bydła i bojach ze zjadliwymi ziemnymi robakami na kolonii Gamma Jeden. Potem dorosłam i zorientowałam się, że koloniści pochodzą z Indii, Kazachstanu i Norwegii – z krajów, w których nie da się wyżywić całej ludności. Zrozumiałam, że nie pojadę tam, ponieważ urodziłam się w Ameryce. I że tak naprawdę arkturiańskie bydło ani robaki ziemne nie istnieją! Byłam bardzo rozczarowana, kiedy się o tym dowiedziałam w wieku lat dwunastu. – Znowu wzruszyła ramionami. – Wychowałam się w San Antonio, do college’u chodziłam na Uniwersytecie Stanu Teksas, potem wróciłam do San Antonio i zaczęłam pracę. W końcu wyszłam za mąż, wakacje spędziliśmy w Teksasie. Na trzynastą rocznicę ślubu planowałam z mężem pojechać do Włoch, ale w rezultacie nigdy tam nie pojechaliśmy.
– Co się stało?
Zaśmiała się.
– Stała się jego sekretarka. W końcu to oni pojechali do Włoch na swój miesiąc miodowy. Ja zostałam w domu. Z drugiej strony może to i dobrze, bo w końcu oboje zatruli się jakimiś skorupiakami w Wenecji. Ale po tej historii podróżowanie zbytnio mnie już nie interesowało. Przez cały czas wiedziałam, że zaciągnę się, kiedy tylko będę mogła. I oto tu jestem. Chociaż teraz trochę żałuję, że więcej nie podróżowałam. Z Dallas do Nairobi leciałam Deltą. To był niezły ubaw. Chciałabym w życiu zrobić to więcej razy, niż tylko ten jeden. Nie mówiąc o tym – machnęła ręką przy oknie, wskazując przewody pędu fasoli – Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę chciała czymś takim pojechać. Co właściwie trzyma te przewody w górze?
– Wiara – odpowiedziałem. – Wierzysz, że nie upadną i one nie upadają. Postaraj się nie myśleć o tym zbyt wiele, bo inaczej czekają nas poważne kłopoty.
– Wierzę w to, że chcę dostać coś do jedzenia. Może zjesz coś ze mną? – zapytała.

* * *

– Wiara – zaśmiał się Harry Wilson. – No cóż, być może to rzeczywiście wiara utrzymuje ten kabel w górze. Bo na pewno nie dzieje się to zgodnie z prawami fizyki.
Harry Wilson dołączył do mnie i do Jesse w loży, w której jedliśmy.
– Wy dwoje wyglądacie, jakbyście się znali, to was wyróżnia z tłumu – powiedział, kiedy do nas podszedł. Zaprosiliśmy go do naszego stolika, a on z chęcią to zaproszenie przyjął. Powiedział, że przez dwadzieścia lat nauczał fizyki w wyższej uczelni w Bloomington, w Indianie, i pęd fasoli zaintrygował go od samego początku podróży.
– Dlaczego powiedziałeś, że nie dzieje się to zgodnie z prawami fizyki? – zapytała Jesse. – Uwierz mi, nie to chciałabym w tym momencie usłyszeć.
– Sorry, powiem to inaczej – Harry się uśmiechnął. – Fizyka na pewno ma swój udział w utrzymaniu tej łodygi fasoli w górze. Ale prawa fizyki to nie wszystko. Dzieje się tu wiele rzeczy, które na pozór nie mają sensu.
– Czuję, że czeka nas wykład z fizyki – powiedziałem.
– Przez lata wykładałem fizykę nastolatkom – powiedział Harry, wyjmując pióro i mały notes. – Zaufajcie mi, obejdzie się bez bólu. Popatrzcie na to. – Narysował na dole strony okrąg. – To jest Ziemia. A to – narysował mniejszy okrąg w połowie wysokości strony – jest Stacja Kolonialna. Umieszczono ją na orbicie geosynchronicznej, co oznacza, że pozostaje w odpowiedniej pozycji do obracającej się Ziemi. Zawsze „wisi” nad Nairobi. Nadążacie za mną?
Przytaknęliśmy.
– Okay. Idea stojąca za pędem fasoli to połączenie Ziemi ze Stacją Kolonialną za pomocą wiązki kabli (takich, jak te za oknami), i osadzonych na nich platform, które mogą poruszać się w górę i w dół. – Harry narysował linię, symbolizującą przewód windy i mały kwadracik, przedstawiający platformę. – Chodzi o to, żeby windy na tych przewodach nie osiągnęły prędkości ucieczkowej i nie opuściły orbity Ziemi; tak, jak zrobiłaby to część właściwa rakiety. To dla nas bardzo korzystne, bo przecież żadne z nas nie chciałoby dotrzeć na miejsce z odczuciem, że słoń stoi mu na piersiach.
– Rzecz w tym, że pęd fasoli nie spełnia podstawowych wymagań fizyki dotyczących podobnych połączeń Ziemia-Kosmos. Po pierwsze – Harry narysował dodatkową linię, sięgającą od Stacji Kolonialnej aż do góry strony – Stacja Kolonialna nie powinna się znajdować na końcu łodygi. Z prawa zachowania równowagi masy i z dynamiki orbitalnej wynika, że powinien być tu jeszcze dodatkowy przewód, sięgający dziesiątki tysięcy mil od Stacji Kolonialnej w głąb przestrzeni kosmicznej. Bez tej przeciwwagi każdy z pędów fasoli powinien być właściwie niestabilny i niebezpieczny.
– Ale uważasz, że ten taki nie jest? – zapytałem.
– Ten jest nie tylko stabilny; to prawdopodobnie najbezpieczniejszy z wynalezionych sposobów opuszczania Ziemi – powiedział Harry. – Pęd fasoli działa bez chwili przerwy od ponad stu lat. To jedyna droga, którą ludzie udają się do kolonii. Nie zanotowano ani jednego wypadku, którego przyczyną byłaby niestabilność przewodu albo wada czy zużycie materiału konstrukcyjnego, co mogłoby mieć związek z niestabilnością. Czterdzieści lat temu przydarzyło się to słynne bombardowanie pędu fasoli, ale to był sabotaż, nie mający nic wspólnego z wadami jego fizycznej struktury. Same przewody wind są zadziwiająco stabilne; od chwili swojego powstania aż do dzisiaj. Ale nie powinny takie być, według obowiązujących praw fizyki.
– Więc co trzyma je w górze? – zapytała Jesse.
Harry znowu się uśmiechnął.
– Cóż, to jest właśnie interesujące pytanie.
– Więc nie znasz odpowiedzi? – spytała Jesse.
– Nie znam – przyznał Harry. – Ale nie bójcie się, jestem – a właściwie byłem – zaledwie nauczycielem fizyki w jednej z wyższych szkół. Jednak, o ile wiem, nikt inny nie wie dokładnie, jak to działa. Na Ziemi, oczywiście. Najwyraźniej Unia Kolonialna wie.
– Jak to możliwe? – zapytałem. – To jest tutaj już od stulecia, na miłość boską! Nikt nie podjął się trudu ustalenia, jak to właściwie działa?
– Tego nie powiedziałem – odrzekł Harry. – Oczywiście, że próbowano. Przez wszystkie te lata nie było to żadną tajemnicą. Kiedy zbudowano pęd fasoli, rządy większości krajów i wszystkie media świata zażądały wytłumaczenia zasad działania tego urządzenia. Unia Kolonialna od razu odpowiedziała: „Ustalcie to sami”, i tyle. Od tej pory wielu fizyków usiłowało rozwiązać ten problem; nazwano go „Problemem Pędu Fasoli”.
– Niezbyt oryginalna nazwa – powiedziałem.
– No cóż, fizycy używają swojej wyobraźni w innych dziedzinach niż nazewnictwo. – Harry zakaszlał. – Rzecz w tym, że problem ten pozostał nierozwiązany, przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze przez swoje niezwykłe skomplikowanie; mówiłem już o prawie zachowania masy, ale w grę wchodzą także inne czynniki, takie jak wytrzymałość przewodu, ruchy oscylacyjne łodygi spowodowane przez burze i inne zjawiska atmosferyczne. A nawet to, czy w ogóle, a jeśli tak, to w jaki sposób, łodyga zwęża się ku końcowi. Każdy z tych czynników z osobna jest niezwykle trudny do rozwiązania w realnym świecie; rozwiązanie wszystkich naraz wydaje się niemożliwe.
– Jaki jest drugi z powodów? – zapytała Jesse.
– Drugim z powodów jest to, że nie byłoby z tego odkrycia pożytku. Nawet, jeśli ustalilibyśmy jak to jest zrobione, to i tak nie stać by nas było na budowę tego. – Harry usiadł wygodniej w fotelu. – Zanim zostałem nauczycielem, pracowałem w dziale inżynierii cywilnej General Electric. Pracowaliśmy nad transatlantycką koleją podmorską, moim zadaniem było między innymi przeglądanie starych projektów i propozycji w poszukiwaniu czegoś użytecznego; jakiejś technologii czy rozwiązań konstrukcyjnych, które mogłyby się przydać w budowie trakcji kolejowej na dnie Atlantyku. Takie różańcowe w formie próby zorientowania się, czy moglibyśmy jeszcze zrobić cokolwiek, co pozwoliłoby nam obniżyć koszty.
– General Electric zbankrutowało właśnie w tym czasie, prawda? – zapytałem.
– No to już wiesz, dlaczego chcieli maksymalnie obniżyć koszty – powiedział Harry. – I dlaczego zostałem nauczycielem. Po tej historii General Electric nie stać było na opłacanie mnie, podobnie jak wielu, wielu innych. W każdym razie w czasie swoich poszukiwań dotarłem do tajnego raportu na temat pędu fasoli. Rząd USA zlecił General Electric – jako jednej z trzech głównych firm – zbadanie wykonalności budowy pędu fasoli na Półkuli zachodniej; chcieli oczyścić w amazońskiej dżungli obszar wielkości stanu Delaware, ze środkiem w okolicy równika.
– General Electric uznała projekt za zupełnie niewykonalny. Nawet biorąc pod uwagę technologiczne przełomy (które w większości nie nastąpiły – a te, które miały miejsce nie zbliżyły się nawet do technologii użytej przy budowie pędu fasoli), budżet budowy łodygi wynosiłby trzykrotność rocznego dochodu narodowego USA. Przy założeniu, że w czasie realizacji projektu nie przekroczono by budżetu – co było nierealne. To było dwadzieścia lat temu, a raport, o którym mówię już wtedy miał dobre dziesięć lat. Ale nie sądzę, żeby od tej pory koszty tak jakoś drastycznie się obniżyły. Więc nie będzie nowych pędów fasoli. Są tańsze sposoby wynoszenia ludzi i urządzeń na orbitę. Znacznie tańsze. – Harry znowu oparł się wygodniej. – Co prowadzi do dwóch oczywistych pytań: W jaki sposób udało się Unii Kolonialnej stworzyć tego technologicznego dziwoląga i dlaczego w ogóle wybrali taką drogę?
– No cóż, najwyraźniej Unia Kolonialna jest daleko bardziej technicznie zaawansowana niż my tutaj na Ziemi – powiedziała Jesse.
– Najwyraźniej – potwierdził Harry. – Ale dlaczego? Koloniści to mimo wszystko ludzie. A od momentu, kiedy do kolonii zaczęto wysyłać ochotników z biedniejszych, przeludnionych krajów, koloniści są raczej niezbyt wykształceni. Odkąd dostali swoje nowe domy, zajmują się przeżyciem i raczej podstawowymi, codziennymi potrzebami i obowiązkami, niż opracowywaniem teoretycznych założeń budowy pędu fasoli. A podstawowa technologia, która umożliwiła podróże międzygwiezdne i kolonizacje planet innych układów – napęd skokowy – została wynaleziona tu, na Ziemi; i przez ponad sto lat nie była w znaczący sposób udoskonalana. Więc pozornie nie ma powodu, żeby koloniści byli bardziej technicznie zaawansowani od nas.
Coś nagle zaskoczyło w mojej głowie.
– Chyba, że nas oszukują – powiedziałem.
– Właśnie. Myślę dokładnie to samo. – Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Jesse spojrzała najpierw na mnie, potem na Harry’ego.
– Nie nadążam za wami oboma – powiedziała.
– Oszukują nas. Nie mówią nam całej prawdy – powiedziałem. – Na Ziemi jesteśmy skazani na siebie samych. Uczymy się jedynie na własnych błędach. Dokonujemy odkryć, przez cały czas udoskonalamy technologie, ale idzie nam to powoli, ponieważ sami wykonujemy całą pracę. Ale tam, w górze...
– Tam ludzie poznają inne inteligentne gatunki istot żywych – powiedział Harry. – Niektórzy z nich na pewno wyprzedzają nas w rozwoju technologicznym. Albo otrzymamy te technologie na drodze wymiany, albo dzięki inżynieryjnej dekonstrukcji sami zorientujemy się, jak działają. Dużo łatwiej jest dojść do jakichś rezultatów kiedy ma się materiał wyjściowy, niż od podstaw tworzyć wszystko samemu.
– Dlatego nazywamy to oszustwem – powiedziałem. – UK odczytuje nuty zapisane przez kogoś innego.
– Ale dlaczego właściwie Unia Kolonialna nie chce się podzielić tymi odkryciami z nami? – zapytała Jesse. – Dlaczego chcą zachować to dla siebie?
– Może myślą, że znając je, moglibyśmy sobie zaszkodzić – powiedziałem.
– A może chodzi o coś zupełnie innego – powiedział Harry, i wskazał na przesuwające się za oknem łodygi przewodów. – Te pędy fasoli nie zostały tu zbudowane dlatego, że są najłatwiejszym sposobem przetransportowania ludzi na Stację Kolonialną. Powstały, ponieważ są jednym z najtrudniejszych sposobów; najdroższym, najbardziej skomplikowanym technicznie i najbardziej politycznie zastraszającym. Obecność tych urządzeń ma przypominać, że UK wyprzedza ludzkość w rozwoju o całe lata świetlne.
– Nigdy nie odbierałam tego jako próby zastraszenia – powiedziała Jesse. – Właściwie nigdy w ogóle zbyt wiele o tym nie myślałam.
– Ten przekaz nie był wymierzony w ciebie – powiedział Harry. – Jeśli jednak byłabyś prezydentem USA, myślałabyś o tym w zupełnie inny sposób. Koniec końców to UK trzyma nas na Ziemi. Nie można podróżować w kosmos inaczej, niż jako kolonista albo żołnierz KSO. Przywódcy polityczni wciąż są pod presją – ludzie chcą, żeby przycisnęli UK i posłali ich między gwiazdy. Ale pędy fasoli są stałym przypomnieniem, które mówi: „Dopóki nie stworzycie czegoś takiego, jak my, nie myślcie nawet o rzucaniu nam wyzwań”. A te łodygi to jedyne urządzenie, jakie UK zdecydowała się nam pokazać. Pomyślcie o tym, o czym wciąż nie wiemy. Zapewniam was, że prezydent USA na pewno dużo o tym rozmyśla. Podobnie jak inni przywódcy państw na tej planecie.
– To wszystko nie nastraja mnie przyjaźnie w stosunku do Unii Kolonialnej – powiedziała Jesse.
– To wcale nie musi mieć złowrogiego wydźwięku – powiedział Harry. – Być może UK próbuje chronić Ziemię. Wszechświat jest olbrzymi. Może nie mieszkamy w najlepszej okolicy.
– Harry, zawsze byłeś tak paranoiczny? – zapytałem. – Czy dopadło cię to dopiero wtedy, kiedy się zestarzałeś?
– A myślisz że dzięki czemu dożyłem tak sędziwego wieku? – odparł Harry, szczerząc się w uśmiechu. – W każdym razie fakt, że UK jest na wyższym technicznie etapie rozwoju niż my, nie stanowi dla mnie problemu. To nawet działa na moją korzyść. – Podniósł rękę do góry. – Spójrzcie na nią – powiedział. – Jest sflaczała, stara i niezbyt sprawna. A Kolonialne Siły Obrony zamierzają, w jakiś sposób wziąć tę rękę – i resztę mnie – i nadać mi sprawność bojową. A wiecie w jaki sposób to zrobią?
– Nie – odpowiedziałem, a Jesse pokręciła głową.
– Ani ja – powiedział Harry i opuścił rękę, która miękko klapnęła na stół. – Nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób przywrócą mojemu ciału sprawność. Co więcej, nie potrafię sobie nawet wyobrazić tego, jak to zrobią. Biorąc pod uwagę fakt, że UK trzyma nas w stanie technologicznej niedojrzałości, próba wytłumaczenia mi tego przypominałaby próbę wytłumaczenia zasady działania pędu fasoli komuś, kto nie zna bardziej skomplikowanego sposobu przewożenia ludzi niż koń i wóz. A jednak to musi działać. Bo inaczej czemu mieliby dokonywać poboru wśród siedemdziesięciopięciolatków? Kosmos nie zostanie przecież podbity przez legiony geriatryczne. Bez obrazy – dodał szybko.
– Nie ma sprawy – powiedziała Jesse z uśmiechem.
– Panie i panowie – powiedział Harry, patrząc na nas oboje. – Może nam się wydawać, że wiemy w co się pakujemy, ale prawdę mówiąc myślę, że nie mamy o tym zielonego pojęcia. Pęd fasoli istnieje po to, by nam to przekazać. Jest większy i dziwniejszy od wszystkiego, co moglibyśmy sobie wyobrazić – a jest zaledwie pierwszą częścią, początkiem tej podróży. Jej dalszy ciąg będzie jeszcze dziwniejszy i jeszcze większy. Przygotujcie się na to najlepiej, jak potraficie.
– To takie dramatyczne – chłodno powiedziała Jesse. – Nie wiem jak miałabym się przygotować po takim oświadczeniu.
– Ja wiem – powiedziałem, i wstałem, żeby wyjść z loży. – Muszę iść się wysikać. Jeśli wszechświat jest jeszcze większy i jeszcze dziwniejszy niż mogę sobie wyobrazić, to lepiej będzie stawić mu czoła z pustym pęcherzem.
– Powiedziane jak na skauta przystało – powiedział Harry.
– Skaut nie musiałby sikać tak często jak ja – odrzekłem.
– Musiałby – powiedział Harry. – Daj mu tylko sześćdziesiąt lat.



Dodano: 2008-05-06 11:00:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj drugi Kroniki World of Warcraft


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"


 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

 Maas, Sarah J. - "Dom ziemi i krwi"

 Dick, Philip K. - "Druciarz Galaktyki"

 Flint, Eric & Weber, David - "1633"

 Bester, Alfred - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"

 Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper"

Fragmenty

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Dworakowski, Witold - "Wieczny buntownik"

 Ziębiński, Robert - "Dzień wagarowicza"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS