NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abnett, Dan - "Uniwersum Marvela. Avengers: Wszyscy chcą rządzić światem"

Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Nieściur, Sławomir - "Blokada"

 antologia - "Opowieści niesamowite z języka angielskiego"

 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

Linki

Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Wurts, Janny - "Wojny Światła i Cienia"
Tytuł oryginału: Curse of the Mistwraith
Data wydania: Marzec 2006
ISBN: 83-7418-088-9
Format: 135×205mm
Liczba stron: 640
Cena: 39,90
Tom cyklu: 1



Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł" (rozdział 4)

IV. Klątwa Upiora Mgieł

Srebrna tafla Zachodniej Bramy zamigotała, rozerwała się i wypluła dwa ciała na zamglone pustkowie Athery. Jasne włosy zalśniły niczym zaginione złoto wśród splątanych zarośli i mokrych liści.
– S’Ilessid! – podniecony krzyk Dakara strząsnął krople z gałęzi sosen górujących nad jego głową, kiedy rzucił się na swoją zdobycz niczym niecierpliwy sęp.
Czarnoksiężnik Asandir podążył za nim z większą godnością, lecz nie mniejszym entuzjazmem.
– Ostrożnie. Mogą być ranni. – Zatrzymał się u boku Dakara i pochylony patrzył uważnie na dwóch przybyszów z Dascen Elur.
Brudni, wychudzeni i naznaczeni przez ciężkie koleje losu, dwaj młodzi mężczyźni leżeli nieprzytomni na ziemi. Jeden z nich, jasnowłosy, o jasnej skórze, wyglądał na potomka s’Ilessidów. Chociaż twarz drugiego przykrywały rozwichrzone włosy i czarna broda, Asandir wiedział, że oczy leżącego, kiedy już je otworzy, będą zielone.
Kiedy żaden z przybyszów nie okazał oznak życia, Asandir zmarszczył brwi w zamyśleniu. Schylił się i położył długie, sprawne palce na spalonym słońcem czole najbliżej leżącego. Mglisty las i gadanina Dakara wydały mu się nagle bardzo odległe, kiedy jego świadomość wniknęła w umysł człowieka, którego dotykał. Natychmiast wyczuł niebezpieczeństwo.
Czarnoksiężnik się wyprostował. Pytanie uwięzło w gardle Dakara, kiedy napotkał twarde jak stal spojrzenie swego towarzysza.
– Dotknęły ich cienie z Mearth. Musimy natychmiast przenieść ich w bezpieczne miejsce.
Dakar się zawahał, kipiąc od niewypowiedzianych wątpliwości. Klątwa cieni wpędzała umysł w szaleństwo; możliwe, że nadzieje Athery na odzyskanie słońca są już stracone. Ostre słowa przywróciły Szalonego Proroka do rzeczywistości.
– Zajmij się księciem, bo przegrasz swój zakład. – Asandir szybko rozpiął płaszcz i owinął ciemnowłosego mężczyznę szarosrebrną tkaniną.
Blady i trzeźwy, co mu się rzadko zdarzało, Dakar postąpił tak samo z s’Ilessidem. Potem zmusił swe tłuste ciało do biegu w kierunku koni, które, spętane, pasły się kawałek dalej.

* * *

Dzień wcześniej Asandir zajął chatkę drwala. Od czasu kiedy Upiór Mgieł zawładnął niebem i słońcem, ludzie unikali miejsc związanych ze starymi mocami. Zachodnia Brama nie była wyjątkiem. Siedlisko drwala leżało w odległości pięciu lig od portalu, czyli siedem godzin jazdy konno, przy podwójnym obciążeniu. W lesie spowitym mgłą ciemność zapadała szybko.
Dakar przeklinał panujący mrok. Gałęzie drapały go po twarzy, rękach i kolanach, kiedy koń przeciskał się przez bezdroża. Za kołnierz lały mu się strugi deszczu. Chociaż przemarznięty do szpiku kości, Szalony Prorok powstrzymywał się od narzekania; nawet nie miał na sobie płaszcza, gdyż pożyczył go innemu. Nadzieja, która przez pięć setek lat trzymała przy życiu mieszkańców Athery, wiązała się nierozerwalnie z nieprzytomnym człowiekiem, spoczywającym w jego ramionach. Książę s’Ilessid, którego osłaniał od deszczu, był potomkiem następcy tronu Tysanu, lecz przybywając do świata, którym powinien władać, nie mógł liczyć na serdeczniejsze powitanie niż tylko ciepły kominek. Drwal wybrał się na jesienny targ w Zachodnim Krańcu. Jego domostwo jawiło się ciemne i opuszczone.
Noc ustąpiła przed świtem; we mgle, znów widoczne, pojawiały się pnie drzew. Czarnoksiężnik i prorok zatrzymali konie przed gankiem krytym spiczastym daszkiem. Chatka w środku była przytulna i dobrze urządzona; pod spadzistym, nieco zapadniętym dachem mieściły się dwa małe pomieszczenia. Asandir ulokował przybyszy z Czerwonej Pustyni na kocach rozłożonych przed paleniskiem. Kiedy już zapalił ogień i powiesił kociołek z wodą nad płomieniami, ukląkł obok braci i zaczął zdejmować z jednego z nich mokre odzienie.
Drzwi się otworzyły. Dakar, który zdążył już obrządzić konie i zaprowadzić je do stajenki, wszedł do środka, dźwigając dwie ciężkie, ociekające wodą kulbaki wraz z uprzężami.
– Dlaczego nie zająłeś się najpierw księciem Tysanu?
Asandir nie podniósł wzroku.
– Wybrałem tego, który bardziej potrzebuje pomocy. – Rozwiązał przemoczoną tunikę mężczyzny i odsłonił klatkę piersiową, którą przecinał strup skrzepłej krwi. Starsze blizny, widoczne w świetle płomieni, znaczyły skórę, a pokaleczone nadgarstki dowodziły, że nieprzytomny był niedawno brutalnie i długo maltretowany.
– Na miłość Atha! – Strzemiona zadźwięczały, kiedy Dakar rzucił swój ciężki ładunek w kąt. – Dlaczego mu to zrobili? Czy to jakiś wyrzutek albo przestępca, by tak okrutnie go traktować?
– Ani jedno, ani drugie. – Opryskliwy ton czarnoksiężnika zniechęcał do dalszych pytań.
Zaintrygowany, Dakar pochylił się nad s’Ilessidem. Dostrzegł ku wielkiej uldze, że książę nie ma na ciele żadnych innych obrażeń poza tymi, które zadało mu pustynne słońce. Z wielką sprawnością, zupełnie niepasującą do jego codziennego zachowania, Dakar wykąpał księcia, ubrał w suchą odzież i ułożył na posłaniu w sąsiednim pomieszczeniu. Kiedy powrócił do paleniska, Asandir ciągle był zajęty.
Dakar usadowił swe tłuste ciało na najbliższym krześle i skrzywił się w odpowiedzi na ból zmęczonych mięśni. Przemarznięty, mokry i zmęczony, nie rozumiał, dlaczego Asandir marnuje czas na sługę, kiedy spełnienie Proroctwa Zachodniej Bramy zależy tylko i wyłącznie od potomka s’Ilessidów, który spoczywa w izbie obok. Po chwili niecierpliwość zwyciężyła nad rozwagą i Dakar przerwał czarnoksiężnikowi.
– Czy naprawdę warto aż tak się nad nim trudzić?
Czarnoksiężnik rzucił na niego lodowate, ostrzegawcze spojrzenie.
– A czy zauważyłeś, jaką broń ma przy sobie? – zapytał, swoim zwyczajem nigdy nie odpowiadając wprost.
Dakar wyciągnął nogę i trącił kłąb ubrań, który leżał obok Asandira. Spod przemoczonych tkanin błysnęła głownia miecza. Ponad delikatną linią jelca i gardy lśnił szmaragd, osadzony w metalu tak pięknie i precyzyjnie, że nie przypominał żadnego z wytworów człowieka. Dakar zmarszczył zdziwiony brwi, nie rozumiejąc. Dlaczego zwykły sługa miałby nosić miecz wykonany dłońmi Parawian?
– Dlaczego, w rzeczy samej, mój proroku? – zapytał głośno Asandir.
Dakar zaklął szpetnie. Jego umysł pracował wolno, zmęczony brakiem snu. Wszystkie trzy rasy Parawian, jednorożce, centaury i dzieci słońca, zniknęły, kiedy Upiór Mgieł zawładną Atherą i zesłał mgły. Miecz stanowił zagadkę. Poirytowany tym wszystkim, Szalony Prorok dał upust złości.
– Niech cię Dharkaron porwie, mam już dość tych wykrętnych odpowiedzi. Czy choć raz nie możesz wyrazić się jasno i zrozumiale?
Ten wybuch przyniósł tylko milczenie. Dakar podniósł wzrok i ujrzał głowę swego mistrza, pochyloną nad renegatem z Dascen Elur. Blask płomieni oświetlał na czerwono obu mężczyzn, nadając im wygląd posągów. Dakar, widząc, że nie doczeka się wyjaśnień, rozsiadł się wygodniej i z ciężkim westchnieniem wyciągnął obolałe nogi w kierunku paleniska. Zmysł praktyczny zwyciężył nad uporem; Dakar nie zamierzał marnować czasu, wykłócając się z Asandirem. Skoro czarnoksiężnik zdecydował się zapewnić im tak przytulne schronienie, prorok zamierzał skorzystać w pełni z jego dobrodziejstw. Oparł z zadowoleniem głowę na dłoni i zasnął na krześle.

* * *

Kiedy z ust Szalonego Proroka wydobyło się głośne chrapanie, nachmurzona twarz Asandira złagodniała. Jego szczupłe palce odsunęły czarne włosy z tak znajomego mu czoła, a na ustach pojawił się wyraz rozbawienia.
– A więc nasz prorok myśli, że jesteś zwykłym sługą, nieprawdaż?
Mimo uśmiechu, w słowach czarnoksiężnika pobrzmiewał smutek. Jak to się stało, że syn królewskiego rodu s’Ffalennów tak bardzo ucierpiał, chociaż liczył sobie tak niewiele lat? Widok tego młodego, poznaczonego bliznami ciała wołał o pomstę do nieba. Dascen Elur musiało się bardzo zmienić od czasu, kiedy Liga zamknęła Bramę Końca Świata, a z Athery zniknęło słońce.
Asandir przyglądał się poparzonej, okaleczonej twarzy i w duchu błagał o przebaczenie za czyny popełnione w przeszłości. Potem zamknął oczy i skoncentrował się na umyśle chorego. Szybko, pewnie i zręcznie, niczym chirurg dokonujący cięcia, zamierzał przeniknąć przez warstwy pamięci, nie budząc ukrytej pod nimi woli. Ale wbrew oczekiwaniom, s’Ffalenn krzyknął głośno. Jego ciało wyrwało się z uścisku maga, a powieki uniosły się, ukazując niewidzące oczy.
Asandir, zaskoczony, wycofał się.
– Spokój – powiedział w starym języku. Słowo zamknęło się wokół chorego niczym sidła, tłumiąc poruszoną świadomość. Skupiony jak sokół, czarnoksiężnik czekał, aż zielone oczy, barwą przypominające szmaragd z rękojeści miecza, zajdą mgłą i skryją się za powiekami.
Asandir zastanawiał się pospiesznie. Ten obcy książę był przez kogoś szkolony w sztuce magicznej. Jego umysł krył się za barierą, a moc pozwalała na silną obronę nawet wtedy, kiedy świadomość spoczywała w stanie uśpienia. Mag rozprostował ostrożnie pokryte bliznami ręce i nogi chorego. Nie miał wyboru. Musiał przełamać obronę, nie tylko po to, żeby wyleczyć rany zadane przez klątwę Mearth. Na tym człowieku i na s’Ilessidzie, który przybył wraz z nim, spoczywała nadzieja pięciu wieków.
Asandir uspokoił się i zaczął znowu. Powoli i delikatnie, jak woda wsiąkająca w suchy filc, złączył się z umysłem człowieka, którego dotykał. Mimo ostrożności, nieprzytomny s’Ffalenn zareagował. Czarnoksiężnik wyczuł niepokój, a na ciele młodego mężczyzny wystąpiła gęsia skórka.
– Spokojnie. – Asandir utrzymywał z nieprzytomnym kontakt, wycofując się zawsze wtedy, kiedy umysł tamtego chciał go pochwycić i rozszyfrować. Nie zamierzał zawładnąć przybyszem, ale czekał, cierpliwy jak kamień. W końcu mężczyzna wzniósł obronny mur tożsamości, opierając się inwazji nieznanego. Czarnoksiężnik usłyszał w myślach imię obcego. Arithon. Imię to sprawiło, że zastygł w oczekiwaniu. Ktokolwiek nazwał tak księcia, wiedział, co może go czekać w przyszłości. Arithon w języku Parawian znaczyło bowiem kowala; ale nie kowala, który kuje metal, ale tego, który jest twórcą przeznaczenia.
Zdziwienie czarnoksiężnika wzbudziło sprzeciw w umyśle księcia. Asandir nie zamierzał teraz drążyć tej tajemnicy; znów się skoncentrował i skupił wolę Arithona na sobie. Mistrz w niego uderzył. Zanim czarnoksiężnik stracił panowanie nad sobą i zagubił się w labiryncie własnych myśli, zdołał się wycofać. Ale w głowie ciągle tkwiła osobowość obcego, świadoma i napięta. Wbrew sobie, Asandir wypowiedział w myślach słowo, w którym brzmiało współczucie.
– Arithon.
Nic się nie stało. Asandir, zaskoczony, przerwał. Przecież ten książę nie był kimś więcej niż tylko zwykłym śmiertelnikiem. Logika podpowiadała mu, że jego początkowe założenia są słuszne. Cierpienie może wpływać na umysł, Ath świadkiem, a Arithon doświadczył go w stopniu większym niż niejeden z ludzi. Podjąwszy nagłą decyzję, czarnoksiężnik znów spróbował sforsować zamknięty umysł księcia z siłą, która wystarczyłaby na pokonanie maga o umiejętnościach prawie mu równych.
Tym razem pokonał opór, ale nie tak, jak się spodziewał. Mistrz sam przebił się przez jego osłonę, jakby poznanie siły przeciwnika sprawiło, że zapragnął rozpaczliwie poprosić go o pomoc. Przez ową nić połączenia mknęły obrazy, niczym strzały zatrute przez sumienie s’Ffalenna, i, o dziwo, fragmenty przepowiedni s’Ahelasa, co pozwoliło Asandirowi wyodrębnić skutek i przyczynę. Nie mógł uwierzyć w tak rewelacyjne wieści!
Związany z umysłem Arithona, czarnoksiężnik zobaczył główny pokład, usiany ciałami poległych. Przez zasłonę łez obserwował skurczone palce ojca, które bezskutecznie szarpały strzałę zaklinowaną w kości pomiędzy klatką piersiową a obojczykiem. Słowa rannego prawie niknęły w zgiełku bitewnym.
– Synu, musisz spalić brygantynę. Niech Dharkaron weźmie moją duszę. Nigdy nie powinienem cię prosić, żebyś opuścił Rauven.
Ogień szalał, hucząc wokół, ale jego płomienie wydawały się zimne jak lód w porównaniu z żarem, który tlił się w umyśle prowadzącym dłoń z pochodnią.
– Los mi świadkiem, dobrze zrobiłeś, że po mnie posłałeś! – Ale w krzyku Arithona zadźwięczała nuta zwątpienia. Gdyby odmówił przyjęcia dziedzictwa i tronu Karthanu, nigdy nie musiałby stawać przed tak okrutnym wyborem; mógł odrzucić propozycję i nie angażować swoich magicznych mocy przeciwko ludziom, którzy ich nie posiadali, albo patrzeć na śmierć swoich podwładnych, których jego moc zdołałaby przecież ocalić. Po skrwawionym ciele ojca przemknęły iskry i zgasły bez śladu, jak życie karthańskich marynarzy.
– Podpal ją, chłopcze. Zanim będzie za późno... niech umrę wolny...
– Nie! – protest Arithona zabrzmiał dźwięcznie wśród bezgwiezdnej, dziwnej nocy. – Niech Ath ma litość, moje ręce już przyczyniły się do twojej klęski. – Ale z tyłu wyciągnęły się twarde, marynarskie dłonie i wyrwały pochodnię z jego uścisku. Płomienie skoczyły w górę masztów i want. Płótno zamieniło się w ścianą ognia, rozdzieloną nagłym podmuchem. Płonące szczątki leciały z góry i spadały na mokry pokład, sycząc i buchając parą. Ale takielunek palił się nadal, strzelając iskrami i buchając kłębami dymu.
– Uciekaj, chłopcze – powiedział marynarz. – Maszt już się prawie przepalił. Zaraz runie na pokład i nas zmiażdży.
Lecz zamiast uciekać, Arithon upadł na kolana obok ojca. Bezskutecznie usiłował zatamować krwawienie z rany, która już spowodowała śmierć. Nie mógł uwierzyć, że jego ojciec zginął od tak przypadkowego strzału. Ale te same dłonie, które wyrwały mu pochodnię, teraz odciągnęły go do tyłu.
– Twój ojciec nie żyje, chłopcze. A bez ciebie Karthan pozostanie bez króla. – Kwatermistrz brygantyny, nie kryjąc łez, chwycił księcia i razem z nim skoczył do morza.
Po tej scenie nie nastąpił dalszy ciąg. Jakaś bezlitosna siła kazała umysłowi księcia powtarzać ją wciąż na nowo. Jednak Asandir ujrzał już wystarczająco dużo, by rozpoznać wzór klątwy miasta Mearth. Cienie, stworzone przez Daviena pierwotnie po to, by chronić Fontannę Pięciu Wieków przed intruzami, wypaczały umysł, skazując go na mękę przeżywania w nieskończoność najboleśniejszych wspomnień. Owocem takich męczarni było zwykle szaleństwo, albo, jeżeli ofiara odznaczała się siłą, amnezja, gdyż jedyną możliwą obroną przed wspomnieniami była ucieczka od myśli innych niż te najbardziej niewinne.
Asandir przerwał ów strumień wspomnień z delikatnością, jaką dysponowali tylko mistrzowie, którzy długo szkolili swą moc. Wreszcie uwolniony umysł Arithona s’Ffalenna odsłonił się przed nim do końca. Z ostrożnością i współczuciem, czarnoksiężnik zagłębił się we wspomnienia swego podopiecznego. Zaczął od najwcześniejszego dzieciństwa i stopniowo podążał ku teraźniejszości. Rezultat niemalże zmroził mu serce.
Arithon posiadał wiele talentów. Wyszkolony przez magów, zdawał sobie sprawę, że nigdy nie będzie mógł użyć swych umiejętności przy umacnianiu władzy. Napiętnowany wyrzutami sumienia s’Ffalennów i nawiedzany przez wizje przyszłości, które odziedziczył po swojej matce s’Aheals, Arithon nie zaryzykowałby nigdy więcej cierpienia, na jakie naraziłby go wybór pomiędzy złamaniem zasad stosowania mocy, a odpowiedzialnością władcy za poddanych. Asandir poczuł, jak ogarnia go sympatia do młodego człowieka. Athera potrzebowała tego księcia, chociaż nie on miał zostać jej królem.
Wywodzący się ze starszych rodów niż zapisano w archiwach Dascen Elur, Arithon był ostatnim żywym potomkiem wysokiego rodu kraju Rathain, który od czasu nadejścia mgły trwał w ciągłym konflikcie wewnętrznym. Chociaż Arithon wycierpiał już wiele w swoim krótkim życiu, Asandir znał także cierpienia pokoleń ludzi, którzy całe swe nadzieje pokładali w dniu, w którym ich władca powróci do nich przez Zachodnią Bramę. To, że książę s’Ffalenn, który właśnie przybył, może nie przyjąć tej korony, wydawało się niewiarygodnie tragiczne.
Asandir wycofał się z umysłu chorego i usiadł na piętach, znużony. Przeżyte lata i wiedza ciążyły mu na sercu, kiedy spoglądał w blasku kominka na czarnowłosą głowę. Wolność Arithona musi zostać poświęcona w imię równowagi czasu. Doświadczenie podsuwało magowi obraz świata, jaki nastanie, gdy pojawi się na nim drugi pretendent do tronu. Wiedział także, zbyt dobrze, że umiejętności Arithona i jego talent w splataniu cieni pozwolą mu zrozumieć, dlaczego musi odrzucić swe dziedzictwo. Athera ucierpiałaby bardzo, gdyby Upiór Mgieł, który wieki temu zawładnął słońcem, miał nigdy go nie uwolnić.
Asandir stłumił w sobie litość wzbudzoną przez widok delikatnych, wąskich palców muzyka, które wyrażały tak wiele, nawet spoczywając nieruchomo. Już nie czuł żalu, patrząc na blizny Arithona; teraz znał cierpienie duszy młodzieńca, zrodzonego na jałowej, piaszczystej ziemi Karthanu. Asandir westchnął. Jeśli nie zdoła uwolnić go od przeznaczenia, to może przynajmniej zapewni mu spokój duszy i znajdzie miejsce, gdzie zostanie zaakceptowany.
– Niech miłosierdzie Atha cię prowadzi, mój książę – wymamrotał i z ociąganiem, jak człowiek, który szykuje się do zadania ostatecznego ciosu miłosierdzia, wznowił kontakt z umysłem Arithona. Dotknął czym prędzej ogniw łańcucha łączącego magiczne zdolności z królewskim dziedzictwem i stłumił te wspomnienia. Wykonał zadanie sumiennie, ale jego rezultat nie był wieczny. Pierwsze Prawo Równowagi, które leżało u podstaw jego mocy, nakładało wysoki koszt na tych, którzy bezpośrednio interweniowali w umysły śmiertelników. Asandir zadbał tylko o to, żeby Arithon nie był świadom swego przeznaczenia, dopóki nie będzie gotów się z nim zmierzyć i nie otrzyma wsparcia od Ligi Siedmiu, która wskaże mu, jak wykorzystać wrodzony dar.
Kiedy czarnoksiężnik skończył, chata drwala tonęła już w szarościach zimowego popołudnia. Płonące głownie zamieniły się w popiół, a Dakar, który w pewnym momencie opuścił krzesło przy kominku, leżał teraz na kocu rozpostartym na podłodze. Jego gromkie pochrapywanie mieszało się z odgłosem wody spływającej z dachu.
Asandir wstał, nie czując sztywności w członkach. Dźwignął Arithona i zaniósł go do izby obok, gdzie czekało na niego posłanie. Wiedział, że sen najlepiej pomoże odbudować siły ciała, wyczerpanego klątwą miasta Mearth. Ale sam Asandir nie mógł jeszcze odpocząć. Kierując się widokiem jaśniejszej smużki w zielonym mroku pomieszczenia, klęknął przy posłaniu księcia s’Ilessida, którego przeznaczenie także miało się dopełnić.

* * *

Dakar obudził się w ciemnościach. Drżał, głodny i zmarznięty; zauważył, że Asandir nie dokładał do ognia i że płomienie całkiem wygasły.
– Czarnoksiężnicy! – wymamrotał Szalony Prorok i dorzucił jeszcze kilka epitetów. Wstał i uderzył się w nogę, zahaczając o sprzęty, aż w końcu znalazł krzesiwo i hubkę. Podsycając w sobie złość, Dakar ukląkł na leżącym przed paleniskiem kocu i zabrał się do pracy. Pod jego dłońmi zamigotały iskry, siejąc drobne promyczki czerwieni na ciemnych klocach drewna.
Niedźwiedziowato niezgrabny, Szalony Prorok udał się szybko do ziemnej piwniczki drwala. Po chwili wyłonił się stamtąd obładowany prowiantem, niczym zapobiegliwa żona wieśniaka. Ale wesoły gwizd zamarł mu na wargach, nim jeszcze pojawiła się melodia. Nowo rozpalony ogień oświetlał imponujące fałdy i załamania lamowanej tuniki. Obok paleniska stał Asandir, nieruchomy niczym granitowa rzeźba.
– I co? – Dakar upuścił ser, wędzoną kiełbasę i pęk pomarszczonych warzyw na poznaczony nożem stół drwala, a potem skrzywił się na wspomnienie słów, które podsuwał mu do głowy jego wybuchowy temperament. – Długo już czekasz?
– Nie bardzo. – W głosie maga nie było słychać żadnych emocji.
Dakar stłumił drżenie i zaczął krzątać się wokół zawartości kredensu. Wiedział aż za dobrze, że Asandir zauważył nieuprzejmość w jego głosie i że zostanie mu ona wybaczona. Skoncentrowany na przygotowaniu posiłku, Dakar wyjął z szuflady nóż i zaczął kroić pietruszkę. Chwilę później zawył i wsadził do ust skaleczony palec.
Asandir udawał, że tego nie zauważył.
– Na Koło Daeliona, twoja przepowiednia wydaje się coraz bardziej zagmatwana!
Dakar zaciekawiony opuścił rękę. Zawoalowane znaczenie tych słów ani na trochę nie zmniejszyło ich zuchwałości. Asandir, chociaż bardzo niebezpieczny jako członek Ligi Siedmiu, był w tej chwili całkowicie pochłonięty czymś innym. Zbyt leniwy, żeby się nad tym zastanawiać, Dakar zaryzykował bezpośrednie pytanie.
– A teraz czy powiesz mi wreszcie, dlaczego zwykły sługa nosi przy sobie parawiańskie ostrze?
Asandir ze zdumieniem uniósł brwi.
– Czy tylko to zobaczyłeś? Przyjrzyj się dokładnie.
Zapomniawszy o głodzie, Dakar porzucił warzywa. Miecz nadal spoczywał obok paleniska; zielony klejnot błyszczał jasno na tle łachmanów. Szalony Prorok nie zauważył wcześniej znaku runicznego, wyrytego na powierzchni szmaragdu. Ten widok sprawił, że zmarszczył czoło, zadumany. Otarłszy bezwiednie krwawiący palec o tunikę, zbliżył się do paleniska. Nie, pomyślał, to niemożliwe. Pragnąc upewnić się co do swoich podejrzeń, Dakar złapał spoconymi dłońmi rękojeść miecza i podniósł go do góry.
Ostrze wysunęło się z pochwy z lekkim brzękiem, który znamionował doskonale naostrzoną stal. Blask ognia zamigotał na wstęgach srebra, które wiły się wzdłuż ostrza; stal mieniła się szarością jak przydymione szkło.
Policzki Dakara pobladły.
– Nie! – Gniew, a potem niedowierzanie pojawiły się na jego twarzy, kiedy czytał inskrypcje wyryte na jelcu. Skonfrontowany z dowodem, któremu nie można było zaprzeczyć, obrócił się i popatrzył na Asandira. – Na Atha! To Alithiel, jeden z dwunastu mieczy wykutych w Isaer z metalu, który spadł z gwiazd.
Asandir poruszył się nieznacznie.
– To nie powinno cię dziwić. Arithon jest przecież teirem s’Ffalennem.
Zaskoczony przez chwilę brzmieniem słowa teir, które oznaczało pana i dziedzica, Dakar w końcu się odezwał.
– Co?! – Patrzył oskarżycielsko na czarnoksiężnika, który odsunął kłąb koców i ubrań, i usiadł wygodnie na krześle. – Mogłeś mi przynajmniej powiedzieć. Jeżeli moja przepowiednia jest fałszywa, chciałbym się chociaż o tym dowiedzieć.
– Proroctwo Zachodniej Bramy nie jest fałszywe. – Asandir odetchnął głęboko. – Na błogosławionego Atha, jest jak najbardziej prawdziwe.
Tym razem Dakar zdołał powstrzymać się na tyle, żeby nic nie powiedzieć.
– Przepowiedziałeś upadek klątwy Upiora Mgieł, to pewne, ale patrzyłeś przez pryzmat praw zapisanych w Pierwszym Prawie Równowagi. – Asandir popatrzył do góry, blady jak wiosenny szron. – Nasi książęta są przyrodnimi braćmi, po kądzieli wywodzą się od s’Ahelasów. Sethvir próbował niegdyś kultywować w owej linii dar mocy, który na Dascen Elur wykształcił się do takich rozmiarów, że każde nowo narodzone dziecko posiadało elementarne umiejętności, wnoszone wraz z posagiem matki.
Dakar przełknął ślinę i odkrył, że zaschło mu w ustach. Jako uczeń Asandira uczył się przez pięć stuleci, zanim mógł przystąpić do splatania podstawowych i najprostszych czarów iluzji. Elementarna magia wciąż wykraczała poza jego możliwości, gdyż taka moc limitowana była wrodzonym talentem ucznia.
– Jakie umiejętności?
– Światło – powiedział Asandir. – I Cień. Otrzymali owe dary przy narodzinach. To wystarczy, żeby zniszczyć Upiora Mgieł, ale tylko wtedy, kiedy będą działali razem. A to nie będzie łatwe, gdyż książęta dzieli bratobójcza wojna.
Dakar zadrżał, czując w dłoni zimny, śmiertelny ciężar broni.
– Czy książęta są świadomi swoich darów?
– Jeden z nich tak. – W kominku osunęła się kłoda drewna. W martwej ciszy zasyczały iskry. Asandir pochylił się i dotknął palcem śmiercionośnego ostrza. – Słońce Athery może być drogo okupione.
Dakar osunął się na kolana, obezwładniony przez głuche uczucie niepokoju, które często zapowiadało nadejście proroczych wizji. Miecz wysunął mu się z rąk; stal błysnęła i uderzyła w kamienie z głośnym brzękiem, który wstrząsnął powietrzem w izbie. Dakar spojrzał szeroko otwartymi oczami na czarnoksiężnika, szukając u niego wsparcia.
– Czy mamy jakiś wybór?
– Nie. – Asandir podniósł miecz. Blask szmaragdu padł na jego palce, kiedy wsuwał ostrze do pochwy. – To ludzie stworzyli Upiora Mgieł, naruszając dawne prawa. Zgodnie z Pierwszym Prawem Równowagi to właśnie ludzie muszą go pokonać. – Czarnoksiężnik odłożył Alithiela na bok; jego głos nagle złagodniał. – Podejmujemy ryzyko, ale nie bez korzyści. Królewskie linie odzyskają należne im z urodzenia prawa, mimo pięciu setek lat wygnania na Dascen Elur.
Dakar uśmiechnął się drwiąco.
– Teir s’Ffalenn! Musiałem stracić wzrok.
– Nie pierwszy raz – zauważył Asandir. – Czasami się boję, że nawet zemsta Dharkarona nie zdołałby sprawić, byś zobaczył to, co tkwi tuż przed twoim nosem.

* * *

Arithon obudził się w jakimś obcym pomieszczeniu. Woskowa świeca, wypalona już prawie do końca, stała w osłonie żelaznego kosza, oświetlając półkę z wypchanymi zwierzętami. Pysk borsuka rzucał chwiejne cienie na drewniane, skromnie ozdobione ściany. Deszcz stukał o dach, a ziemisty zapach brudnego klepiska miał w sobie nutkę pleśni.
Mistrz się poruszył. Wełniany koc nieprzyjemnie drażnił jego nagą skórę, pokrytą świeżymi jeszcze bliznami. Lysaer leżał na sąsiednim posłaniu. Oczyszczone z brudu i kurzu, jego jasne włosy lśniły niczym len na spalonym słońcem policzku. Arithon zadrżał, ale nie z chłodu. Odrzucił koc i wstał.
Ktoś położył nowe odzienie na skrzyni stojącej w kącie pomieszczenia. Arithon wziął do ręki lnianą koszulę i zmarszczył brwi. Tak delikatna tkanina nie pasowała do surowego wystroju chaty. Jako wygnaniec pozbawiony wszelkiego majątku, Mistrz zaczął się zastanawiać, ile będzie go kosztować tak niespotykana hojność. Myśl o wygnaniu przywołała wspomnienia Mearth i koszmaru opuszczonego miasta, a także przerażającego doznania umysłu, kiedy obcy mag próbował uwolnić go od klątwy. Arithon rozpoznał w czarnoksiężniku moc znacznie potężniejszą od tej, której doświadczył w całym swoim życiu, i to wspomnienie sprawiło, że poczuł dreszcz na przedramionach. Ubrał się szybko w nogawice i koszulę, zbyt obszerną jak na jego szczupłe ciało.
Kiedy ściągał rzemyki nogawic, Lysaer się poruszył. Książę otworzył niebieskie oczy, westchnął głęboko i odwrócił się na plecy. Zaskoczony widokiem nieznanego mu otoczenia, wciągnął głośno powietrze w płuca.
Arithon porzucił sznurowanie nogawic i stłumił gestem dłoni okrzyk zdumienia, jaki zawisł na wargach księcia.
– Mów cicho – ostrzegł brata szeptem.
Już spokojniejszy, Lysaer spytał:
– Dlaczego?
– Ktokolwiek dał nam to schronienie, nie zrobił tego wyłącznie z dobrego serca. – Arithon rzucił drugie odzienie na łóżko swego przyrodniego brata.
Lysaer usiadł wyprostowany. Wziął do rąk starannie złożoną lnianą koszulę.
– Skąd wiesz?
Arithon potrząsnął głową. Wlepił wzrok w roztańczony płomyk świecy.
– Naszym dobroczyńcą jest czarnoksiężnik o wiele potężniejszy niż jakikolwiek z Dascen Elur. – Tak potężny, że potrafi otwierać Bramy Końca Świata albo wzbogacać wodę fontanny o lata życia, dodał w myślach, ale nie odważył się powiedzieć tego głośno, by nie straszyć brata.
I tak podenerwowany, Lysaer wyskoczył z łóżka, rozrzucając wokół siebie starannie poskładane odzienie i koce. Arithon ostudził zapał brata silnymi dłońmi.
– Zaczekaj na odpowiednią chwilę! Moc tak potężna nie działa bez powodu. Nie mamy wyboru. Musimy postępować bardzo ostrożnie.
Lysaer walczył z wrodzoną dumą. Mógł przyjąć podarowane mu ubranie lub pozostać nagim. Podejrzliwy w stosunku do magów, pozbawiony królestwa i dziedzictwa, nie potrafił znieść myśli, że musi zdać się na hojność obcych mu ludzi i słuchać porad byłego wroga.
– Co proponujesz?
Arithon zrozumiał rozterki przyrodniego brata i udając niezdecydowanie próbował zatrzeć złe wrażenie, które wywołał brakiem taktu.
– Moc bez mądrości zawsze w końcu zniszczy samą siebie. Ten czarnoksiężnik jest tak stary, że nie potrafię nawet policzyć jego lat. Myślę, że w obecnej chwili możemy mu zaufać.
Lysaer podniósł koszulę z podłogi. Bez słowa wsunął zaciśnięte w pięści dłonie w rękawy uszyte z materiału delikatniejszego niż spotykało się nawet na dworze królewskim.
Arithon go obserwował, doprowadzony do rozpaczy.
– Chociaż żaden z nas nie doznał żadnej nieprzyjemności, doradzam jednak ostrożność. A przynajmniej zachowuj się grzecznie, aż nasi gospodarze wyjawią motywy swego postępowania – dodał cicho.
Lysaer, do połowy zaplątany w koszulę, znieruchomiał.
– Rozumiem. – Popatrzył na brata tak wściekle, że Arithon aż się wzdrygnął, przypominając sobie spojrzenia, jakimi obrzucali go dworzanie i sam król w komnacie narad królestwa Amrothu. Zapadła pełna napięcia cisza. Po chwili książę zaklął pod nosem i nieco się udobruchał.
– Na Koło, jestem już zmęczony tym, że traktujesz mnie jak dziecko.
– Przecież wiesz, że twoje rady są dla mnie cenne. – Ale Arithon odwrócił twarz, żeby jej wyraz nie zdradził prawdy; ignorancja Lysaera nie miała znaczenia, gdyż cała nauka w Rauven i tak by nie pomogła w konfrontacji z siłą, która wdarła się do jego umysłu, kiedy był nieprzytomny. Gnany niepokojem, podszedł do drzwi.
Ze szpar pomiędzy niestarannie zbitymi deskami sączyło się pomarańczowe światło. Mistrz przycisnął twarz do szczeliny i popatrzył na sąsiednie pomieszczenie. Płonące polana rzucały chybotliwe cienie na uszczelnione gliną ściany. Z krokwi zwieszały się pęki suszonych ziół; ich zapach mieszał się z aromatem paleniska. Przed kominkiem, na pieńku do rąbania drewna, siedział niski człowieczek i mieszał coś w kotle. Wymięta tunika obciskała jego wielki brzuch, a głowę pokrywała czupryna splątanych włosów.
Arithon nagle zesztywniał; poczuł, jak dłonie pocą mu się ze zdenerwowania. Obok, na krześle, tak nieruchomo, że z łatwością można było przeoczyć jego obecność, siedział drugi mężczyzna. Srebrne włosy świeciły jasno na tle kamiennego paleniska. Nagle jedno z polan pękło w ogniu i buchnęło fontanną iskier, oświetlając twarz mężczyzny. Arithon dojrzał ciemne, krzaczaste brwi i malujący się na twarzy tamtego wyraz bezbrzeżnej cierpliwości. Chociaż wąskie i naznaczone czasem, oblicze obcego nie zdradzało wieku. Mistrz wstrzymał oddech, znów uderzony poczuciem mocy, bijącym od nieznajomego.
– Co widzisz? – Lysaer, zaciekawiony, spojrzał mu przez ramię.
Nie chcąc zdradzać swych podejrzeń, Arithon odsunął się od drzwi. Nic by nie zyskał, gdyby jego umysł, pod wpływem magicznej wnikliwości, uległ respektowi wobec nieznajomego mężczyzny. Wzdrygnął się, aby odrzucić od siebie uczucie niepokoju.
– Najpewniej ten grubas będzie mówił. Obserwuj jednak drugiego.
Chociaż Mistrz bardzo cicho podniósł skobel, brodaty mężczyzna odwrócił się niemal natychmiast. Rozejrzał się wokoło, czujny jak lis, a jego tłuste dłonie przestały mieszać potrawę w kociołku.
– Asandirze?
Starszy mężczyzna podniósł głowę. Jego oczy błysnęły jak dwa lusterka, kiedy spojrzał na młodych ludzi, stojących w drzwiach.
– Witajcie. Wasze przybycie jest błogosławieństwem dla Athery.
Powiedział te słowa w języku Parawian, znanym w Dascen Elur jako stara mowa. Lysaer zmarszczył brwi, gdyż nie rozumiał słów. Lecz stojący obok niego Arithon westchnął gwałtownie, jakby poczuł dotyk zimna. Czarnoksiężnik bez ostrzeżenia wdarł się do jego umysłu, na co Mistrz był całkowicie nieprzygotowany; jego opanowanie zniknęło w chwili, gdy poczuł wibrującą obecność uwolnionej gwałtownie siły. Samokontrola zawiodła. Płomienie i drewniane ściany rozpłynęły się, kiedy jego percepcja zamieniła się w nicość pod wpływem doznania czegoś nieskończonego.
Mistrz niezdarnie próbował coś powiedzieć.
– Panie, dziękujemy ci za schronienie.
– Ta chata nie należy do mnie – odparł Asandir. Ale na jego twarzy widniało zdziwienie, kiedy podnosił się z krzesła przy palenisku. – Nie władam żadnym majątkiem, nie mam też tytułu.
– Wiem. – Oszołomiony, na granicy utraty przytomności, Arithon odpowiedział w jedyny sposób, w jaki zdołał. – Proszę o wybaczenie. – Ukląkł nagle. – Nie miałem zamiaru cię obrazić. – Jego słowa zabrzmiały głośno w nagłej ciszy.
– Arithon! – krzyknął Lysaer. Sekundę później o deski podłogi obok paleniska uderzyła drewniana łyżka. Straciwszy panowanie nad sobą, gruby mężczyzna poderwał się z pieńka.
– Na Dharkarona! – wrzasnął rozzłoszczony, a potem uderzył się dłonią w usta i pobladł jak płótno.
Asandir nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.
– Czy wszyscy potraciliście rozum? – Zrobił krok w kierunku Arithona i pewnym ruchem podniósł go z klęczek. – Musicie wybaczyć Dakarowi. Wasze pojawienie się spełnienia jego najważniejsze proroctwo. Chociaż postawił na was tyle złota, że juczny muł z trudem by je udźwignął, muszę nalegać, żeby odłożył wszelkie pytania do czasu, aż zjecie coś ciepłego.
Czarnoksiężnik przerwał, zakłopotany pustym spojrzeniem Lysaera. Bez najmniejszego trudu zmienił język na zrozumiały dla księcia.
– Zapraszamy do stołu. Później przyjdzie czas na rozmowy. Jeżeli nasze powitanie nie było zbyt szczęśliwe, mam nadzieję, że gościnność wam to wynagrodzi i zatrze złe wrażenie.
Lysaer poczuł ulgę, że nie został zignorowany, i bez sprzeciwu przyjął zaproszenie maga. Przyciągnął najbliższą ławę i usiadł przy stole. Ale stojący za nim Mistrz się zawahał.
Dakar zdjął kociołek z ognia i zaczął nakładać gulasz do glinianych misek. Od czubka potarganej głowy aż do popękanych skórzanych butów, przypominał bardziej rumianego właściciela przydrożnej gospody niż utalentowanego proroka. Jednakże ciekawość, która aż kipiała pod niewzruszoną maską twarzy grubasa, wzbudziła u Arithona niepokój. Usiadł obok przyrodniego brata, skrywając starannie złe przeczucia.
Zainteresowanie Dakara wskazywało na to, że ryzykuje on coś więcej niż tylko złoto, o które się założył. Zaniepokojony przez dowód, który popierał jego tezę, Arithon obiecał sobie w duchu, że nie da się znów wykorzystać. W Karthanie dostał gorzką lekcję i postanowił, że drugi raz nie poświęci magicznych zdolności ani muzyki w imię obowiązku. Chociaż czarnoksiężnik i prorok dzierżyli wszystkie atuty, Arithon zamierzał przejąć inicjatywę, nawet jeżeli miałoby to polegać tylko i wyłącznie na maskowaniu własnych intencji. Stanęła przed nim miska z jedzeniem, ale nim wziął pierwszy kęs, popatrzył na czarnoksiężnika.
– Kto to jest Davien? – zadał pierwsze pytanie, jakie mu przyszło do głowy.
Dakar się zakrztusił. Zastygł z chochlą w powietrzu, a gorący sos kapał na gliniane cegły paleniska. Lysaer popatrzył na brata, znieruchomiały z niepokoju; wokół Arithona gęstniało napięcie, niczym burzowe chmury.
Tylko Asandir nie okazał zmieszania. Ale jego odpowiedź była szybka i ostra jak pociągnięcie miecza.
– A dlaczego pytasz?
Arithon zacisnął szczęki. Dopisywało mu szczęście. Nie spodziewał się, że jego słowa wywołają aż taki efekt. Chociaż prosił Lysaera, żeby nie doprowadzał do niepotrzebnych konfrontacji, bez wahania wykorzystał szansę prowokacji.
– Myślę, że wiesz, dlaczego pytam.
Kocioł z gulaszem uderzył o deski stołu.
– Na Koło Daeliona!
Asandir uciszył Dakara jednym spojrzeniem, a potem obrócił ku Arithonowi twarz, która nie wyrażała żadnych uczuć.
– Davien był kiedyś czarnoksiężnikiem i należał do atherańskiej Ligi Siedmiu, podobnie jak ja. Jednakże, w przeciwieństwie do pozostałych, uważał, że śmiertelnik nie nadaje się do tego, by zasiąść na tronie i założyć linię dynastyczną. Pięć setek i pięćdziesiąt lat temu Davien doprowadził do wojny pomiędzy pięcioma królestwami, co zburzyło porządek wysokich rodów. Od tamtego czasu nie było prawdziwego pokoju. Davien został wygnany, sam wybrał sobie tę karę. Czy ta odpowiedź cię zadawala?
– Częściowo. – Arithon pilnował się, by nie podnieść głosu. Chociaż pozornie całą uwagę skupiał na Asandirze, wiedział, że Dakar obserwuje go także, czujny jak kupiec pośród złodziei. Mistrz położył dłonie na stole, aby powstrzymać ich drżenie. Przepowiednie rzadko dotyczyły ludzi, których przeznaczenie pozbawione było wielkości. Arithon wykorzystał ten fakt, żeby wyprowadzić swoich przeciwników z równowagi.
– Czy Lysaer i ja zostaliśmy tutaj sprowadzeni, żeby przywrócić pokój, który zakłócił Davien?
Tym razem Dakar był tak zaskoczony, że nie powiedział jednego słowa. Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu poruszała się jedynie smuga pary, unosząca się nad kociołkiem.
Jednakże Asandir nie wyglądał na zaskoczonego. Ale powolny ruch, kiedy pochylał się na swym krześle, dowodził, że powoli traci cierpliwość.
– Upiór Mgieł zapanował na całej Atherze, wkrótce po upadku wysokich rodów. Jego śmiertelny oddech zatruł cały świat i od pięciu setek lat ziemia nie ogląda błękitu nieba. – Przez krótką chwilę ciszę zakłócał tylko syk płomieni. – Stara przepowiednia mówi o książętach z Dascen Elur, którzy przybędą na atherę, przywrócą słońce i uzdrowią ziemię. Ty i twój przyrodni brat uosabiacie obietnicę, która się spełnia. Czy ta odpowiedź cię wreszcie zadawala?
Arithon odetchnął głośno.
– Niezupełnie.
O dziwo, to Lysaer był tym, który uderzył pięścią w stół, i to z taką siłą, że potrawka wylała się z misek.
– Na miłość Atha, człowieku, czy nie nauczyłeś się dyplomacji na dworze w Karthanie?
Arithon odwrócił się do swego przyrodniego brata.
– W Karthanie nauczyłem się...
Ale nie dokończył zdania. W jego umyśle nagle zapanowała pustka, kiedy Asandir z zaskoczenia położył tamę jego słowom. Wspomnienia konfliktu w Karthanie zagubiły się w niepamięci. Zdezorientowany natłokiem uczuć, Arithon usiłował odnaleźć zagubiony wątek z całą mocą swoich czarnoksięskich umiejętności.
Opary zasnuły jego myśli. Mistrz usiłował przebić się głębiej, ale odkrył, że nie panuje już nad sobą. Gniew, którego doznał, także zaniknął, sparaliżowany niczym owad zatruty jadem pająka. Arithon starał się uderzyć w odwecie. Jego cios trafił w próżnię. Nagle, niczym ostatni błysk spadającej gwiazdy, jego świadomość pogrążyła się w ciemności.

* * *

Arithon obudził się zdezorientowany. Otworzył oczy, czując uścisk Lysaera, który podtrzymywał z tyłu jego ramiona.
– ...prawdopodobnie opóźniony skutek działania klątwy Mearth – mówił Dakar. Jednakże Arithon dostrzegł w rysach proroka cień wahania. Frazesy maskowały zwykłe kłamstwo.
Lysaer popatrzył na brata zaniepokojony.
– Dobrze się czujesz?
Arithon wyprostował się, przytakując. W głowie miał zamęt. Dobrze pamiętał klątwę Mearth. Ale chociaż bardzo się starał, nie znalazł w sobie nawet najdrobniejszego śladu tego, co spowodowało u niego utratę przytomności.
– Miałeś chwilowy zanik pamięci – oznajmił cicho Asandir.
Arithon spojrzał na niego zaskoczony. Czarnoksiężnik stał przy palenisku; jego twarz kryła się w mroku.
– Nie musisz się martwić. Ten stan nie jest trwały. Obiecuję, że wszystko wam wyjaśnię, kiedy Liga zwoła zebranie w wieży Althain.
To przynajmniej było prawdą. Arithon spojrzał na maga z szacunkiem.
– A czy mamy jakiś wybór?
Asandir poruszył się, jakby tracił cierpliwość.
– Wieża Althain leży dwieście pięćdziesiąt lig stąd. Proszę was tylko o to, żebyście towarzyszyli mnie i Dakarowi w podróży. Wtedy sami zobaczycie, jakie spustoszenia poczynił na Atherze Upiór Mgieł, który nas prześladuje. Wtedy, mam nadzieję, przeznaczenie, jakie jest waszym udziałem, nie będzie dla was aż takim ciężarem.
Arithon powstrzymał się od odpowiedzi, która mogła być zbyt złośliwa. Nagle poczuł się przytłoczony atmosferą panującą w pomieszczeniu. Dławiony lękiem wzbudzonym przez słowa czarnoksiężnika, wstał i wybiegł za drzwi. Drewniana podłoga ganku zabębniła pod jego stopami, kiedy wypadł na dwór. Poczuł zapach jesiennej ziemi. Lysaer się podniósł, nie kryjąc zmieszania.
– Idź do niego, jeśli chcesz – poradził Asandir przyjacielskim tonem.
W chwili gdy słowa te przebrzmiały, druga miska z gulaszem już stygła samotnie na stole. Kiedy Szalony Prorok także chciał ruszyć w ślad za braćmi, czarnoksiężnik go powstrzymał.
– Niech książęta sami dojdą do porozumienia.
Dakar usiadł z powrotem przy stole, zapominając, że miał się nie odzywać.
– Zablokowałeś umysł s’Ffalenna albo jestem swoją babcią – oskarżycielsko zwrócił się do czarnoksiężnika w starym języku.
Oczy Asandira stwardniały niczym szklane kulki.
– Zrobiłem to, bo miałem swoje powody.
Szalony Prorok rzucił się gniewnie na krześle, boleśnie uderzając plecami w drewniane oparcie. Nie usłyszał w głosie swego mistrza śladu smutku, więc źle zinterpretował jego słowa, myśląc, że Asandir po prostu nie ufa Arithonowi.
– To mu się nie spodobało, nieprawdaż? – Kolejne słowa maga jeszcze bardziej zdumiały proroka. – Rzadko się zdarza widywać człowieka, który tak usilnie próbuje zwalczyć blok, że aż traci przytomność.
Dakar był zbyt rozczarowany, żeby zastanawiać się dłużej nad słowami maga. Jego największe oczekiwania i nadzieje właśnie waliły się w gruzy, podcinane przez nieznośny temperament książąt. Wziął ze stojaka żelazny pogrzebacz i z furią zaczął dziabać płonące na palenisku kloce drewna.
– Czy są braćmi, czy nie, nigdy się nie dogadają.
– Czy to twoja nowa przepowiednia? – Głos Asandira przedarł się przez głośny syk wzniecanych przez proroka iskier.
– Może. – Dakar odłożył pogrzebacz, oparł brodę na pulchnych dłoniach i westchnął. – Nie jestem pewien. Wcześniej, kiedy trzymałem miecz, miałem silne przeczucia. Ale nie potrafię patrzeć obojętnie, jak pięć stuleci nadziei wali się w gruzy jednego dnia, kiedy spełnienie jest tak blisko.
Na twarzy czarnoksiężnika pojawił się wyraz zniecierpliwienia.
– A więc upuściłeś Alithiela, żeby nie widzieć.
– Niech Dharkaron mnie zabierze, tak! – Dakar się wyprostował, uparcie broniąc swoich racji. – Jeżeli oni rzeczywiście zamierzają ze sobą walczyć, niech ja ostatni się o tym dowiem!


Podsumowanie

Grithen, czternasty potomek zdetronizowanego jarla, stał w skalnej szczelinie, która otwierała się na górską przełęcz, i tulił się do skalnej półki, zasłaniającej jego dobytek przed widokiem z handlowego szlaku, który biegł poniżej. Ze szczytów wiał silny wiatr, rozwiewając jego brązowe włosy i smagając twarz, kiedy patrzył w dół na mglisty wąwóz, skąd miała się wyłonić karawana. Chociaż doznawał przenikliwego zimna, stał nieruchomo jak kamień, za którym się chronił. Udało mu się wymknąć ze szponów burz i głodowej śmierci, jednak życie na pustkowiach Camris nie było łatwe. Ale, w przeciwieństwie do władcy, który teraz rządził w zamku jarla w Erdane, Grithen nie zapomniał o swoim pochodzeniu. Zachował dobre maniery, chociaż nosił teraz futrzane onuce i kabat podszyty wilczym futrem, co w niczym nie przypominało dworskiego szyku jego przodków.
Ze szlaku dobiegło ciche uderzenie metalu o kamień i skrzypienie uprzęży. Grithen zacisnął dłoń na oszczepie. Szczęk broni zawsze budził w nim niemiłe wspomnienia. Jako chłopiec, Grithen uczył się o rebelii, która pochłonęła Erdane podczas upadku wysokich rodów...
Przypomniał sobie tamburyn w dłoniach minstrela, którego dźwięk przywodził na myśl docierający teraz ze szlaku chrzęst kolczug, stali i uprzęży. Ballada rozpoczynała się od zbrodni dokonanej na jarlu, który zginął we własnym łożu. Czystym, niskim głosem śpiewak opisywał zamkowy dziedziniec, oświetlony na czerwono przez płonące pochodnie, kiedy rozwścieczony tłum domagał się głów członków rady i rodziny jarla. Nie był to kres okrucieństwa. Bard śpiewał beznamiętnie o wygnańcach, którzy walczyli o życie na pustkowiach, prześladowani w zamieci dźwiękiem myśliwskiego rogu.
Kiedy miał trzy latka i słuchał ballady o upadku rodu z Erdane, oczy Grithena napełniały się łzami. Kiedy miał lat siedem, ujrzał swoich dwóch braci, przebitych włóczniami przez myśliwych jarla i poczuł nienawiść do wszystkich, którzy urodzili się w obrębie murów miejskich. I podczas gdy większość uciekinierów pełniła warty na przełęczach z obowiązku, Grithen robił to z własnego wyboru. Nawet wygodnie życie na równinach nie było dla niego tak rozkoszne jak zemsta.

* * *

Przednia straż karawany okrążała właśnie wystającą skałę; nie widział twarzy zbrojnych, a tylko ich jakby wycięte z kości słoniowej sylwetki, zagubione w gęstej mgle. Jechali dwójkami, czujnie ściskając broń w rękach. Pięć setek lat temu tacy ludzie mogliby służyć Grithenowi jako najemna straż. A teraz mieli stać się jego zdobyczą. Młody buntownik, zgodnie ze swym dziedzictwem naznaczonym gwałtem, wybrał tę karawanę na swój cel.
Obite żelazem koła gniotły z chrzęstem drobne kamienie, kiedy wozy powoli wytaczały się zza skały. Woźnica z wybrzeża, na co wskazywała jego mowa, klął opieszałego muła. Niepomny na zimno, Grithen obserwował towary na wozach. Jego oczom nie umknął żaden szczegół. Toboły, zawinięte w naoliwione płótno, skrywały zapewne zaostrzoną stal, tym bardziej, że karawana przybywała z wybrzeża. Znaki, wybite na beczułkach, potwierdziły jego domysły.
Pod skalną szczeliną przetoczyło się osiem wozów. Grithen uśmiechnął się drapieżnie, ale nie uczynił żadnego ruchu. Ostrożność znaczyła przetrwanie. Rajcy miejscy ciągle jeszcze płacili nagrody za schwytanie buntownika, który nie mógł liczyć na łagodną śmierć. Karawana oddaliła się poza zasięg głosu, kiedy Grithen wreszcie wstał. Zaabsorbowany, wyskoczył zza osłony skalnej półki i zaczął bić cię rękami po ramionach, żeby przywrócić krążenie w zmarzniętym ciele. Nagle dojrzał jakiś ruch na grani ponad głową i znieruchomiał; po chwili się odprężył.
Z góry schodził starszy członek jego klanu. Wiatr marszczył futro jego lisiej czapy, a twarz przecinała brzydka blizna, mocno zniekształcając rysy.
– Lordzie Tashanie – Grithen pochylił z szacunkiem głowę.
Starzec, jak ktoś nawykły przez całe życie do ostrożności, wskazał bez słowa gościniec, gdzie teraz zalegała już tylko mgła.
– Nie wolno było ich napaść – wyjaśnił cicho, a na jego ustach błąkał się nikły uśmiech. – Jechał z nimi bard. To przyjaciel klanu, chroniony przysięgą gościnności.
– Ale teraz raczy swą muzyką tych z miasta – mruknął Grithen, zmarznięty, zesztywniały i zły. – A na wozach wieziono broń.
Tashan splunął.
– Naprawdę jesteś jarlem Grithenem? Mówisz jak zwykły opryszek, od urodzenia pozbawiony praw i manier! Niedługo zapomnisz, jaki szacunek należy się twemu suwerenowi.
Na dźwięk tych obraźliwych słów z twarzy Grithena odpłynęła krew. Chociaż młody banita nie wierzył zbytnio w przepowiednię, która zapowiadała nadejście s’Ilessida i przywrócenie wysokich rodów, zamierzał bronić honoru klanu nawet kosztem własnego życia. Do tego się urodził i to było jego przeznaczeniem.
– Będzie jak zechcesz, lordzie Tashanie.
Starszy szorstko skinął głową. Ale Grithen poszedł za nim w dół zbocza, planując w duszy nową zasadzkę. Kolejni ludzie z miasta, którzy będą przejeżdżać przez przełęcz Orlan, z pewnością nie wywiną się tak łatwo, i ani bardowie, ani starsi, ani zbrojni nie uchronią ich przed śmiercią.


Początek

Z nieobecnym jak u poety wyrazem twarzy, Sethvir, członek Ligi, siedział wśród pootwieranych ksiąg, których stosy piętrzyły się wokół niego, i pisał coś starannie na pergaminie. Nagle się wyprostował. Zacisnął rękę i złamane na pół pióro wysunęło się z jego palców, kropla zaś atramentu spadła na zapisane świeżo słowa.
– Przesyłam ci wiadomość o przekleństwie Upiora Mgieł. – Słowa Asandira przebyły ligi, które dzieliły wieżę Althain od gęstych lasów Korias w pobliżu Zachodniej Bramy.
– Tylko wiadomość? – Sethvir zachichotał, wzmacniając kontakt. Ujrzał oczyma duszy polanę, na której stał Asandir owinięty w płaszcz, który miał chronić go przed wilgocią. Obok niego czekał Dakar, a z nim dwóch nieznajomych o niewątpliwie królewskim pochodzeniu.
Jasnowłosy książę podniósł rękę. Z jego dłoni wyskoczył promień światła, ostry jak błyskawica. Kłębiąca się nad jego głową mgła zafalowała, jakby zdumiona, a wtedy czarnowłosy książę zaczął snuć cień, który niczym kosa rozciął powłokę chmur. Mleczny obłok zakłębił się w śmiertelnym zimnie cienia. Płatki śniegu zatańczyły na wietrze.
Upiór Mgieł ustąpił. Mroczne smugi mgły rozerwały się i odsłoniły poranne niebo, przecięte białym pasmem wysokich chmur. Blask słońca dotknął twarzy czarnoksiężnika, proroka i książąt, a mokre paprocie na krótką chwilę rozbłysły tęczą kolorów.
Potem Upiór Mgieł zamknął szczelinę. Światło odeszło, zabrane przez łapczywe dłonie mgły.
Sethvir zerwał połączenie i nieobecnym wzrokiem spojrzał na resztki pióra, które ciągle trzymał w dłoni.
– Czy wspomniałeś choć słowo o przodkach s’Ffalennów i s’Ilessidów w obecności książąt?
– Nie. – W głosie Asandira słychać było rezerwę. – Dakar miał przeczucie. Książęta przybywają ze świata, w którym stali po przeciwnych stronach konfliktu, a to może prowadzić do kłopotów z sukcesją.
– Cóż, teraz i tak nie rozwiążesz tego problemu. – Sethvir, który miał na głowie wystarczająco dużo problemów, żeby przejmować się drobiazgami, bez zastanowienia szarpnął się za brodę palcami splamionymi atramentem. – A więc zmierzacie do wieży Althain?
– Tak. – Głos Asandira osłabł; mag najwidoczniej przygotowywał się do zerwania kontaktu. – Będziemy jechać przez Camris, drogą na Erdane. Niebezpieczeństwa tego szlaku unaocznią książętom problemy, z jakimi będą się borykać po objęciu panowania, więc kiedy pojawi się kwestia sukcesji, odwieczna wojna nie zaćmi im osądu.
– A więc uważasz, że potomkowie starych rodów warci są tego, żeby objąć tron? – Pytanie Sethvira przywróciło w pełni słabnący kontakt.
– To śmiałe założenie, nawet jak na ciebie. – Odpowiedź Asandira niosła w sobie nutkę nagany. – Pojawiły się trudności, które będą wymagały rozwiązania – dodał tym razem poważnie. – Ale owszem, jeżeli pogodzą się z przeszłością, książęta mogą przywrócić zgodę i pokój pomiędzy mieszkańcami miast a barbarzyńcami.
Sethvir obawiał się jednakże najbardziej tego, że jakakolwiek forma rywalizacji pomiędzy książętami zniweczy jego nadzieje na pokonanie Upiora Mgieł. Rozważał słowa, które usłyszał od przyjaciela. W jego umyśle, kryjącym się za nieobecnymi turkusowymi oczami, kłębiły się tysiące myśli w setkach konfiguracji.
– Miej na względzie ryzyko.
Słowa zagubiły się w odległości, kiedy Asandir powoli zerwał kontakt.


Wysłannicy

Najwyższa czarodziejka z Koriathain zamierza wyekspediować posłańca do Erdane, a że późnojesienna pogoda nie uprzyjemnia podróży, Lirenda sugeruje, żeby to Elaira jechała na północ, gdyż ciężar drogi może wyplenić z niej bezczelność...

* * *

Kruk, wypuszczony z okna wieży Althain, leci na południowy wschód ponad wodami zatoki Instrell, a każde uderzenie skrzydeł wzmacnia zaklęcie, które prowadzi go do celu...

* * *

W ciemnościach nocy zimny wiatr huczy w kominie chaty, w której siedzi Asandir, czujny i rozbudzony. Słucha rad przyjaciół z Ligi Siedmiu, których ostrzeżenia rozbrzmiewają mu w myślach. „Skoro masz zamiar pokonać drogą góry Tornir, wiedz, że Khadrimowie są niezmordowani i bardzo niebezpieczni. Stare zaklęcia, które miały trzymać ich w ryzach, osłabły. Jadę tam, żeby naprawić wyłom, ale jedna z gromad już się wydostała...


Dodano: 2006-07-27 10:57:48
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS