NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Watts, Peter - "Ognisty deszcz"

Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

Ukazały się

Sanderson, Brandon - "Migawka"


 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Bielawski, Jakub - "Dunkel"

 Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 2

 Pullman, Philip - "Tajemna wspólnota"

 Flanagan, John - "Zaginiony książę"

 Kańtoch, Anna - "Wiosna zaginionych"

 Gaughen, A.C. - "Berło ziemi"

Linki

Komuda, Jacek - "Galeony Wojny", tom 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Galeony wojny
Data wydania: Styczeń 2008
ISBN: 978-83-60505-88-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 296
Cena: 28,99
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Komuda, Jacek - "Galeony wojny", tom 2 #3

Herr Jesu Christe du hochstes!

Ślady zaczynały się tuż przed dzwonem, zakrzepły na drewnianej pawięzi, na której go zawieszono, zaschnięta czerwień znaczyła lśniące spiżowe litery inskrypcji.
Audaces fortuna iuvat. Szczęście sprzyja odważnym... Jakimowski nie wątpił, że majtek, który leżał przed nim w kałuży krwi, nie był tchórzem. Po prostu kły lewiatana okazały się dłuższe i większe niż jego odwaga.
A może liczył, że wszystko załatwią za niego dzielni marynarze z Prinzessin?
Jeśli tak, to się do murwy starej ladacznicy wielce mylił! Bo wszyscy marynarze Dickmanna, rozglądający się niepewnie po głównym deku Amsterdamu, mieli prawie pełno w gaciach.
A potem...
Wszystko stało się za szybko, by mogli zdziałać cokolwiek. Z dziobowej nadbudówki wynurzył się mroczny kształt, dopadł stojącego najbliżej majtka z Amsterdamu. Skoczył mu na kark!
Obalił na deski...
- Herr Gott! Hilfeeeeee! - rozdarł się napadnięty, zacharczał, zadławił się własną krwią. Nabity siekańcami garłacz wypadł mu z ręki, przeleciał przez krawędź luku, spadł do ładowni przez odsuniętą częściowo kratę gretingu...
Czarny bies ledwie widoczny wśród mgły pociągnął nieszczęsnego majtka w stronę forkasztelu; przewlókł przez próg. To stało się tak szybko! To było tak niewiarygodne, że żaden z marynarzy nie zdołał nawet podnieść broni do strzału!
- Haaans! - rozdarł się drugi z członków załogi Amsterdamu. Skoczył za kompanem wciągniętym do nadbudówki, dopadł do drzwi, zatrzymał na chwilę...
I był głupcem! Zanim ktokolwiek przyszedł mu z pomocą, czarna bestia wychynęła z otwartych wrót, skoczyła na majtka, obaliła go na deski, porwała za bark, szarpnęła... Mężczyzna zawył, zaszlochał rozpaczliwie.
I zniknął! Roztopił się w mroku jak jego kompan.
Szelf rzucił się im na pomoc, lecz Dickmann w ostatniej chwili walnął go łokciem w żołądek, zatrzymał w miejscu, skulonego, jęczącego z bólu. I chyba tym samym uratował mu życie. Bo zaraz usłyszeli dobiegający z forkasztelu ryk, wrzask i szloch, potem charczenie i wszystko ucichło.
Jakimowski zadygotał. Bestia wróciła do niego...
Kiedy pchnął drzwi do kajuty, poderwała się z tureckiego kilimu. Dostrzegł jej żółte zmrużone oczy, usłyszał syk i warkot dobywający się spoza długich białych kłów, które niejeden raz posmakowały jego krwi.
Z cichym łoskotem, z ledwie słyszalnym stukotem pomknęła w stronę szlachcica...
- Zebrać się w kupę, verduiveld! - ryczał Dickmann. -
To nie są żadne czary! To tylko jakieś zwykłe wilkołaki i diabelskie monstra! W kupę, mówię, do starej kurwy nędzy! Nabić pistolety siekańcami. Ładować wszystkie półhaki, garłacze, rusznice! Ruszać się, do paralusza, bo jak mnie podagra chwyci, nabiję działa waszymi durnymi łbami! Ludzie z latarniami do przodu! Reszta rozglądać się dokoła! Oczy i uszy otwarte, jeśli chcecie żyć! Strzelać bez rozkazu!
Jakimowski zebrał się w sobie i stanął w szeregu. Dygotał tak, że ledwie mógł utrzymać w prawym ręku szablę, a w lewym pistolet z odwiedzioną skałką.
Dickmann popchnął Małego Jekę lufą półhaka w stronę rufy.
- Myślałeś, że nas wykończą, bastaard? Że pójdziemy op de Markehei?! Jeśli tak, tedy powiadam ci, że zabierzemy się do piekła na tej samej łajbie. I pod moimi rozkazami! Idź przodem! Na rufę!
- Zmiłujcie się, kapitanie - jęknął Jeka. - Broń dajcie...
- Masz! - Szelf kopnął w jego stronę szablę należącą do zabitego majtka z Amsterdamu. Maszop podniósł ją z kałuży krwi, skłonił się. I ponaglany lufami pistoletów ruszył w stronę rufowej nadbudówki.
Szybko przemierzyli pokład, omijając trzy kolejne trupy. Marynarze stoczyli tu nierówną walkę z lewiata-nami. Choć wszyscy jak jeden mąż mieli w rękach pałasze, szable i topory, niektórzy zaś pistolety i puffery, wszyscy sprzedali dusze tanio, kupując za ostatnie krople potu, łez i krwi zaledwie kilka chwil doczesnego żywota.
Doszli do rufowej zejściówki; do miejsca, gdzie na pokładzie stały beczki i worki wyciągnięte z głównej ładowni statku. Zatrzymali się wśród mgły, bladzi i znużeni.
Stali tak, nie wiedząc co począć, gdyż nawet Dickmann dygotał na myśl o wejściu do tylnej nadbudówki.
Coś poruszyło się za okrytymi siecią antałami; ciemny kształt wychynął zza składowiska, uderzył z jękiem w klepki...
Holck strzelił bez namysłu, bez zastanowienia! Posłał kulę prosto w sam środek celu. Ciało ciężkie niczym wór pełen kamieni przewaliło się za beczki, załomotało. Szelf i Dickmann zajrzeli tam, bosman przyświecił latarnią...
Na zalanym krwią pokładzie leżał.... Stroundmann! Szyper Amsterdamu. Miał poszarpaną w strzępy nogę, ślady kłów i pazurów na ciele. Szamotał się w objęciach śmierci, dygotał na deskach. Umierał.
Kula wystrzelona z pistoletu Holcka odwaliła mu pół głowy razem z kośćmi czaszki!
Marynarz jęknął, wrzasnął przeraźliwie, widząc, w kogo trafił. Przyskoczył do umierającego, załkał, lecz nie mógł uczynić więcej, niż zmówić modlitwę za zmarłego.
- Com ja zrobił! - Holck cisnął pistolet na deski i złapał się za głowę. - Herr Jesu Christe du hochstes!
Wrzasnęli rozpaczliwie, bo tyle mogli jeszcze zrobić. Teraz, po tej nieszczęśliwej śmierci serca upadły we wszystkich bardziej, niż kiedy Spiering i Banckert bez jednego wystrzału wzięli całą załogę Prinzessin do niewoli!
Dickmann nie krzyczał. Obojętnie zdzielił Holcka płazem pałasza w łeb, poprawił raz jeszcze, chwycił za kołnierz, potrząsnął.
- Biorę to na siebie! - zakrzyknął wściekle. - Na przyszłość celuj lepiej! Ledwoś go drasnął!
- Taaaam! - jęknął Szelf. - Uwa...
Coś czarnego jak noc skoczyło na plecy Holckowi z cichym łoskotem, odtrącając kapitana. Marynarz runął na twarz, przeszorował po deskach rzucony impetem uderzenia, a jego szloch przeszedł w ryk rozpaczy, gdy tuż nad uchem kłapnęła mu para okrutnych białych szczęk...
- Lewiatan! - ryknęli pozostali majtkowie z Prinzessin.
Atak był tak niespodziewany i tak przerażający, że w jednej chwili rozpierzchli się jak wystraszone dzieci, rzucili na boki ku beczkom i burtom statku. Ktoś potknął się, przewrócił kompana, inny zwalił na beczki...
I wtedy Szelf podrzucił w górę swój ciężki półhak. Tylko on jeden nie stracił głowy. Pociągnął za spust. Broń zagrzmiała, zabłysła ogniem, wyrzucając śmierć; siekań-ce przeorały policzek i grzbiet Holcka, wyrwały dziury w kapitańskim kolecie, niby okrutny grad posiekły uchodzących marynarzy...
Ale lewiatan... Czarny czworonogi stwór z płonącymi ogniem oczyma zwalił się na pokład z rozszarpanym bokiem, zawył głucho, zawarczał jak czart, który wpadł do kotła ze święconą wodą. Niespodziewanie jego ryk przeszedł w pisk, w rozpaczliwe, lecz wielce znajome ludziom skomlenie...
Stwór padł na bok, a wtedy Mały Jeka przyskoczył doń z szablą, rąbnął raz, drugi, trzeci... Szelf przyszedł mu z pomocą. Porwał za lufę pistoletu, na którego rękojeści zamocowane było ciężkie ostrze czekana i ciął skośnie! Topór spadł na kark bestii niczym katowski miecz. Rozrąbał morskiego diabła na dwie połowy; posłał tam, dokąd szły dusze potępionych - unicestwił ostatecznie i już na zawsze.
Na chwilę zapanował chaos. Dickmann zerwał się pierwszy, uspokoił ludzi krzykiem.
A Jakimowski trącił czubkiem safianowego buta łeb lewiatana, podszedł, a może raczej podkradł się do ciała bestii...


Dodano: 2008-01-21 23:01:08
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS