NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Chiang, Ted - "Wydech"

Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

Ukazały się

Watts, Peter - "Ognisty deszcz"


 Kristoff, Jay - "Bezświt"

 Kain, Dawid - "Wszystkie grzechy korporacji Somnium"

 Derleth, August - "Maska Cthulhu"

 McDonald, Ed - "Upadek Wron"

 Taylor, Dennis E. - "Gdyż jest nas wielu"

 World of Warcraft: Kronika. Tom II

 Muller, Xavier - "Erectus"

Linki

Barker, Clive - "Everville"
Wydawnictwo: Mag
Tłumaczenie: Robert Lipski
Data wydania: 1998
ISBN: 83-86572-94-9
Oprawa: miękka
Liczba stron: 624
tytuł: Everville



Barker, Clive - "Everville"

1
Zniszczyła ich nadzieja. Nadzieja i przekonanie, że Opatrzność zesłała na nich dość cierpień, za marzenia, które pielęgnowali w sercach. Tak wielu z nich odeszło na szlaku -dzieci, uzdrowicieli, przywódców -toteż pozostali nie bez kozery żywili przekonanie, że Bóg uchroni ich przed kolejnymi zgonami, nagradzając smutek i trudy pielgrzymki, pozwalając dotrzeć do krainy płynącej mlekiem i miodem.
Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki burzy śnieżnej, chmury, przy których skłębione, czarne opary Wyoming ponad odległymi szczytami wydawały się małe i niegroźne, a wiatr jął przynosić ze sobą drobiny lodu, mówili jeden drugiemu: "Oto ostatni sprawdzian. Jeżeli teraz zawrócimy, pozwolimy się zastraszyć chmurom i lodowi, śmierć tych, co odeszli na szlaku, pójdzie na marne, podobnie jak ich i nasze cierpienie. Musimy podążać dalej. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek dotąd, musimy wierzyć w marzenia o Zachodzie. Bądź co bądź, to dopiero pierwszy tydzień października. Może podczas przeprawy przez góry spadnie trochę śniegu, ale nim zima rozszaleje się na dobre, pokonamy masyw i znajdziemy się wśród żyznych pastwisk po drugiej stronie.
Naprzód więc, aby spełniły się nasze marzenia!"
Teraz było już za późno, aby zawrócić, nawet jeśli śnieg, co spadł w zeszłym tygodniu, nie zasypał przełęczy, którą przybyli pionierzy -konie były zbyt wycieńczone; osłabiło je mozolne posuwanie się pod górę i ciężar topornych wozów, jakie ciągnęły.
Wędrowcy nie mieli innego wyjścia, jak tylko iść naprzód, aczkolwiek zagubili się już dawno temu i brnęli na oślep, pośród bieli równie nieprzeniknionej jak najmroczniejsza czarna noc.
Czasami wiatr na krótko rozgarniał chmury, ale niebo i słońce wciąż pozostawały niewidoczne. Pomiędzy nimi a Ziemią Obiecaną unosił się kolejny niedostępny szczyt; śnieg unoszony wiatrem opadał z wierzchołka na stoki, które musieli pokonać, jeżeli chcieli przeżyć.
A nadzieje słabły z dnia na dzień. Z osiemdziesięciu trzech natchnionych optymizmem dusz, które wiosną 1848 roku opuściły Independence w stanie Missouri (w drodze narodziła się nowa szóstka dzieci) pozostało przy życiu trzydzieści jeden. Podczas trzech miesięcy wędrówki przez Kansas do Nebraski, a potem przez Wyoming nastąpiło sześć zgonów. Trzy osoby utonęły, dwie oddaliły się i najprawdopodobniej zginęły z rąk Indian, jedna się powiesiła. Latem jednak, kiedy nadeszły upały, trudy wędrówki zaczęły dawać o sobie znać. Pierwsi umarli najmłodsi i najbardziej podeszli wiekiem, głównie wskutek picia niezdrowej wody lub jedzenia zepsutego mięsa. Mężczyźni i kobiety, którzy zaledwie przed pół rokiem byli odważni, hardzi i nieugięci podupadli na zdrowiu, wychudli i osłabli w miarę jak kurczyły się ich zapasy żywności; a kraina, która, jak im mówiono, miała okazać się opływającym we wszelkie dostatki rajem, wciąż pozostawała w sferze marzeń. Mężczyźni opuszczali karawanę wozów na całe dnie w poszukiwaniu pożywienia, ale nieodmiennie powracali przybici, zgorzkniali, z podkrążonymi oczyma i pustymi rękami. Wtedy też wędrowcy -i tak już wynędzniali -zmuszeni zostali stawić czoło chłodom. To okazało się zabójcze w skutkach. Na przestrzeni trzech tygodni odeszło czterdzieści siedem osób, uśmierconych przez mróz, śnieg, wyczerpanie, głód i kompletną utratę nadziei.
Zadaniem Hermana Deale'a, który od czasu śmierci doktora Hoddera był najbardziej spośród ocalałych związany z profesją lekarską, stało się rejestrowanie poszczególnych zgonów. Kiedy dotarli do Oregonu, radosnej krainy Zachodu, powiedział tym, co pozostali, aby modlili się za tych, co odeszli, i jak należy pożegnali dusze wszystkich, których zgony odnotował w swoim notesie. Aż do owych szczęśliwych chwil żyjący niezbyt przejmowali się zmarłymi. Bądź co bądź tamci odchodzili na Łono Abrahama, do lepszego życia, i nie winili tych, co ich grzebali, za płytkość grobów ani skromność modlitw odmawianych podczas pochówku.
-Będziemy mówić o nich z miłością -oznajmił Deale -kiedy nadejdą dla nas lepsze czasy.
W dzień po obietnicy danej umarłym sam dołączył do ich grona, gdyż jego ciało nie wytrzymało trudu przedzierania się przez śnieżne zaspy. Pozostawiono jego zwłoki nie pogrzebane, pozwalając, by zajęła się nimi natura. Śnieg sypał tak gęsty, że nim jeszcze rozdzielono skąpy dobytek zmarłego pomiędzy tych, co pozostali, stygnące ciało przykryła już cienka warstwa białego puchu.
Tamtej nocy umarli we śnie Evan Babcock i jego żona Alice Mary Willcocks, która przeżyła pięcioro swych dzieci i widziała, jak jej mąż usycha ze smutku i tęsknoty; oddała ducha przy wtórze cichego szlochu, co wciąż jeszcze odbijał się echem od stoku góry, podczas gdy umęczone serce kobiety przestało już pracować.
Nadszedł dzień, nie przyniósł im wszelako pocieszenia. Śnieg sypał równie gęsty jak dotychczas. Wśród chmur nie było widać najdrobniejszej szczeliny, która ujawniłaby pionierom, co znajduje się przed nimi. Szli z pochylonymi głowami, zbyt zmęczeni, by mówić, a co dopiero śpiewać, jak to zwykle czynili w upalne letnie miesiące, zanosząc do niebios w podzięce hosanny za przygodę, co stała się ich udziałem. Kilkoro z nich modliło się bezgłośnie, prosząc Boga o siły na przetrwanie. Być może niektórzy w modłach zawarli również obietnice, przyrzekając, że jeżeli dana im będzie ta siła, jeżeli przebrną przez to białe pustkowie i dotrą do oazy zieleni, ich wdzięczności nie będzie końca i aż do śmierci będą zaświadczać, że mimo wszelkich trudów, znojów i udręk tego życia nikt nigdy nie powinien odwracać się od Boga, bowiem Bóg jest Nadzieją i to Wieczną.

2

Na początku wędrówki na Zachód w taborze było ogółem trzydzieścioro dwoje dzieci. Obecnie pozostało już tylko jedno, dziewczynka. Nazywała się Maeve O'Connell. Była to pospolita dwunastolatka, której chude ciało zadawało kłam hartowi ducha, zaskakując tych wszystkich, co wiosną kręcili głowami i mówili owdowiałemu ojcu, że mała nie przeżyje podróży. „To sama skóra i kości, powiadali. Słaba w nogach i słaba brzuchem”. Po kryjomu twierdzili, że również słaba na umyśle, jak jej ojciec Harmon, który na spotkaniach jeszcze w Missouri z entuzjazmem wypowiadał się o czekającej ich wędrówce. „Oregon może być rajem, mawiał, ale to nie lasy ani góry są dowodem, iż miejsce to stanowi żywy przykład ludzkiego triumfu” -będzie nim ogromne, lśniące, chwalebne miasto, które zamierzał tam wybudować. Wielu twierdziło, iż to słowa idioty, zwłaszcza że padały z ust Irlandczyka, który widział w swym życiu jedynie Dublin i zaułki Liverpoolu oraz Bostonu. Co mógł wiedzieć o wieżach i pałacach?
Podczas wędrówki ci, którzy między sobą wydrwiwali Harmona, porzucili konwenanse i dyskrecję, toteż już wkrótce O'Connel przekonał się, że najlepiej będzie, jeśli o szczegółach własnych ambicji jako założyciela miasta będzie rozmawiał ze swoją córką. Jego towarzysze podróży żywili bardziej umiarkowane nadzieje wobec krainy, do której zmierzali. Potrzebowali jedynie drzew, z pni których mogliby zbudować chaty dla siebie, żyznej ziemi oraz zdrowej, słodkiej wody. Z podejrzliwością odnosili się do każdego, kto objawiał bardziej wygórowane ambicje.
Nie można powiedzieć, że skromność oczekiwań okazała się dla nich wybawieniem, nie uchroniła ich do śmierci. Wielu mężczyzn i kobiet spośród żywiących najgłębszą pogardę wobec Harmona opuściło ten padół, pogrzebano ich daleko od żyznych ziem i słodkiej wody, podczas gdy szaleniec i jego chuda jak patyk córeczka wciąż żyli. Czasami nawet, w owych desperackich dniach rozpaczy, Maeve i Harmon szeptali do siebie, idąc ramię w ramię obok wozu. A kiedy wiatr zmieniał kierunek, bywało, że przynosił strzępki słów do uszu tych, co znajdowali się najbliżej. Mimo iż wyczerpani, ojciec i córka wciąż rozmawiali o mieście, które zbudują, gdy dotrą do końca tej żmudnej wędrówki, o cudzie, który przetrwa, podczas gdy wszystkie chaty w Oregonie przegniją i rozpadną się w proch, podobnie jak wspomnienia o tych, co je pobudowali.
Mieli nawet nazwę owego, mającego oprzeć się zębowi czasu metropolis.
Będzie się nazywało Everville.
Ach, Everville!
Przez ileż nocy Maeve słuchała słów ojca o tym mieście; jego oczy wpatrzone były w ognisko, ale duchem przebywał gdzie indziej, oglądając ulice, place i wytworne domy, które miały znajdować się w owym cudownym miejscu.
-Czasami mam wrażenie, jakbyś już tam był -powiedziała którejś majowej nocy.
-Bo byłem, najdroższa -odrzekł, wpatrując się w zachodzące słońce. Nawet w czasach gdy na niczym im nie zbywało, był drobnym, chudym mężczyzną, o wąskim czole i ustach, lecz niezwykły rozmach i rozległość jego wizji rekompensowały z powodzeniem ów skromny wygląd. Maeve kochała go bez zastrzeżeń, jak wcześniej jej matka, a jeszcze bardziej uwielbiała, kiedy mówił o Everville.
-Kiedy tam byłeś? -spytała zuchwale.
-Och, w snach. -Zniżył głos do szeptu. -Pamiętasz Owena Buddenbauma?
-Och, tak.
Jak ktokolwiek mógłby zapomnieć niesamowitego pana Buddenbauma, z którym na krótko zaprzyjaźnili się w Independence? Brązowa, siwiejąca z lekka broda, wypomadowany wąsik, sterczący niemal równolegle do linii ust. Najbardziej wytworne futro, jakie Maeve kiedykolwiek widziała. I ten melodyjny głos, sprawiający, że nawet najbardziej niejasne rzeczy, o których mówił Buddenbaum (czyli prawie cała treść wszystkich jego wypowiedzi, przynajmniej w rozumieniu Maeve), brzmiały niczym niebiańskie mądrości.
-Był cudowny -powiedziała.
-Wiesz, dlaczego nas odnalazł? Usłyszał, jak cię wołałem i wiedział, co znaczy twoje imię.
-Mówiłeś, że "radość".
-Właśnie -odrzekł Harmon, nachylając się nieco bardziej w stronę córki. -Ale jest to również imię irlandzkiego ducha, który odwiedza mężczyzn we snach.
Nigdy wcześniej o tym nie słyszała. Jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.
-To prawda?
-Przecież nigdy bym cię nie okłamał -odparł -nawet dla zabawy. Tak, dziecko, to prawda. A gdy usłyszał, jak cię wołam, podszedł, wziął mnie za rękę i rzekł: "sny są drzwiami, panie O'Connell". To były jego pierwsze słowa, jakie do mnie skierował.
-A potem?
-Potem rzekł: "gdybyśmy mieli odwagę przestąpić próg... "
-Mów dalej.
-Reszta innym razem.
-Tato! -zaprotestowała Maeve.
-Bądź dumna, dziecino. Gdyby nie ty, nigdy nie spotkalibyśmy pana Buddenbauma, a ja wierzę, że z tą chwilą zmieniły się nasze losy.
Nie chciał kontynuować dłużej tego tematu, lecz skierował rozmowę na gatunki drzew, jakie miały zostać zasadzone przy głównej ulicy w Everville. Maeve nie naciskała, ale od tej pory częściej rozmyślała na temat snów. Czasami budziła się w środku nocy ze strzępami snów wirującymi wokół jej głowy i leżała, obserwując gwiazdy i rozmyślając:
Czy znalazłam się u tych drzwi? Czy po drugiej stronie było coś pięknego, o czym już zapomniałam?
Postanowiła za wszelką cenę zachować te fragmenty, aby jej nie umknęły i z czasem, po odpowiednim treningu, nauczyła się je przechwytywać, a potem przypominała je sobie głośno na jawie. Stwierdziła, że, aczkolwiek szczątkowo, potrafi zatrzymać je w słowach. Kilka sylab to wszystko, czego potrzebowała, aby powstrzymać sen przed zapomnieniem.


Dodano: 2006-04-22 16:17:41
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj drugi Kroniki World of Warcraft


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Maas, Sarah J. - "Dom ziemi i krwi"


 Dick, Philip K. - "Druciarz Galaktyki"

 Flint, Eric & Weber, David - "1633"

 Bester, Alfred - "Gwiazdy moim przeznaczeniem"

 Corey, James S. A. - "Gniew Tiamat"

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper"

 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Flamma, Adam - "Wiedźmin. Historia fenomenu"

Fragmenty

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i lato z diabłem"

 Masterton, Graham - "Dzieci zapomniane przez Boga"

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Dworakowski, Witold - "Wieczny buntownik"

 Ziębiński, Robert - "Dzień wagarowicza"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS