NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Abercrombie, Joe - "Bohaterowie" (2019)

Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

Ukazały się

Douglas, Ian - "Star Carrier. Światłość"


 Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

Linki

Komuda, Jacek - "Diabeł Łańcucki"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Lipiec 2007
ISBN: 978-83-60505-56-4
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 528
Cena: 29,99
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Komuda, Jacek - "Diabeł Łańcucki" #1

Pan Białoskórski

– Chędoży ją już, czy nie?
– Jankiel nie dał znaku!
– Cicho chłopy! – syknął Kołtun, zapierając się na nogach. Smarknął na ziemię z prawej dziurki, otarł nos lewą dłonią, dłoń o poszarzałą, watowaną siermięgę, a potem popluł w ręce i złapał stylisko siekiery.
– Zaraz wylizie, mówię wam. Jak wychynie, to go w łeb. W łeb, chłopy! A walić ile wlezie!
Przytulili się do nieheblowanych bali, skulili w podsieniach żydowskiej karczmy przy głównym rynku w Lutowiskach.
– Oj, strach to – wyszeptał nabożnie Iwaszko i przeżegnał się po prawosławnemu, z prawa na lewo. – Ślachcic to przecie, panocek jasny. A kto na pana rękę podniesie, tego w Sanoku konikami rozrywają, a mistrz małodobry skórę drze i członki ćwiartuje...
– Jaki on tam szlachcic – żachnął się Kołtun i z niepokojem skonstatował, że tłumek chłopów zmniejszył się. – Wywołaniec, a nie żaden pan. Samem słyszał, jak go obwoływali na rynku w Przemyślu. A wywołańca zabić nie grzech!
– Straszny on! – mruknął Janko, muzykant z karczmy Jankiela. – Charakterny chłop. A jak hycnie, jak szablą wywinie, zaraz głowy spadną. Spadną głowy, oj mówię!
– Bacz, co byś się w gacie nie posrał. A co to on – diabeł?
Ktoś odłączył się od gromady. Kołtun zaklął z cicha.
– Nagroda za niego jest, słyszeliśta? Dwa tysiące czerwonych daje pan starosta Krasicki. Wiedzieliście tyle złota naraz, psiejuchy?
– Dwa tysiące? Boże Miłościw. To ile to by za to rzepy było! – rzekł przygłupi Chochoł, który służył w stajni u Jankiela za miskę strawy i znoszony przyodziewek. Pochylił drewniane widły i nasunął mocniej na oczy futrzaną czapę.
– Rzepy? Do końca życia słoninę żreć będziesz, kpie!
– A ja wam mówię – czart to prawdziwy. Oczy jak u leszego płonące, pazury jak u brukołaka...
– Bacz ty pod nogi, czyś se łapci nie ojszczał – zadrwił Kołtun. – Sprawdź, czy ci do chałupy nie hycnął i twojej Jadźki nie swadźbi! W łeb walić, powiadam ile wlezie. Czart, czy nie czart, ale przecie człowiek. A jak na ziemię padnie, to sprawdzić, czy żyje i wraz w łyka wiązać! A ty Janko ode drzwi odstąp, bo tchórzy nam nie trza. Sami się nagrodą podzielim.
– Tisza! – syknął Iwaszko. – Baczcie, czy Jankiel znak daje.

Z tyłu załomotały końskie kopyta. Kołtun poczuł, jak chłopi skuleni za nim zaczynają przyciskać go do drewnianej ściany karczmy. Ktoś jęknął, ktoś inny uciekł; Kołtun usłyszał oddalające się kroki. Odwrócił się i zamarł.
Przed karczmę zajechało trzech konnych. Powoli zsiadali z wierzchowców, wiązali rumaki do koniowiązów. Ruszyli w stronę budowli, nie zważając na kupy końskiego i krowiego nawozu, idąc na wprost przez wielką kałużę gnojówki. Szli na Kołtuna, a na ich widok chłopi rozsuwali się na boki, umykali chyłkiem za karczmę albo za sągi z drewnem. Kołtun od razu zrozumiał z kim ma do czynienia. To byli lepsi goście, a nie zwykłe chłopy z Lutowisk, czy Hoczwi... Bryganci z gościńca, albo szlachetnie urodzeni grasanci. A może nawet wolontarze z jakiejś chorągwi kwarcianej...

Pierwszy z nowoprzybyłych był niski, zgarbiony, z przetrąconym, krzywym nosem. Jego ślepia, przypominające oczy drapieżnego ptaka spoglądały chytrze spod zbyt dużej, opuszczonej na czoło, zardzewiałej misiurki. Było w nich tyle pogardy, dumy i zuchwałości, że pod Kołtunem ugięły się nogi.
Przy boku tamtego wisiała ogromna szabla w czarnej, inkrustowanej srebrem pochwie, puginał i pistolet. Żupan tego szlachetki był obdarty, brudny i wręcz utytłany w gnoju i błocie. Jednak słońce odbijało złote blaski od wypolerowanego ryngrafu z Matką Boską na szyi swawolnika.
Drugi z brygantów był wysoki, chudy jak chmielowa tyka, odziany w krótki rajtrok i rajtarskie buty sięgające powyżej kolan. Długie, natłuszczone wąsy opadały mu aż na ramiona. Pierś przecinał pas od zarzuconego na plecy bandoletu, a przy boku kołysał się ciężki pałasz zakończony ozdobnym, aczkolwiek zardzewiałym koszem.
Trzeci z tamtych był młodszy, wysoko podgolony i odziany w żupanik z samodziału. Jego twarz szpeciły blizny i krosty od francuskiej choroby.

– Co tu robicie chamy?! – zagadał ten w misiurce zionąc złością i piwem.
– Czekacie na kogo? A może na czatach warujecie?
Tłumek chłopów przerzedził się. Kołtun stwierdził z niepokojem, że pozostało przy nim jedynie kilku najodważniejszych, a i ci odsuwali się wolno na bezpieczną odległość.
– Ty! – rzucił wściekle brygant w stronę Kołtuna. – Ty nam powiesz. Jest-li w karczmie możny szlachcic?
– A ty dokąd, chłopie?! – krzyknął wysoki w stronę Janka Muzykanta, który chciał umknąć bokiem. – Siedź na rzyci, kiedy pan pyta!
– Darujcie zdrowiem panockowie jaśni! – zawył Janko i padł na kolana.
– Powiem, powiem, wszystko powiem!
– Jest-li w karczmie pan Białoskórski? – głos małego szlachcica był nawykły do rozkazywania. Kołtun zrozumiał w lot, że naprawdę nie warto było go nie posłuchać. –Gadaj, bo oćwiczę! A wcześniej sam nam w zębach knuta przyniesiesz.
– Jako żywo! Jako żywo! – zakwilił Janko. – Wszystko powiem, jeno nie bijcie! Pan Białoskórski jest w alkierzu. Nynie Jadźkę chędoży. Albo już przechędożył... – dodał ciszej Muzykant.
Szlachcice spojrzeli po sobie i zarechotali głośno. Wysoki podkręcił wąsa.
– Do domów chamy! – warknął niski. – A jak mi który z chałupy wylezie, pasy będę drzeć!
Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Chłopi rozpierzchli się jak stado kurcząt. Chochoł pośliznął się, łapcie rozjechały się pod nim w błocie i rymnął jak długi, waląc łbem w koniowiąz. Iwaszko złapał go za ramię, poderwał na nogi.
– No, mości panowie! – rzekł francowaty. – Szable poluźnijmy i do roboty!
– Ot i pogawędzimy z Białoskórskim.

Wysoki popluł w ogromne dłonie i chwycił pałasz. Ten w misiurce złapał za szablę. Ruszyli do drzwi. Francowaty otworzył odrzwia kopniakiem, a potem wszyscy wpadli do środka.
Kołtun wyjrzał zza węgła. Przycupnął i wytężył słuch.
– Bij! Zabij! – ryknął jakiś głos w karczmie. Kołtun usłyszał łomot, od którego włosy stanęły mu dęba, świst szabel, brzęk zderzających się ostrzy, łoskot przewracanych stołów, ław, tłuczonych mis i Bóg wie czego jeszcze.
– Z lewej Ruksza! Z lewej! Bij. A równo!
Ktoś zacharczał głośno, zwalił się z łoskotem na ziemię, a brzęk zderzających się ostrzy zabrzmiał ciszej.
– Psi synu! – zawył jakiś głos. Kołtun zadrżał, gdy rozpoznał, że krzyczał najmniejszy ze zbójeckiej kompanii. – Tyyyyyyyy...
Głos przeszedł w jęk, potem w charczenie i wszystko ucichło.
Kołtun poczuł, że zimny pot zrosił mu czoło. Ramiona zadygotały.
We wnętrzu karczmy odezwały się kroki. Nagle drzwi otwarły się ze skrzypieniem. Chłop zamarł...
W wejściu stał mały szlachetka ze złamanym nosem. Był bez szabli, oboma rękami trzymał się za brzuch. Z okropnej rany tryskała krew, spływała na żupan, na błoto, na safianowe buty...
Szlachcic zrobił sztywny krok, potem drugi, jeszcze jeden... Kołtun dojrzał w jego oczach śmiertelną bladość. Brygant oddalił się od karczmy, zachwiał się, padł na kolana w kałużę gnojówki, a potem zwalił twarzą w błoto, zadygotał, zacharczał i znieruchomiał.

Kołtun przeżegnał się. Dygotał tak, że zęby dzwoniły mu jak kastaniety. Jednak przemógł się i przestąpił próg. Szedł skulony, zgarbiony, z siekierą w dłoniach. Obszerna sień była pusta. Drzwi do izby gościnnej stały otworem.
Kołtun szedł niemal na palcach. Ostrożnie wychynął zza framugi. Zobaczył dużą komorę zaścieloną kobiercami i makatami. Stół był przewrócony, krzesła i ławy porąbane ciosami szabel i pałaszy, dywany zerwane ze ścian. Potłuczone dzbany i srebrna zastawa walały się na podłodze. Dwóch swawolników leżało na posadzce.


Dodano: 2006-06-16 14:47:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Warcraftem


Świąteczny konkurs z Rebisem i Szmidtem


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"


 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS