NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

Kristoff, Jay - "Bezświt"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Nieściur, Sławomir - "Blokada"

 antologia - "Opowieści niesamowite z języka angielskiego"

 Chokshi, Roshani - "Srebrzyste węże"

 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

Linki

Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Wurts, Janny - "Wojny Światła i Cienia"
Tytuł oryginału: Curse of the Mistwraith
Data wydania: Marzec 2006
ISBN: 83-7418-088-9
Format: 135×205mm
Liczba stron: 640
Cena: 39,90
Tom cyklu: 1



Wurts, Janny - "Klątwa Upiora Mgieł" (rozdział 1)

Prolog

Wojny Światła i Ciemności miały miejsce podczas trzeciej ery świata Athery, najbardziej niespokojnej i rozdartej konfliktami w całej historii. W owym czasie Arithon, nazywany Mistrzem Cieni, trwał z Panem Światła w pięćsetletnim konflikcie, krwawym i tragicznym. Jeżeli wierzyć kanonom wiary, zrodzonym właśnie w tamtych latach, Pan Światła był wcieleniem boga, a Mistrz Cieni sługą zła, wysłannikiem mrocznych sił. Archiwa świątynne potwierdzają z niekwestionowaną mocą taką właśnie wersję tamtych wydarzeń.
Istnieją jednakże dowody wskazujące na to, że Mistrz wcale nie sprzymierzył się z ciemnością. Zachowały się fragmenty manuskryptów, w których religia Światła opisywana jest jako oszustwo, a Arithon jako święty mistyk.
Ponieważ prawda leży gdzieś między legendami a teologią, mędrcy przez wieki medytowali nad daleką przeszłością i za sprawą wizji przywoływali wydarzenia tamtych dni. Wbrew oczekiwaniom, konflikt nie rozpoczął się na schodach rady w Etarze, ani nawet na ziemi Athery. Wszystkie wizje sięgały do wydarzeń na bezkresnych oceanach rozszczepionego świata Dascen Elur.
Oto kronika, którą spisali mędrcy. I niechaj każdy, kto ją przeczyta, sam zdecyduje o tym, kogo ogłosić posłańcem dobra, kogo zaś sługą zła.


Przez pustkowia karthańskich mórz
Leopard żeglował jak cień.
Król S’Ilessid przeklął s’Ffalenna,
Co rabował w nocy i w dzień
Zwrotka z ballady z Dascen Elur


I. Jeniec

Długa szalupa przecinała wody zabarwione krwistą czerwienią blasku zachodzącego słońca. W zasięgu wzroku nie było skrawka lądu. Łódź znalazła się w odległości jednej ligi od macierzystego okrętu, czyli w najdalszym punkcie patrolowanego morza, delikatnie kołysząc się na grzbietach fal.
– Wstrzymać wiosła! – zawołał szorstko bosman siedzący u steru.
Jego załoga, wyczerpana minioną bitwą, wykonała rozkaz. Cztery pary wioseł uniosły się w górę, rzucając cień na wodę, na której pływały plamy oleju i dymiące kawałki drewna, pozostałe po spalonych okrętach.
– Rozbitkowie na sterburcie. – Bosman wskazał w stronę dwóch postaci, które kurczowo trzymały się kłębowiska pływających desek. – Szybko, ustalcie ich położenie.
Jeden z mężczyzn wypuścił z ręki wiosło i złapał ręczny kompas. Łódź przechyliła się na fali, a pozostali marynarze zgarbili się nad wiosłami i podjęli wysiłek. Pióra biły nierówno o morską wodę, kiedy mężczyźni rozpędzali ciężką szalupę, pchaną w przeciwnym kierunku przez wiatr.
Bosman nabrał powietrza do płuc, chcąc zganić podwładnych za opieszałość, ale się powstrzymał. Jego ludzie byli zmęczeni, tak jak i on. Chociaż wielokrotnie już brali udział w bitwach, które znaczyły krwawym śladem przebieg śmiertelnego sporu między piratami z Amrothu i Karthanu, ostatnia potyczka była inna niż poprzednie. Z floty liczącej siedemnaście jednostek aż siedem uzbrojonych w pełni okrętów padło w starciu z jedną tylko brygantyną, która pływała pod znienawidzoną banderą z symbolem leoparda. Bosman zaklął i oparł się chorobliwej chęci rozpamiętywania strat. I tak mieli szczęście, że w ogóle zwyciężyli. Kapitanem pokonanej brygantyny był przecież nie kto inny, jak tylko Arithon s’Ffalenn, nazywany czarnoksiężnikiem i Mistrzem Cieni.
Pod kilem przewaliła się kolejna fala. Kołysząc się w górę i w dół na grzbietach wodnych gór, dziób szalupy wznosił się wysoko, by po chwili opaść ciężko w dolinę między dwoma wzgórzami morskiej wody. Bosman, lękając się, że nie odnajdzie rozbitków na wzburzonym morzu, kazał człowiekowi z kompasem zająć miejsce na dziobie łodzi. Potem krzyknął kilka słów zachęty, podczas gdy jego wioślarze starali się utrzymać prosty kurs pomiędzy pływającymi szczątkami drewna, lin i żagli, które niczym zdradliwe rafy wynurzały się nagle z wody. Załoga wiosłowała w martwej ciszy. Nawet odgłos zwłok ocierających się o dno łodzi ich nie powstrzymał. Wszyscy, którzy uszli cało z bitwy, byli teraz oszołomieni przeżytym koszmarem ognia, czarów i ciemności, jaki Arithon rozpętał tuż przed końcem bitwy.
Łódź zbliżyła się do rozbitków. Bosman, owiany nagle chmurą czarnego dymu, niesionego wiatrem, tarł dłońmi piekące oczy. Tylko jeden z pływaków wydawał się przytomny. Trzymał się kurczowo zbielałymi palcami kawałka drewna, a za nim, smagany morskimi falami, unosił się bezwładnie drugi marynarz. Był przewiązany w pasie, chociaż pęta były poluzowane, jakby jego druh, widząc bliską pomoc, próbował go niezdarnie uwolnić.
– Przestańcie wiosłować! Czy twój przyjaciel jest ranny? – zwrócił się szorstko bosman do człowieka w wodzie.
Rozbitek podniósł na niego niewidzące, mętne oczy, ale nie odpowiedział. Najprawdopodobniej zimna woda pozbawiła go sił. Wyczerpany widokiem drogo okupionego zwycięstwa i akcją ratunkową, bosman stracił cierpliwość.
– Wciągnijcie go do łodzi. I tego drugiego też, o ile jeszcze oddycha.
Marynarze zaczepili wiosła o pływający szczątek drewna, żeby uspokoić nieco ruchy łodzi. Inni wychylili się za burtę i zaczęli wciągać na wpół utopionego rozbitka na pokład.
Ten zareagował z nieoczekiwaną szybkością i obryzgał swych wybawicieli morską wodą.
Najbliższy marynarz, oślepiony słona cieczą, zawył i rzucił się do przodu. Jego ręka zamknęła się na mokrych włosach mężczyzny. Ten błyskawicznie odwrócił się przodem do napastnika. Odbił się od drewnianych szczątków, zanurkował, a po chwili się wynurzył, trzymając w ręku obnażoną stal. Wioślarz cofnął się z okrzykiem zaskoczenia i bólu; na jego nadgarstku widać było ranę, spod której prześwitywała kość.
– Na Atha, to Karthanin! – zawołał ktoś.
Załoga szalupy poderwała się gwałtownie. Wioślarze na lewej burcie bez zastanowienia podnieśli wiosła niczym pałki i wzięli odwet na rozbitku. Ciosy, jeden po drugim, spadały na głowę wrogiego marynarza. Krew trysnęła mu z nosa i ust. Uderzony boleśnie w ramię, cofnął się. Uścisk na rękojeści sztyletu osłabł i mężczyzna wypuścił go z dłoni. Broń wpadła w głębinę, migocząc. Karthański marynarz, bez jednego przekleństwa, rzucił się gwałtownie, zamachał rękami i wreszcie zanurzył się pod wodę, wepchnięty w otchłań przez ziejących nienawiścią wrogów.
– Marynarze do wioseł! – głos bosmana wreszcie przywrócił spokój na wściekle podskakującej łodzi. Mężczyźni usiedli na swoich miejscach, mamrocząc pod nosem, podczas gdy morska woda obmywała dulki na bakburcie z czerwonych śladów krwi. Ich dowódca, zbyt zmęczony, by chociażby zakląć, podał rannemu wioślarzowi kawałek szarfy. Potem wskazał drugiego, wciąż nieprzytomnego rozbitka, przywiązanego do drewnianych szczątków. Dym już się rozwiał i wszyscy bez trudu dostrzegli, że karthański pies jeszcze oddycha.
– Wciągnijcie go na pokład. Król z pewnością zechce go przesłuchać, więc uprzedzam, obchodźcie się z nim ostrożnie.
Marynarze, którzy przysięgali lojalność pirackim królom, rzadko dawali się wziąć żywcem do niewoli. Załoga, prócz rannego, który opatrywał na rufie nadgarstek, uważnie wykonała swe zadanie, wyciągając z morza ostatniego rozbitka z karthańskiej brygantyny i rzucając go na dno łodzi, twarzą do dołu. Bosman przypatrywał się swej zdobyczy z pewnym niesmakiem. Mężczyzna – bez butów, drobnej budowy ciała, odziany jedynie w połataną żeglarską tunikę – nie wyglądał na nikogo znacznego. Uwagę przykuwał tylko srebrny pierścień, który nosił na palcu lewej dłoni. Bosman pomyślał, że jego ludzie, po wielogodzinnych trudach, za które nikt nawet im nie podziękuje, zasługują na jakąś nagrodę.
– Marny łup – zauważył. Pochylił się, złapał rozbitka za nadgarstek i zaczął szarpać pierścień, próbując ściągnąć go z palca, ciągle napuchniętego od wody.
– Odetnij go – podsunął marynarz, który trzymał się za zraniony nadgarstek.
Na wojnie nie było miejsca na uprzejmości. Bosman wyjął nóż do cięcia lin. Ujął dłoń nieprzytomnego i oparł ją o ławkę przy sterze. Podniósł ostrze do góry. W tej chwili łódź podskoczyła na fali. Promień zachodzącego słońca zamigotał w głębi szmaragdowego oka pierścienia.
Bosman wciągnął głośno powietrze. Odrzucił nóż od siebie, jakby ten palił mu dłoń, gdyż pierścień, który właśnie zamierzał ukraść, nie był zrobiony ze srebra, ale z czystego białego złota. A w kamieniu wyryto delikatny symbol leoparda, tak nienawistnie znajomy.
– A niech mnie, to s’Ffalenn! – zszokowany i niepewny bosman wyprostował się na ławce. Widział, jak pali się brygantyna wroga, a jej kapitan leży martwy na tylnym pokładzie. Ale rzut oka na czarne włosy, z których wciąż żałośnie kapała woda, spływając do zęzy, zadawał kłam tym obserwacjom. Nagle dłoń i kamień zostały brutalnie wyszarpnięte z jego rąk, kiedy jeden z marynarzy bezceremonialnie przewrócił jeńca na plecy.
W gasnącym świetle dnia ostre rysy twarzy i wysokie łuki brwiowe, typowe dla rodu s’Ffalennów, były dla wszystkich widoczne niczym odlane z brązu. Nie mogło być mowy o pomyłce. Marynarze Amrothu pojmali właśnie samego Mistrza Cieni, w dodatku żywego.
Wioślarze cofnęli się, przerażeni. Kilku wykonało zabobonne gesty, by odstraszać zło, a jeden z najbliżej siedzących wyjął sztylet.
– Stój! – Bosman starał się przywołać rozsądek, by uspokoić zszarpane nerwy. – Czarownik jest w tym stanie nieszkodliwy, inaczej bylibyśmy już martwi. Nie zapominajcie, że żywy przyniesie nam więcej korzyści.
Marynarze nie odpowiedzieli. Napięci, niespokojni, poruszyli się nerwowo. Któryś wymamrotał pod nosem słowa zaklęcia chroniącego przed demonami; po chwili następny sztylet wysunął się w stronę powalonego wroga.
Bosman złapał wiosło i uderzył nim o dno łodzi, między marynarzami i jeńcem.
– Głupcy! Czy zamierzacie pluć na własne szczęście? Zabijcie go, a nasz kapitan nie da wam nawet miedziaka.
Wreszcie to do nich dotarło. Arithon s’Ffalenn był nieślubnym synem królowej, która władała Amrothem. Wiele lat temu kobieta skalała honor królestwa, dopuszczając się cudzołożnych czynów z najbardziej niesławnym wrogiem swego męża. Za głowę bękarta pirackiego króla wyznaczono tak wielką nagrodę, że wystarczyłaby ona na okup za jarla, więc dom królewski oczekiwał cierpliwie na człowieka, który przywiedzie do Królewskiego Portu jeńca w łańcuchach. Pokonani przez chciwość, marynarze schowali noże do pochew.
Bosman się odsunął i rzucił szczekliwie komendę; jego ludzie wykonali ją w pośpiechu. Marynarze związali nadgarstki i kostki więźnia liną odciętą z cumy, bojąc się, że odzyska przytomność. Potem, skrępowany niczym cielak wiedziony na rzeź, Arithon, Mistrz Cieni i przyszły władca Karthanu, został zabrany z powrotem na okręt wojenny Briane. Marynarze z szalupy wciągnęli go na pokład i rzucili, bezwładnego jak kukłę, wprost pod nogi głównodowodzącego.
Pierwszy oficer, który niedawno przekroczył dwudziestkę, swoje stanowisko zawdzięczał raczej zamożności i koneksjom na dworze niż rzeczywistym umiejętnościom i doświadczeniu. Niestety, kapitan był nieprzytomny od rany zadanej przypadkową strzałą, a większość oficerów Briane poległa podczas walki, więc nie pozostał nikt, kto mógłby zakwestionować dowództwo młodzika. Pierwszy oficer jakoś sobie radził, chociaż przygniatała go odpowiedzialność za ocalałych trzystu czterdziestu dwóch marynarzy i troska o okręt tak uszkodzony, że nie można było wciągnąć żagli na maszty. Gwałtowne słowa bosmana nie od razu dotarły do zmęczonego i zatroskanego oficera.
W końcu jednak imię więźnia zrobiło na nim wrażenie.
– Arithon s’Ffalenn! – Zbyt zaskoczony, by uwierzyć, oficer wpatrywał się ze zdumieniem w bezwładne ciało, rozciągnięte na deskach pokładu. Człowiek ten był niewysoki, ogorzały od morskiego wiatru i czarnowłosy, zupełnie niepodobny do królewskiej linii Amrothu, choć w połowie z niej właśnie się wywodził. Mokre włosy ciasno oblepiały mu czaszkę, odsłaniając kanciaste czoło. Chude, niczym nieodznaczające się ciało okrywał surowy, szorstki len, a zwykły kawałek sznura pełnił rolę pasa. Ale ten żeglarski wygląd jeńca był mylący. Kamień wprawiony w sygnet, który tkwił na jego palcu, nosił znak leoparda, niezaprzeczalny symbol królewskiego rodu s’Ffalenn.
– To on, mówię przecież – powiedział podekscytowany bosman.
Załoga szalupy i marynarze na pokładzie przybliżyli się jeszcze bardziej.
Popychany przez rozhukanych i podnieconych marynarzy, pierwszy oficer nagle odzyskał siłę głosu.
– Wracajcie do swoich obowiązków! – krzyknął. – I wciągnijcie szalupę z powrotem na pokład. Z życiem!
– Tak jest. – Bosman odszedł, skruszony. Marynarze rozchodzili się nieco wolniej, zerkając na skrępowanego więźnia przez ramię.
Pozostawiony samotnie, aby rozważyć przyszłe losy najgorszego wroga Amrothu, pierwszy oficer pogrążył się w niepewności. Jak okiełznać człowieka, który potrafił snuć iluzje cienia równie łatwo jak myśli i którego pokonanie kosztowało królewską flotę siedem okrętów? Kiedy wrócą do Amrothu, król z pewnością uzna, że pojmanie wroga warte było nawet tak poważnych strat. Ale na pokładzie Briane, ciągle mokrym od krwi i usianym zniszczeniem, ludzie pragnęli zemsty i zadośćuczynienia za śmierć swoich kompanów. Marynarze nigdy nie zapominali o jednym – Arithon jest czarnoksiężnikiem i najbezpieczniej przewozić jego zwłoki.
Rozwiązanie wydawało się tak proste jak cięcie miecza, ale pierwszy oficer wiedział, że to nieprawda. Powstrzymał odruch, by zabić jeńca, i tylko trącił go nogą w ramię. Czarne włosy opadły z twarzy, ukazując ostry jak nóż profil. Smużka krwi znaczyła skroń i policzek, wypływając z jakiejś niewidocznej rany. Skórę gardła i brody pokrywały liczne sińce. Chociaż Arithon był czarnoksiężnikiem, pod względem cielesnym nie różnił się od człowieka, i jak każdy w takim stanie potrzebował uzdrowiciela. Pierwszy oficer przeklinał w duchu, gorzko żałując, że bękart nie jest aż tak ludzki, żeby po prostu umrzeć. Król Amrothu nie znał ani powściągliwości, ani rozsądku, kiedy chodziło o zdradę, jakiej dopuściła się jego żona. To, że podczas wypraw ginęli ludzie albo błąkali się latami daleko od domu, nie miało dla niego znaczenia; marynarze Briane, związani przysięgą lojalności, musieli dostarczyć królowi żywego Mistrza Cieni.
– Co mamy z nim zrobić, panie? – Człowiek, który awansował na miejsce zabitego mata, stanął przy boku swego zwierzchnika. Jego mundur był praktycznie nie do odróżnienia, zakrwawiony i zabrudzony podczas bitwy.
Pierwszy oficer przełknął ślinę; w gardle zaschło mu ze zdenerwowania.
– Zamknij go w pomieszczeniu z mapami.
Mat przymknął na chwilę zmęczone oczy i splunął.
– To wyjątkowo głupie miejsce dla tak niebezpiecznego więźnia! Czy chcesz, żebyśmy wszyscy zginęli? Jest wystarczająco sprytny, żeby stamtąd uciec.
– Milczeć! – rzucił przez zęby pierwszy oficer, świadomy wzroku marynarzy obserwujących go z każdego zakątka statku. Trudno było nie przyznać matowi racji, ale żaden oficer nie mógłby utrzymać się na swoim stanowisku, gdyby ustąpił niższemu stopniem marynarzowi na oczach całej załogi. Rozkaz musiał być wykonany. – Więzień potrzebuje uzdrowiciela – wyjaśnił z naciskiem. – Kiedy tylko będzie to możliwe, przeniosę go do ładowni i zakuję w kajdany.
Mat zaburczał coś pod nosem, schylił się i z łatwością podniósł Mistrza Cieni z pokładu.
– Ależ lekki ten mały diabeł, pomimo reputacji mordercy – skomentował, a potem nadrabiając miną i ukrywając obawy, szybko przeszedł przez tylny pokład z jeńcem zwisającym mu z ramienia niczym marynarski worek.
Zniknął ze swym ciężarem w czeluści otwartego luku; kostki palców Arithona przy każdym kroku uderzały bezwładnie w stopnie drabinki. Pierwszy oficer zamknął oczy. Przystań w Królewskim Porcie leżała w odległości dwudziestu dni drogi, przy sprzyjających wiatrach i dobrej pogodzie. Każdy, nawet najbardziej nędzny marynarz na Briane będzie bogaczem, kiedy dobiją do portu, o ile ktokolwiek z nich przeżyje. Niecierpliwy, niedoświadczony i ciężko zmartwiony, pierwszy oficer wrzasnął na cieślę, żeby pospieszył się z naprawą głównego masztu.
Zanim przygotowano Briane wystarczająco, żeby wciągnąć żagle na maszt, zapadła już noc. Chmury zakryły gwiazdy, kiedy pierwszy oficer dał rozkaz do wypłynięcia. Bosman przekazywał polecenia dalej, gdyż mat był zbyt zachrypnięty, by przekrzyczeć hałas, jaki robiły uderzenia niezliczonych młotów na przednim pokładzie. Zmęczona do nieprzytomności załoga bujała się na wantach, pozbawiona swej zwykłej sprawności. Obluzowane żagle wydymały się na wietrze. Marynarze na pokładzie z trudem usiłowali je napiąć. Wreszcie żagiel trzasnął i z grzechotem bloczków wydął się pod naporem wiatru; statek ustawił się dziobem do fali, na wschód. Sternik, stojący nieruchomo niczym rzeźba, położył Briane na kurs do Amrothu. Gdyby wiatr się utrzymał, statek przybiłby do portu niemal równocześnie z resztą floty.
Poczuwszy ulgę, że znów są pod żaglami, pierwszy oficer zszedł z mostka, pozostawiając okręt pod dowództwem bosmana. Potem rozkazał zapalić lampy na pokładzie. Majtek przebiegł się po statku z hubką i krzesiwem. Marynarze na Briane nie odrywali się od swoich zajęć do czasu, kiedy płomień w latarni rufowej zamigotał i zgasł, niby dotknięty oddechem Dharkarona. W jednej chwili, nie dłuższej niż uderzenie serca, cały statek pogrążył się w ciemności tak gęstej jak sprzed stworzeniem świata. Cieśle zgubili rytm i uderzenia młotów stały się najpierw chaotyczne, potem całkowicie umilkły. Rozległy się nawoływania.
Pierwszy oficer skoczył w kierunku przejściówki. Jego stopy ledwie dotykały stopni. Prawie zjeżdżając po poręczy, usłyszał głośny brzęk tłuczonego szkła; szyby w oknie pomieszczenia rufowego eksplodowały. W chwili gdy jego stopy dotknęły pokładu, rzucił się ramieniem na zamknięte drzwi do pomieszczenia map. Tekowe deski prysnęły na wszystkie strony. Pierwszy oficer wpadł w ciemność gęstszą od atramentu kaligrafa. Od strony stłuczonego okna dobiegały głośne hałasy, znamionujące jakąś walkę.
– Zatrzymajcie go! – Krzyk pierwszego oficera przeszedł nagle w jęk, kiedy mężczyzna zawadził klatką piersiową o skraj stołu z mapami. Odbił się od niego i skoczył dalej. Potknął się o ciało. Zachwiał się i uderzył boleśnie o czyjś łokieć, a potem ruszył w kierunku splecionych postaci. Wydawało się, że syk wody kłębiącej się w kilwaterze dochodzi gdzieś z bliska. Opryskany przez wodny pył, który kłuł niczym igły, pierwszy oficer z przerażeniem zdał sobie sprawę, że Arithon może już być w połowie za parapetem. Kiedy czarnoksiężnik dotrze na górny pokład, zdoła przywołać iluzje, kształtować cienie i wtopić się, niewidzialny, w morskie fale. Nie zdołaliby go odnaleźć.
Pierwszy oficer rzucił się do przodu, żeby powstrzymać uciekiniera, uderzył w splątaną ludzką masę i poczuł, jak zostaje brutalnie odtrącony na bok. Ktoś zaklął. Jakiś wir, wywołany niewidzialnym ruchem, przemknął przez zdemolowany pokój od strony okna. Uderzony mocno w pierś przez silne, kościste ciało, pierwszy oficer bezwiednie zacisnął palce na tym, co miał w zasięgu ręki: na ubraniu, ciągle jeszcze mokrym od morskiej wody. Pamiętając, kogo trzyma, mocno napiął ramiona i przywarł z całej siły do swego przeciwnika. Jeniec wykręcał się, prężąc ścięgna szczupłych nadgarstków. Odrzucony w bok, wprost na przegrodę, pierwszy oficer stracił oddech. Czuł się tak, jakby trzymał w objęciach szalejący morski prąd. Jego nadgarstek został niemalże zmiażdżony udem przeciwnika i pierwszy oficer rozluźnił uścisk. Nagle ktoś upadł na niego i przygniótł mu pierś niczym ścięty siekierą dąb. Oderwany od jeńca, pierwszy oficer legł na podłodze, rozpłaszczony pod masą spoconych ciał.
Nad jego głową wciąż trwała walka; w ciemności słychać było stękania i zdyszane oddechy. Czuł na ciele uderzenia knykci, łokci i kolan. Tuż obok jakiś marynarz wymiotował głośno, najwyraźniej kopnięty w brzuch. Pierwszy oficer, mimo toczącej się walki, usiłował wstać. W tak gęstej ciemności każdym ciosem kierował przypadek. Jeżeli Arithon nadal miał skrępowane dłonie, przewaga liczebna marynarzy w końcu pokona siły jeńca, a wtedy jego strażnicy już zadbają o to, by się znów nie uwolnił.
– Bękart! – rzucił ktoś wściekle. Zaszurały buty i pięść uderzyła w ciało. Opór Arithona zelżał.
Pierwszy oficer podniósł się na nogi, kiedy przez chór głosów przedarł się jeden, niski i czysty.
– Puśćcie mnie. Bo wasze palce spłoną aż do kości.
– Nie słuchajcie go! – Pierwszy oficer skoczył w stronę marynarzy. – Jego groźba to tylko iluzja.
Jakiś mężczyzna wrzasnął w agonii, a jego krzyk zagłuszyło pękające drewno. Pierwszy oficer, zdesperowany, uderzył mocno tam, skąd dobiegały słowa jeńca. Jego pięść napotkała kość. Jakby pod wpływem tego ciosu, utkana przez czarodzieja sieć ciemności zaczęła się rozwiewać.
Światło lampy rufowej wdarło się do środka przez zniszczone okno tylnej kabiny, oświetlając ostre krawędzie potłuczonego szkła i rozbitych sprzętów. Arithon zwisał bezwładnie na rękach trzech majtków. Ich twarze były blade, a klatki piersiowe unosiły się w nierównym oddechu, niczym u biegaczy, którzy właśnie dotarli do kresu drogi. Jakiś marynarz leżał pod szafą z mapami i jęczał, trzymając się za stłuczony goleń. O sterburtę opierał się mat i ciężko dyszał, poczerwieniały na twarzy; widać było, jak nad rozerwanym kołnierzem pulsują mu żyły. Pierwszy oficer unikał oskarżycielskiego spojrzenia starszego marynarza. Nawet jeżeli wcześniej wydawało mu się nieprawdopodobne, że więzień w tak ciężkim stanie podejmie próbę ucieczki, oficer uznał, że lepiej nie mówić o tym głośno.
– Przynieście światło – warknął do jęczącego marynarza, chcąc przejąć dowodzenie, zanim załoga odzyska siły na tyle, żeby rozmawiać.
Marynarz ucichł, dźwignął się na nogi i kuśtykając pospiesznie udał się na poszukiwanie lampy. Kiedy w pomieszczeniu zapanował spokój, pierwszy oficer wskazał fragment podłogi, wolny od srebrnych odprysków szkła.
– Połóżcie s’Ffalenna tutaj. A ty poszukaj jakichś kajdan, żeby zakuć mu nogi.
Marynarz skoczył, aby wykonać rozkaz. Kiedy kładli Arithona na podłodze, powrócił majtek z latarnią. Światło płomienia rzucało miedziane refleksy na krwawe ślady, widniejące na policzku i ramieniu jeńca; na podartej koszuli ciemniały plamy krwi, która już zdążyła w nią wsiąknąć.
– Panie, ostrzegałem cię. Pomieszczenie map nie jest odpowiednio zabezpieczone – przekonywał cichym głosem mat. – Musimy przenieść czarownika gdzie indziej.
Pierwszy oficer się zjeżył.
– Kiedy będę potrzebował twojej rady, powiem ci o tym. Będziesz stał tutaj na warcie, aż przyjdzie uzdrowiciel. To nie potrwa długo.
Ale uzdrowiciel ciągle jeszcze był zajęty usuwaniem grotu nieprzyjacielskiej strzały z kapitańskiego brzucha. I jako że zajęcie to miało się przedłużyć o bliżej nieokreślony czas, mat zagryzł wargi i nie wspomniał o rzeczy dla niego oczywistej. Uważał, że obecność Arithona na statku jest dużo bardziej niebezpieczna, niż sądzi oficer. Obawa przed jego czarnoksięskimi sztuczkami mogła nawet najbardziej lojalną załogę sprowadzić na drogę buntu.
W tej właśnie chwili jeden z marynarzy wrzasnął i odskoczył. Pierwszy oficer podbiegł do jeńca w chwili, gdy ten się poruszył i odzyskał przytomność. Otworzył oczy o barwie świeżej, wiosennej trawy i utkwił spojrzenie w ludziach, którzy tłoczyli się wokół niego. Ostre rysy s’Ffalennów nie wyrażały żadnej emocji; z pewnością ból powstrzymywał czarnoksiężnika przed jeszcze jednym mrocznym atakiem. Pierwszy oficer Briane szukał na twarzy jeńca jakichś ludzkich emocji, ale nie dostrzegł niczego.
– Ta próba ucieczki była bardzo nierozsądna – powiedział, gdyż nic innego nie przychodziło mu do głowy. Buntował się na samą myśl o tym, że ta kreatura i ukochany książę Amrothu, następca tronu, narodzili się z tej samej matki.
Podczas gdy Jego Wysokość Lysaer starałby się zdobyć sympatię swoich oprawców swobodną i zajmującą mową, Arithon z Karthanu nie zamierzał nawet odpowiadać. Jego oczy nie drgnęły, a rysy twarzy pozostały twarde jak kamień. Nieprzyjemną ciszę wypełniało tylko skrzypienie takielunku i trzask drewna. Marynarze kręcili się niespokojnie, dopóki szczęk stali u wlotu przejściówki nie oznajmił, że powraca majtek, wysłany po kajdany.
– Zakujcie mu kostki u nóg. – Pierwszy oficer zwrócił się w kierunku drzwi. – I pilnujcie go, na Dharkarona. Król chce mieć tego człowieka żywego.
Po tych słowach wyszedł, wołając na szefa cieśli, żeby przysłał kogoś do naprawy okna w pomieszczeniu map. Stolarze ledwie zdążyli zebrać narzędzia, gdy na pokładzie Briane znów zapanował dziwny, przerażający mrok. Pierwszy oficer ponownie pobiegł w kierunku pomieszczenia map, poganiany przez głuchy trzask, który stamtąd dobiegł.
Tym razem ciemność rozproszyła się niczym jedwab, na który upadnie iskra, nim oficer zdążył wpaść na stół z mapami. Dotarł do kabiny na sterówce i ujrzał, że Arithon leży przyciśnięty do podłogi przez swoich strażników, którzy dyszeli ciężko. Po chwili zaczęli się podnosić, rzucając nerwowe spojrzenia na jeńca. Chociaż stali w obecności starszego stopniem oficera, nie okazywali mu ani odrobiny szacunku. Kilku nawet mu złorzeczyło, przysłaniając usta dłońmi.
– Milczeć! – Pierwszy oficer zbliżył się, żeby wysłuchać raportu.
– Szkło – wyjaśnił mat. – Próbował przeciąć więzy na rękach i, na Dharkarona, ten bękart prawie podciął sobie żyły.
Na podłodze, pod Mistrzem Ciemności, ciemniała kałuża krwi. Jego szczupłe palce pokryły się czerwienią, a dokładniejsze badanie wykazało, że sznur, którym związano mu ręce, jest prawie przecięty.
– A więc zwiążcie mu też palce. – Pierwszy oficer, tak bardzo rozgniewany, że nie czuł już dla więźnia litości, wysłał jednego z marynarzy po sznur do ładowni.
Chwilę później Arithon odzyskał przytomność. Jednak dopiero po minucie zorientował się w swoim stanie, podniesiony do góry i niemalże zakleszczony pomiędzy silnymi ramionami swoich strażników. Kiedy jego zielone oczy znów odzyskały ostrość widzenia, pierwszy oficer z trudem powstrzymał się od ucieczki. Tylko raz widział, by ktoś tak patrzył - człowiek, którego wieszano za gwałt na własnej córce.
– Powinieneś zginąć w bitwie – oznajmił cicho.
Arithon nie odpowiedział. Blask rzucany przez lampę tańczył na jego nieruchomej twarzy, jakby sprzeciwiającej się zdrowemu rozsądkowi; z jego palców kapała na podłogę krew. Pierwszy oficer odwrócił wzrok, zmrożony strachem i niepewnością. Nie miał doświadczenia z jeńcami i nic nie wiedział o siłach czarnoksięskich. A Mistrz Cieni wcale mu nie pomagał, zimny i odległy jak sam ocean.
– Pokażcie mu królewską sprawiedliwość – rozkazał pierwszy oficer, mając nadzieję, że brutalne traktowanie jeńca złagodzi bunt jego podwładnych.
Marynarze zwalili Arithona z nóg i położyli go na stole map. Jego szczupłe ciało zwisało w ich silnych dłoniach niczym szmaciana lalka. Ale Mistrz nadal się opierał. Pełni gniewu i strachu, marynarze oddawali mu teraz z nawiązką to, czego sami niedawno od niego doznali. Zerwali sznur z nadgarstków jeńca i zdarli z niego ubranie, szukając ukrytych drzazg i szklanych odłamków. Ale, z wyjątkiem słabego oporu, Arithon znosił ich traktowanie w całkowitym milczeniu.
Pierwszy oficer ukrył niesmak. Bunt Mistrza nie przynosił żadnych rezultatów, a tylko prowokował jego oprawców do coraz to brutalniejszego postępowania. Gdyby bękart wydał z siebie choć jeden krzyk bólu, gdyby zareagował jak zwykły śmiertelnik, marynarze poczuliby się usatysfakcjonowani. A tak walka trwała nadal, aż ofiara została pozbawiona tuniki i koszuli. Majtkowie odsunęli się od jeńca, żeby obejrzeć swoją zdobycz. Klatka piersiowa Arithona podnosiła się w płytkim i urywanym oddechu. Mięśnie brzucha kurczyły się pod skórą pokrytą warstwą potu, co znaczyło, że jego ciało nie jest tak nieczułe na ból, jak starał się to udowodnić.
– Bękart jest strasznym cherlakiem jak na czarownika. – Najodważniejszy z marynarzy wzniósł pięść nad posiniaczoną piersią Arithona. – Mały cios w te jego żeberka może go trochę uspokoi.
– Wystarczy! – przerwał mu pierwszy oficer. I pewny, że marynarz zignoruje jego rozkaz, rzucił się do przodu, żeby interweniować. Ale w drzwiach pokazał się nagle człowiek w białej koszuli i odsunął go energicznie na bok.
Wreszcie uwolniony od kapitańskiego łóżka, uzdrowiciel wepchnął się pomiędzy marynarza i rozciągniętego na stole jeńca.
– Zostaw go, chłopcze! Dzisiaj złożyłem już do kupy zbyt wiele kości. Jeszcze jeden taki zabieg, a będę musiał się upić, nim wzejdzie słońce.
Załoganci odstąpili na bok, mamrocząc coś pod nosem. Kiedy uzdrowiciel zabrał się do pracy, zużywając mnóstwo bandaży i litry środków odkażających, s’Ffalenn wziął głęboki oddech i wreszcie przemówił.
– Przeklinam twoje dłonie. Niech następne rany, które będziesz opatrywał, pokryją się ropą i robakami. Niechaj każde dziecko, którego dotkniesz, umrze w twoich ramionach, a matka krwawi. Obyś nie znalazł na to rady. Nie dotykaj mnie więcej, bo pokażę ci śmierć.
Uzdrowiciel wykonał dłonią znak chroniący przed złem. Słyszał niejednokrotnie, jak jego pacjenci przeklinali i krzyczeli, ale nigdy nie wypowiadali podobnych słów. Roztrzęsiony, zajął się rannym, podczas gdy ten naprężał mięśnie, czując na sobie dotyk uzdrowiciela.
– Czy kiedykolwiek stanąłeś twarzą w twarz z rozpaczą? – mówił dalej Arithon. – Ja cię z nią zapoznam. Oczy twego pierworodnego syna zgniją, a muchy zagnieżdżą się w jego oczodołach.
Marynarze z trudem powstrzymywali chęć ucieczki, wzdrygając się i przeklinając pod nosem, zbici w ciasną gromadę.
– Trzymajcie go, żeby się nie ruszał! – wrzasnął uzdrowiciel, bandażując rany Arithona z ponurą determinacją i zaciśniętymi ustami. Taka groźba rzuciłaby go w otchłań rozpaczy, gdyby nie to, że miał jedynie córki. W przeciwnym razie mógłby złamać przysięgę i sprawić rannemu wiele niepotrzebnego bólu. – Pozwolę sobie odejść – powiedział do pierwszego oficera, kiedy już skończył. – Zrobiłem wszystko, co mogłem.
Uzdrowiciel wyszedł, odprawiony przez oficera, a majtkowie zabrali się za wiązanie jeńca. Kiedy tylko pierwsza pętla dotknęła jego skóry, Arithon zwrócił swe klątwy przeciwko głównodowodzącemu. Mając w pamięci zachowanie uzdrowiciela, młody człowiek nie ośmielił się przerywać rannemu. Stał cierpliwie, z dłońmi splecionymi na plecach, podczas gdy jego matka, żona i kochanka były profanowane razem i z osobna. Po tej przemowie jeniec skierował swe obelgi na samego oficera. W końcu młodzian, nie mogąc już tego dłużej słuchać, uległ gniewowi, wywołanemu przez zjadliwe słowa.
– Lepiej oszczędzaj siły! – W porównaniu z gładkimi, spokojnymi słowami Mistrza, brzydota jego własnego głosu zabrzmiała niczym histeryczny wrzask kobiety. Starał się okiełznać gniew. – Nie odmienisz swego losu, przeklinając mnie i moją rodzinę. Dlaczego wszystko utrudniasz? Twoje zachowanie sprawia, że nie możemy cię traktować w sposób cywilizowany.
– Idź i zgwałć swoją małą siostrzyczkę – odparł Arithon.
Pierwszy oficer spłoną czerwienią.
– Zawiążcie usta temu bękartowi jakąś szmatą – wydał rozkaz podwładnym, nie ufając sobie na tyle, by odpowiedzieć Arithonowi. – Potem zamknijcie go pod strażą w ładowni z płótnem.
Marynarze natychmiast się zorientowali, że rozkaz ten podyktowany został desperacją. Pierwszy oficer dostrzegł to i odczuł niepokój. Był już zmęczony zmaganiami z przerażoną załogą, balansującą niebezpiecznie na granicy buntu. Mogła go spowodować najdrobniejsza prowokacja, a czarnoksiężnik, który potrafił przywoływać cienie, był zagrożeniem równoznacznym z całkowitą klęską. Żadne środki zaradcze nie wydawały się zbyt drastyczne, żeby zapobiec temu, co mogłoby się wydarzyć. Pierwszy oficer potarł zaczerwienione, piekące oczy. Po rozważeniu wszystkich możliwości pozostało mu tylko jedno. Przekazać Arithona s’Ffalenna w ręce uzdrowiciela okrętowego.
Pierwszy oficer wszedł gwałtownie do jego pomieszczenia, nie przejmując się pukaniem.
– Czy potrafisz przygotować lek, który pozbawi człowieka przytomności?
– Mam tylko zioło, które stosuję na złagodzenie bólu – odparł z irytującą niechęcią uzdrowiciel. Oficer przeszkodził mu w bandażowaniu kolejnej rany. – Większa dawka może nieco przytłumić umysł, ale to dość niebezpieczne. Ten lek ma uzależniające działanie uboczne.
Pierwszy oficer nie wahał się ani chwili.
– A więc zastosuj swą miksturę na naszym jeńcu, i to szybko.
Uzdrowiciel się wyprostował; blask rozkołysanej lampy wydobywał z ciemności ostre rysy jego zmęczonej twarzy.
Oficer nie dopuścił do żadnych protestów.
– Nie chcę słyszeć o twojej przysiędze medyka. Przyjmij, że wina leży po mojej stronie, jeżeli już musisz, ale nie zamierzam dopuścić do buntu na pokładzie, nawet za cenę skóry jakiegokolwiek bękarta s’Ffalennów. Dostarczymy Arithona do lochów królewskich i nikt nie będzie mógł nam zarzucić, że nie dopełniliśmy naszych obowiązków.
Przestraszony jawnym lękiem na twarzy pierwszego oficera, uzdrowiciel przywołał pomocnika, żeby ten skończył bandażować pacjenta. Potem, rozsądny na tyle, żeby się pospieszyć, zaczął przeszukiwać półki z lekarstwami.
– A kto poniesie odpowiedzialność, jeżeli umysł więźnia dozna jakieś szkody?
Pierwszy oficer wziął głęboki, urywany oddech.
– Dharkaronie, Aniele Zemsty! Wszyscy zostaniemy pozbawieni głów, jeżeli nasi marynarze wpadną w panikę i poderżną bękartowi gardło. On jest szaleńcem i nadal będzie ich prowokował. Jak niby, na miłość króla, mam być w pobliżu w każdej minucie, żeby powstrzymać grożącą nam katastrofę?
Słoiki grzechotały, trącane dłonią starszego mężczyzny. Wybrał jeden i poprawił okulary, żeby móc przeczytać etykietę.
– Jesteśmy oddaleni od Królewskiego Portu o dwadzieścia dni, zakładając dobrą pogodę i szczęście. Żaden człowiek nie zdoła wytrzymać tak długiej śpiączki, bez poważnego ryzyka uszkodzenia mózgu. Czytałem teksty, w których napisano, że czarnoksiężnicy potrafią przekształcać odpowiednio niektóre trucizny. Z pewnością twój Mistrz Cieni będzie potrzebował bardzo silnej dawki tej substancji, żeby w ogóle odniosła jakiś skutek.
– A więc zawiniemy do portu na Południowej Wyspie. – Ocalony przez nagły pomysł, pierwszy oficer otarł pot z zaczerwienionego czoła. – Książę następca tronu spędza tam lato; zabiega o względy córki jarla. To tylko pięć dni drogi stąd, nawet przy słabym wietrze. Pozbaw Arithona przytomności tylko na te pięć dni, a potem niech Jego Wysokość postara się dostarczyć bękarta własnej matki przed oblicze króla.
Uzdrowiciel westchnął i sięgnął po swoje przybory, zmuszony do wykonania planu oficera. Pięć dni znacznych dawek leku spowoduje pewien dyskomfort jeńca, ale nie uszkodzi trwale jego umysłu. A zrzucenie na księcia Lysaera odpowiedzialności za potomka pirackiego rodu Karthanu było prawdopodobnie najrozsądniejszym rozwiązaniem. Jego Wysokość posiadał wrodzony dar światła, który będzie przeciwwagą cienia i czarnoksięskich umiejętności więźnia, a poza tym decyzje księcia w sprawie Arithona z pewnością okażą się słuszne i sprawiedliwe.


Następca tronu

Z placu ćwiczebnego jarla, wysypanego piaskiem i skąpanego w słońcu, dochodził szczęk i stukot uderzających o siebie ostrzy. Kurier, wysłany z portu, usłyszał ten hałas i zwolnił kroku. Lysaer, następca tronu Amrothu, bawił na Południowej Wyspie wystarczająco długo, by nawet słudzy wiedzieli o tym, że nie należy przeszkadzać Jego Wysokości, kiedy ćwiczy z bronią białą. Stosując się do tej zasady, sługa zatrzymał się w zacienionej arkadzie, biegnącej od wejścia. Czekał, chociaż wiadomości, które miał przekazać księciu, były na tyle ważne, że wszelkie opóźnione mogło ściągnąć na niego gniew władcy.
Książę natychmiast dostrzegł przybycie sługi. Ciągle fechtując się mieczem, odrzucił z czoła jasne złote włosy i mrugnął do kuriera przyjacielsko. Nie wydawał się ani trochę rozproszony. Jednakże przy następnym ciosie jego przeciwnik wykonał dość przewidywalny ruch, który w jakiś sposób wytrącił broń z rąk księcia. Królewski miecz poleciał szerokim łukiem, migocząc w słońcu, i wylądował, orając piach na placu.
Roześmiany, wielkoduszny, tak przystojny, że rozmarzone panny łkały po kątach, książę wyrzucił ręce do góry. Obrócił w dłoni sztylet, który trzymał do tej pory w ukryciu, i rzucił nim. Ostrze wbiło się w piach obok miecza.
– Tutaj masz srebro, które wygrałeś dla swojej damy, mój panie, niech Ath błogosławi potomka, którego nosi w swym łonie.
Uradowany nieoczekiwanym zwycięstwem, ciemnowłosy szlachcic stał na placu, nie kryjąc zaskoczenia.
– Wasza Wysokość, nawet sam Kowal Losu nie wie tak wiele o moich sprawach. Kto ci powiedział?
Książę roześmiał się ponownie.
– O czym? O zakładzie czy o dziecku? – Sięgnął do tasiemek, żeby zawiązać koszulę, a potem ruszył w kierunku posłańca, który stał ciągle pod arkadami.
Szlachcic sięgnął po miecz i sztylet, wciąż drgający w piasku.
– Oszukiwałeś, żebym wygrał. Przeklnij mnie, jeżeli nie mam racji.
Lysaer, pierworodny syn króla Amrothu, zamarł w pół kroku. Otworzył szeroko błękitne oczy.
– Naprawdę? No dobrze, więc kupię twojej pani perłę i jutrzejszego ranka będziemy walczyć, żeby rozstrzygnąć, kto zapłaci za oprawę. – Potem, ciągle z uśmiechem na twarzy, książę zwrócił się do posłańca. – Przynosisz jakieś wieści?
Kurier w barwach jarla skłonił się i znacząco spojrzał na sługę, który właśnie zbliżył się do księcia z drugiej strony.
– To wiadomość przeznaczona tylko dla twoich uszu, Wasza Miłość.
Książę posłał służącego po broń, którą upuścił podczas walki, a potem wszedł w cień arkady, natychmiast poważniejąc.
– Moja stara, patetyczna, kaleka ciotka nie spadła chyba z łóżka i nie zabiła się, mam nadzieję?
Żart nie był zbyt subtelny, ale książę osiągnął zamierzony efekt. Posłaniec wyraźnie się odprężył.
– Pani ma się dobrze, Wasza Miłość. To głównodowodzący królewskiego okrętu wojennego Briane przesyła Waszej Wysokości pozdrowienia. Kazano mi przekazać, że na pokładzie statku znajduje się bękart pirackiego króla, Arithon s’Ffalenn.
Lysaer zesztywniał, jakby go ogłuszono. Rumieńce, których nabrał w ferworze walki, nagle zniknęły mu z twarzy; zaciskał pięści, aż pobielały mu kostki palców.
– Żyje – dodał cicho kurier.
Przez siedem pokoleń rozlewu krwi pomiędzy królestwami Amrothu i Karthanu nigdy nie doszło do podobnej sytuacji. Lysaer stłumił w sobie niestosowne uczucie triumfu. Zemsta od najmłodszych jego lat zatruwała mu wspomnienia i mąciła myśli. Konflikt, mający miejsce przed jego urodzeniem, doprowadził do śmierci pierwszej królowej i córki obecnego władcy, o czym nikt na dworze nie śmiał wspominać. Przez całe życie Lysaera dwór i najbliższe otoczenie króla drżało przed atakami gniewu władcy, których przyczyną zawsze byli s’Ffalennowie. Jednakże książę próbował zwalczyć w sobie tę irracjonalną nienawiść, jaką budziło w nim imię s’Ffalenn. Przecież więzień w ładowni Briane był jego przyrodnim bratem. To, że był także niebezpiecznym wrogiem, zasługującym na tortury i śmierć, jakiej żądał król opętany obsesyjną chęcią zemsty, stanowiło zupełnie inną sprawę, której żaden człowiek honoru nie śmiałby lekceważyć.
Zakłopotany przeciągającym się milczeniem, kurier wstrzymał oddech. Książę, dostrzegając to, odepchnął od siebie mroczne myśli. Dotknął lekko ramienia posłańca, chcąc go uspokoić.
– Nie musisz się martwić. Los bękarta mojej matki jest zbyt poważnym problemem i tylko król może podjąć w tej sprawie jakąkolwiek decyzję. Dowódca załogi Briane słusznie postąpił, oddając więźnia w moje ręce.
Kurier skłonił się z wyraźną ulgą.
– Idź do kuchni, tam dadzą ci coś do jedzenia – rozkazał mu książę. – Giermek z mojej świty może pobiec do portu, wejść na pokład Briane i przekazać dowódcy, że chcę się widzieć z jeńcem.
Potraktowany znacznie łagodniej, niż mógłby oczekiwać posłaniec przynoszący podobne wieści, kurier skłonił się ponownie i odszedł. Książę zwrócił się szybko w kierunku przejścia. Jego niebieskie oczy zachowały ten głęboki odcień zamyślenia nawet wówczas, kiedy jego niedawny przeciwnik w walce na miecze podbiegł do niego i zatrzymał się z szacunkiem tuż obok.
– Wasza Miłość? Co się stało?
Następca tronu królestwa Amrothu spojrzał na niego, jakby pogrążony w transie.
– Kłopoty – odparł zwięźle. Troskę na jego twarzy zastąpił wyraz rozgoryczenia, kiedy zorientował się, że ciągle ma na sobie zakurzone i przepocone odzienie.
Chcąc zadowolić księcia, szlachcic skinął dłonią na sługę, który stał nieopodal i trzymał w dłoniach miecze.
– Poślij po służącego księcia.
– I po kapitana straży jarla – dodał szybko Lysaer. – Zaproś go do moich prywatnych komnat. Jeżeli będzie narzekał na zbytni pośpiech, powiedz mu, że z przyjemnością poczęstuję go piwem.

* * *

Klucz obrócił się ciężko w zamku. Pierwszy oficer pchnął na oścież drewniane drzwi, poczęstowany dobiegającym z wnętrza nienawistnym przekleństwem. Powiesił latarnię na haku wbitym w belkę tuż nad jego głową i gestem wskazał księciu, żeby wszedł pierwszy.
Ładownię z płótnem żaglowym na Briane wypełniał ciężki upał popołudnia. Powietrze cuchnęło pleśnią i wilgocią; chociaż statek stał na kotwicy, właz w suficie zabito mocno jak podczas sztormu. Latarnia rzucała długie, postrzępione cienie, które kołysały się wraz z kadłubem statku.
Z trudem panując nad nerwami, pierwszy oficer wskazał najciemniejszy kąt w pomieszczeniu.
– Tam, Wasza Miłość. I ostrożnie, już się ocknął z otępienia i jest niebezpieczny.
Ubrany w złoty jedwab i lśniący od szafirów brokat, który znamionował królewskie pochodzenie, Lysaer z Amrothu postąpił krok do przodu.
– Zostaw nas samych – powiedział uprzejmie do oficera. A potem, kiedy drzwi zamknęły się ze zgrzytem, omal nie przycinając mu pięt, z trudem zwalczył kłębiące się w nim emocje i czekał, aż jego oczy przyzwyczają się do mroku.
Nieruchomy niczym martwy człowiek, Arithon s’Ffalenn siedział pogrążony w mroku, opierając się o wysoką stertę zapasowych żagli. Woda i suchary leżały nietknięte obok jego łokcia. Sina opuchlizna po jednej stronie szczęki podkreślała raczej, niż łagodziła, ostre i aroganckie rysy twarzy, które odziedziczył po swoim ojcu. Oczy miał otwarte, przytomne i jasne od nienawiści.
Ten widok zmroził Lysaera aż do szpiku kości. Niepewny i zagubiony w panującej ciemności, zdjął lampę z haka. Światło rozlało się szerzej i bezlitośnie wydobyło z mroku szczegóły, które do tej pory pozostawały ukryte przed wzrokiem księcia. Zauważył, mocno zaskoczony, że królewski bękart jest niski. Ale jego drobne ciało było umięśnione jak u dzikiego kota i świadczyło o sile ducha. Skórę na nadgarstkach i kostkach miał poranioną przez kajdany; sińce pokrywały się już strupami. Palce dłoni związano mu sznurkiem; ciągle jeszcze znaczyła je krew. Książę poczuł nagłą litość wobec jeńca. Słyszał już raport pierwszego oficera i rozumiał przerażenie marynarzy, jednakże w jego mniemaniu kajdany i pęta powinny wystarczyć do unieszkodliwienia Mistrza Cieni; sznur był już tylko oznaką zbędnego okrucieństwa.
Zakłopotany, Lysaer powiesił latarnię z powrotem na haku. Wziął głęboki oddech, żeby zawołać bosmana, majtka, albo jakiegokolwiek innego marynarza, żeby przyniósł nóż do cięcia lin i uwolnił więźnia od niepotrzebnego cierpienia.
Ale Arithon go ubiegł i przemówił pierwszy.
– Wreszcie się spotykamy, braciszku.
Następca tronu zignorował sarkazm tych słów. Krwawy konflikt mógł trwać tak długo, jak długo obie strony serdecznie się nienawidziły.
– Więzy krwi nie uwolnią cię od oskarżeń, jakie na ciebie rzucono. Przywołałeś cień i czarnoksięskie moce, oślepiłeś, zaatakowałeś i wybiłeś siedem załóg z siedmiu statków. I to bez żadnego racjonalnego powodu. Nic nie usprawiedliwia tej rzezi nieszczęsnych marynarzy.
– Tak się stało, że akurat służyli na statkach wojennych. – Arithon się wyprostował, pobrzękując łańcuchami. Jego czysty, wyraźny głos wzniósł się ponad głuche echo. – Pokaż mi człowieka, który jest niewinny, a ja pokażę ci, że jest martwy.
Lysaer zrobił krok do tyłu i oparł się plecami o drzwi kabiny, żeby ukryć drżenie wywołane niepokojem. Pierwszy oficer wcale nie przesadził, decydując się na tak okrutne traktowanie więźnia. Książę w milczeniu przyglądał się twarzy, która była pozbawiona wszelkich ludzkich uczuć; malowała się na niej tylko nienawiść.
– „Pozbaw mnie życia, a będę bezradny”. – Arithon podkreślił wygłoszony przez siebie cytat szyderczym uśmiechem. – A może jesteś zbyt delikatny, żeby to zrobić?
Następca tronu zacisnął szczęki, obawiając się, że słowa Arithona sprowokują go do odpowiedzi, która jeszcze bardziej zaostrzy ich konflikt.
Arithon naciskał dalej, niczym ropa naciska na wrzód; imitował bezbłędnie górnolotny dworski styl mowy.
– Na zgniłe kości naszej matki, cóż za zjawiskowa istota w powodzi koronek i klejnotów. Naprawdę imponujące. I cóż za miecz! Czy nosisz go z próżności?
– Niczego nie zyskasz, obrażając mnie w ten sposób. – Lysaer trzymał gniew na wodzy, gdyż chciał się dowiedzieć, co skłania więźnia do tak bezzasadnych ataków. – Chyba tylko nędzną śmierć, jaką wstydziłbym się zadać nawet psu.
– Ale przecież oferujesz mi psie życie – warknął Arithon w odpowiedzi. Wygiął się nagle i związane sznurem palce potrąciły naczynie z wodą, które potoczyło się po deskach, znacząc je kałużami; ciecz rozlewała się po podłodze, przeganiana tam i z powrotem przechyłami okrętu. – Nigdy nie będę chłeptać z miski jak zwierzę. A że cię obrażam? Przepraszam, nawet jeszcze nie zacząłem.
Oczy Arithona stwardniały. Książę poczuł niepokój; czar gęstniał w powietrzu. Wzdrygnął się, ale było już za późno. Mistrz Cieni miał tylko jedną chwilę, kiedy książę był nieprzygotowany, i właśnie w tym momencie uderzył. Do umysłu Lysaera wdarła się nagle sonda, niczym rozpalony drąg, szukając, przesiewając, odrzucając wszelkie dobre intencje księcia, podyktowane przez współczucie i litość. Bękart s’Ffalennów wyrzekł się honoru. Splądrował przeszłość swego brata, żeby dać upust swej nienasyconej złośliwości, i w jego ręce, niczym broń, wpadło nagle wspomnienie z dzieciństwa, dawno już zapomniane...

* * *

Mały książę był zbyt ożywiony, żeby spać. Przejedzony słodyczami i ciągle jeszcze zdenerwowany i podniecony zabawą, jaką uczczono jego urodziny, biegał w koło na krótkich nóżkach i przewracał się na dywan, zanosząc się śmiechem.
– Chcę do mamy! – wołał do swego opiekuna, coraz bardziej zmęczonego, który spędził cały dzień, zajmując się nadpobudliwym trzyletnim chłopcem, przez co jego dystyngowana postawa mocno ucierpiała.
Królewska niańka podniosła dziecko z podłogi. Choć radziła sobie z maluchami, chłopiec wił się w jej ramionach i zdołał jakoś oplątać sobie nocną koszulkę wokół szyi.
– Niedoczekanie – narzekała. – Czy chcesz się zadusić na śmierć?
Książę wybuchnął śmiechem.
– Chcę do mamy.
Wyczerpana, niańka z trudem przywróciła wymięte ubranko księcia do porządku.
– Zgodzę się, jeżeli obiecasz, że szybko pocałujesz ją na dobranoc, a potem położysz się grzecznie, zamkniesz oczka i zaśniesz.
Twarz chłopca rozjaśnił uśmiech, który nieodmiennie sprawiał, że serca jego poddanych topniały jak lód na słońcu.
– Obiecuję.
– A więc pamiętaj, że książę nigdy nie łamie danego słowa – ostrzegła go niańka.
Mały Lysaer poważnie skinął główką.
– Cóż, zobaczymy, czy ty także potrafisz dotrzymać słowa, młody człowieku. – Kobieta zwichrzyła złote włosy chłopca, a potem oddała go w obolałe ramiona opiekuna. – Zabierz go na dół, panie. To dobry chłopiec. Dziś są jego urodziny, więc królowa nie powinna być zła.
Książę paplał nieprzerwanie, kiedy pokonywali trzy kondygnacje schodów. Szambelan, chociaż był starym człowiekiem, miał doskonały słuch. Jednakże kiedy dotarli do królewskich apartamentów, staruszkowi dzwoniło w uszach, a wiercący się niecierpliwie w jego ramionach książę odwrócił jego uwagę od ostrzegawczego gestu strażnika.
Schowany za ozdobną kotarą przedpokój lady Talery był zupełnie pusty. Skrzynie i wysadzane klejnotami gobeliny lśniły w świetle kandelabrów, dziwnie słabym jak na tę porę. Szambelan się zawahał. Czując, że dzieje się coś niedobrego, postawił księcia na podłodze. Ale dziecko, zbyt małe, żeby uświadomić sobie niebezpieczeństwo, wyrwało rączkę z uścisku starego i pobiegło naprzód.
Kiedy tylko Lysaer przekroczył próg komnat matki, wyczuł, że coś jest nie tak. Jego ojciec siedział wraz z królową; oboje byli na siebie źli.
– Nie waż się wykorzystywać żadnego z moich dzieci jako broni w tej bezsensownej waśni ze s’Ffalennami – powiedziała matka głosem, którego Lysaer nigdy u niej nie słyszał. Jego bose stópki nie robiły żadnego hałasu, stanął więc w cieniu, niepewny i niezauważony. Uwięziony beznadziejnie w przedpokoju, szambelan nie śmiał wejść do komnaty i narazić się na gniew króla. Bezradnie szarpał siwe włosy i modlił się, żeby książę zrozumiał sytuację i wycofał się po cichu.
Ale Lysaer był przerażony i zbyt mały, żeby pojąć istotę kłótni. Stał bez ruchu niczym zając w kącie pomieszczenia i słuchał królowej. Melodyjna intonacja dialektu Rauven barwiła jej słowa surową mocą.
– Dar naszego syna nie będzie twoją bronią. Czy ośmielisz się go użyć? Na Atha, przysięgam, jeżeli spróbujesz, nigdy już nie urodzę ci dziecka.
Lysaer zmarszczył brwi, próbując odnaleźć sens w słowach dorosłych. Wiedział, że to o nim mówią i o tym, że potrafi wyczarować z powietrza iskry i światło, kiedy tylko zechce albo kiedy pomyśli o słońcu.
Król wstał nagle z krzesła. Jego cień skurczył się gwałtownie, kiedy pochylił się nad królową i schwycił ją za nadgarstki.
– Kobieto, spróbuj postąpić wbrew mojej woli, a uczynię cię najnieszczęśliwszą z matek. Wiń swojego ojca. Powinien bardziej się postarać o twój posag. Czarnoksięstwo i dzieci to nieszczególna mieszanka.
Królowa wyrwała się z uścisku; jej bransolety zabrzęczały. Uderzyła łokciem o kant stołu, strącając na ziemię kryształową wazę. Odłamki szkła i orzeszki w cukrze posypały się na dywan. Lysaer zakwilił, niewidzialny w cieniu drzwi. Chciał uciec, ale nie dostrzegł nigdzie szambelana.
Król poderwał królową na nogi.
– Byłaś już dostatecznie długo niedysponowana, ty królewska wiedźmo. Mam zamiar cię teraz posiąść i będę to czynił co noc, aż w końcu powijesz Mistrza Cieni, którego mi obiecano.
Na rękawach króla rozbłysły klejnoty, kiedy zamknął w ramionach swą zdobycz. Królowa walczyła z nim zaciekle. Przycisnął ją brutalnie do siebie. Jedwab pękł z dźwiękiem przypominającym skowyt małego zwierzątka; blask kominka oświetlił nagie plecy kobiety.
– S’Ffalennowie będą przeklinać twe urocze, uzdolnione dzieci z morskiego dna – roześmiał się król.
Królowa walczyła nadal. Jej złote loki wymknęły się z diamentowych spinek i splotły się z szorstkimi włosami mężczyzny. Stojący przy drzwiach Lysaer widział łzy w oczach matki, ale jej głos ani na moment nie zadrżał.
– Weź mnie siłą, a przysięgam na kamienie wieży Rauven, odpłacę ci z nawiązką. Piraci s’Ffalennowie podzielą mój posag, mój dar, i skierują go przeciw s’Ilessidom. Zrodzę ból i cierpienie.
– Przeklinasz mnie, tak? Dharkaron świadkiem, pożałujesz tego. – Król uderzył królową. Straciwszy równowagę, kobieta upadła plecami na stół. Obrus zmarszczył się gwałtownie, a karafka z winem przewróciła się, znacząc czerwienią – niczym krwią – białe płótno.
– Ojcze, nie krzywdź jej więcej! – zawołał wreszcie Lysaer, przerażony tym widokiem okrucieństwa i przemocy.
Król znieruchomiał, odwrócił się i zobaczył syna stojącego w wejściu. Jego twarz się wykrzywiła; wyglądał jak obcy człowiek.
– Wynoś się stąd! – ryknął.
– Nie! – Królowa wstała i wyciągnęła do chłopca drżącą dłoń. – Lysaerze?
Przerażone, rozhisteryzowane dziecko podbiegło do matki i skryło twarz w cieple jej ciała. Chłopiec czuł, jak królowa drży, przytulając go mocno. Zagłębiony w tkaninę jej sukni, książę słyszał niewyraźne słowa króla. Potem trzasnęły drzwi. Królowa podniosła Lysaera i pogłaskała go po włosach, jasnych i złocistych jak jej własne.
Pocałowała go w policzek.
– Już po wszystkim, moje maleństwo.
Ale Lysaer wiedział, że kłamie. Tej nocy opuściła Amroth, żeby już nigdy więcej nie powrócić...

* * *

Z cichym trzaśnięciem, niczym brzęk tłuczonego kryształu, książę znów ujrzał wyraźnie ładownię z żaglami. Trząsł się cały, zaszokowany nagłą zmianą. Po jego twarzy płynęły łzy. Doprowadzony do szału bólem zdrady, której doświadczył jako dziecko, zapomniał o tym, że jest już dorosłym mężczyzną. W tej właśnie chwili, wdzierając się w otchłań dawno zapomnianego bólu, Arithon s’Ffalenn rozpostarł swe ciemne zasłony.
Przed księciem wyłonił się jakiś obraz. Zapiaszczone drewno pokładu zmieniło się w pomięte jedwabne prześcieradła, na których zmagały się dwie postacie splecione w miłosnym uścisku. Lysaer poczuł, jak oddech pali mu gardło. Mężczyzna miał ciemne włosy i blizny od miecza; niewątpliwie był to Avar s’Ffalenn. Pod nim, skąpana w glorii złotych włosów, leżała Talera, królowa Amrothu. Jej twarz płonęła szczęściem.
Nagle Arithon wycofał się z umysłu księcia. Uśmiechnął się znacząco, spoglądając na dwoje splecionych ze sobą ludzi.
– Mam ci pokazać resztę swojej kolekcji obrazów i wspomnień?
Dłoń Lysaera zacisnęła się na rękojeści miecza. Jego matka i jej potajemny kochanek zamigotali niczym płomyk świecy i zniknęli, odsłaniając twarz bękarta, która wyrażała pogardę. Pochłonięty przez gniew, szalejący w nim niczym jasny płomień, Lysaer dostrzegał w jeńcu tylko znienawidzone rysy jego ojca. Latarnia kiwała się dziko u sufitu i rzucała rozedrgane cienie, jakby odzwierciedlając emocje księcia, kiedy chwycił za miecz i uderzył płazem w skroń więźnia.
Siła ciosu rzuciła Arithona na plecy. Skrępowane nadgarstki zaszurały po zwiniętych płótnach, kiedy się przez nie przetaczał, by w końcu twardo uderzyć o deski pokładu. Bezwładnie, jak pozbawiona sznurków marionetka, legł na boku, podczas gdy po policzku i szczęce płynęły czerwone strumyczki krwi.
– Cóż za wspaniały cios płazem – odezwał się niewyraźnie, sycząc przy każdym oddechu. – Dlaczegóż by nie użyć ostrza? – Ale w głosie Arithona nie było już tak charakterystycznej dla niego złośliwej nuty.
Odzyskawszy rozsądek, targany wyrzutami sumienia, że dał się tak sprowokować, Lysaer uspokajał się z wolna. W całym swoim życiu nigdy nie uderzył bezbronnego człowieka, więc to, co zrobił teraz, bardzo go zabolało. Oddychając ciężko, wzniósł ostrze miecza w stronę swego wroga.
– Chcesz, żebym cię zabił! – powiedział. Stwierdził z odrazą, że trzęsie mu się ręka, więc odrzucił broń na bok. – Na Atha, nie dam ci tej satysfakcji. Żądza zemsty, jaką pała twój ojciec, spadnie na innego człowieka, nie na mnie.
Ostrze miecza uderzyło w drzwi. Kiedy odgłos przebrzmiał w dali, Arithon drgnął i zamknął oczy. Zaczął cały dygotać. Na krótką chwilę stracił nad sobą panowanie, przypominając sobie przerażenie, ból i desperację ostatnich dni. A potem znów przywdział maskę obojętności.
– Żeglowałem jako pierwszy oficer na pokładzie Saeriat – rzucił. – Brygantyna była pod komendą mojego ojca.
Następca tronu królestwa Amrothu wstrzymał oddech. Zrozumiał słowa więźnia. Czytał dokładnie dziennik pokładowy Briane i pamiętał relację z bitwy. Kapitan Saeriat spłonął razem z brygantyną. Piracki król Karthanu nie żyje. A tutaj, skrępowany niczym zwierzę i usiłujący się zabić, tkwi jego jedyny następca, ostatni żyjący potomek dynastii s’Ffalennów.
Arithon dostrzegł zmianę nastroju swego przyrodniego brata. Uniósł się na łokciu i odrzucił do tyłu głowę.
– Użycz mi swego noża. Jak książę księciu, a obiecuję ci, spór pomiędzy s’Ffalennami i s’Ilessidami skończy się tu i teraz, bez dalszego rozlewu krwi.
– Nie mogę. – Lysaer spojrzał na okaleczoną twarz jeńca i poczuł nagły przypływ sympatii do swego brata. – Twoja śmierć zrujnuje życie każdego z marynarzy na tym statku. Mój ojciec już o to zadba.
– Aleś ty godny podziwu – odparł s’Ffalenn z niekłamaną ironią. – Nie wspominasz nawet o złocie, które będzie nagrodą za tak wielkie poświęcenie i lojalność. – Zielone oczy spojrzały ku górze i zalśniły w świetle lampy. – Chcesz mnie zachować dla króla Amrothu. W jego rękach stanę się kukiełką, na której będzie mógł wyładować nienawiść, zasianą w jego sercu przez naszą matkę, mego ojca i siedem pokoleń kapitanów parających się piractwem przed nami. – Arithon opuścił wzrok. – Błagam cię, nie zmuszaj mnie do odgrywania tej roli. Pozwól mi odebrać sobie życie. To oszczędzi wstydu zarówno mnie, jak i twojej rodzinie.
Uderzająca prostota tej prośby uderzyła księcia niczym cios. Chcąc uniknąć odpowiedzi, bez chwili wahania zerwał się na nogi i podniósł porzucony miecz. Wsunął ostrze do pochwy gwałtownym ruchem, znamionującym wielkie wzburzenie. Wydawało mu się, że prawdziwym celem jego wizyty była nędzna, nic nieznacząca komedia, która miała zdemaskować hipokryzję przeciwnika. Bał się swoich reakcji, więc odsunął się od przyrodniego brata, podszedł do drzwi i je otworzył. Kilka krótkich minut szaleństwa przywiodło go prawie do morderstwa, do poświęcenia życia lojalnych marynarzy, do skrócenia mąk przestępcy. Drżąc bezustannie, następca tronu Amrothu chwycił za barierkę zejściówki.
– Zrządzeniem losu masz to, na co zasłużyłeś – mruknął, zamykając za sobą drzwi.
– Wasza Miłość? Czy wszystko w porządku? – Pierwszy oficer Briane stał na straży w przejściu. Książę zostawił latarnię w ładowni z żaglami, więc w ciemnościach nie dostrzegł marynarza.
Lysaer zatrzymał się, zaskoczony. Myślał, że jest sam, i nagłe pojawienie się oficera wprawiło go w zakłopotanie.
– Tak, wszystko w porządku – odpowiedział szybko.
Pierwszy oficer był zbyt dobrze wychowany, żeby skomentować wygląd księcia. Zamiast tego zabrał latarnię z ładowni i założył sztabę na drzwi z wystudiowanym skupieniem.
Lysaer odsunął się od grodzi, na wpół nieprzytomny, w przepoconym jedwabnym ubraniu. Żądło, które wbił w jego umysł s’Ffalenn, ciągle drążyło jego myśli. Niepewność osłabiała honorowe zasady. A co gorsza ciągle czuł litość. Kiedy Arithon wpadnie w ręce króla, jego los nie będzie przyjemny, a męczarnie długie. Po raz pierwszy w swoim życiu Lysaer w pełni zrozumiał niemal obłąkaną nienawiść swego ojca, jaką ten darzył s’Ffalennów. Byli jego wrogami, aż do ostatniego potomka rodu.
Książę przesunął dłonią po włosach, świadomy obecności oficera, który oczekiwał na rozkazy.
– Wszystko ze mną w porządku – powtórzył. Przynajmniej głos przestał mu drżeć. – Poślijcie na dół uzdrowiciela. I pospieszcie się. Chcę, żeby więźnia pozbawiono przytomności, a statek ma wypłynąć pod pełnymi żaglami do Królewskiego Portu, zanim zacznie się przypływ.
Pierwszy oficer podniósł na księcia przerażone oczy.
– Wasza Wysokość, to nie jest dobry pomysł. Wysokie dawki mikstury mogą spowodować u więźnia trwały uraz.
Lysaer popatrzył na oficera oczami twardymi jak szafiry, które ozdabiały jego kołnierzyk.
– Na Atha, człowieku, wiem o tym! Ale szaleństwo z pewnością będzie dla jeńca błogosławieństwem, szczególnie wtedy, kiedy osądzą go jako s’Ffalenna i wykonają wyrok. Niech zadecydują o tym moce poruszające Kołem i niech będą dla niego łaskawe, bo on jest ostatnim z rodu.
Pierwszy oficer spojrzał na księcia ze zdumieniem.
– Piracki król zginął w bitwie?
Lysaer kiwnął głową.
– To powinno zadowolić mojego ojca. Jeżeli uzdrowiciel boi się kary, powiedz mu i wszystkim marynarzom na Briane, że płynę z nimi i wszystko ojcu wyjaśnię.


Tropiciel

Światło poranka padało na łuki wieży Rauven i zatroskaną twarz wysokiego maga, to oblewając ją srebrem, to pogrążając w mroku. Czarnoksiężnik przestał nagle spacerować tam i z powrotem. Zmęczonymi oczami uważnie przypatrywał się swemu słuchaczowi, który siedział u jego stóp. Człowiek był w transie i nie wykazywał żadnych oznak powracającej przytomności. Jego rysy pozostawały nieruchome; delikatne ręce spoczywały bezwładnie na obszytej ozdobną taśmą tunice, niezmiennie od zachodu słońca poprzedniego dnia.
Wysoki czarnoksiężnik walczył z rozpierającą go niecierpliwością. Nie potrafił odczytać z delikatnych poruszeń jasnowidza, czy zbierane za pomocą jego kruchego talentu informacje są złe, czy dobre.
– Co się dzieje z moim wnukiem? – słowa przebrzmiały w sali, zanim mag się zorientował, że wypowiedział je głośno. Ale troska stłumiła wyrzuty, jakie mógłby robić sobie z tego powodu. Wychudły stary czarnoksiężnik czekał nieruchomo, wstrzymując oddech.
Jasnowidz otworzył mętne oczy. Dostrzegając na twarzy swego pana grymas rozpaczy i gniewu, jako jeden z nielicznych wiedział, jak mocno ten wysoki mag kocha wnuka, syna swojej córki i bękarta s’Ffalennów. Zważył więc dokładnie odpowiedź.
– Widzę miejsce, które jest w ciągłym ruchu, ale nie ma tam światła. Pachnie płótnem, wilgocią i pleśnią. – Ale jasnowidz nie wspomniał nawet słowem o bólu, głodzie i pragnieniu, które także kryły się w tym miejscu. Po co miał niepokoić serce samotnego starca, kiedy już od wielu godzin nic się nie zmieniło w sytuacji Arithona, poza krótką wizytą księcia, odzianego w złoto i błękit Amrothu?
Jasnowidz ponownie zamknął oczy. Jakimi słowami miał opowiedzieć temu starzejącemu się człowiekowi, że jego ukochany wnuk próbował sprowokować własną śmierć? Czy istniał sposób, by złagodzić rozpacz kryjącą się za takim krokiem? By pomóc zrozumieć, że ślepa nienawiść króla do zdradzieckiej żony może spaść także na jej nieszczęsnego syna?
Jasnowidz bardzo nie lubił przekazywać złych wieści, nie mając nadziei na poprawę sytuacji. Znów pogrążył się w transie, gotów śledzić męczarnie Arithona, do chwili gdy zdoła wychwycić choć jedną informację, która rozjaśni nieco myśli starca. Daleko od drżącego kadłuba statku, kołyszącego się na falach i obmywanego przez spienione fale, wysoki mag podjął niestrudzoną wędrówkę wokół swej komnaty.

* * *

Wschód słońca barwił czerwienią okna wieży. Chudy niczym kruk w swoich czarnych szatach, wysoki mag przystanął, a serce zmroził mu strach. Miał złe przeczucia.
Jasnowidz zesztywniał. Brązowe oczy otworzyły się szeroko w twarzy, która zbielała jak płótno.
– Dharkaronie, miej litość.
– Masz złe wieści – oznajmił wysoki mag. – Mów szybko.
Jasnowidz wziął płytki, urywany oddech i spojrzał ku górze. Jego dłonie bezradnie mięły odzienie.
– Arithon jest w niewoli na statku należącym do Amrothu. Starał się ze wszystkich sił, żeby nie wpaść żywcem w ręce królewskiej sprawiedliwości. Ale mu się nie udało. Jego strażnicy oszołomili go jakimś specyfikiem. Chcą, by nie odzyskał świadomości aż do chwili, gdy dostarczą go do Królewskiego Portu.
Rysy twarzy maga stwardniały niczym kamień wygładzony przez wiatr. Ukryty za pustymi, niewidzącymi oczami, jego umysł odtworzył fragment wspomnień o czarnowłosym chłopcu, który właśnie odbywał swoją pierwszą lekcję magii iluzji.
„Ale to działa jak muzyka!” – rozbawiony nowym odkryciem, jego wnuk cieszył się tak, że stary mag uwolnił się od całego cierpienia i smutku, jakie odczuwał po śmierci córki.
Mag zacisnął ręce na szorstkim kamieniu okiennego parapetu.
– Arithon jest najzdolniejszym ze wszystkich moich uczniów – powiedział, a jasnowidz położył dłoń na ramieniu starca, żeby dodać mu otuchy. Mag z irytacją ją strząsnął. – Czy wiesz, co chłopiec mi oznajmił, kiedy odszedł, aby przejąć dziedzictwo po ojcu?

Wysoki mag wykrzyczał te słowa przez okno, jakby fale, rozbijające się z hukiem o nadbrzeżne skały, miały je usłyszeć i dać mu odpowiedź.
– Jeżeli Arithon zostanie skrzywdzony – kontynuował starzec szorstko – król Amrothu zapragnie, by Koło Fortuny obróciło się wstecz i cofnęło dawne wydarzenia. Odpłacę okrucieństwem za każde okrucieństwo, skrzywdzę na ciele i umyśle jego pierworodnego syna.
– Który jest także twoim wnukiem! – krzyknął jasnowidz, próbując uspokoić gniew, wzbierający pod słowami klątwy maga. Ale błagania nie dotarły do głuchych uszu, które nie słyszały nic, tylko szum wiatru i oceanu za oknami.



Fragmenty
Wezwany przez wachtowego oficera, starszy admirał floty Amrothu liczy żagle powracających statków, które należą do jego floty i które właśnie wyłaniają się zza horyzontu przed Królewskim Portem. Kiedy dolicza się dziewięciu, przeklina s’Ffalennów za pozostałych osiem, opóźnionych, zniszczonych albo przechwyconych...

* * *

Na pokładzie wojennego okrętu Briane uzdrowiciel chciwie pije rum wprost z butelki, pragnąć choć przez chwilę nie słyszeć stłumionych krzyków więźnia, zamkniętego w pomieszczeniu z żaglami – krzyków wywołanych potwornymi wizjami, jakie zsyła na ludzi mikstura, którą mu podał...

* * *

Pod zamglonym niebem, w innym miejscu, świat czeka na spełnienie proroctwa, które ma już pięć wieków, i nawet najmądrzejsi z mędrców tego świata nie wiedzą, że książę i jego więzień są nadzieją na jego spełnienie...



Dodano: 2006-07-27 10:38:59
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Galapagos"


 Adeyemi, Tomi - "Dzieci krwi i kości" i "Dzieci prawdy i zemsty"

 Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"

 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS