NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Watts, Peter - "Ognisty deszcz"

Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

Ukazały się

Sanderson, Brandon - "Migawka"


 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Bielawski, Jakub - "Dunkel"

 Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 2

 Pullman, Philip - "Tajemna wspólnota"

 Flanagan, John - "Zaginiony książę"

 Kańtoch, Anna - "Wiosna zaginionych"

 Gaughen, A.C. - "Berło ziemi"

Linki

Komuda, Jacek - "Galeony Wojny", tom 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Galeony wojny
Data wydania: Styczeń 2008
ISBN: 978-83-60505-88-5
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 296
Cena: 28,99
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Komuda, Jacek - "Galeony wojny", tom 2 #2

Wyścig z tajemnicą

Wkrótce osadzili konie przed starą jak Gdańsk bramą wodną, zwaną od dawien dawna krantorem. Szlachcic spojrzał w górę, usłyszał łoskot ogromnych kół napędzanych stopami więźniów, szwedzkich jeńców i niewypłacalnych dłużników, zobaczył linę dźwigającą w górę sieć obciążoną beczkami przeznaczonymi na pokład cumującej przed żurawiem fluity z pasiastą flagą Zjednoczonych Prowincji.
Jakimowski zeskoczył z kulbaki, cisnął cugle Chomie, a potem popędził na schody z pośpiechem godnym warchoła gnającego do sądu grodzkiego, aby wpisać do ksiąg sążnistą protestację pełną kalumnii na głowę sąsiada. W budowli panował zaduch, czuć było woń mącz-nego pyłu, ludzkiego potu, znoju i znużenia.
Szlachcic wpadł na niższą kondygnację, gdzie w kantorku, nieopodal unieruchomionego obecnie dolnego koła, rozpierał się gruby jak wieprz Erhard van Vogt, nadzorca portowego żurawia. Ten, gdy Jakimowski podszedł bliżej, łypnął niechętnie przekrwionymi, podkrą­żonymi oczyma.
- Szukam człeka o nazwisku Mikołejson - rzekł szlachcic bez ogródek. - Chciałbym z nim pogadać na osobności.
- Szukajcie - warknął Vogt. Jego wydęty jak u tatarskiego paszy kałdun zafalował niebezpiecznie, a Jakimowski przez chwilę dziwił się, że opięty do granic możliwości, poplamiony tłuszczem wams wytrzymał to mordercze natarcie. - Ja wam przeszkadzać nie będę.
- Mówią, że kto pyta nie błądzi - mruknął Jakimowski wiedząc, że jeśli od razu położy na stół list od Komisji Królewskiej, to tylko przedłuży całe widowisko. Wszak Vogt, gdyby chciał, mógł odesłać go nawet do burgra-biego gdańskiego po osobny glejt. - A kto oświetla sobie drogę w mroku, zawsze trafi do właściwej osoby.
- O ile blask w jego ręku jest błyskiem prawdziwej wiary! - warknął nadzorca. Zasapał, gdy zobaczył złotego dukata w ręku szlachcica. Jakimowski obrócił monetę w palcach, a potem zakręcił z brzękiem na krawędzi kantorka.
Urzędnik wyciągnął rękę. Ale jego paluchy - grube i spocone niczym serdele wydobyte z parującego kotła rzeźnika - chwyciły tylko puste powietrze.
- Cnocie, nie fortunie, ufać zawsze należy - rzekł szlachcic. - Albowiem czasem się taki kąsek zdarzy, który gębę poparzy, panie bracie!
Vogt otworzył grubą, zatłuszczoną księgę, dobywając przy tym z gardła zwieńczonego dwoma podbródkami odgłos przypominający powietrze uchodzące z dziurawego kowalskiego miecha. Krzesło, na którym zasiadał, zaskrzypiało niebezpiecznie.
Nadzorca schylił się, przejechał paluchem po wypisanych w równej kolumnie nazwiskach więźniów i robotników.
- Jak nazwisko?
- Mikołejson. - Jakimowski znowu postawił talara na sztorc i zakręcił z brzękiem. - Albo coś podobnego.
- Nie ma.
Jakimowski zatrzymał rozkręconego talara. Zdjął z niego dłoń i spokojnie poczekał. Vogt pacnął otwartą ręką w monetę, uderzył tak silnie, że rozkołysał cały pulpit, porwał podarek, sprawdził na ząb czy złoto.
- Zdaje się, że coś widzę - wysapał. - Chyba...
Jakimowski zakręcił drugim talarem.
Tym razem Vogt był szybszy. A właściwie to Jakimowski pozwolił mu capnąć monetę. Nadzorcawyciąg-
nął rękę tak szybko, że omal nie zwalił z kantorka flaszki inkaustu i pęku gęsich piór w cynowym kielichu.
- Mikołejson - wycharczał. - Mam go w księdze.
Tam on jest. - Wycelował grubym paluchem w górę.
Jakimowski bez słowa odwrócił się do schodów wiodących na wyższe piętro krantora. Zamarł, gdy dobiegł go cichy, zduszony śmiech Vogta. Stary nadzorca charczał i prychał śliną, jak gdyby właśnie trapił go atak podagry. Ale to był tylko śmiech.
- Co się dzieje?! - Jakimowski nie rozumiał, zatrzymał się w pół kroku.
- Mikołejsona... - wycharczał Vogt - nie dogonicie po schodach, bo on wyżej poleciał, niźli wam się zdaje. Do Pana Boga! Szukajcie go na szubienicy. Na drodze świętego Michała.
- Jak to? Dlaczego?!
- Wor i szelma był z niego - zarechotał Vogt. - Próbował uciekać, jakby coś komuś ważnego miał do przekazania na wolności. Ale złapały go straże na Długim Moście. Z wyroku miał bujać się między niebem a ziemią, ale póki co pan burgrabia kazał go przetrzymywać. Badał, czy jakieś inne sprawki onego na jaw nie wyjdą. Widno wyszły, bo dziś go zabrali. Do Katowni, a potem od razu na szubienicę. Gońcie co sił, panie szlachcic, może zdążycie na kaźń. To niedaleko. Jeszcze się przypatrzycie, jak mistrz go kiwa na stryczku.
Jakimowski, zwykle opanowany, zaklął. A potem odwrócił się na pięcie i tyle go widzieli. Zbiegł na dół i jak błyskawica dopadł konia. Okrzyknął Kozaków zajętych chwytaniem i obmacywaniem gdańskich dziewek, a potem uderzył wierzchowca ostrogami.
- Na trakt świętego Michała! - huknął, aż konie poprzysiadały na zadach. - Ruszać się!
Jak wicher wpadli w ulicę Szeroką, roztrącając pospólstwo. Podkowy załomotały na kamiennym bruku, konie wyciągnęły szyje i pomknęły skokiem, wśród krzyków, pisków, wrzasków, wzbijając kopytami fontanny błota z kałuż. Miotając przekleństwa obalili ławę z chlebem, potrącili sprzedawcę koszów, przemknęli obok grupki dzieciaków zajętych rozgrywaniem w rynsztoku potyczki ze Szwedami, przy czym górą były w tym wypadku wojska koronne. Zbrukali łajnem i niewybrednym słowem dwie leniwe gdańszczanki, roztrącili patrol pachołków miejskich i gnali dalej na łeb na szyję, krzycząc i strasząc ludzi wrzaskiem i tatarskim hałłakowaniem.
- Ruszać się! - zakrzyknął Jakimowski. - W skok! W skok!
Dopadli solidnej niemieckiej murowanej szubienicy dokładnie w chwili, gdy kat wytrącił drabinę spod nóg młodego więźnia o zmierzwionych jasnych włosach. Skazaniec opadł w dół, zadygotał na stryczku. Na chwilę utkwił wzrok w dal; tam gdzie od strony Bramy Długoulicznej przebijał się przez tłum szlachcic polski i trzech jeźdźców przypominających diabłów z dalekich stepów, na widok których bogobojny gdańszczanin mógł tylko paść na ko­lana i klepać pacierze. Skazaniec zacharczał, dusił się, lecz jeszcze nie umarł. Choć spadł z dużej wysokości, pętla nie skręciła mu karku. Rzucał się teraz, wstrząsany dreszczami, pluł śliną, a potem krwią z przegryzionych warg.
Na widok takiego obrotu sprawy, kat Heinrich Hohenbacher zacisnął ręce w pięści. Znów wpadka; kolejna fuszerka, na którą nie mógł sobie pozwolić; nie na oczach rajców miejskich i gdańskiego pospólstwa! Zwłaszcza po niedawnych występach gościnnych w Pucku, gdzie podnosząc uciętą głowę za perukę, sprawił, że całe miasto miało go na języku. W dodatku młody złodziejaszek przed śmiercią stawiał opór, a małodobry musiał długą chwilę szamotać się z nim i niemal siłą zawlec na drabinę wespół z pachołkami.
Mistrz Hohenbacher szybko naprawił swój błąd. Podskoczył, chwycił wisielca za nogi, pociągnął w dół, łamiąc kark, przytrzymał, by nie pozwolić umierającemu na dalsze drgawki. I wreszcie, po tych wszystkich potknięciach i porażkach, jakich nie szczędził mu ostatnio los, dał zacny popis katowskich umiejętności łamania karku.
Tłum zawył i zaskowyczał z uciechy.
A Jakimowski wstrzymał konia. Zbladł i przymknął oczy. Tajemnica lewiatana umarła razem ze skazanym...

– Chcę wiedzieć wszystko: kim był, skąd przyszedł i za co poszedł do piekła – rzekł Jakimowski do kancelisty z Domu Ławy, gdzie od ponad stu lat zbierał się gdański sąd stosowny. – I proszę też, abyście odczytali mi te wasze krzyżackie czy pohańskie łamańce, bo ja ani słowa nie wyrozumiem z konotacji. Nie bójcie się. Dobrze zapłacę.
Kancelista, który miał już na końcu języka dłuższą tyradę udowadniającą wyższość niemieckiego gotyku nad szlachetną polską litterae antiqua, jednak na widok czerwonego złotego w dłoni szlachcica przełknął ją równie gładko jak tuczona gęś kluskę.
- Czytaj! - rzucił Jakimowski, a pisarz począł przebijać się przez protokoły posiedzeń i sentencję wyroku. Na szczęście nie było tego dużo. Sprawa Josta Mikołejsona, zwykłego miejskiego wyraźnika i drzemcarza, który po zagarnięciu rybackiego szmaka przez Szwedów imał się łotrostwa w Gdańsku, nie obchodziła sławetnych ławników bardziej niż ból złamanego paznokcia. Rozprawa była krótka jak kazanie pijanicy Dowody winy jasne jak słońce, a ławnicy spieszyli się do Dworu Artusa, gdzie tego dnia rajca Schroeder obchodził imieniny. Wyrok był zatem krótki i treściwy, a Jost Mikołejson miał być wywiedziony w pole i obwieszony pomiędzy niebem, a ziemią.
I tyle.
A potem Jakimowski kazał przetłumaczyć sobie tę część sentencjonarza, w której mowa była o szelmostwach popełnianych przez Mikołejsona. Czarno na białym stało tutaj, że nieszczęsny rybak, ni to Kaszub, ni to Duńczyk, którego dziadowie przybyli zapewne pod Gdańsk jeszcze za króla Sigismunda Augusta, upodobał sobie statki i okręty cumujące w porcie. Począwszy bowiem od Środy Popielcowej do chwili schwytania go, co miało miejsce ultima aprilis, obrabował kilka fluit i galeonów, zakradając się do kajut i pod pokład, a potem wynosząc rzeczy należące do kapitana i oficerów. Schwytano go, gdy zanadto już swawolił, próbował bowiem dostać się na galeon floty królewskiej - Króla Dawida kapitana Mory, który do Gdańska przypłynął dla wyposażenia i naprawy. I tu Mikołej sonowi powinęła się noga. Schwytany in recenti* poszedł do loszku. Wyrok zapadł szybkim trybem, ale cała sprawa ciągnęła się przez miesiąc, co było dziwne, bo w kwaterze Mikołejsona znaleziono wiele rzeczy ukradzionych ze statków. Być może dlatego, że ławnicy - chyba na złość budownicze­mu okrętów królewskich domagającemu się natychmiastowej egzekucji - zamiarowali sprawdzić, czy szelma i wichrzyciel porządku nie brał czasem udziału w kilku innych napaściach i rabunkach. I w tym celu postanowili przetrzymać go w areszcie, a żeby nie jadł na darmo więziennego chleba - użyć do pracy w Żurawiu.
W sentencjonarzu była lista statków, które okradł Mikołejson. Jakimowski przepisał ją sobie, sięgnął po swoją księgę, otworzył ją i...
Poczuł się tak, jakby dostał w łeb obuchem.
Mikołejson ograbił osiem statków. Charitas Hansa Golbmanna z Utrechtu pod koniec marca, Das Schwarze Pferd z Wismaru, angielski Royal Fortune, Elephant, Gouden Leeuw, gdański Der Weiss Einhorn, Die Hoffnung... A ósmym statkiem była...
Die Prinzessin von Polen...
Mikołejson ograbił te same statki, które po wyjściu z portu gdańskiego stały się łupem Lewiatana!
Pan Marek Jakimowski, szlachcic polski z Baru, roześmiał się na cały głos. Jak to? O co w tym wszystkim chodziło? Czyżby złodziejaszek z portu, kradnący galoty i pludry, był w konszachtach z Lewiatanem? Wszystko stałoby się jasne, gdyby Mikołejson okazał się czarownikiem lub podstępnym szelmą, albo mordercą szlachtującym w zaułkach spaśnych gdańskich kupców. Ale nie złodziejem pludrów i starych koszul! Ten drobny łotrzyk pasował do całej historii jak kula z rusznicy do potężnej kartauny... A jednak, jeśli takich kul zbierze się tysiąc, można nabić nimi armatę jak siekańcami i urządzić rzeź załodze wrogiego okrętu...
Księgi ławnicze i sentencjonarze nie kłamały. U Mi-kołejsona znaleziono rzeczy zrabowane ze statków. Sam przyznał się do winy i co ciekawe - wcale nie na łożu boleści u mistrza Hohenbachera, ale z własnej woli. Zapewne wówczas, gdy szczegółowo poinstruowano go o zasadach działania Eiserne Jungfrau i hiszpańskich trzewiczków, w których można było przetańcować całą noc, ale nieskoro było potem urżnąć skocznego w gdańskiej karczmie.
Cóż było czynić z tym fantem? Jakimowski pociągnął łyk gorzałki, ale bynajmniej nie rozjaśniło mu się w głowie. Statki, które zaatakował Lewiatan, zostały najpierw okradzione... Ale na co były morskiej bestii koszule i pludry kapitana i marynarzy? Beznadziejny trop.
A co z Die Katze? Z ostatnim krejerem, na którego napadł Lewiatan? Nie było o nim wzmianki w księgach.
No ale... jak miała być, skoro gdy statek stał w porcie, Mikołejson właśnie odprawował posty o chlebie i wodzie w ratuszowym więzieniu?
Jakimowski wstał i podszedł do kancelisty.
- Muszę wiedzieć - rzekł - czy po schwytaniu tego Mikołejsona były jeszcze jakieś kradzieże?
- Przez cały czas, panie. Pospólstwo dziś niewiele ma do roboty, bo handel zamiera, tedy swawoli ponad miarę.
- Jakie statki zostały ograbione? To bardzo ważne!
- Statki? Znaczy... Zaraz! Był jeden nieszczęsny kapitan... Zwał się Roch Herling, a pływał, bodajże, przepomniałem...
- Przypomnijcie sobie! - Jakimowski sięgnął do trzosa. - Muszę wiedzieć, co to za statek!
- Kot... Die Katze znaczy. Mały krejer. Nieszczęście z nim było, bo ledwie z portu wypłynął, zaraz morski diabeł całą załogę wydusił.
„Jezu Chryste”, jęknął w duszy Jakimowski. „Zgadza się. Die Katze, statek widmo, który znaleźli nasi ludzie pod Latarnią”.
- A później - wydyszał wprost w oblicze kancelisty -czy były jeszcze jakieś łotrostwa i kradzieże?
- A pewnie. - Machnął ręką skryba. - Wczoraj weszli szelmy na statek Holendrów. Szyper na Ratuszu się pieklił, do pałasza porywał. Ale co my na to poradzimy, jak w porcie tylu plebejów bez zajęcia sterczy?
- Statek Holendrów? A jak się nazywał?
- Przepomniałem... Czekajcie.
Jakimowski zaświecił mu w oczy całą garścią dukatów. Kancelista aż podskoczył na ławie.
- Poczekajcie panie, zaraz sobie przypomnę...
Jakimowski zacisnął złoto w garści. Czekał z bijącym sercem.
- Przepomniałem... - rzekł drżącym głosem skryba. - Boże miej mnie w opiece... Zwał się...
Poderwał się znad stołu, skoczył do szafy wyciągnął jedną księgę, drugą, trzecią...
- Co to był za statek?! Mów, chłopcze! Szybko!
Pisarz porwał za klucz, otworzył skrzynię, wyciągnął z niej księgę formatu folio, potem jakieś listy, papiery.
- Czekam!
- Już, panie wielmożny... Już, chwila jeno! - zajęczał skryba przerażony utratą garści czerwonych złotych. - To był...
Otwarł z rozmachem jakiś regestr, przewrócił kartki, przedarł jedną z pośpiechu. Przejechał palcem wzdłuż długiej kolumny nazw.
- To był Amsterdam, panie!
Jakimowski cisnął mu cały mieszek złota i wybiegł z Domu Ławy na Długi Targ.
- Amsterdam, gdzie jest Amsterdam?! - zakrzyknął Jakimowski do pierwszego lepszego strażnika wodnego, którego napotkali w porcie.
- Jakże, to nie wiecie? Opodal Utrechtu. - Strażnik wyszczerzył zęby w uśmiechu, przekonany, że właśnie opowiedział zacną krotochwilę.
- A gdzie cumuje Utrecht?!
- Koło Rotterdamu!
Jakimowski rozejrzał się dokoła w poszukiwaniu statku o takiej nazwie.
- Amsterdam, statek Amsterdam! - warknął wściekle. - Gdzie mogę go znaleźć?
- Aaaa - domyślił się wreszcie strażnik. - Fluita olenderska? To trza było tak od razu, Panienko Przenajświętsza. W porcie jej nie spotkacie. Po południu żagle postawiła. Jak nogi u was rącze, to może dognacie ją jeszcze koło Polskiego Haka, gdzie blokhauz. Pewnie ją tam drągowi zatrzymają krzynę. Poznacie ją bez trudu, bo ma na galionie lwa z mieczem w łapie. Żeby mi tak Przenajświętsza Panienka kusia odjęła, jak łżę.
Jakimowski zaklął. Co było robić? Co czynić, na Boga? Każda upływająca chwila sprawiała, że trop, który wiódł do Lewiatana był coraz bledszy, rozwiewał się, znikał. Musieli ruszać jak najszybciej, zatrzymać ten statek, aby nie wpadł w łapy morskiego diabła!
Ale jak go dogonić? Jakimowski nie wątpił, że jeśli ruszą za fluitą przez Długi Most, to, mając do przebycia całe portowe nabrzeże, Brabancję, gdzie wyposażano statki, a potem beluardy Grad i Młyński, przez które zapewne nie przepuszczono by ich zbyt szybko ze względu na wojnę ze Szwedami, po Amsterdamie zostanie zaledwie wspomnienie.
I przeklęty statek pełen poszarpanych trupów...
- Za mną! - ryknął do Kozaków, zawracając konia ku Bramie Zielonej. Był już zdecydowany, aby wpaść na Długi Targ, przez Bramę Długouliczną dopaść Wyżynnej, wyjechać na Siedlce; popędzić wzdłuż zewnętrznych wa łów miejskich na północ, by przez Grodzisko dotrzeć do Szańca Wapiennego nieopodal Bramy Oliwskiej. I dopaść Amsterdam zanim osiągnie strażnicę pilotów i Latarnię!
Jak wicher przemknęli przez Długi Most, z łoskotem kopyt na kamiennym bruku wpadli w przejazd Bramy Zielonej, wychynęli po drugiej stronie, na Długim Targu. Na szczęście pora była już popołudniowa, większość kramów i ław zamknięta, towary sprzątnięte. Rozpędzone konie spłoszyły stado gawronów, rozgoniły przekupki.
Rwali jak na skrzydłach, przelatywali z łoskotem kopyt obok stosów beczek, koszy, zmuszając przechodniów do chowania się za szopami i studniami. Z krzykiem i chrapaniem koni dotarli do końca ulicy, mijając fontannę Neptunusa, Dwór Artusa i strzelającą w niebo wieżycę ratusza Głównego Miasta.
Od krzyków, wrzasków i złorzeczenia potrącanych mieszczan spłoszył się koń ciągnący kolasę wyładowaną koszami pełnymi ryb; wyrwał do przodu zza drewnianej budy...
Jakimowski nie zdołał wstrzymać wierzchowca! W ostatniej chwili spiął go do skoku, pochylił się w kulbace i jednym susem przesadził obie burty.
Kozacy krzyknęli. Choma i Weresaj spięli rumaki do skoku niemal w ostatniej chwili. Wołk skoczył w bok, wywrócił nieckę pełną wątłuszy, obalił pospołu beczki, bele materiałów i babę niosącą kosz z bułkami. Obryzgał błotem dwóch pachołków, wywrócił starego mieszczanina. Lecz zanim poszkodowani zdołali zerwać się na nogi, a pachołkowie i baba przydać jego matce i wszystkim babkom przydomki, z których najłagodniejszy brzmiał: francowata prukwa, mieszczanin zaś pobiec do Ratusza, by wnieść protestację na szlachecką samowolę; po Wołku pozostały tylko ślady kopyt i żywe ryby bezradnie machające ogonami w błocie.
Dopadli Bramy Długoulicznej! Szlachcic wstrzymał konia. Cały przejazd zastawiony był kupieckimi furgonami wyjeżdżającymi z targu i tłoczącymi się pod bramą przechodniami. Pół roku czekaliby na wyjazd, a dwa miesiące na przejście pod sklepieniami Katowni i Stockturmu. A przecież czas nie czekał. Mijał... uciekał, pędził nieubłaganie; zaś Amsterdam oddalał się z każdą chwilą.
Ogromna wskazówka ratuszowego zegara przesunęła się z chrzęstem na wpół do godziny piątej...
Jakimowski nie namyślał się dłużej.
Ściągnął cugle, zmuszając rumaka do skrętu w Tkacką, biegnącą równolegle do gdańskich obwarowań, popędził wierzchowca ostrogami. Z łoskotem przemknęli obok Zbrojowni, skręcili w lewo, w ulicę Świętego Ducha. Przed Bramą Dzwonną zwaną także Ludwisarską było na szczęście pusto; szybko znaleźli się na Targu Drzewnym, za starymi murami miejskimi.
Rwali wzdłuż placów drzewnych, z łoskotem mijali sterty desek, bali, niebotyczne góry wańczosu, płoszyli z drogi cieśli i czeladników, co bardziej opieszałym dając możność zapoznania się z płazami kozackich szabel. Runęli w Garncarską, wzbudzając popłoch wśród mew obsiadających drewniane balustrady mostu nad kanałem Raduni. Minęli niedawno ukończoną kamienicę cystersów z prawej i zwrócony do nich absydą kościół Świętej Elżbiety, przytułek, szpital i sierociniec. Pognali uliczką, wzbudzając szaleńczą trwogę wśród plebsu i pospólstwa. Gdzieś z tyłu rozległy się krzyki, huknął wystrzał z półhaka. Jakimowski usłyszał, jak w mijanym kościółku Świętego Józefa u karmelitów dzwony zaczynają bić na trwogę, jakby zbliżał się koniec świata albo hiszpańska armada. Faktycznie, spoglądając na Kozaków, miejski synek z Gdańska mógłby przysiąc, że Szwedzi właśnie zawarli pakt z Tatarami.
Na razie wszakże komisarz i jego pocztowi przypominali bardziej biblijnych jeźdźców Apokalipsy. Słysząc łoskot kopyt i widząc nadciągających wojowników z nasmołowanymi wąsami i osełedcami, dosiadających tatarskich bachmatów, matki wciągały do domów dzieci, mieszczanie zatrzaskiwali okiennice, czeladnicy i kramarze chowali się do bram, przechodnie rejterowali gdzie pieprz rośnie, żebracy zabierali misy z datkami, pospólstwo pierzchało na wszystkie strony świata.
Z łoskotem przewracanych ław wpadli w labirynt wąskich uliczek ciągnących się wzdłuż zachodniego krańca Starego Miasta, potrącili bednarza w skórzanym fartuchu, ładującego wraz z czeladnikami beczki na dwukołowy wóz. Ogromne antały stoczyły się na bruk miejski z takim dudnieniem, jak gdyby odezwały się nagle wszystkie działa Wisłoujścia. Lecz zanim mistrz i jego ludzie zdołali ochłonąć i rzucić się w pogoń, Jakimowski wraz z Kozakami był już pod bramą wciśniętą w wały między bastionami Świętego Jakuba i Bożego Ciała, niską, przysadzistą, jeszcze niewykończoną, połączoną drewnianym mostem z miastem.
Strażnicy zbrojni w piki i halabardy zbyt późno usłyszeli zbliżający się łoskot i grzmot kopyt. Porwali się, by zastawić przejazd hiszpańskimi kozłami, bo na zamknięcie bramy było już za mało czasu. Lecz Jakimowski nie chciał i nie mógł czekać na żadne tłumaczenia.
- W skok! - zagrzmiał szlachcic i runął wprost na zaskoczonych żołdaków gdańskich.
Szczęśliwie muszkieterzy woleli kąpiel niż połamane kości i kulasy. Skoczyli do fosy z pluskiem, a szlachcic i Kozacy przemknęli obok zapory, wypadli po drugiej stronie, przejechali z łoskotem drewnianym mostem. I zanim w bramie zabrzmiał dzwon na alarm, byli już po drugiej stronie fosy!
Dopadli Bramy Oliwskiej. Kręcili się przy niej chłopi wracający z targu, woźnice, flisacy i kilku żołnierzy. Żołdacy rewidowali właśnie jakiś podejrzany furgon, kłócąc się zapamiętale z furmanem. Dwóch tylko wyskoczyło naprzeciw nadciągających jeźdźcom. I równie szybko rozpierzchło się z krzykiem.
Jakimowski przeleciał obok wozu nim pozo stali strażnicy spostrzegli, co się dzieje. Wpadł do bramy, przemknął przez nią i...
Krzyknął, bo po drugiej stronie przejście zastawione było kozłami hiszpańskimi, z których szczerzyły zęby ostrza pik i rohatyn. Wszystkie były jednak skierowane na zewnątrz, w stronę przedmieścia i traktu wiodącego do Wrzeszcza. Rumak Jakimowskiego zachrapał ze strachu, lecz zerwał się do skoku, przesadził kozioł, zawadził kopytami o drzewce, złamał z trzaskiem dwie piki. Wołk skoczył zaraz po nim, wierzchowiec Chomy potknął się, poranił, wyłamał do reszty dwie kolejne piki. Ostatni Weresaj przemknął przez wyrwę gładko i lekko.
A Jakimowski skręcił w lewo, popędził piaszczystą drogą w stronę Wielkiego i Małego Szańca Wapiennego. Minęli umocnienia wznoszące się przy rzece, po gnali nadbrzeżnym traktem w stronę Młynisk, wypadli na łąki i rozlewiska Wisły, zarośnięte trzciną i tatarakiem, z których zerwały się stada dzikich kaczek.
Szlachcic obejrzał się w prawo i wstrzymał konia. Rozglądał się po Wiśle leniwie toczącej wody po wielkim łuku, przenosił wzrok z jednego statku na drugi, aż wreszcie dostrzegł dużą fluitę pod holenderską banderą, płynącą szybko z nurtem rzeki. Drugiej takiej nie było w zasięgu wzroku. Uznał więc, że to właśnie Amsterdam szedł pod rozwiniętymi marslami, wprost pod bastiony, szańce i umocnienia Latarni.
- Za nim! - rzucił do swoich ludzi.
Uderzyli konie ostrogami. Wyścig z rzeką był rozpoczęty!

* Łac. na gorącym uczynku.




Dodano: 2008-01-02 17:25:01
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS