NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

Abnett, Dan - "Uniwersum Marvela. Avengers: Wszyscy chcą rządzić światem"

Ukazały się

antologia - "Kryształowe smoki 2019"


 Kamiński, Tomasz - "Polowanie"

 Komuda, Jacek - "Wizna"

 antologia - "Tarnowskie Góry Fantastycznie 2"

 Hill, Joe - "Gaz do dechy"

 Hill, Joe - "Strażak" (2020)

 Hill, Joe - "NOS4A2" (2020)

 Hill, Joe - "Dziwna pogoda" (2020)

Linki

Bochiński, Tomasz - "Wyjątkowo wredna ceremonia"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Bochiński, Tomasz - "Elizabediath Monck"
Data wydania: Styczeń 2006
ISBN: 83-89011-78-6
Format: 125 x 195 mm
Cena: 27,99 PLN



Bochiński, Tomasz - "Wyjątkowo wredna ceremonia" #1

Parszywa okoliczność

Mattheus Dalambert łyknął wina, cmoknął z ukontentowania — almaden pochodził z dobrego rocznika, smak miał aksamitny, o lekkiej owocowej nucie.
— Grobowiec to nieco dziwne miejsce na drzemki — rzucił od niechcenia.
— Zapewnia jednak maksimum możliwej dyskrecji przy spotkaniu — odparła Katrina. — Można też spokojnie myśleć, nie narażając się na nagabywanie pana... Hargo — miano majordoma wymówiła z obrzydzeniem.
— Powiedzmy — Mattheus nie był przekonany. — Pani, co jednak sprawiło, że za pomocą tego... pana Moncka przesłałaś mi wezwanie?
— Szczerze mówiąc, chciałam prosić kogoś innego. Ale mistrz Monck serdecznie polecał słynnego Mattheusa Dalamberta. — Błysnęła zębami w uśmiechu.
— Hm... hm... — odchrząknął Mattheus, nie wiedząc, czy właśnie usłyszał komplement, czy też z wdziękiem z niego zakpiono. — Pani Katrino, pytam, dlaczego w ogóle wysłano tak naglące zaproszenie.
Niewiasta spoważniała.
— Porwano mnie. I uwięziono.
— Przecież...
— Mogę poruszać się swobodnie w dobrach Dragów. Jednak nie jestem w stanie wyjść poza doliny. I – co jeszcze bardziej zastanawiające — nie potrafię korzystać z mocy. Żaden czar nie skutkuje!
— O, nędza obesrana! — mruknął Dalambert. Wykonał drobny gest i okiennice biblioteki zamknęły się z trzaskiem. Odetchnął z ulgą. Katrina i Monck spojrzeli po sobie, także uspokojeni.
— Wygląda na to, że tylko ty, pani, jesteś objęta niemocą. Ciągle jeszcze nie bardzo rozumiem. Czy Hargo groził...?
— Nie!
Mattheus wzruszył ramionami. Monck spojrzał na Katrinę, a potem, odwracając wzrok, powiedział:
— Rzecz w tym, że pani Katrina jest dziewicą.
— Współczuję... To jest gratuluję — pospiesznie poprawił się Dalambert. — Ale co ma... — urwał, marszcząc czoło. — Monck! Chcesz powiedzieć, że do spełnienia rytuału Ang-Hare potrzebna jest ofiara z dziewicy?!
Grabarz pokręcił głową.
— To nie takie proste. Ja... nie wiem.
— Jakże! Monck, a kto ma wiedzieć?
Mistrz ceremonii z lekka się zdenerwował.
— Nikt nie zna rytuału Ang-Hare w całości.
Mattheus milczał z niemądrą miną. Za chwilę zaś rzekł:
— Wynajęto cię do przeprowadzenia ceremonii o nieznanym rytuale? Nie rób ze mnie durnia, kopidole.
— Przed tobą leży księga traktująca o ceremonii Ang‑Hare. Otwórz ją — polecił Monck.
Alchemik sięgnął po inkunabuł i zerknął na pierwszą stronę. Później przewertował jeszcze kilka.
— No i co? To starogadriński. Wykaz rzeczy i ludzi potrzebnych do misterium.
— Pomiń wstęp. Zajrzyj do pierwszego rozdziału.
Dalambert przerzucił kilka sztywnych kart i zaklął pod nosem.
— Nie przy mnie pisane... Jakieś znaczki bez sensu!
Monck spojrzał na Katrinę. Kiwała głową wyraźnie zdziwiona.
— Zaczynam wierzyć, żeś naprawdę obdarzony mocą. Wiedz, że nikt nie jest w stanie odczytać czegoś więcej jak wstęp. Co więcej, nawet pani Katrina widzi tylko puste strony.
— Jak więc...?
— Gdy zostaną zgromadzone wszystkie elementy potrzebne do ceremoniału, wtedy ja, i tylko ja, zdołam odczytać ciąg dalszy.
— He! He! Księga cię poznaje? Duby smalone!
— Właśnie tak, od chwili, gdy wpisałem do niej swoje imię. Wyobraź sobie — co za banał! — krwią. I podejrzewam...
— No?! — Dalambert, pochylony ku Monckowi, chuchał ulubionym przez siebie czosnkiem.
Grabarz wzdrygnął się i odsunął szybko.
— Podejrzewam, że nie będę mógł przekazać nikomu uzyskanej wiedzy.
Dalambert łyknął wina. Milczał chwilę, by wreszcie rzec:
— Z rytuałem musisz poradzić sobie sam. Ale w kwestii pani Katriny... Można by zaradzić niebezpieczeństwu.
— Jak?
— Otóż, dziewicą się jest i dziewicą można przestać być.
Elizabediath Monck zakrztusił się śliną, ale Katrina thir Harrane pozostała niewzruszona. Na śniade policzki nie wypłynął najmniejszy nawet rumieniec.
— Ciekawy pomysł — powiedziała spokojnie.
Zaległą ciszę przerwał Monck. Odezwał się zimno i sucho.
— Dopij wino, Dalambert. Idziemy zobaczyć Draga.
Alchemik nie protestował. Jednym łykiem pochłonął niemal pełny pucharek. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale grabarz niemal wypchnął go na korytarz.
— Słuchaj, hieno. Wezwałem cię, choć pani Katrina zna lepszych niż ty władców mocy. Ale będziesz potrzebny, bo niezbędny przy rytuale jest alchemik. A moje prywatne wątpliwości rozstrzygniesz jako medikus i astrolog. I to jest twoje zadanie.
Mattheus spojrzał nań spod oka.
— Ho, ho — powiedział. — Ho, ho — powtórzył.
— O co ci chodzi? — Monck przystanął.
- Mistrzu — słówko zabrzmiało niemal obelżywie — nie wiedziałem, że aż tak... Monck, ty durniu, czy powiedziałem, że to ja będę ratował w łożnicy Katrinę? Skoro taką masz na nią ochotę...
Elizabediath ciężko westchnął.
— Zamknij tę plugawą paszczękę, hieno. Tobie w głowie nic, tylko chlanie, chędożenie i ohydne eksperymenty.
— Ten, co nie pije i nie używa... — parsknął alchemik, ale zamilkł pod spojrzeniem rozgniewanego grabarza.
Miejsce tymczasowego spoczynku Draga nie zmieniło się ani trochę. Umocowali kilka pochodni, a Dalambert dzierżył w ręku świecę z biblioteki.
— Zimno tu, pewnie gdzieś za ścianą jest lodownia — mówił Mattheus, podchodząc do katafalku. Obszedł go dookoła. Dotknął dłoni i twarzy zmarłego, a potem zapukał w martwą pierś.
— Trup — orzekł. I znowu zapukał, budząc tym nieprzyjemny, dudniący odgłos.
— Nie masz szacunku dla zmarłych, ty hieno — skrzywił się zdegustowany Monck.
Mattheus Dalambert popatrzył spod nastrzępionych brwi.
— To tylko puste naczynie. A szacunku i cierpliwości ledwie dla żywych mi starcza. Po coś mnie przyprowadził do tej zimnicy? Nieboszczyk bez żadnych wątpliwości...
— Kpisz czy głupka udajesz? Odpowiedz mi, jak dawno umarł.
— Spróbuję, ale będzie to ciężka próba dla twej dziwnej, jak na grabarza, wrażliwości — rzekł Dalambert i wydobył z sakiewki pudełeczko. Otworzył je, w przyćmionym świetle błysnął zestaw noży.
Powiedział prawdę. Bo dla Moncka ciało nie było futerałem, a świątynią. Nawet opuszczonej przez duszę nie należy przecież profanować. A w tym przypadku miał poważne wątpliwości, czy duch porzucił swe siedlisko.
Wreszcie medikus skończył. Odłożył narzędzia i rzucił:
— Idźmy stąd. Zaraz mi gacie do dupy przymarzną.
Przez całą drogę do biblioteki milczeli, obydwaj jednako spragnieni ciszy. Gdy weszli, Katrina odłożyła ogryzaną właśnie nogę kurczęcia i uniosła pytająco brwi.
— O! Żarełko — ucieszył się Dalambert i rękoma, którymi dopiero co badał trupa, począł rozrywać mięsiwo. Potem zaś z gulgotem wlał pełen kielich w gardziel. I beknął.
Monck spiesznie pochwycił czarkę, napełnił ją po brzegi. Pijąc, pochwycił ironiczny wzrok alchemika. Ten obrzydliwiec z lubością udawał prostaka. A dlaczego tak czynił, pozostawało jego słodką tajemnicą. Przechylił jeszcze raz kielich i niepytany oznajmił:
— Drago leży już bardzo długo. Ale to wiecie beze mnie. W tej temperaturze zewłok mógłby przetrwać miesiące. Mam jednak podejrzenie graniczące z pewnością, że tam, gdzie do niedawna przebywał, było jeszcze zimniej.
— O, do licha!
— Śladów jest zbyt mało lub moja wiedza nie wystarcza. Lecz sądząc po stroju, który niewątpliwie pochodzi z epoki, a oceniam, że zmarły miał go na sobie w chwili śmierci, to szlachetny Drago czeka na pochówek kilkaset lat, a dokładnie co najmniej pół tysiąclecia.
Monck pokiwał głową. Niczego innego się nie spodziewał, ale teraz miał pewność. Dla porządku jednak zapytał:
— A skąd te wnioski?
Mattheus błysnął czerwonym, złośliwym okiem znad kielicha.
— Wyliczając me umiejętności, zapomniałeś powiedzieć, żem uzyskał bakalaureat na gadrińskiej uczelni z prawa i dziejów Ocalonej Krainy. Takie stroje widziałem niejednokrotnie. Gdybym miał czas, mógłbym określić zejście nieboszczyka z dokładnością do lat dziesięciu.
— Ja noszę szatę z zeszłego wieku. Gdybym padł teraz trupem, rzekłbyś, iżem rodził się sto lat temu? — Wino wprawiło Moncka w nieco kłótliwy nastrój.
— No nie... Alboś się upił, albo twoja głupota rośnie. Mówię przecież, że Drago umarł w tym stroju. Umarł na zatrucie żelazem.
— Co?!
— A tak. Zatruło go jakieś pięć cali dobrego żelaza, wbitego prosto w krzyże. Kaftan i koszula przedziurawione i mocno krwią powalane. Poza tym... przepraszam, pani Katrino — rzekł z nagła zakłopotany. — Rzeczony Drago w chwili śmierci stracił kontrolę nad żołądkiem. Mówiąc prosto, sfajdał się w pludry.
— Morderstwo? — wyszeptała czarodziejka.
— Raczej tak. Chyba że Drago przez nieuwagę wbił sobie nóż w plecy — rzucił zgryźliwie Dalambert.
— Tak więc Drago jest martwy od wielu lat. Ciekawe, dlaczego teraz właśnie majordom Hargo wpadł na pomysł pochowania go.
— Tak, ciekawe — potwierdził alchemik, przysuwając bliżej dzban z winem.
— Stwierdzić dlaczego to zadanie dla astrologa. Musisz zbadać układy gwiazd, wróżby... Nie będę uczył cię twojego fachu. Słyszysz, Dalambert?
Pytanie było uzasadnione, bo Mattheus gasł w oczach. Wino i tym razem wygrało.
— Taak — zabełkotał. — A wiesz ty, kopidole, dlaczegom w ogóle przyjechał? Prawda, wezwanie... Prawda, Francine... Ale także nuda, czuję przez skórę, że zabawy będzie moc... I jeszcze jedno. Gdyś mnie wtedy obił kołkiem, nie poszedłeś na skargę do bajlifa. A stu innych tak by uczyniło. — Głowa Mattheusa Dalamberta opadła na dębowy blat stołu.
Monck popatrzył z troską na astrologa.
— Tak umierają legendy — mruknął.
— Co takiego? — nie zrozumiała Katrina.
— Dalamberta otaczała sława pierwszorzędnego pijaka. Chciałem więc sposobem prymitywnym, ale zazwyczaj skutecznym, wydobyć z Hargo parę szczegółów. Niestety, skutek mógłby być dokładnie odwrotny.
Mattheus zaczął chrapać. Katrina i Monck wstali.
— Czas na spoczynek — powiedzieli razem i uśmiechnęli się.
Noc minęła spokojnie. Ranek zaś wybuchnął zamieszaniem i rejwachem tak wielkim, że nawet skacowany Dalambert wyszedł przed Dwór zobaczyć przyczynę hałasów.
Od bramy łączącej posiadłość ze światem ciągnął pieszo, konno i koleśnie tłum. Nieliczna służba Dragów stała w pogotowiu. Natychmiast prowadzili przybyłych do przeznaczonych im komnat. A kogo to nie było w napływających dziesiątkach, a potem setkach przybyszów! Szlachcice z pocztami, rzemieślnicy w zwartych grupach pod cechowymi chorągwiami. Dziewki — zapewne do kuchennych posług. Mrowie strojnych w najlepsze szaty mieszczan. I spora grupa krzykliwie odzianych muzykantów, tnących od ucha piosneczki, zgoła do pogrzebowych uroczystości niepasujące. Jeden zwłaszcza, grubas o czerwonej twarzy, wykwintnie przybrany w fiolet i róż, wybijał się ponad wrzaskliwe grono, rycząc:

Bocian wziął żabę za babę,
bo miał oczy bardzo słabe.
Hu, ha!
I uciecha z tego była.
Żaba jaja mu złożyła.
Hu, ha! 

Monck, szukając w tłumie majordoma, trącił silnie w ramię wesołka. A gdy ten zamilkł, przygryzłszy sobie krzynę język, powiedział mu przejmująco srogim szeptem do ucha:
— To ceremonia pogrzebowa, błaźnie! Następnym razem dostaniesz sto batów i ani miedziaka, hu, ha!
Odszedł, pozostawiając oniemiałego muzykanta. Inni szarpistruny i dmuchotrąbcy także ucichli, znać słuch w przeciwieństwie do głosów mieli zacny.
— O, mistrz Monck! — ucieszył się jadący konno majordom Hargo.
— Potrzebne mi będą jeszcze te rzeczy — rzekł zamiast powitania Elizabediath, podając łysemu zarządcy pergaminową kartę.
— Sporo tego — mruknął Hargo. — O, siarka? Węgiel? Saletra? A po cóż...? Wybacz, mistrzu — zreflektował się. — Dziś jeszcze wyślę po odnośne potrzeby wóz. A jak tam ceremonia? — dodał lekkim tonem.
Elizabediath Monck spojrzał mu w oczy. Zimne, twarde, ale także nieco zakłopotane.
— Spodziewam się dzisiaj przeczytać pierwszy rozdział. Szacowny Drago dłużej nad dni kilka czekać już nie będzie.
Z twarzy Oshara Hargo wyjrzało coś tak straszliwego, że grabarz cofnął się o krok. Takiego ­natężenia nienawiści i zadowolenia dotąd nie widział u istoty ludzkiej. Jeszcze jeden temat dla Dalamberta, pomyślał, patrząc za odjeżdżającym majordomem. Potem zaś zlustrował starożytne domostwo w oblężeniu pstrokato odzianych żałobników i ruszył, by zapanować nad tym chaosem.


Dodano: 2006-07-03 11:57:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"


 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

Recenzje

Wilhelm, Kate - "Gdzie dawniej śpiewał ptak"


 Collins, Suzanne - "Ballada ptaków i węży"

 Bradbury, Ray - "Green Town"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 Butcher, Jim - "Opowieść o duchach"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Wolfe, Gene - "Miecz i Cytadela"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

Fragmenty

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

 Sykes, Sam - "Siedem czarnych mieczy"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS